Dziękuję za listy, które dostaję od Państwa. Wszystko czytam a jeśli nie na wszystko odpowiadam, to tylko z powodu ograniczonych, ludzkich możliwości. Będę się starał te wątki umieszczać w kolejnych rozdziałach Psychobloga.
Ale dziś, jak się rzekło, idealistycznie. Chociaż nie wiem, czy to dobre słowo, bo kojarzy się ono ze słowem „nierealnie”. No cóż, zobaczymy.

Na podstawie moich doświadczeń z psychoterapią i instytucjami, które ją prowadzą, doszedłem do takich oto refleksji. Dominują dziś generalnie trzy mocne oferty dla osób z problemami natury psychicznej. Pierwszy to psychiatria, niekwestionowany lider, szafarz cudownej pigułki na setki zaburzeń, których lista wydłuża się jak Alicja po zjedzeniu muchomora. Reprezentuje ona pewne psychologiczne (ale też polityczne) stanowisko, że ktoś powinien z nami zrobić porządek bo sami nie potrafimy. KTOŚ z zewnątrz, KTOŚ kto wie. Pojawia się tu przerażający mechanizm komercjalizacji wpływu na psychikę, rządzący się podobnie rynkowymi prawami co sprzedaż chociażby wody w butelkach. Czy bardziej opłaca się wyleczyć pacjenta, czy ustabilizować go za pomocą leku, którego będzie potrzebował do końca życia? Ale dziś nie o tym.

Skrajną opozycją w stosunku do zewnątrzsterownej psychiatrii jest obszar psychoterapii, wywodzący się z psychoanalizy i psychologii humanistycznej, gdzie starania idą w kierunku usamodzielnienia pacjenta i uzyskania przez niego kontroli nad swoim życiem oraz satysfakcji z niego. Czyli klasyczna różnica między rybą a wędką.
Trzecia droga wynikła z tego, że czarodziejską pigułką nie da się jednak załatwić wszystkiego, chociażby takiej sytuacji, że kobieta tkwi w związku z mężczyzną, który ją notorycznie bije i upokarza (albo na odwrót). Dotarcie do źródeł takiej bierności jest aktem bardzo trudnym, wymagającym ciężkiej pracy i świadomości swojej odpowiedzialności za życie. Szukamy więc rozwiązań łatwych, np. takich żeby odizolować sprawcę od ofiary. Zasadniczy błąd w rozumowaniu, głoszący że przyczyna jest wyłącznie w bijącym, prowadzi do tego, że ofiara odizolowana od jednego sprawcy, wchodzi w związek z następnym. Taką ma konstrukcję. Potem Państwo płaci kolejne pieniądze za odizolowanie itd. w kółko Macieju. Straty finansowe są ogromne. Można by tę osobę poddać terapii psychodynamicznej ale w oczach urzędników ta terapia ma dwie potężne wady: trwa długo i nie da się kontrolować, co tam ten psychoterapeuta z pacjentem robi. Nawet słowa pacjent już używać nie można, tylko „klient”, żeby podkreślać samoświadomość terapeutyzowanego, co jest kolejną bzdurą, bo taki ktoś tkwi w krzywdzącym związku właśnie dlatego, że żadnej świadomości sytuacji nie ma.

Mamy więc opozycję między gwarantowaną zewnątrzsterownością psychiatrii a mozolnie wypracowywaną wewnątrzsterownością psychoterapii analitycznej. Mamy niechęć polityczną, urzędniczą i kościelną wobec wszystkiego, co kojarzy się z psychoanalizą. Tutaj wkracza wspomniana trzecia droga, czyli terapia behawioralna a potem behawioralno-poznawcza. Ta zmiana zresztą pokazuje całą autoobłudę tego kierunku, bo gdy samo sterowanie zachowaniem nie pomogło, odwołał się on do ośrodka decyzyjnego wewnątrz głowy pacjenta. A potem, gdy to także nie wystarczyło, poszło w stronę „automatycznych założeń” czyli de facto freudowskiej nieświadomości i wszelkich jej konsekwencji. W terapii tej, jak w żadnej innej, istnieje system „poprawek”, po które przychodzi „klient”, który już zdążył zapomnieć, co mu nakładziono do głowy. Jest to więc terapia oparta na planowym oddziaływaniu z zewnątrz na umysł, podobnie zewnątrzsterownie jak psychiatria. Sprawca przemocy, poddany takiej terapii, dostaje coś w rodzaju wzmocnionego, społecznego hamulca agresji – zamiast świadomości, skąd może pochodzić prawdziwa satysfakcja życiowa, jeśli nie z uzyskiwania poczucia ważności przez poniżanie innych. Skuteczność takiego wpływu jest ostatecznie niewielka, wszystko sprowadza się do wysłania „agresora” przez sędziego na połajankę psychologiczną, gdzie „klient” siedzi i cierpliwie czeka na koniec, jeśli nie chce trafić do pierdla. Kolejne pieniądze w błoto.

Zamiast trzech, mamy więc naprawdę dwa proponowane sposoby rozwiązywania problemów psychicznych: pomoc w uzyskaniu wewnątrzsterowności i bezpośrednią zewnątrzsterowność, w którą terapia poznawcza wpisuje się równie dobrze jak psychiatria. Od strony politycznej można by się zastanawiać, jacy obywatele potrzebni są władzy: silni i myślący po swojemu?… czy posłuszni i przekonani że w razie kłopotów muszą u tej władzy szukać ratunku?
Ja jednak na tym trochę chaotycznie zarysowanym tle chcę pokazać, co dzieje się z instytucjami, które oferują ludziom wędkę zamiast ryby. Początek takiej instytucji (np. poradni d/s przemocy w rodzinie) zwykle bywa entuzjastyczny. Spotyka się grupa ludzi, którzy godzą się, żeby coś wspólnie zrobić. Znając się, rozumieją nawzajem swoje podejście, co nie przeszkadza, żeby każdy upiekł jakąś własną pieczeń przy okazji. Potem przychodzą wybory, jedne, drugie – i urzędnicy się zmieniają. Nie ma już zespołu. Przy dzisiejszej agresywnej rywalizacji o stołki urzędnicze taki obszar jak tajemnica gabinetu psychoterapeutycznego może stać się miejscem szukania haków. Więc przestajemy (my, urzędnicy) opierać się na zaufaniu a zaczynamy potrzebować liczb, programów, raportów, ewaluacji. Czyli czegoś, co możemy podetknąć pod nos rywalowi o stołek. To powoduje zastąpienie terapeutów humanistyczno-analitycznych terapeutami behawioralno-poznawczymi, którzy mogą się spokojnie rozliczać z urzędnikami, bo terapie prowadzą w określonym czasie, podług określonych procedur. Pacjenci zaś, zamiast uczestnictwa w ich odzyskiwaniu samodzielności dostają np. wspólne pójście do sądu czy pomoc przy wypełnianiu Niebieskich Kart, co już ostatecznie ich upośledza. Lepsi specjaliści odchodzą do sektora prywatnego, zostają ci, którzy czują, że bez państwowego (czyt. gwarantowanego umową) stanowiska sobie nie poradzą. Jeśli zostało w nich jeszcze trochę przyzwoitości i zdrowego idealizmu, to może przyjść dzień, gdzie będą musieli te cechy sprzedać za pozostanie na swoim stanowisku pracy. I tak ślepy terapeuta zaczyna prowadzić kulawego pacjenta a pieniądze nasze idą w pustkę; służą bardziej uzależnianiu pacjentów od Państwa niż ich usamodzielnianiu. Instytucje państwowe zdobywają przez to ogromną władzę, co zwiększa ich apetyty i prowadzi do „opiekuńczego” modelu skandynawskiego, gdzie nawet nie możesz zdradzić się z tym, że taki gość jak Breivik zwyczajnie cię wkurwia.

Dlaczego ja to wszystko piszę? Jest to pewnie owoc moich własnych refleksji o życiu: jak, z kim, po co. Jesteśmy, chcemy czy nie, częścią systemu, politycznymi i społecznymi cegiełkami, które składają się na większą całość. Decyzja o tym, gdzie i jak pracujesz, jest decyzją polityczną, decyzją o tym, w jakim procederze chcesz wziąć udział (lub umaczać ręce). Piszę więc dla siebie, dla bliższych i dalszych kolegów oraz dla przeszłych i przyszłych pacjentów: dokonując wyboru miejsca pracy, znajomych czy własnej terapii, dokonujesz wyboru szerszego, ważnego nie tylko dla własnego funkcjonowania na co dzień, ale też dla funkcjonowania świata, w którym właśnie żyjesz. Tak, jesteś na tyle ważna/ważny dla tego świata, aby brać to pod uwagę.

Udostępnij na FB

Jedenaście komentarzy do “Tekst nieco idealistyczny”

  • mysza63:

    Końcówka tekstu to czysta utopia. O ile mogę dobierać sobie znajomych to już z pracą czy własną terapią nie jest takie proste. Zarabiać pieniądze gdzieś trzeba a z pracą u nas nie najlepiej. Poznałam to na własnej skórze tracąc niezłą posadę, bo chciałam być człowiekiem a nie szczurem. Co do terapii cóż, nie posiadając odpowiednich zasobów finansowych nie ma też wielkiego wyboru terapii. O ile ktoś jest wystarczająco świadomy tego, że terapi potrzebuje to bierze to co jest dostępne. I pozostaje tylko nadzieja, że terapeuta nie przyszedł odrobić swoich godzin na etacie.

  • Spokojny:

    Pacjenci tak zreformowanego ośrodka poczują ulgę. Wreszcie będzie wiadomo co trzeba myśleć. Ta niewiedza jest nie do zniesienia.

  • petra:

    zupełnie z innej beczki: nie mogę zalogować się na Forum. To przejściowe kłopoty dotyczące wszystkich czy też wyróżnionych? Panie Wojciechu?

  • wk:

    Przejściowe kłopoty z aktualizacją oprogramowania. Powinno być już ok, jakby co, proszę dać mi znać. Przepraszam za kłopot.

  • dakinie:

    Niestety, prawdziwe, doświadczyłam dwukrotnie tego procesu na własnej skórze (jako pacjentka/klientka). Czyli dwie świetne przychodnie z długoterminowymi programami nastawionymi na wypracowywanie podmiotowości zostały „zwinięte” do producentów specyficznie mierzonych statystyk. Bardzo to smutne. I myślę, że kluczowe jest tutaj to, że nasz system polityczno-społeczno-ekonomiczny nie jest zainteresowany świadomymi obywatelami, że powszechna jest jakaś przedziwna fascynacja liczbami ze statystyk i wskaźników (zaliczam do tego też szaleńcze PKB)…

  • mysza:

    To ja chyba miałm dużo szczęścia bo trafiłam na terapię, która zmusiła mnie do pracy nad sobą, do wejścia w mroczne zakamarki podświadomości, do określenia swojego świadomego ja. Ale zauważyłam, że dobra terapia to nie tylko dobry terapeuta ale chęć pacjenta do pracy, czasem bardzo bolesnej. Bywało, że po terapi czułam się jakbym przewaliła tonę węgla własnoręcznie. Tak więc, czasem jest tak, że nawet nawiedzony psycholog, pełen ambicji i dobrej woli trafia na pacjenta oczekuje prostych rozwiązań. Społeczeństwo też oczekuje prostych rozwiązań, bo tak jest łatwiej, wygodniej, bo nie trzeba nic dać z siebie.

  • Luke:

    Jeśli chodzi o mnie to:
    uno – bardzo się cieszę, że Pan Wojciech skrobnął znów artykuł o ciekawej treści i dającej do myślenia swojej własnej refleksji. Miałem obawę, że będzie zastój na pół roku i nic nowego się nie pojawi… super !
    duo – znalazłem taki tekst „Bycie gotowym stawić czoła nieuniknionemu bólowi, jaki niesie ze sobą życie, często jest oznaką odwagi i mądrości. Niemniej jednak, sprzeciwianie się korzystaniu z efektywnych terapii, aby pozbyć się niepotrzebnego cierpienia może być oznaką niezrozumienia i szaleństwa duchowego superego. Mimo wszystko, buddyjska psychologia uważa szczęście i radość jako zdrowe, przynoszące korzyści cechy, i zniechęca do tego, aby poddawać się niepotrzebnemu bólowi jako duchowej ścieżce” tekst dotyczył rodzaju i środków terapeutycznych – czyli co warto wybrać.
    Osobiście również zgadzam się, że długofalowe oddziaływanie terapeutyczne za pomocą terapii psychodynamicznej daje szansę na przepracowanie traum, trudnych doświadczeń i kontynuację rozwoju osobowości w kierunku, w którym człowiek uczy się cieszyć z życia takiego jakie ma. Niestety na własnej skórze doświadczam, że to droga długa, żmudna, usiana wieloma przeszkodami i wymagająca „rzucenia na szalę” dosłownie wszystkiego. Myślę sobie tak – że psychoterapia to szansa na odzyskanie zdrowia psychicznego dla ludzi, którzy od dzieciństwa nigdy zdrowi nie byli, to szansa na przeżywanie życia własnym prawdziwym ja. Po drodze tej podróży przechodziłem jednak kryzysy i wiem, że pomoc farmakologiczna była oczekiwanym wytchnieniem…
    Zgadzam się, że praca psychoterapeuty jest pracą bardzo indywidualną, opartą na zaufaniu i doświadczeniu klinicznemu. Zamykanie efektów psychoterapii w tabele i „konwersje” (jak w e-commerce) budzi dreszcze. Z drugiej strony jeśli psychoterapia zmierza do „umedycznienia się” to chyba tego typy wyniki są potrzebne… nie wiem..
    Pozdrawiam wszystkich czytelników
    Łukasz

  • Luke:

    P.S. Przepraszam, że trochę z wątku zboczyłem.
    Swoją drogą jest społeczeństwo na prochach to wizja coraz bardziej realistyczna patrząc na to w jakim kierunku pędzi świat…prawie jak jazda na „szalonym rumaku do płonącej stajni…”.

  • Muzykoterapia Blog:

    Przepraszam, a mogłabym dowiedzieć się na czym polega niechęć Kościoła do psychoanalizy? Pracuję w ośrodku katolickim, w którym dyrektor jest księdzem i nie widzę, by napiętnował psychoterapeutów analitycznych.Wręcz ich zatrudnia:)

  • Jasna8:

    Wszystko pięknie do momentu ostatniego akapitu.
    Śmiem się nie zgodzić.
    Ja dla świata jestem tak ważna jak ziarnko piasku na pustyni, jedno mniej jedno więcej nie ma żadnego znaczenia.
    To tylko biała rasa nie wiem dlaczego myśli,
    że każdy człowiek jest ważny.
    Stawiamy na indywidualny rozwój.
    Niestety na świecie tak nie jest,
    Świat uważa ,że grupa jest ważna.
    Azja, Afryka, kraje muzułmańskie…
    A w Europie rodzi się coraz mniej dzieci…

  • Kontrapunkt Psychoterapii:

    Artykuł pobudzający do refleksji i chyba o to chodzi.
    Co do komentowanego ostatniego akapitu – to prawda, że wybór miejsca pracy bądź terapii jest ostatecznie także wyborem jakiegoś systemu. W zasadzie każdy nasz wybór odnosi się wprost lub nie wprost do jakiejś wartości. Trudno jednak oczekiwać tego od osoby sfrustrowanej finansowo, by od razu zakładała własny ośrodek.
    „Umedycznianie” psychoterapii to ważny i bolesny wątek. To odzieranie tej dziedziny z ważnego w niej wymiaru, bez którego nie byłaby tym, czym jest: unikalnym spotkaniem dwóch osób, w którym praca psychoterapeuty jest nie tylko fachem ale rodzajem sztuki. I jak to mierzyć? To absurd. Można mierzyć kwestionariuszem jakieś zmienne po 5., 10., i 15. sesji, ale o czym to świadczy?
    Przypuszczam, że faworyzowanie przez NFZ, Ministerstwo Zdrowia czy inne instytucje krótkoterminowych psychoterapii to jedna rzecz, a druga to ogólna tendencja do preferowania przez ludzi szybkich, łatwych rozwiązań. Skuteczność w szybkim czasie to bożek naszych czasów.
    Nie będąc zwolennikiem terapii poznawczo-behawioralnych, chcę oddać honory wielu terapeutom tej orientacji, których osobiście znam. Są to ludzie przepojeni głębokim humanizmem i wiem, że nie traktują klienta ani jako automatu, ani komputera, ani czarnej skrzynki. Pomaga relacja, a nie metoda. A że instytucje interesuje metoda, to zupełnie inna rzecz.

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook