Dziękuję za listy, które dostaję od Państwa. Wszystko czytam a jeśli nie na wszystko odpowiadam, to tylko z powodu ograniczonych, ludzkich możliwości. Będę się starał te wątki umieszczać w kolejnych rozdziałach Psychobloga.
Ale dziś, jak się rzekło, idealistycznie. Chociaż nie wiem, czy to dobre słowo, bo kojarzy się ono ze słowem „nierealnie”. No cóż, zobaczymy.

Na podstawie moich doświadczeń z psychoterapią i instytucjami, które ją prowadzą, doszedłem do takich oto refleksji. Dominują dziś generalnie trzy mocne oferty dla osób z problemami natury psychicznej. Pierwszy to psychiatria, niekwestionowany lider, szafarz cudownej pigułki na setki zaburzeń, których lista wydłuża się jak Alicja po zjedzeniu muchomora. Reprezentuje ona pewne psychologiczne (ale też polityczne) stanowisko, że ktoś powinien z nami zrobić porządek bo sami nie potrafimy. KTOŚ z zewnątrz, KTOŚ kto wie. Pojawia się tu przerażający mechanizm komercjalizacji wpływu na psychikę, rządzący się podobnie rynkowymi prawami co sprzedaż chociażby wody w butelkach. Czy bardziej opłaca się wyleczyć pacjenta, czy ustabilizować go za pomocą leku, którego będzie potrzebował do końca życia? Ale dziś nie o tym.

Skrajną opozycją w stosunku do zewnątrzsterownej psychiatrii jest obszar psychoterapii, wywodzący się z psychoanalizy i psychologii humanistycznej, gdzie starania idą w kierunku usamodzielnienia pacjenta i uzyskania przez niego kontroli nad swoim życiem oraz satysfakcji z niego. Czyli klasyczna różnica między rybą a wędką.
Trzecia droga wynikła z tego, że czarodziejską pigułką nie da się jednak załatwić wszystkiego, chociażby takiej sytuacji, że kobieta tkwi w związku z mężczyzną, który ją notorycznie bije i upokarza (albo na odwrót). Dotarcie do źródeł takiej bierności jest aktem bardzo trudnym, wymagającym ciężkiej pracy i świadomości swojej odpowiedzialności za życie. Szukamy więc rozwiązań łatwych, np. takich żeby odizolować sprawcę od ofiary. Zasadniczy błąd w rozumowaniu, głoszący że przyczyna jest wyłącznie w bijącym, prowadzi do tego, że ofiara odizolowana od jednego sprawcy, wchodzi w związek z następnym. Taką ma konstrukcję. Potem Państwo płaci kolejne pieniądze za odizolowanie itd. w kółko Macieju. Straty finansowe są ogromne. Można by tę osobę poddać terapii psychodynamicznej ale w oczach urzędników ta terapia ma dwie potężne wady: trwa długo i nie da się kontrolować, co tam ten psychoterapeuta z pacjentem robi. Nawet słowa pacjent już używać nie można, tylko „klient”, żeby podkreślać samoświadomość terapeutyzowanego, co jest kolejną bzdurą, bo taki ktoś tkwi w krzywdzącym związku właśnie dlatego, że żadnej świadomości sytuacji nie ma.

Mamy więc opozycję między gwarantowaną zewnątrzsterownością psychiatrii a mozolnie wypracowywaną wewnątrzsterownością psychoterapii analitycznej. Mamy niechęć polityczną, urzędniczą i kościelną wobec wszystkiego, co kojarzy się z psychoanalizą. Tutaj wkracza wspomniana trzecia droga, czyli terapia behawioralna a potem behawioralno-poznawcza. Ta zmiana zresztą pokazuje całą autoobłudę tego kierunku, bo gdy samo sterowanie zachowaniem nie pomogło, odwołał się on do ośrodka decyzyjnego wewnątrz głowy pacjenta. A potem, gdy to także nie wystarczyło, poszło w stronę „automatycznych założeń” czyli de facto freudowskiej nieświadomości i wszelkich jej konsekwencji. W terapii tej, jak w żadnej innej, istnieje system „poprawek”, po które przychodzi „klient”, który już zdążył zapomnieć, co mu nakładziono do głowy. Jest to więc terapia oparta na planowym oddziaływaniu z zewnątrz na umysł, podobnie zewnątrzsterownie jak psychiatria. Sprawca przemocy, poddany takiej terapii, dostaje coś w rodzaju wzmocnionego, społecznego hamulca agresji – zamiast świadomości, skąd może pochodzić prawdziwa satysfakcja życiowa, jeśli nie z uzyskiwania poczucia ważności przez poniżanie innych. Skuteczność takiego wpływu jest ostatecznie niewielka, wszystko sprowadza się do wysłania „agresora” przez sędziego na połajankę psychologiczną, gdzie „klient” siedzi i cierpliwie czeka na koniec, jeśli nie chce trafić do pierdla. Kolejne pieniądze w błoto.

Zamiast trzech, mamy więc naprawdę dwa proponowane sposoby rozwiązywania problemów psychicznych: pomoc w uzyskaniu wewnątrzsterowności i bezpośrednią zewnątrzsterowność, w którą terapia poznawcza wpisuje się równie dobrze jak psychiatria. Od strony politycznej można by się zastanawiać, jacy obywatele potrzebni są władzy: silni i myślący po swojemu?… czy posłuszni i przekonani że w razie kłopotów muszą u tej władzy szukać ratunku?
Ja jednak na tym trochę chaotycznie zarysowanym tle chcę pokazać, co dzieje się z instytucjami, które oferują ludziom wędkę zamiast ryby. Początek takiej instytucji (np. poradni d/s przemocy w rodzinie) zwykle bywa entuzjastyczny. Spotyka się grupa ludzi, którzy godzą się, żeby coś wspólnie zrobić. Znając się, rozumieją nawzajem swoje podejście, co nie przeszkadza, żeby każdy upiekł jakąś własną pieczeń przy okazji. Potem przychodzą wybory, jedne, drugie – i urzędnicy się zmieniają. Nie ma już zespołu. Przy dzisiejszej agresywnej rywalizacji o stołki urzędnicze taki obszar jak tajemnica gabinetu psychoterapeutycznego może stać się miejscem szukania haków. Więc przestajemy (my, urzędnicy) opierać się na zaufaniu a zaczynamy potrzebować liczb, programów, raportów, ewaluacji. Czyli czegoś, co możemy podetknąć pod nos rywalowi o stołek. To powoduje zastąpienie terapeutów humanistyczno-analitycznych terapeutami behawioralno-poznawczymi, którzy mogą się spokojnie rozliczać z urzędnikami, bo terapie prowadzą w określonym czasie, podług określonych procedur. Pacjenci zaś, zamiast uczestnictwa w ich odzyskiwaniu samodzielności dostają np. wspólne pójście do sądu czy pomoc przy wypełnianiu Niebieskich Kart, co już ostatecznie ich upośledza. Lepsi specjaliści odchodzą do sektora prywatnego, zostają ci, którzy czują, że bez państwowego (czyt. gwarantowanego umową) stanowiska sobie nie poradzą. Jeśli zostało w nich jeszcze trochę przyzwoitości i zdrowego idealizmu, to może przyjść dzień, gdzie będą musieli te cechy sprzedać za pozostanie na swoim stanowisku pracy. I tak ślepy terapeuta zaczyna prowadzić kulawego pacjenta a pieniądze nasze idą w pustkę; służą bardziej uzależnianiu pacjentów od Państwa niż ich usamodzielnianiu. Instytucje państwowe zdobywają przez to ogromną władzę, co zwiększa ich apetyty i prowadzi do „opiekuńczego” modelu skandynawskiego, gdzie nawet nie możesz zdradzić się z tym, że taki gość jak Breivik zwyczajnie cię wkurwia.

Dlaczego ja to wszystko piszę? Jest to pewnie owoc moich własnych refleksji o życiu: jak, z kim, po co. Jesteśmy, chcemy czy nie, częścią systemu, politycznymi i społecznymi cegiełkami, które składają się na większą całość. Decyzja o tym, gdzie i jak pracujesz, jest decyzją polityczną, decyzją o tym, w jakim procederze chcesz wziąć udział (lub umaczać ręce). Piszę więc dla siebie, dla bliższych i dalszych kolegów oraz dla przeszłych i przyszłych pacjentów: dokonując wyboru miejsca pracy, znajomych czy własnej terapii, dokonujesz wyboru szerszego, ważnego nie tylko dla własnego funkcjonowania na co dzień, ale też dla funkcjonowania świata, w którym właśnie żyjesz. Tak, jesteś na tyle ważna/ważny dla tego świata, aby brać to pod uwagę.

Piszą Państwo ostatnio o samotności we dwoje, więc zdecydowałem się trochę ugryźć ten temat. Jest rozległy i trudny, więc proszę wziąć pod uwagę, że opisać można jeden wycinek tej kwestii na raz. Istnieje jednak pewien schemat samotności we dwoje, który pojawia się dosyć często.

Zacząć trzeba od tego, że nasz wzorzec wchodzenia w relacje pochodzi w dużym stopniu od rodziców. To truizm, oczywiście, nasze spsychologizowane społeczeństwo już to wie. Przyglądając się jednak bliżej, okazuje się, że nie tyle chodzi o naukę przez obserwację, co stosunek do CHCĘ rodzica. Nazwałem to tak, żeby nie robić terminologicznego zamieszania. CHCĘ rodzica to, mówiąc krótko, jego własne, prywatne potrzeby i popędy, ukierunkowane na własną satysfakcję a nie na satysfakcję dziecka. Przykład z tych często przytaczanych: rodzice każą dziecku pić mleko, ono mleka nie znosi, rodzice tłumaczą, że to dla jego dobra, dziecko nie pojmuje, jak taka męka może być dla jego dobra. No i tu jest punkt, w którym dziecko „zdecyduje się”, jak będzie traktować CHCĘ rodzica. Bo chyba nie mamy wątpliwości, że jest granica, za którą dziecko zmuszane jest do picia mleka nie dlatego, że to zdrowe, tylko dlatego, że rodzic tak CHCE i nie znosi sprzeciwu. Satysfakcja rodzica wynika w tym przypadku nie z dobra dziecka ale z przyjemności dominacji nad nim. Żeby sprawę skomplikować, 99% rodziców nigdy się do tego nie przyzna, także (a może zwłaszcza) przed sobą. To jest w jakimś sensie „genialność” naszego umysłu: możemy doznać (my, rodzice, szefowie, nauczyciele, księża, politycy itd.) sadystycznej przyjemności, jednocześnie wierząc, że robimy to dla dobra drugiej osoby. Jeśli ktoś wątpi w to, co napisałem, niech dobrze poszuka we własnej pamięci.

Jak więc reagujemy na CHCĘ rodzica? Opiszę tu dwa sposoby, komplementarne w stosunku do siebie, co (jak już zaznaczyłem) nie wyczerpuje tematu. Pierwszy sposób: „Wypiję to mleko, bo skoro rodzic tego chce, to musi być dla mnie dobre. Sprawię mu tym przyjemność a efekcie sobie.”. Trochę upraszczam, ale chodzi o to, by w skrócie pokazać, jak uczymy się czerpać przyjemność z przyjemności innych osób, gdy nasza własna przyjemność jest zakazana. Od razu powiem, że ten sposób wybierają częściej dziewczynki. W dorosłym życiu czerpią często satysfakcję np. w życiu seksualnego z tego, że zaspokojony jest mężczyzna. Drugi sposób: „Nie wypiję, żeby nie wiem co. I skoro tak gramy, to nie uwierzę już nigdy, że jakieś twoje (rodzicu) CHCĘ ma na celu moje dobro.”. Takie rozwiązanie skutkuje ostatecznie wyrugowaniem ze swego życia wszelkich, zewnętrznych CHCĘ. Ten sposób wybierają częściej chłopcy (zostawmy na razie w spokoju przyczyny). Dla równowagi znów podam konsekwencje w życiu seksualnym: brak podniecenia u mężczyzny wobec kobiety, której na nim wyraźnie zależy. Jej CHCĘ mężczyzna traktuje jako kolejną próbę inwazji i jego ciało stawia opór, chociaż (w lżejszych przypadkach) zdroworozsądkowo to by może i chciał. Albo chce tylko wtedy, gdy warunki to uniemożliwiają (np. jest w pracy, dzieci są w pokoju itp.).

W wieku Viagry kłopoty seksualne można przeskoczyć, co nie znaczy, że ogólny schemat zniknie. Wyobraźmy więc sobie, co stanie się, kiedy zetkną się ze sobą dwie opisane wyżej osobowości, a dzieje się to często. Wszyscy pewnie kojarzymy sytuacje, kiedy kobieta domaga się od swego mężczyzny, żeby posprzątał a on uchyla się od tego, jak tylko może. Albo żeby opuszczał klapę od sedesu, co on notorycznie zapomina zrobić. Albo naprawił cieknący od wieków kran itp. Miliony dowcipów i poradników psychologicznych na ten temat powstało, co zaświadcza o skali występowania tego schematu. Idąc krok dalej, zgodzimy się chyba, że kobiecie nie tyle zależy na wykonaniu samej czynności, co na tym, żeby mężczyźnie CHCIAŁO SIĘ tę czynność wykonać. Jest to oczywiście jakiś dowód dla niej, że temu facetowi w ogóle na niej zależy. Natomiast on nie robi tego nie dlatego, że to trudne, ale dokładnie dlatego, że wie, że ona tego CHCE. Jeśli więc on, zgodnie ze swoim schematem, nawet wykona tę czynność, ale bez zapału i w dokładnie określonych przez nią granicach, jej głęboka potrzeba nie zostanie zaspokojona, co automatycznie wywoła kolejne domaganie, na co on zareaguje jeszcze mocniejszym wycofaniem i tak do całkowitej obcości i samotności we dwoje. Wersje tej samotności są oczywiście różne, często pojawia się tu „ta druga” na boku, która po prostu nie chce aż tyle (dopóki nie stanie się „tą jedną”).

Dramat tej sytuacji polega między innymi na tym, że na początku związku to zwykle mężczyzna wykazuje inicjatywę a kobieta jakoś reaguje na jego CHCĘ, co zbliża obie osoby, ale nie wyzwala opisanego efektu. Dopiero wtedy, kiedy kobieta „też zacznie chcieć”, czyli związek zostanie w jakiś sposób obopólnie potwierdzony, pojawiają się kłopoty. W mojej pracy niejednokrotnie spotykam historie par, które żyją ze sobą całkiem dobrze i długo, broniąc się jednak instynktownie nawet przed nazwaniem tego układu związkiem. Bo oboje zdają sobie sprawę, że wtedy ona zacznie mieć większe oczekiwania a on zacznie się mocniej przed nimi bronić. Małżeństwo w takiej sytuacji ze zrozumiałych względów działa jeszcze bardziej paraliżująco.

Czy jest jakiś sposób na wyjście z tego błędnego koła? Nic tu nie dzieje się szybko. W ogromnym skrócie kobieta może próbować hamować swoje CHCĘ a mężczyzna może dla niej robić różne rzeczy miłe, których nie traktuje jako coś, czego skrycie CHCE ona. Ale to łatwo brzmi a w praktyce może trwać długo i niekoniecznie z jednym partnerem. No i można o całej sprawie rozmawiać, bo im częściej rozmawiamy, tym rzadziej nawiedzają nas duchy przeszłości. Przy okazji, łatwo mi w tym momencie wytłumaczyć, czemu w niektórych sprawach nie da się nic doradzić. Bo przecież, gdyby doradzić kobiecie, żeby o tym porozmawiała z mężczyzną, to dorzucimy jej kolejne domaganie się od mężczyzny, na które on zareaguje… jak?

Jedna z dużych gazet napisała o problemie agresji uczniów wobec nauczycieli. Przytoczono relację katechetki, która usłyszała od ucznia: „Chodź to cię zerżnę”. Jak sama mówi, przerażona była swoją odpowiedzią: „To chodź, pokaż czy masz czym” a jednocześnie zdziwiona reakcją ucznia i reszty grupy, bo położyli uszy po sobie i zajęli się tym, czym powinni zajmować się na lekcji.

Zostawmy na chwilę katechetkę z jej przerażeniem i przyjrzyjmy się reakcji Pana Psychologa, który powiedział, że reakcja katechetki była agresywna i niewłaściwa z wychowawczego punktu widzenia. Jednocześnie nie zaprzeczył, że katechetka osiągnęła to, co chciała i od tej pory uczeń będzie jej słuchał. Zarzutem Pana Psychologa było to, że w nieobecności katechetki uczeń będzie robił to samo co przedtem, czyli nie nastąpi korygujące oddziaływanie wychowawcze. Co należałoby zrobić w takiej sytuacji wg Pana Psychologa? „Otworzyć drzwi od klasy, agresor od razu zacznie się czuć mniej pewnie.”.

No, teraz to ja jestem przerażony. Dlaczego? Czy otwarcie drzwi spowoduje ów korygujący wychowawczo, długotrwały efekt zmiany zachowania u ucznia? Komunikat wysłany przez katechetkę w opisanej na początku sytuacji był taki: „Nie jestem taka słaba, jak ci się wydaje i to ty będziesz zawstydzony, jeśli się nie wycofasz ze swojego chamstwa”. Jeśli katechetka otwiera drzwi, to sygnał, który wysyła jest mniej więcej taki: „Co prawda, ja jestem za słaba by się przed twoim chamstwem obronić ale tam za drzwiami jest ktoś, kto to z pewnością zrobi”. Kto to jest? Dyrektor? Psycholog szkolny? Czy rzeczywiście są to instancje, wobec których chamski uczeń dokona refleksji i zmieni trwale zachowanie? Zdaniem Pana Psychologa takimi instancjami powinny być swoiste zespoły problemowe, które będą pracować z uczniem i katechetką nad konstruktywną komunikacją a jeśli to nie pomoże, zawsze można oddać sprawę do sądu.

W całej tej historii następuje zbiorowe zaprzeczenie faktu, że jesteśmy jako gatunek wyposażeni w agresję, która służy nam do samoobrony. Najpierw zaprzeczenie a potem delegacja tej agresji na instytucje, w których nie będziemy już nazywać agresji agresją, tylko Sprawiedliwością albo Prawem. Ewentualnie Diagnozą. Nie musisz już, Obywatelu, bronić sam siebie, bo obroni cię Państwo poprzez swoje instytucje. Brzmi wspaniale, zachęcająco i na pierwszy rzut oka nie powinniśmy się takiej kuszącej ofercie opierać. I też rzadko to robimy. Rzadko też pytamy samych siebie, kto nas wtedy obroni przed Państwem.

Dlaczego więc jestem przerażony? Z kilku powodów. Problem, który może być załatwiony na miejscu, między nauczycielem a uczniem, zostaje wyniesiony w sferę urzędów publicznych, gdzie zajmie się nim grupa osób, którym trzeba będzie za to zapłacić. Oznacza to uzależnienie naszego bezpieczeństwa od urzędników, czyli de facto oddanie w ich ręce potężnej władzy, w tym władzy nie tylko wychowawczej ale i rodzicielskiej, bo następny krok jest taki, że rodzic też ma się odwoływać do instytucji w razie wychowawczych problemów – broń Boże klapsy. Czyli niebezpieczeństwo jest takie, że nie będziemy mogli kształtować dziecka zgodnie z  własnymi przekonaniami, tylko z przekonaniami Państwa. Wystarczy spojrzeć na model skandynawski. Dlaczego Breivik objawił się właśnie w takim systemie? Destrukcyjna agresywność została wyrugowana z mentalnej przestrzeni publicznej razem z agresywnością zdrową. Jeśli nie mam z tą częścią siebie kontaktu, to nie jestem w stanie przewidzieć ataku na siebie, bo przecież to „przechodzi ludzkie pojęcie”. Nawet policja w tym systemie została wykastrowana z broni i potrzebowała mnóstwa czasu, by oprzytomnieć, podczas gdy Breivik robił swoje. I dalej zresztą robi, bawiąc się wyśmienicie na koszt opiekuńczego państwa, torując drogę kolejnym psychopatycznym „celebrytom”. Początek tej drogi to właśnie oskarżanie katechetki o agresję, która była odruchową, naturalną reakcją na atak, a mówiąc precyzyjniej, na próbę dowiedzenia się przez ucznia, gdzie są dopuszczalne granice jego egoistycznej uciechy. Pan Psycholog oczywiście ubolewa, że granice te są dziś słabe i że ludzie biorą sobie agresywnie to, czego w danym momencie chcą, ale nie zauważa, że swoją diagnozą pogłębia i pieczętuje ten stan rzeczy. Zgadzam się, że ta jedna reakcja katechetki nie zmieni ucznia trwale, ale gdyby spotykał się z takimi reakcjami zawsze, zarówno w szkole jak i w domu, dosyć szybko nauczyłby się, gdzie są granice jego egoizmu (czytaj: psychopatyczności). Wszak jedną z miar kultury współżycia jest zdolność do hamowania swoich popędów.

Przesadzam? Oby. Ale na innej stronie tej samej gazety widzę informację, że rodzina chłopca, który poparzył się środkiem czyszczącym, pozywa producenta tego środka. Nasze społeczeństwo szybko się uczy. To właśnie nazywam zależnością i delegacją rodzicielskiej władzy w ręce instytucji. To jest po prostu wygodniejsze niż wzięcie odpowiedzialności za jakość swego rodzicielstwa. Na innej znów stronie widzę informację o chamstwie w tramwaju, gdzie grupka wyrostków terroryzuje dorosłe otoczenie. Otoczenie jednak dostało lekcję od Pana Psychologa i innych Instytucji, że nie można reagować agresją, trzeba wychowawczo i „adekwatnie do zagrożenia”. A najlepiej otworzyć drzwi, bo to powstrzyma chamstwo. Tylko że to już nie szkoła i napastnicy nie boją się Pana Dyrektora. Już wiedzą, że za drzwiami nikogo nie ma. No i drzwi w tramwaju trudno otworzyć.

PS. Z ostatniej chwili: „Klient pobity w Ikea. Nikt nie reagował” – no właśnie, czemu ktoś miałby reagować? Przecież drzwi były otwarte.

Krótki wywiad nt. samotności przeprowadzony przez p. Ewelinę Drelę dla portalu Ojców Benedyktynów.

ED: Czym właściwie jest samotność? Co to za uczucie?

WK: Samotność ma wiele twarzy. Jedni przeżywają ją jako rozciągniętą w czasie, bezmierną nudę i miałkość życia, inni jako emocjonalny ból, podobny do żałoby po kimś kochanym. Jeszcze inni jako powolne zamieranie, utratę energii życiowej i niemożność cieszenia się czymkolwiek. Jeszcze inni jako przerażający lęk i obawę przed szaleństwem. Wszystkiemu najczęściej towarzyszy jedno z dwóch przekonań: albo ja jestem kompletnie bezwartościowy albo świat jest miejscem wrogim, popsutym i niewartym zachodu. Najczęściej jedno miesza się z drugim, tworząc dorosłą odmianę choroby sierocej. Ja definiuję samotność jako niemożność wchodzenia w stabilne i satysfakcjonujące związki z ludźmi.

ED: Jaka jest różnica pomiędzy „Byciem samemu” a „byciem samotnym”?

WK: Bycie samemu kojarzę z fizyczną izolacją od ludzi, na własne życzenie albo wskutek wyżej wspomnianej niemożności wiązania się. Natomiast samotność to już przykra konsekwencja tej drugiej sytuacji – kiedy chcemy być blisko z ludźmi ale nie umiemy i cierpimy z tego powodu. Jak z tego wynika, bycie samemu nie musi być tragedią. Jeśli jest to świadomy wybór danej osoby, która zna konsekwencje i akceptuje je, można bycie samemu uznać za styl życia.

ED: Założył Pan stronę internetową o samotności, napisał o niej książkę. Czym właściwie jest wirus samotności? Jak się objawia?

WK: Wirus samotności to zestaw nawyków i cech osobowości, przekazywanych od poprzednich pokoleń, który sprawia określoną trudność w bliskich relacjach z ludźmi. W terapii rodzin dobrze to widać na przykładzie genogramów, które pokazują, jak dysfunkcje w relacjach interpersonalnych przenoszą się między pokoleniami. Przykładem może być samotna matka, skupiająca swoją całą uwagę na córce, która staje się lekiem na jej samotność. Takie dziecko może nie nauczyć się samodzielności, instynktownie wyczuwając, że matka cierpi, gdy ono próbuje stworzyć swoje, odrębne życie. W konsekwencji albo zostaje z matką i nie tworzy istotnych związków z innymi osobami albo tworzy związki, w których nie toleruje braku uwagi ze strony partnera. Takie związki dosyć szybko się kończą i wirus samotności zbiera swoje żniwo. Córka tak wychowana może ostatecznie wpaść na pomysł, żeby „zrobić sobie dziecko”, które będzie wychowywała sama, podobnie jak jej matka. Widać z tego, że wirus może się replikować jako dokładna kopia albo może też mutować.

ED: Dlaczego samotność boli?

WK: A dlaczego boli, gdy włożymy rękę do ognia? Tacy jesteśmy – tworzymy się przez związki z ludźmi, uczymy się świata przez związki z ludźmi i odnawiamy swoją energię poprzez relacje z ludźmi. Gdy ich brak, brak w naszym życiu czegoś istotnego, życiodajnego. Ludziom samotnym zwykle jest zimno.

ED: Czy samotność musi być problemem? Musi boleć?

WK: Brak doświadczenia bycia kochanym i dla kogoś ważnym jest dewastujący dla jakości życia. Samotność bez takiego doświadczenia jest szczególnie bolesna. Gdy w naszej pamięci istnieją takie dobre doświadczenia, o wiele łatwiej jest samotność znosić lub próbować się z niej wyzwolić. Gdy nikt nas nigdy nie kochał, każde kolejne niepowodzenie w relacjach jest tylko kolejnym dowodem na beznadziejność takich prób. To prowadzi do wyuczonej bezradności i postępującego osamotnienia. Wtedy pojawia się bierność, apatia i brak nadziei. Trudno z tego wyjść bez pomocy z zewnątrz.


ED: Jeżeli nie, to co trzeba zrobić, żeby nie bolała, lub bolała trochę mniej?  Czy można się nauczyć z nią żyć?

WK: Samotność jest nieodłączna od kondycji ludzkiej. Dorosłość jest wynikiem konfrontacji z egzystencjalną samotnością w przemijaniu i śmierci. Samotność emocjonalna, jakkolwiek wynika z przeszłych doświadczeń, jest też zwykle obroną przed doświadczeniem samotności egzystencjalnej. Dopóki swój smutek kojarzę z problemami w interpersonalnych relacjach, zawsze mogę próbować coś z tym zrobić, poprawić. Z samotnością wobec przemijania nie mogę zrobić nic – mogę tylko ten fakt zaakceptować i z nim żyć. Paradoksalnie taka akceptacja własnej ograniczoności i skończoności czasu, który dostaliśmy do dyspozycji, pozytywnie wpływa na relacje międzyludzkie. Zamiast się ze sobą użerać, mamy wtedy większą skłonność do niemarnowania czasu, do szukania w naszych związkach tego, co najlepsze.

ED: Bardzo wiele osób cierpi z powodu samotności, chciałyby założyć rodziny, ułożyć sobie życie, mieć u boku żonę lub męża. Pomimo to nie udaje się. Czy są osoby niejako skazane na samotność? Czy jest ona uwarunkowana podejściem, cechami charakteru? Zaszłościami z dzieciństwa? Lękiem?

WK: Człowiek się uczy całe życie, jeśli oczywiście jest gotów przyznać się do błędów. Znana definicja szaleństwa mówi, że jest to powtarzanie w nieskończoność tych samych zachowań, w nadziei że za którymś razem uzyskam inny, pożądany wynik. Jeśli jestem gotów wycofać się ze swojego poczucia nieomylności, to mam szansę na zmianę. Czasem pomaga psychoterapia, rozmowa z kimś bardziej doświadczonym. Mózg ludzki jest elastyczny i potrafi się zaadaptować do nowych sytuacji. Gorzej, gdy poprzestajemy na adaptowaniu otoczenia do siebie. Wiele problemów w relacjach wynika z faktu, że realny świat nie chce się przystosować do naszych marzeń i fantazji a my jesteśmy tym głęboko zawiedzeni i nie dajemy na to przyzwolenia. Dlatego próbujemy jeszcze raz i jeszcze… pozostając w świecie wyobrażeń.

ED: Co myśli Pan o samotności z wyboru – popularnym dzisiaj trendzie bycia „singlem”? Czy to faktycznie sposób na życie, czy raczej próba zamaskowania bólu i przykrości?

WK: Singiel to tylko taka etykietka, łatwa do skonsumowania przez media. W rzeczywistości każdy z deklarujących się jako singiel ma swój własny świat i swoje przeżywanie izolacji. Paradoksalnie definiowanie się jako singiel włącza nas we wspólnotę singli – mamy się już z kim identyfikować, co de facto jest krokiem do ludzi a nie od. Tym ludziom, którzy obawiają się publicznego pręgierza za bycie np. „starą panną”, taka identyfikacja z singlami może pomóc w daniu sobie prawa do wierności własnym wyborom i nieulegania naciskom. Z drugiej strony, wielu z zadeklarowanych singli to ludzie cierpiący samotność, którzy próbują ukryć przed sobą i światem swoje poczucie bezwartościowości i klęski takim dziecinnym „bo ja tak chciałem”.

ED: Czy są osoby, które nie odczuwają samotności? Czy to w ogóle możliwe?

WK: Można wyleczyć się z wirusa samotności, co nie znaczy że nie będziemy samotności przeżywać. Tęsknota za ukochaną albo żałoba po rozstaniu to zjawiska zdrowe, choć przykre – nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się chciał z nich leczyć. Te uczucia dostajemy bowiem w pakiecie z miłością. Im bardziej kochasz i jesteś kochany, tym bardziej cierpisz przy rozłące. Dlatego dzisiaj mnóstwo ludzi (w tym singli) stara się nie ryzykować kochania kogokolwiek, co w założeniu ma chronić przed bólem. Jest to inna wersja neurotycznego przekonania, że aby nie cierpieć w swoim życiu, trzeba po prostu nie żyć.

ED: Czy jako terapeuta, który specjalizuje się w samotności, uważa Pan, że to duży, czy jednak znikomy problem?

WK: Biorąc pod uwagę moją definicję samotności, myślę że problem jest spory. Społeczeństwo rynkowe uczy nas, że ma być szybko i łatwo. Wzajemne dostosowywanie się i uczenie nawzajem siebie w związku łatwe nie jest. Jednak tak naprawdę waga problemu określana jest przez konkretne osoby, które go doświadczają lub nie. Jeśli ktoś chce przeżyć życie bez strat, nie będzie miał też zbyt wiele zysków, ale trudno mu tego zabronić. Byłoby to już ideologią, a psychoterapeuta powinien trzymać się z daleka od wszelkich ideologii.

ED: Samotni są raczej ludzie młodzi, dojrzali czy starsi?

WK: Nie ma reguły. Są to na pewno innego rodzaju samotności. O samotności osób młodych mówi się dużo, jest wiele dla nich propozycji. W średnim wieku zaczynają się kłopoty tych osób, które dotąd broniły się przed bliższymi związkami. Znajomi odchodzą do własnych rodzin i zaczyna się doświadczanie straconego czasu. Czasem wywołuje to bezpłodne zrywy a czasem właśnie w tym wieku przychodzi opamiętanie i chęć pracy nad sobą. Komu się nie uda, stacza się w starczą samotność, która zwykle jest dogorywaniem przed telewizorem. Samotność ludzi starych to tabu równie silne jak tabu śmierci. Nawet mówienie o nich „starsi” jest wyrazem tego tabu. Gdyby młodzi ludzie umieli zobaczyć siebie w tych bezpłodnie zabijających czas starcach, byc może chętniej inwestowaliby czas i uczucia w trwałe związki. Jednak wielu młodych żyje dziś wg formuły „po trzydziestce choćby potop”.

ED: PS-PO to portal tworzony przy Opactwie Benedyktynów. Żyją tam mnisi, którzy świadomie wybierają samotne życie, odcinają się od świata. Jak oni, żyjąc w zamknięciu, mogą poradzić sobie z samotnością?

WK: Mnisi poświęcają swoje doczesne życie czemuś większemu, dla nich ważniejszemu, m. in. relacji z boską osobą. Trudno mi to rozpatrywać jako samotność. Jeśli mnich czuje się samotny, to zadałbym pytanie, co się dzieje z jego wiarą. W przypadku zakonników niezwykle ważny jest moment selekcji do zakonu, która powinna odsiewać osoby wybierające tę drogę po to, by poradzić sobie z emocjonalną samotnością. Jeśli jednak ktoś taki przeszedł przez sito selekcji, to bardzo prawdopodobne że problemy powrócą i wtedy, prędzej czy później przyjdzie czas na powtórne podejście do decyzji o byciu w zakonie.

ED: Czy można jakoś pomóc osobom samotnym? Istnieje jakieś lekarstwo na wirusa samotności?

WK: Wartościowa jest wszelka pomoc, która przeciwdziała bierności osób samotnych. Koniec końców każdy z nas jest autorem swojego życia, mimo że osoby samotne często przeszkody widzą na zewnątrz. Oczywiście takie przeciwdziałanie nie może polegać na braniu odpowiedzialności za kogoś samotnego, bo tym bardziej się go upośledza. Wyważenie takich działań nie jest łatwe. Na założonym przeze mnie forum dla samotnych jest zapisanych około dwustu osób, natomiast odzywa się ktoś raz na dwa tygodnie. Czy to można nazwać sukcesem, sam nie wiem.

ED: Samotność często wynika z lęku przed ludźmi. Zostaliśmy zranieni w przeszłości, teraz się boimy. Jak przełamać lęk, wyjść do ludzi, odważyć się?

WK: Po prostu wyjść, żebyśmy nawet musieli się czołgać. I jutro to samo, i pojutrze. I nie szykować się na szybki sukces. Pozostawanie w bierności jest dziecięcym komunikatem do otoczenia: „niech ktoś się mną zajmie”. Niestety, jesteśmy już dorośli, chcemy czy nie. Od dorosłych oczekuje się odpowiedzialności za swoje życie. Dorosły człowiek pozostający w bierności wysyła więc sygnał: „dajcie mi wszyscy spokój”. I tak jesteś odbierany, chcesz czy nie.