Ostatnie okruchy

Dwa oblicza kobiety... pic.twitter.com/UzsP36T4xe

Wszystkie
na Twitterze

W czasie Świąt mamy okazję spotkać się oko w oko z nakazem „raduj się„. Bożonarodzeniowe Święta są tak mocno wdrukowane w nasz świat, że musimy się tak czy inaczej do tego nakazu ustosunkować. Jedni zasiądą za stołem, dokładnie wypełniając instrukcję „jak się radować w święta”, inni wyjadą gdzie pieprz rośnie, by skrupulatnie uniknąć każdego punktu z tej instrukcji. Co najdziwniejsze, trudno powiedzieć, kto będzie miał więcej radości ze swojej decyzji. Oczywiście, jedni i drudzy mogą zwyczajnie cieszyć się tym, co wybrali, jednak łatwo sobie wyobrazić, że jedni będą drugim zazdrościć (i vice versa).

Nie wiem, jak Państwo, ale ja przed Świętami natykałem się głównie na dwa typy osób:

  • pierwszy:  osoby, które w jakiś sposób zamierzały instrukcję „jak radować się w święta” podważyć. „Nie będę się objadała”, „nie daję w tym roku prezentów”, „nie gotuję”, „zostaję w domu”, „nie sprzątam” – to tylko niektóre z reakcji na „raduj się”.
  • drugi: osoby, które wkurzały się bezsilnie na swój los. „O rany, znowu trzeba będzie się objadać”, „co ja mam tym ludziom kupić (i za ile)?”, „to gotowanie/sprzątanie mnie wykończy”, „k…, znowu trzeba będzie wykonywać te puste/udawane gesty” itp.

Co się takiego dzieje, że czas przeznaczony na radowanie się staje się czasem buntu i kontestacji? Najprostsza odpowiedź jest pewnie taka, że kontakt z wizją idealnych Świąt, gdzie wszyscy się kochamy i życzymy sobie jak najlepiej, uzmysławia nam wyraźnie, jak wiele nam do tego ideału brakuje. Jak wiele gestów, które trzeba będzie wykonać, będzie dokładnym przeciwieństwem tego, co w głębi siebie czujemy i wiemy. Można powiedzieć, że jeśli są między nami a najbliższymi jakieś ukryte konflikty czy niezałatwione sprawy, to w Święta mocno poczujemy ich intensywność. Poczujemy w jakiś dziwny, bezradny sposób – bo przecież Święta to „czas radowania” a nie załatwiania trudnych spraw. Siedzenie więc przy stole i robienie dobrej miny przy jednoczesnej wewnętrznej niezgodzie może być dla niektórych najtrudniejszym dniem w roku. I często jest.

Wychodzi na to, że nakaz „raduj się” nie jest czymś, wobec czego można przejść obojętnie. O powyższym przykładzie można nawet powiedzieć, że tylko wtedy możemy poczuć i uzmysłowić sobie własne smutki i problemy z bliskimi, gdy mamy absolutny zakaz ich wyrażania – właśnie poprzez absolutny nakaz „raduj się„.

Skoro tak jest, może warto zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie jesteśmy w mocy tego nakazu na co dzień. Czy nie jest tak, że czujemy się zmuszeni radować nie tym, co cieszy nas, tylko tym, co będzie cieszyć inne, ważne dla nas osoby/autorytety. Można tu przywołać banalny do bólu przykład syna, który został lekarzem/prawnikiem, bo tak chciał ojciec, który mógł wtedy pęcznieć z dumy, patrząc na swego dziedzica, na swe idealne przedłużenie. Syn staje przed wewnętrznym konfliktem: radować się po swojemu i stracić miłość ojca albo nauczyć się radować tym, czym raduje się ojciec (nawet po jego śmierci). Dwa typy ludzkie, które wyróżniłem wcześniej, w jakimś stopniu odzwierciedlają konsekwencje dokonania wyboru w takiej sytuacji – czyli albo zbuntować się i udawać, że się nie tęskni, albo poddać się i zgrzytać zębami.

Aby obraz był pełniejszy, trzeba wspomnieć o innych rozwiązaniach nakazu „raduj się„, na przykład:

  • Samotni wśród ludzi. Osoby, które są tak głodne jakiegokolwiek ciepła ze strony bliskich osób, że nie zwracają uwagi, kto im każe się radować i dlaczego. Liczy się tylko to, że „przez chwilę będziemy się zachowywać jak prawdziwa rodzina”, co dla nich znaczy „przez chwilę będziemy prawdziwą rodziną”. Reszta jest nieważna.
  • Samotni z dala od ludzi. Ci, którzy bliskich nie mają w ogóle. Dla nich nawet reklama „szczęśliwej rodziny przy świątecznym stole” będzie obiektem tęsknoty – i albo będą tej rodzinie zazdrościć, albo będą ją nienawidzić.

Oba powyższe typy ludzkie można opisać jako takie, które rozpaczliwie tęsknią za kimś, kto by im nakazał „raduj się”, nieważne w jaki sposób i nieważne, czy będzie to dla nich ograniczające. Jest to zgodne z psychologią rozwoju człowieka: najpierw niezbędny jest nam ktoś, kto nas nauczy jak i czym się radować – jednak potem, w trakcie dojrzewania potrzebny jest nam ktoś, kto pozwoli nam, byśmy nauczyli się radować na swój osobisty i niepowtarzalny sposób. Dlatego na koniec trzeba wspomnieć o tych, dla których Święta z rodziną są zwyczajnie przyjemne i niewiele różnią się jakością od kontaktów na co dzień. Z dużym prawdopodobieństwem można o takich rodzinach powiedzieć, że nie istnieje w nich żaden ukryty nakaz radowania się, który utrudniałby albo uniemożliwiał cieszenie się Świętami.

Czego więc Państwu i sobie życzyć? Chyba tego, żeby Święta były okazją do zastanowienia się, co się dzieje z moją możliwością cieszenia się i radowania życiem – czy wiem, co lubię a czego nie lubię – i czy robię to dla innych, czy dla siebie. I nie chodzi o to, co lepsze (dla innych czy dla siebie) – chodzi bardziej o to, by mieć świadomość i możliwość wyboru w tej sprawie. Myślę bowiem, że bycie nieświadomym zakładnikiem czyjegoś „raduj się” jest jedną z najważniejszych przyczyn samotności i niezadowolenia z życia.

Udostępnij na FB

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook