Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Twitter
EkoblogiInfogpwDuego_PolskapiotrkowalukRetwitujeSzukamyWaszbigniewcichoncarolinamhmOpulentPOLSKARysiekLbeatabszBaronChrapekPaulinaDawczakoddalenieWarsawBlogJune_Miller
Follow me
Tweets

To jest miejsce do zadawania pytań, na które będę się starał odpowiadać na Psychoblogu. Aby zadać pytanie, wybierz odpowiedni przycisk z komentarzami poniżej.

Udostępnij na FB

Czterdzieści sześć komentarzy to “Masz pytanie? Zadaj je tu.”

  • mada:

    czy możliwe jest opisanie pojedynczych symptomów obecności wirusa u dzieci?

  • wojtek:

    Jak znalezc wspolneych znajomych, grupe, odrzucic samotnosc?

  • samotna 23 latka:

    Witam,
    mam podobny problem do Wojtka. Znajomości nawiązuję bez problemu, gdyż jestem otwartą osobą. Jednak od końca liceum tak potoczyły się moje losy, że w ciągu roku zrezygnowałam ze wszystkich znajomości licealnych, po czym poznałam chłopaka i on stał się alternatywą na samotność. Potem związek rozpadł się, mija 1,5 roku, a ja wciąż nie mam swojej grupy znajomych. Zawiodłam się na osobie, którą nazywałam najlepszą koleżanką. Została mi jeszcze jedna, z która mogę się od czasu do czasu spotkać. Jest mi z tym ciężko. Próbowałam poznać kogoś z internetu, wyjechałam sama na wakacje, zorganizowałam z ludźmi z internetu sylwester w klubie (nieudany). Ciężko mi nawiązać kontakt z kimś na dłuższy okres. Najbardziej zależy mi na koleżance. Zawsze albo czegoś w znajomości mi brakuje, albo czuję się gorsza… Oprócz tego mam nieodparte wrażenie, że ludzie są zamknięci na własny krąg znajomych. Studiując zaocznie i prywatnie do tego, większość osób jest starsza, niekiedy dodatkowo mieszka poza Wrocławiem. Piszę to wszystko tutaj, bo już nie radzę sobie ze swoją samotnością. A czytając „Wirusa samotności” jakoś nie potrafiłam dopasować się do żadnego :/
    pozdrawiam i dziękuję za odpowiedź.

  • madzia:

    jak poradzic sobie z samotnoscia ?? juz tyle razy zaufałam innym a oni mnie odrzucili??jak sobie poradzic??

  • julka:

    Witam,
    jestem matką, żoną a mimo to czuję się potwornie samotna. Od jakiegoś czasu nie potrafię stworzyć bliskiej relacji z żadną osobą. Wychodzę z założenia, że nikt nie ma ochoty na znajomość ze mną i generalnie czuję się gorsza.
    Z drugiej strony jest we mnie nieodparte pragnienie bliskości z drugą osobą a mąż niestety nią nie jest…Nie wiem, gdzie szukać takiej osoby, choć to banalnie brzmi. Czy może szukać rozwiązania w sobie…

  • samotny27:

    Witam! mam podobny problem.jestem samotny i czuje samotnosc od kad tylko pamietam!jestem komunikatywny ,chetnie tez nawiazuje nowe znajomosci.nie jestem wymagajacy i nie mam tez wysokiego mniemania. jestem po paru nieudanych zwiazkach,w których zostałem 2 razy zdradzony i wykorzystany.Po tym wszystkim juz 4 lata jestem sam jak palec,oczywiscie poza rodzina przed ktora udaje ze wszystko jest kolorowo….jednym słowem masakra az zyc sie niechce jak pomysle ze ma byc tak dalej…:(( Obecnie w bezskutecznych poszukiwaniach bliskosci… pozdrawiam samotnych!!

  • samotna 23 latka:

    Czy ktoś tutaj może uzyskał odpowiedź? Bo ja nie :/ a może jest ktoś z Wrocławia? nie zależnie od wieku, można by spróbować zawiązać przyjaźń… pozdr

  • aniewiad:

    Nie wiem, czy wpisuję się we właściwym miejscu, bo nie czuję się „zawirusowana” ani w „linii partii”… Kiedyś nabrałam się na WSDP i Pana nazwisko wydało mi się znajome, gdy natknęłam się na ten blog. Przeczytałam go – jak dawno temu „WS”- z dziwną mieszanką oburzenia i rozbawienia [doceniam Pana poczucie humoru]. Odnoszę się do swoich doświadczeń i nie zgadzam się z Panem.
    Blog nosi tytuł „Świat potrzebuje terapii”. Odczytuję to: „świat zwariował i o tym nie wie, ale są psychoterapeuci, którzy go wyleczą”. Oto freudowska wizja, gdzie istnieją jedynie pozory ale i, Bogu dzięki, garstka fachowców, która potrafi wydobyć z głębin Prawdę niedostępną dla oczu przeciętniaka.
    Jeśli samotność to powszechna choroba, wynikająca z (nieuświadomionych) traum dzieciństwa, dlaczego ja , wychowana w zimnym, agresywnym otoczeniu, lubię siebie taką niedoskonałą jaka jestem, żyję od dwudziestu lat w udanym związku, mam niewirtualnych przyjaciół i kocham moich rodziców mimo ich jakże ułomnego rodzicielstwa- i to wszystko bez lat morderczej psychoterapii? Czuję się zakorzeniona w sobie i świecie, „tym co jest”, również wtedy gdy boli mnie samotność aż do kości [też tak bywa]. Samotność postrzegam jako element mojego człowieczeństwa, tak jak cierpienie czy egzystencjalny lęk.
    Nie umniejszam wagi ludzkiego cierpienia. Zgadzam się, że przynosi ulgę kontakt z drugim życzliwym człowiekiem. Ale skuteczność psychoterapii to myślenie życzeniowe jednej i drugiej strony. Przeszłam krótką psychoterapię behawioralną. Życie nie stało się bezbolesne, i tak już będzie, pewnie musi tak być. I dobrze. Trudno stanąć codziennie oko w oko w warunkach naturalnych z drugim człowiekiem, z jego pięknem i podłością. Lub co gorsze: ze sobą samym – w pokorze i w samotności właśnie. Łatwiej wydać 100 zł na kupno protezy bliskości czy fachowca od trudnych pytań.
    Pisał Pan kiedyś, że patriarchatem oddychamy jak powietrzem. Ja łapię się też często na tym, że przyjmuję bezrefleksyjnie współczesne paradygmaty np. laicki humanizm, wiarę w „ekspertów”, w potęgę samoświadomości, w zasadę przyjemności etc etc. Szczerze przyznam, że nie mam pojęcia jak wygląda Rzeczywistość, gdy odsunę te założenia. Czy jedyną receptą na spełnienie jest życie „sparowane” lub stadne? I czy są „recepty”? Ciekawa jestem czy uznałby Pan za spełnione życie Kanta albo van Gogha? Albo współczesnej rekluzy? I-tak na marginesie- czy życie po prostu nie może „być” a musi „być jakieś”?
    I ostatnia uwaga. Pisze Pan: „Jeszcze nie słyszałem o małżeństwie, które wpadło na pomysł kupienia dwóch tubek pasty, żeby każdy mógł wyciskać po swojemu”. Naprawdę? My mamy w domu oddzielne tubki…
    PS : ja wyciskam od środka i niemetodycznie ;)

    Pozdrawiam
    Anna Niewiadomska

  • Marylka:

    cyt
    wychowana w zimnym, agresywnym otoczeniu, lubię siebie taką niedoskonałą jaka jestem, żyję od dwudziestu lat w udanym związku, mam niewirtualnych przyjaciół i kocham moich rodziców mimo ich jakże ułomnego rodzicielstwa

    hehe to co ty tu robisz?

  • Samotna bez Ciebie....:

    Nie umiem poradzic sobie w zyciu 2 miesiace temu zmarl moj maz (prawie maz)strasznie bylismy blisko,szukalam cale zycie tak wielkiej,prawdziwej milosci znalazlam ja w internecie na portalu Sympati,lecz byla mi dana tylko 2 lata,moj ukochany zmarl nagle(zator pluc)nie moglam nawet sie pozegnac nie bylam przygotowana na tak szybkie odejscie zostalam sama z synem 14 letnim w obcym kraju bez rodziny,pracy stalej nie potrafie zyc bez niego on byl mym powietrzem i sensem zycia jak sobie poradzic z ta strata wiem ze mam syna ,ze musze o niego zadbac tak bardzo mi ciezko,nie mam sie nawet komu wyzalic z tad moj wpis tutaj nie wiem czy ktos to przeczyta czy est ktos kto moze mi pomoc???jak wyjsc z tej traumy moj Darek zmarl na mych oczach a ja nic nie moglam zrobic kompletnie nic nie umiem zrozumiec jak zdrowy postawny mezczyzna moze umrzec z dnia na dzien jak to jest mozliwe jak???boze jak uporac sie z tym wszystkim tak bardzo mi zle boje sie ze serce mi peknie ze nie podolam temu wszystkiemu polowa mnie zmarla z moim kochanym pozostala druga ,ktora musi wychowac syna tylko syna bo chyba dla mnie skonczylo sie szzcescie i jedyne jakie mi pozostalo to syn pomoc jemu mam 37 lat koncze dokladnie za 2 tygodnie 26 listopad mielismy razem swietowac zycie jest takie niesprawiedliwe czasem i tak potrafi dac w kosc czasem zadaje sobie pytanie czy ja jestem az tak zla ze tak wszystko sie uklada i czy az tak duzo wymagalam od niego tylko byc kochana i miec ukochanego mezczyzne u swego boku i tak szybko jak poznalam go tak szybko i niespodziewanie stracilam!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  • Ciekawy:

    Witam serdecznie, dlaczego ten blog już nie jest aktualizowany? Bardzo ciekawe wpisy, a szkoda że od czerwca nic nowego się tutaj nie pokazało :(

  • wk:

    Jest aktualizowany :) to tylko pierwszy post jest przyklejony. Chyba to rzeczywiście jest mylące, pomyślę o zmianie.

  • Iza:

    Zaczęłam chodzić do psychologa,wiem,że sama podjęłam wcześniej decyzję o tym by być sama.Dotarło to do mnie miesiąc temu,poznałam mężczyznę,który jak mniemam będzie kimś ważnym dla mnie,otworzyłam oczy i poczułam,że chcę zrobić porządek ze swoim życiem.Chcę kochać,ryzykując,że zaboli,chcę mieć dom,rodzinę,wiedzac,że nic nie trwa wiecznie.Chcę żyć,bo innego życia miała nie będę…Ale żeby nie było tak różowo,boję się pracy,rozczarowań,miłości,tego że sama powtórzę swoje poprzednie błędy i będę go osaczać,zamiast kochać?Jeśli ktoś się waha czy iść do terapeuty,niech mi uwierzy,że warto.Za trzecim razem tarfiłam do osoby z którą umiem być całkiem szczera i wiem tylko,że to ma sens.Nie mam pojęcia ile to potrwa,a jest o czym rozmawiać(depresja,myśli samobójcze,DDA…)jak dla jednej osoby sporo.Nie chcę już uciekać przed innymi,przed sobą,chcę walczyć z poczuciem gorszości,lękiem…Czy mi się uda?MAM NADZIEJĘ.Mam 30 lat,jednego dnia zrozumiałam że tyle jeszcze tego życia przede mną,a jednocześnie,że przez 5 lat uciekałam przed sobą,oszukiwałam siebie,że umiem sama sobie wystarczyć,że nie tęsknię za miłością,bliskością i że nie chcę nikogo.Kłamałam,tylko po co?By zagłuszyć ból,by…sama nie wiem,by żyć,przetrwać…Ale to była zła droga,zły wybór,mój wybór,niestety.

  • doro:

    Skad bierze Pan pewnosc, ze „tesknoty, fantazje, niewytlumaczalne uczucia, nalezace jakby do kogos innego, nieznajomego, czasem przerazajacego” maja swoje zrodlo w czasie okoloporodowym i nieco pozniej?

  • astafakasta:

    mam 29 lat od około 10 lat jestem sam, wszystkie moje relacje kończyły się rozstaniem, jedno przeżywałem dramatycznie, stało sie tak nagle, teraz depresja i porównywanie ludzi do tych którzy są za bardzo ładni i pewnie zbyt inteligentni jak dla mnie oraz tych niedoskonałych też wydaje mi się jest dużo,szukam w necie znajomości ale nikt mi nie odpowiada na wiadomości albo po prostu chcą być same, myślę że ze mną coś nie tak, myślę że jestem w relacji dwójkowej, mój ojciec nie odzywał się do mnie prawie nigdy tylko matka,zazwyczaj były to awantury, boję się że nie jestem zbyt doskonały, czekam aż pojawi się we mnie moje zdanie że dojrzeję do relacji trójkowej, kiedy to się dzieje czy może wyniknąć samoistnie czy muszę o to zadbać?

  • roksana:

    Witam mąż wyjechał do pracy do Niemiec nie radze sobie z tym

  • Cecylia:

    Witam! nie chcę zadawać pytania, ale przeczytałam Pańską książkę „Wirus samotności”. Napotkałam w niej zdanie, że jezeli ja czytam, tzn.jestem samotna. Niestety nie. Czytałam ją z czystej ciekawości, bo nie było innej. Czy można być samotnym w pięknym, budzącym się do życia po zimie świecie? Pewnie tak. Czytając powyższe problemy jak najbardziej, ale przecież po nocy zawsze następuje dzień. Trzeba żyć chwilą(bynajmniej nie w sensie erotycznym). Też miewam dni gorsze i lepsze, bo każdy ma swoje kłopoty, ale rozpacz prowadzi tylko do depresji. I zwalanie winy za nasze niepowodzenia na rodziców, to trochę „niehalo”. Dysponujemy czymś takim jak dobra wola, chęci, postrzeganie dobra i zła. W moim słowniku nie ma słowa nuda, bo ona też zabija. Oj, rozpisałam się. Lubię być sama i korzystam z każdej wolnej chwili. Pozdrawiam.

  • Acerolka:

    Ja też nia mam pytania, a jedynie – taki mój wniosek. Gdzieś – nie pamiętam, czy w książce – napisał Pan, że Hollywood jest słusznie nasywane fabryką snów, że komedie romantyczne b. często kończą się upragnionym ślubem, a my – widzowie – oczarowani pozostajemy w przeświadczeniu, że tak słodko to już będzie zawsze. Ja tek odebrałam i zrozumialam Pana tamte słowa. A dla mnie – niestety – taką obiecanką, piękną wizję jest Pańska książka. Daje nadzieję, wrecz obietnice, że może być przepięknie. Po trudach terapii, pracy nad soba, hektolitrach lez, jest wielka szansa na wyjscie z samotnosci. Moze wielu osobom sie udalo. Moze tylko mnie nie. Jestem przeogromnie zawiedziona. Tylko tyle. Dla mnie niestety AZ TYLE.

  • aerith:

    jestem po terapii psychodynamicznej, która trwała półtora roku. Wraz w psycholog postanowiłyśmy ją zakończyć.
    O tyle o ile w czasie terapii miałam problem z okazywaniem uczuć, pod koniec mniejsze, teraz wyjatkowo często płaczę, czuję się przeraźliwie samotna.
    Wiem, że na wiele rzeczy w życiu to ja mam główny wpływ.
    Ale stanęłam w miejscu, w którym wydaję mi się, że najzwyczajniej nie potrafię żyć dorosłym życiem. mam 22 lata, nie mam żadnych bliskich przyjaciół, mam chłopaka z którym jestem kilka lat. Albo czuję totalny brak zainteresowania, albo w momencie kiedy okazuje mi uczucia, najchętniej bym się usunęła, nie chce tego słuchać. I nie potrafie świadomie tego kontrolować, coś z wewnatrz każe mi się odsunąc.
    Chcialabym sie rozwijac, pracowac, ale gdy juz przychodzi do rozmowy o prace, czy podpisania umowy, boje sie pojawic w tym miejscu, boje sie nowych ludzi, ze nic ta praca nie wniesie w moje zycie, ze spowoduje tylko strach i cierpienie. Absurdalne jest to, że najbezpieczniej czuje sie w domu, w ktorym czuje sie jednoczesnie strasznie samotna.
    Doskonale pasuje do mnien artykul, w ktorym napisane jest, ze nowi ludzie albo sa dla mnie niewystarczajacy, albo czuje sie przy nich duzo gorsza.
    Nigdy w zyciu ne mialam mysli samobojczych, teraz wydaje mi sie to idealnym rozwiazaniem, bo o ile jak mialam 14 lat zawieranie znajomosci towarzyskich wydawalo mi sie czyms normalnym i latwym o tyle teraz czuje sie jak totalny laik, ktory nic nie potrafi.
    nie wiem nawet czemu to pisze, chyba po to, zeby zwrocic na siebie uwage,

  • Aerith:

    Chyba ostatnia wiadomość, którą pisałam nie dodała się, więc pisze jeszcze raz.
    mam 22 lata, jestem po poltorarocznej terapii psychodynamicznej.
    Podjęłyśmy wraz z psycholog decyzję o zakończeniu w grudniu.

    Problemy zaczęły pojawiać się niedawno. Mam nieprzemijające poczucie osamotnienia ( o tyle o ile w trakcie terapii twierdziłam, że nie potrzebuję nikogo, żadnych ludzi o teraz cierpię na ich brak). Mam syndrom opisany w jednym z artykułów, że przy jednych osobach czuję się gorsza i wydaje mi się, że albo meni porzucą, albo odbiorą coś cennego, a przy drugich czuję się niezaspokojona, wydaje mi się, że są gorsi z różnych przyczyn i nie ma w nich nic ciekawego, więc szybko urywałam relacje.
    Boje sie podjęcia jakiegokolwiek nowego przedsięwzięcia, chciałabym sie rozwijać, za dwa lata koncze studia. Chciałabym isc do pracy, ale napawa mnie przeraźliwym lekiem jak ma dojsc do podpisania umowy. Uważałam przez długi czas, że to lenistwo mimo, że lubię działać i robić coś konstruktywnego to daje mi radość.

    Jestem z chłopakiem od kilku lat. Przez kilka lat walczyłam z jego – dla mnie – ‘nadmierna’ uczuciowosia. W momencie kiedy sie zmienil, czuje sie porzucona, osamotniona.
    Nie moge wyzbyc sie nawyku rywalizacji.
    Wszystko wydaje mi sie trudne i bez sensu, coś co jako 14 latce sprawiało mi radość i dodawało energii teraz powoduje nostalgie i pustkę.
    Tak jakbym nie nadawała się do dorosłego życia.
    Nawet moja mama nie widzi mnie w roli przyszłej matki, bo uważa że ciągle jestem sama jak dziecko.

    czasem po porstu totalnie nie chce mi sie zyc, mam jakieś zachowania agresywne wobec samej siebie gdy jest mi zle.

    Nie wiem zupełnie jak z tego wyjść, mimo ze po terapii myślałam, ze bede potrafiła rozwiązywać problemy sama.

  • wk:

    Może warto się skontaktować jeszcze ze wspomnianą psychoterapeutką?

  • cynam_ona:

    badzmy ludzmi..

  • Dasha:

    Jak moge sobie poradzic ze wczesnym wejsciem w zycie dorosle?
    Jestemmloda mama i nie potrafie sobie poradzic z rola rodzica oraz przyszlej zony:/

  • kikut:

    Poznaliśmy się na studiach. Najpierw spacery, wyjścia do knajpy, byliśmy coraz bliżej. Od początku pragnąłem się dowiedzieć, czy te spotkania coś znaczą. W końcu spytałem. Odpowiedziała, że tak, ale chce być sama, nie chce nowego związku. Jeszcze tej samej nocy namiętne pocałunki. Potem na każdym spotkaniu pocałunki i pieszczoty, choć za każdym razem mówiła, że nie chce tego więcej robić, że czuje się jednocześnie cudownie i źle. Podzielałem te uczucia – chciałem się zaangażować i jednocześnie bardzo bałem się bliskości. Mimo to byliśmy coraz bliżej – zachowywaliśmy się jak para i de facto parą byliśmy. Tęskniliśmy. W łóżku była wspaniała, chcieliśmy się kochać, planowaliśmy antykoncepcję – dla mnie to również był sygnał, że chodzi nie tylko o seks, ale o trwałą bliskość. Dla mnie i dla niej bliskość fizyczna była cudowna, ale jednocześnie jakby „zagrażająca”. Cały czas jednak z jej strony istniało jakby zastrzeżenie – nie chce związku. Ja też czułem, że chcę i nie chcę jednocześnie. Któregoś wieczoru powiedziała z bólem, że odchodzi.
    Ona jest po bardzo trudnym związku – była szaleńczo zakochana, oddana to tego stopnia, że rezygnowała ze swoich pasji i „osobnego” życia. On to wykorzystywał. Gdy wyjechała na studia zaczął ją oszukiwać. Zdradził. Rozstała się z nim, a on zaczął ją prześladować. Do dziś ciągle jest jakoś „obecny” w jej życiu. Jest tym zmęczona, a co najgorsze – boi się go. Powiedziała mi, że go nienawidzi i nie chce mieć z nim już nic wspólnego. Jednocześnie, gdy spytałem, oznajmiła, że go kocha, choć o byciu z nim nie ma mowy. Takie ambiwalentne uczucie.
    Bardzo mi na niej zależy. Nie mogę przestać o niej myśleć. Bardzo tęsknię.
    Gdy wyjechała do domu na tydzień, bardzo mi jej brakowało. Tyle że ona nie tęskniła, czasem tylko pomyślała: „ciekawe co on porabia?”, ale nie była to już ta tęsknota co kiedyś. Czy można ot tak po prostu przestać tęsknić?
    Ona chce być sama, nie chce wchodzić w związek nie tylko ze mną, ale z nikim. Jednocześnie wiem, że jestem dla niej ważny, chce utrzymywać normalne relacje. Nie jestem zwykłym kumplem (co po tym, co było między nami, nie dziwi), ale nie jestem tez jej facetem.
    Tymczasem ja czuję się odrzucony, strasznie cierpię, chcę by była ze mną, mimo świadomości własnych trudności z zaangażowaniem.
    Jestem tak zagubiony, że nawet nie wiem, co to oznacza być przy niej. Chcę tego, ale nie wiem jak to zrobić. Dzwonić do niej, czy się nie narzucać? Zapraszać do kina czy na spacer, a może nie? Kiedy spyta „co słychać” jak mam odpowiedzieć, że ok, skoro serce pęka i mam ochotę jej wykrzyczeć, że zwariuję z tęsknoty i pustki po niej? Jak czekać, gdy nie wie się na co? Rozstała się z nim pół roku temu – to dużo? A może mało? Same pytania bez odpowiedzi… Czuję się jak małe, bezradne dziecko…
    Czasami czuję, że jestem przez nią wodzony za nos – jednego dnia uśmiechnięta, wesoła i jak się spotkamy, to gadamy jak dawniej; następnego dnia znów zimna jak góra lodowa, nie mówi nic, jak się spotkamy to się mało co odzywa. Gdy zadzwonię i pytam co słychać, to czuję, że jest zła, że przeszkadzam jej w nauce (sesja na karku, no ale 5 min. rozmowy?); zaproponuję spacer to strasznie mnie przeprasza, że nie odpowiedziała zaraz bo nie miała przy sobie telefonu i pyta gdzie i kiedy się spotkamy, bo jest chętna. Innym znów razem, gdy zapraszam, by wpadła na fajkę jak będzie wracać z rolek, to nawet nie odpisze.
    Zawsze miałem kłopot z rozpoznawaniem granic autonomii drugiego człowieka, zwłaszcza w związku, jestem zaborczy i często z pretensjami (ale nad tym pracuję – leczę się), dlatego nie wiem, czy ja przesadzam i projektuję na nią swoją złość,czy ona rzeczywiście jest chwiejna? A może niezależna? Nie mam powodów, by jej nie wierzyć, że to co było między nami było oszustwem z jej strony. Poza tym po prostu czułem, że nie było. Powiedziała mi, że musi odejść dlatego, że zaangażowanie w pewien sposób ją obciąża; twierdziła, że nie może sobie poradzić z nieustającą obecnością mnie w jej głowie, że problemem dla niej było, gdy robiła cokolwiek, zadawane przez nią sama sobie natrętne pytanie, co ja na to, co ja bym pomyślał itp. Ja oczywiście wtedy gdy byliśmy blisko nigdy nie byłem, pomimo swych kłopotów, narzucającym swe wobec niej wymagania, wręcz przeciwnie – dopingowałem ją by, w przeciwieństwie do swego poprzedniego związku, nie rezygnowała ze swoich pasji i swojego życia. Czy można z dnia na dzień przestać tęsknić, myśleć o kimś? Czy możliwe, że jest jej trudno i dlatego jest taka chłodna? Czy możliwe, że wystraszyła się bliskości i uciekła? Czy możliwe wreszcie, że to ja mam problem z sobą?
    Już się całkiem pogubiłem.
    Nie potrafię się powstrzymać, by do niej nie dzwonić i wypytywać dlaczego nie chce się ze mną spotkać. Przeraża mnie moje własne zachowanie. Czuję, że zaczynam ją osaczać, że zachowuję się jak jej były. Ona się wkurzy i w końcu na serio będzie miała mnie dosyć (o ile nie ma mnie już dosyć, bo mówi, że ma dość takich rozmów). Kompletnie nie radzę sobie z jej odrębnością i nie wiem co z tym robić, a bardzo chciałbym jej na nią pozwolić!
    Czasem mi się wydaje, że jestem po prostu nudny i nie potrafiłbym sprawić jej frajdy. Często jest tak, że jak się jednak widujemy, to mam wrażenie, że nie ma o czym gadać. Z drugiej strony wiem przecież, że tak nie było – potrafiliśmy gadać normalnie, koncert, kino, knajpa – mówiła, że jest bardzo zadowolona. Nie wiem – może kłamała. Ale czy zmuszałaby się do wyjścia ze mną gdzieś?
    Powiedziała mi raz, że musi odejść, bym się zbytnio nie zaangażował i potem nie cierpiał. Może to ona bała się zaangażowania? Pomyślcie – jest z gościem, który jest fajny, tęskni za nim, sypia z nim i nagle mówi mu, że się boi by się nie zaangażował. Już nie wiem, czy ja nie rozumiem kobiet bardziej, czy siebie?
    Mija 1,5 miesiąca. Telefon milczy. Ja przestałem chodzić na zajęcia, by jej nie widywać – boję się własnych emocji. Wpadłem w dołek, nic nie ma sensu. Pragnę się do niej odezwać, ale bardzo boję się jej reakcji. Liczyłem, że ona jednak wykaże inicjatywę. Nie wiem, może minęło zbyt mało czasu, a może faktycznie jest jej dobrze bez mojej obecności. Tymczasem ja umieram z tęsknoty i nawet nie wiem, czy powinienem wyznać jej przy jakiejś okazji to, co czuję.
    Co robić, by pokazać jej, że warto jeszcze raz spróbować?
    Wiem, że ten wpis jest chaotyczny i nie opisuje całości sytuacji – odzwierciedla tylko stan mojej głowy.

  • zbigniewcichon:

    Nałogowiec kochania za bardzo ? Może zajrzysz na tą stronę: http://www.kobieceserca.pl/ ?
    Ja swego czasu korzystałem i takowe uzależnienie rozpoznałem u siebie.

  • petra:

    Pół roku, to może być za mało… Ja potrzebowałam więcej czasu po zakończeniu toksycznego związku. Daj jej czas. Niech wie, że jesteś, nienachalnie, nieosaczająco, obecny. Że może liczyć i że ma oparcie. I poczekaj jeszcze trochę. Zapytam przewrotnie: skoro nie chodzisz na zajęcia, żeby jej nie widzieć, to jak myślisz, jak ona się czuje, z jednej strony te wiadomości i telefony, z drugiej brak zainteresowania tak na codzień, tak zwyczajnie. Gdyby ktoś tak postępował w stosunku do mnie, trochę by to zamieszało w moich uczuciach i odczuciach. Powodzenia.

  • kikut:

    petra, co to oznacza nienachalnie? Czy mam pisać do niej co jakiś czas, czy jak? Ja naprawdę jestem zagubiony. Ponadto cała ta sytuacja jest dla mnie o tyle trudna, że sam mam zaburzenia osobowości i odrzucenie wywołuje u mnie falę tak wielkiej złości i całej masy innych trudnych i, moim zdaniem, niszczących emocji, że sam się siebie boję. To dlatego unikam jej, ale także „całego świata” – zapadam się w ciemną studnię :(

  • Viola:

    Czy życie na ziemi to kara za nasze grzechy i winy,
    czy tez nagroda z cudownej boskiej krainy.
    Jeśli nagroda jest życie, głowy ku Tobie chylimy
    i dzięki Ci Panie składamy, a imię Twoje wielbimy
    Lecz skoro nagroda jest życie, dlaczego czasem cierpimy?
    czyżby wraz z przyjściem na świat, nieszczęście w posag wnosimy?
    To jaka nagroda jest życie skoro nieszczęście tu jest?
    Stworz nam Panie taki świat na którym nie będzie łez.
    A jeśli kara jest życie, za co nas Panie karzesz?
    Powiedz co czynić mamy, zrobimy co tylko rozkażesz.
    Wiec czym jest życie na ziemi? czy ktoś odpowiedz mi da?
    Nie nie usłyszę jej z nikad, bo tylko Bóg Pan nasz ja zna!!!

  • kikut:

    Chce się spotkać. Co teraz? Ujawnić swe uczucia, czy udawać, że jest ok? Zniknąłem na 3 tygodnie, bo się uczę do sesji, czy dlatego, że sobie nie radzę i dopadła mnie kolejny raz zmora depresji? Mówić prawdę, otworzyć się, wyrzucić z siebie wszystko, czy trzymać dystans? Jakby nie było, wiem, że po spotkaniu będzie bardzo boleć :( Rozum mówi, że ona chce się spotkać jak z kumplem, bo dawno go nie widziała i koledzy na uczelni pytają co ze mną, a dusza pragnie, by powiedziała, że bardzo za mną tęskni :( Nie potrafię godzić się z odrzuceniem, odmową, rzeczywistością taką, jaka jest – tym bardziej będzie bolało na i po spotkaniu :( Tak pragnę, żeby moje ja nie zależało wyłącznie od miłości drugiego człowieka, bym potrafił zadbać o siebie sam, by utrata nie była końcem wszystkiego :(

  • Diana:

    Jeszcze nigdy nie korzystałam z Internetu w takiej sprawie.Nie należę do portali społecznościowych.Pracuję, dużo pracuję i nie czułam się do tej pory samotna.Ma córkę piękną i mądrą, która wybiera się na studia na drugi koniec świata.Dla mnie oznacza to zerwanie wszystkich więzi, dla niej rozwój i wolność.Nadmienię, że bardzo się kochamy, bo praktycznie mamy tylko siebie.Perspektywa rozstania zupełnie zmieniła moją psychikę, płaczę, ciągle płaczę.Czego oczekuję, pisząc ten list ? Nie wiem.Wszyscy mówią, że powinnam być dumna mając taką zdolną córkę, ale to nie ich dziecko wyjeżdża.I mają mężów, żony…A ja tylko ją.

  • Cecylia:

    Kobieto! Nie panikuj, ja mam syna w Afganistanie! Na nie swojej wojnie! koleżanka męża – została z małym dzieckiem, poroniła ciążę! I jeżeli rozczulałybyśmy się nad sobą do kogo Oni wróciliby? Przecież Twoja córka będzie utrzymywać z Tobą kontakt. Cieszcie się chwilami.

  • lisa:

    Witam. Diana,rozumiem twój żal i lęk…Każdy ma inne problemy,mniejsze i większe,straszniejsze i mniej straszne…każdy jednak przezywa to tak samo mocno i drastycznie bez względu na to jak wielki wydaje się problem innym, ponieważ przezywamy to indywidualnie…dla mnie tragedia był wypadek syna,dla koleżanki choroba córki,mimo że była uleczalna,bo każdy ma swój próg bólu i cierpienia. ja przeżywając prawie śmierć własnego dziecka,mogłabym krytykować koleżankę,ale przecież nie mogę,bo mnie akurat spotkało to,a ja trochę coś mniej drastycznego,aczkolwiek miała prawo przeżywać to tak samo jak Ja!!! bo taki był jej próg,to było dla niej najgorsze przeżycie w tym momencie.
    Wiem,że poradzisz sobie z tym i za jakiś czas będziesz się uśmiechała do tej sytuacji będąc jeszcze bardziej dumna ze swojej córki:) Pozdrawiam.

  • Mola:

    Od zawsze jestem samotna, choć sama prawie nigdy…I choć w dużej części samotność generuje postęp techniczny to w moim przypadku jest to chyba nadwrażliwość emocjonalna, „dzięki” której prawie nikt nie wie o czym mówię, kiedy mówię :-)
    Przyzwyczaiłam się, choć czasami trudno jest zrozumieć dlaczego „być” znaczy dzisiaj tak niewiele, za to „mieć” stało się potęgą…
    Pozdrawiam

  • solus:

    kikut, zaglądasz tu jeszcze? Minęło ponad pół roku, jak rozwinęła się sytuacja „zewnętrzna” i „wewnętrzna”? Na podstawie tego co pisałeś nie uważam byś był jakoś patologicznie uzależniony od miłości, zakochałeś się i nie widzę nic niewłaściwego że cierpisz (cierpiałeś?) katusze kiedy druga strona nie owzajemniła uczucia, bądź zrobiła to połowicznie. Może (a właściwie na pewno) nie jestem obiektywny, sam mam na tyle poszarpane i wynaturzone potrzeby z tym związane, że nie jestem w stanie zdobyć się nawet na nawiązanie relacji (były jakieś bzdety, zupełnie bez sensu, poraniłem ze dwie dziewczyny i tyle), lata psychoterapi i proszków niewiele mi dają, a sam mam tych lat już bez mała 35… Może mądrzy ludzie mogliby powiedzieć, że mógłbyś lepiej radzić sobie z odejściem i bolesnym zawodem, ale sam zawód jest raczej na miejscu i nie uważam że akurat w nim powinieneś upatrywać jakiejś swojej „nieadekwatności”. Ja do mądrych nie należę i potrafię wyobrazić sobie że taka sytuacja byłaby dla mnie horrorem, może dlatego uprzedzając rozpacz w relacje nie wchodzę, a właściwie czuję się odrzucony już na wstępie, właściwie to w pewnym sensie abstrahując od konkretnej osoby, po prostu nie za bardzo potrafię uwierzyć, że ktoś mógłby mnie pokochać i potraktować poważnie, miałem dość mocno niestandardowe dzieciństwo i historię z mamą…

  • Anonim:

    Czasem zaglądam.
    Nic się nie zmienia – męczę się tak samo jak wtedy. Jakoś w listopadzie odezwałem się do niej, powiedziałem co czuję, jak doskwiera mi jej brak, ale stwierdziła, że dla niej ten rozdział jest zamknięty. Utknąłem na etapie pierwszej rozpaczy po odrzuceniu i nie potrafię pójść dalej, niestety.
    To co piszesz o lęku przed relacjami i ich unikaniem, o terapii i lekach, dotyczy także mnie. Porzucenie też jest dla mnie horrorem, ale mimo to pakuję się czasem w związki – tyle że jak ćma do ognia, na zatracenie. Przepraszam, ale póki co nie mam siły więcej pisać. Trzym się!

  • kikut:

    Zapomniałem się wyżej podpisać.

  • kikut:

    Jeszcze jedno.
    Petra mi kiedyś napisała, bym próbował być „nienachalnie”. Nie wiem jak mają inni, ale ja potrafię tylko „wszystko albo nic”. Ja nie daję rady inaczej, nie wyobrażam sobie, bym mógł być przy niej blisko i nienachalnie z moją zachłannością i zaborczością. Czy można być „znajomym” dla kogoś, do kogo czuje się dużo więcej? Jak to znosić??? Ta cała historia zmiażdżyła mnie tak bardzo, że praktycznie wycofałem się nie tylko z relacji z tą dziewczyną, ale i z „całym światem”. Studia to już raczej eksternistycznie robię, tak boję się spotkania. Bardzo chciałbym umieć radzić sobie z własnymi emocjami na tyle, by je znosić i z nimi żyć. Ale wciąż nie umiem i wciąż się z tego powodu nienawidzę. Innymi słowy – mam poważne wątpliwości, czy jest w ludzkim życiu możliwa sytuacja, że pomimo odrzucenia relacje układają się dobrze, z nadzieją, że kiedyś znów coś się wydarzy. Z resztą, to już bez znaczenia – mówiła, że chce dobrych, koleżeńskich relacji, ale spotkać się nie chce.

  • petra:

    kikut, solus: mam pytanie, ponieważ obserwuję problem z tej drugiej strony. Chciałabym zrozumieć pewnego mężczyznę, który, mimo mojej wstępnej akceptacji i mojego przyjaznego odnoszenia do niego już dwukrotnie pojawiał się na chwilę, potem znikał, wracał i znów zamilkł, w międzyczasie opowiadając, jak bardzo nie chce mnie krzywdzić. Nie mogę powiedzieć, że cierpię, ale zwyczajnie nie rozumiem. Czy Wy macie podobnie jak on?

  • kikut:

    Wiesz, jest taki stereotyp mężczyzny, który się boi bliskości, związku, zaangażowania, odpowiedzialności itp. No ale to stereotyp. Po mojemu, jeśli on mówi Ci, że nie chce Cię ranić, to tak jakby coś projektował. Jakby sam bał się, że zostanie zraniony. A że mimo to się wciąż pojawia? Ja na ten przykład mam tak (co jest koszmarem), że jednocześnie bardzo pragnę bliskości i boję się odrzucenia. W takiej sytuacji trudno moim uczuciom „podjąć decyzję”, rozrywają mnie dwie przeciwstawne, znoszące się nawzajem siły i w efekcie trwam w bezruchu. I nie jest to niestety kwestia woli :( Nie ma znaczenia życzliwość i otwarcie drugiej osoby – to tkwi we mnie, w mojej głowie.
    Ja mam akurat tak, ale może na rzeczy jest coś innego?

  • petra:

    dziękuję. Pomogłeś mi. Po poznaniu Twojego punktu widzenia będzie mi łatwiej podjąć decyzję, jeżeli on znów się pojawi. Trzymam za Ciebie kciuki:)

  • kikut:

    Dziękuję. Pamiętaj tylko, że jestem chory i patrzę na świat przez swój, zaburzony pryzmat.

  • petra:

    to nie ma znaczenia. Zawsze staram się brać pod uwagę wszystkie możliwe powody zachowania tych, którzy są dookoła, nie chcę nikogo skrzywdzić nietrafionym sądem. Podpowiedziałeś coś, na co sama nie wpadłabym…

  • solus:

    kikut: Cieszę się z Twojej odpowiedzi, choć wieści niezbyt pomyślne, ale jak to mówi (wkurzające, ale niestety prawdziwe) porzekadło: „nikt nie obiecywał, że…”, marne to pocieszenie (a własciwie żadne), ale jest tu sporo „towarzyszy niedoli”
    petra: nie znam sutuacji w szerszym kontekście, ale wygląda mi to bardzo znajomo i właściwie kikut opisał sprawę wyczerpująco. „Bardzo bym chciał i bardzo się boję” potrafi tworzyć mieszankę wybuchową o strasznie destrukcyjnej sile rażenia, przy czym najczęściej jest to implozja a nie eksplozja, choć to może zależeć od usposobienia… Mnie też ostatnio, po wielu latach, zamajaczyła na horyzoncie jakaś potencjalna bliższa znajomość i od razu przyszło mi na myśl „nie jestem pewien czy to jest to właściwe uczucie, nie chcę dziewczyny zranić” Prawda, że ma ona za sobą bardzo nieszczęśliwy związek, co nie zmienia faktu że jak uświadomiłem sobie, że to prawie w 90 procentach racjonalizacje i mój własny lęk to aż się roześmiałem, mimo, że ogólnie mi w tych sprawach nie do śmiechu. Ona jakieś sygnały wysyła, ja czasem niby że też, ale potem cisza, nawet jej numeru nie znam (przyjaciółka przyjaciółki) i chyba nie chcę znać, meilujemy czasem ale z dużym dystansem. Ten mężczyzna może być w tym typie, choć (życzę Tobie i Jemu z całego serca, niezależnie jak się wszystko potoczy) prawdopodobnie na znacznie niższym poziomie patologii :)
    A tak btw, miało być to forum z pytaniami, a zrobiliśmy sobie z niego dyskusyjne pełną gębą, ciekawe co na to gospodarz bloga?

  • petra:

    myślę, że gospodarz bloga w końcu da nam szlaban:)
    Solus: dziękuję.

  • kamila:

    Czy ktos zauwazyl, ze powszechnym jest fakt samotnosci „we dwoje”. Dlatego wzielam rozwod i teraz jestem samotna w pojedynke. Czy istnieje w ogole inny stan anizeli samotnosc? Bardzo prosze o podpowiedz jak do niego dotrzec? kw

  • sjolander:

    jestem w związku z cudownym mężczyzną a mimo wszystko ciągle nie mogę poradzić sobie ze sobą. ciągle mi źle, niedobrze, smutno, nie tak, jak miało być. bez przerwy się czegoś boję i marnuję czas. co jest ze mną nie tak?

Zostaw komentarz