Ostatnie okruchy

"Za rozsądną zapłatę każdy rozsądny człowiek zdecyduje się na wykonanie trzech fikołków." - Chryzyp, 250 p. n. e.

Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘złość’

Po wakacyjnym lenistwie czas na porządki w zgłaszanych przez Państwa pytaniach.  „Czy możliwe jest opisanie pojedynczych symptomów obecności wirusa u dzieci?” – pytanie bardzo ważne i mądre, ale po długim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że na wyczerpującą odpowiedź potrzebna byłaby kolejna książka.

Jest jednak kilka podstawowych wątpliwości, czy w ogóle taką książkę warto pisać. Odbiorcą miałby być przecież rodzic, ten sam rodzic, który z dużym prawdopodobieństwem jest także ofiarą wirusa samotności. Obawiam się, że taka książka mogłaby służyć do „programowania” dziecka, oczywiście w dobrych intencjach, ale ze skutkiem raczej opłakanym. Do poradni rodzinnej, gdzie m. in. pracuję przychodzi dosyć dużo matek, które zgłaszają „kłopot z dzieckiem” i domagają się „naprawienia” tego dziecka przez terapeutę lub przynajmniej podania konkretnych, cudownych metod wychowawczych. Zwykle kończy się to tak, że na konsultacji zostaje rozpoznany jakiś konkretny problem psychologiczny matki, który utrudnia lub uniemożliwia bycie wystarczająco dobrym rodzicem.

Najczęstszy przykład: matka samotna lub z nieodpowiedzialnym partnerem, który czasem pije, czasem bije, każe się obsługiwać a syna musztruje albo jest dla niego bardziej kumplem niż ojcem. Syn w wieku dorastania zaczyna naśladować ojca i traktuje matkę per noga. Ona widzi go jako pyskatego i krnąbrnego a sama czuje się bezradna, bo gdy tylko zaczyna czegoś wymagać, słyszy zarzuty, że jest zła, niedobra, że ojciec lepszy. Czasem zresztą ojca już nie ma, bo miał ważniejsze sprawy niż bycie głową rodziny. Syn wyrasta na domowego tyrana, często większego niż ojciec, bo jeśli ojca czasem daje się przepędzić z domu, to z własnym dzieckiem trudno zrobić coś podobnego. Efekt jest taki, że syn siedzi w domu albo na ulicy, szkołę olał, trwa z głową w komputerze albo w narkotykach i dawno już nauczył się, że gdy matka w nielicznych momentach determinacji wymaga od niego, żeby przynajmniej się umył, może ją zasypać gradem oskarżeń, jak to ona zmarnowała mu życie wychodząc za ojca (albo od niego odchodząc, opcje są wymienne). Na tego typu matkę taki argument działa jak rażenie piorunem. „Ma rację, byłam złą matką, muszę mu to wynagrodzić”. Więc chucha na „maleństwo” nadal, robiąc z niego psychicznego inwalidę, który nie zdobędzie żadnej pracy ani żadnej kobiety. Oczywiście jest to jakaś postać zarażania wirusem samotności.

Co zmieni w relacji z synem taka matka, dostając do ręki podręcznik do ochrony dziecka przed samotnością? Odpowiadam: absolutnie nic. Oskarży tylko samą siebie jeszcze mocniej o nieudolność. Jedyną drogą dla takiej matki jest własna psychoterapia, która pozwoli tolerować złość dziecka, które nie dostaje natychmiast tego, czego chce. Niestety, jest to smutna prawda, którą stosuję także wobec siebie: jeśli z twoim dzieckiem jest coś nie tak, to zacznij naprawę sytuacji od własnej osoby.

Druga wątpliwość jest taka, że trudno jednoznacznie prorokować, czy dany objaw wyjdzie dziecku na dobre czy złe w przyszłości. Załóżmy, że takim wczesnym objawem wirusa jest unikanie rówieśników i namiętne czytanie książek. Bardzo prawdopodobne, że takie dziecko w przyszłości zderzy się bardzo boleśnie z rzeczywistością i odwróci się od niej w samotność. Możliwe też jednak, że przyspieszony w ten sposób rozwój intelektualny wyniesie dziecko w przyszłości na fascynujące naukowe stanowisko, które z kolei przyniesie uznanie u ludzi, ich akceptację w dobrym tego słowa znaczeniu. Czyli słabości przekute na siłę. Jak z tego wynika, każdy człowiek musi być traktowany indywidualnie – ewentualna prognoza musi dotyczyć konkretnego dziecka w jego konkretnej sytuacji.

Oczywiście, nie jest aż tak strasznie, że przyszłość dziecka to całkowita niewiadoma. Można pewnie wychwycić jakieś w miarę obiektywne sygnały zagrożenia, ale myślę, że najtrudniej wychwycić je będzie rodzicowi. Dlatego sądzę, że przyszłość dziecka jest uzależniona w dużej mierze od tego, co ja zrobię sam ze sobą, na ile jestem zdolny do dobrego współżycia z innymi ludźmi, na ile dbam o swój rozwój intelektualny i duchowy. Np. ile czasu dziennie poświęcam na kreatywne działanie, a ile na bierne wchłanianie papki z TV. Może to i banały, ale jestem przekonany, że jeśli uda się nam zrozumieć swoje własne demony, to tym łatwiej zauważymy, że zbierają się nad głowami naszych dzieci.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook