Ostatnie okruchy

Blade Runner 2049. Krótka recenzja fana oryginału. Wielka, parująca, sentymentalna kupa. Odradzam.

Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘wirus’

Po wakacyjnym lenistwie czas na porządki w zgłaszanych przez Państwa pytaniach.  „Czy możliwe jest opisanie pojedynczych symptomów obecności wirusa u dzieci?” – pytanie bardzo ważne i mądre, ale po długim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że na wyczerpującą odpowiedź potrzebna byłaby kolejna książka.

Jest jednak kilka podstawowych wątpliwości, czy w ogóle taką książkę warto pisać. Odbiorcą miałby być przecież rodzic, ten sam rodzic, który z dużym prawdopodobieństwem jest także ofiarą wirusa samotności. Obawiam się, że taka książka mogłaby służyć do „programowania” dziecka, oczywiście w dobrych intencjach, ale ze skutkiem raczej opłakanym. Do poradni rodzinnej, gdzie m. in. pracuję przychodzi dosyć dużo matek, które zgłaszają „kłopot z dzieckiem” i domagają się „naprawienia” tego dziecka przez terapeutę lub przynajmniej podania konkretnych, cudownych metod wychowawczych. Zwykle kończy się to tak, że na konsultacji zostaje rozpoznany jakiś konkretny problem psychologiczny matki, który utrudnia lub uniemożliwia bycie wystarczająco dobrym rodzicem.

Najczęstszy przykład: matka samotna lub z nieodpowiedzialnym partnerem, który czasem pije, czasem bije, każe się obsługiwać a syna musztruje albo jest dla niego bardziej kumplem niż ojcem. Syn w wieku dorastania zaczyna naśladować ojca i traktuje matkę per noga. Ona widzi go jako pyskatego i krnąbrnego a sama czuje się bezradna, bo gdy tylko zaczyna czegoś wymagać, słyszy zarzuty, że jest zła, niedobra, że ojciec lepszy. Czasem zresztą ojca już nie ma, bo miał ważniejsze sprawy niż bycie głową rodziny. Syn wyrasta na domowego tyrana, często większego niż ojciec, bo jeśli ojca czasem daje się przepędzić z domu, to z własnym dzieckiem trudno zrobić coś podobnego. Efekt jest taki, że syn siedzi w domu albo na ulicy, szkołę olał, trwa z głową w komputerze albo w narkotykach i dawno już nauczył się, że gdy matka w nielicznych momentach determinacji wymaga od niego, żeby przynajmniej się umył, może ją zasypać gradem oskarżeń, jak to ona zmarnowała mu życie wychodząc za ojca (albo od niego odchodząc, opcje są wymienne). Na tego typu matkę taki argument działa jak rażenie piorunem. „Ma rację, byłam złą matką, muszę mu to wynagrodzić”. Więc chucha na „maleństwo” nadal, robiąc z niego psychicznego inwalidę, który nie zdobędzie żadnej pracy ani żadnej kobiety. Oczywiście jest to jakaś postać zarażania wirusem samotności.

Co zmieni w relacji z synem taka matka, dostając do ręki podręcznik do ochrony dziecka przed samotnością? Odpowiadam: absolutnie nic. Oskarży tylko samą siebie jeszcze mocniej o nieudolność. Jedyną drogą dla takiej matki jest własna psychoterapia, która pozwoli tolerować złość dziecka, które nie dostaje natychmiast tego, czego chce. Niestety, jest to smutna prawda, którą stosuję także wobec siebie: jeśli z twoim dzieckiem jest coś nie tak, to zacznij naprawę sytuacji od własnej osoby.

Druga wątpliwość jest taka, że trudno jednoznacznie prorokować, czy dany objaw wyjdzie dziecku na dobre czy złe w przyszłości. Załóżmy, że takim wczesnym objawem wirusa jest unikanie rówieśników i namiętne czytanie książek. Bardzo prawdopodobne, że takie dziecko w przyszłości zderzy się bardzo boleśnie z rzeczywistością i odwróci się od niej w samotność. Możliwe też jednak, że przyspieszony w ten sposób rozwój intelektualny wyniesie dziecko w przyszłości na fascynujące naukowe stanowisko, które z kolei przyniesie uznanie u ludzi, ich akceptację w dobrym tego słowa znaczeniu. Czyli słabości przekute na siłę. Jak z tego wynika, każdy człowiek musi być traktowany indywidualnie – ewentualna prognoza musi dotyczyć konkretnego dziecka w jego konkretnej sytuacji.

Oczywiście, nie jest aż tak strasznie, że przyszłość dziecka to całkowita niewiadoma. Można pewnie wychwycić jakieś w miarę obiektywne sygnały zagrożenia, ale myślę, że najtrudniej wychwycić je będzie rodzicowi. Dlatego sądzę, że przyszłość dziecka jest uzależniona w dużej mierze od tego, co ja zrobię sam ze sobą, na ile jestem zdolny do dobrego współżycia z innymi ludźmi, na ile dbam o swój rozwój intelektualny i duchowy. Np. ile czasu dziennie poświęcam na kreatywne działanie, a ile na bierne wchłanianie papki z TV. Może to i banały, ale jestem przekonany, że jeśli uda się nam zrozumieć swoje własne demony, to tym łatwiej zauważymy, że zbierają się nad głowami naszych dzieci.

Wznowienie „Wirusa samotności” wywołało falę listów od Państwa, z którą nie bardzo mogę sobie poradzić, za co przepraszam. Pytanie, które pojawia się najczęściej, to: jak kogoś poznać, dlaczego poznaję niewłaściwe osoby, jak zakończyć samotność, która boli coraz bardziej. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego pojedyncza odpowiedź raczej nic nie załatwi oraz co ma do zaoferowania w tej sprawie psychoterapeuta. Czyli ja.

Zacznijmy od przykładu. Jednym z częściej zadawanych pytań przez kobiety jest: dlaczego poznaję tylko żonatych mężczyzn? Najczęściej poszukiwania odpowiedzi polegają na zmianie otoczenia, wyglądu, ogólnie na szukaniu pewnego „sposobu”, czy sztuczki, która zapewni sukces. Często też panie odpowiadają sobie na to pytanie w sposób mniej więcej taki: coś jest ze mną nie tak. Nie mam jakiejś umiejętności, może jestem za brzydka, za głupia itd. Od takiej myśli już niedaleko do coraz większego izolowania się. Skoro myślę o sobie „jestem żałosny”, to odezwanie się do kogoś nieznajomego budzi lęk, że ktoś tę żałosność odkryje. Lęk paraliżuje, coś tam dukamy, sukcesu nie ma – i jest kolejny powód, żeby powiedzieć sobie: no rzeczywiście, jestem jednak żałosny. Błędne koło, coraz trudniejsze do rozerwania.

Tajemnicą są uczucia. O uczuciach mówimy zwykle punktowo: tego lubię, tamtego kocham, ten mnie drażni. Dla mnie, w mojej pracy, uczucia są jak ciągła substancja, trochę jak woda, która przelewa się wewnątrz człowieka, objawiając się w różnych stanach: płynu, pary, lodu, wilgoci itp. Ma swoją objętość, swoje ciśnienie. Gdy w jednym miejscu człowieka coś z uczuciami zrobimy, w innych miejscach też coś się pozmienia. Natomiast samotny człowiek, gdy prosi o radę, najczęściej mówi: zrób tak, żebym kogoś poznał, ale nic innego nie ruszaj.

Wróćmy do przykładu. W jakim kierunku może iść praca terapeutyczna z kobietą, która skarży się, że przyciąga tylko żonatych? Oczekiwanie pacjentki zwykle jest takie, że będziemy szukać wyżej wspomnianych sztuczek.  Zadziałać więc na wodę w jednym miejscu. To niestety trochę tak, jakby podgrzewać grzałką ocean. Gdyby przyjrzeć się całości obiegu uczuć, może okazać się na przykład, że gdzieś w środku pacjentki tkwi ogromny lęk przed opuszczeniem. I że ten lęk staje się tym większy, im bardziej pacjentka kocha, im bliżej jest mężczyzny. Im więcej mam, tym bardziej boję się to stracić, krótko mówiąc. Gdy więc spotykam kogoś wyśnionego, wolnego i chętnego, lęk urasta do rozmiarów paniki: za chwilę coś takiego zrobię, że go stracę! Albo przejedzie go samochód, albo zabierze go inna kobieta. A tego nie zniosę, umrę. Wobec takiego lęku wszelkie inne uczucia bledną, stają się nieodczuwalne, pomijalne. Oddalam się więc od niego, a lęk znika. Smutny paradoks. Odpycha mnie od kogoś, kogo bardzo chcę. Stuprocentowa recepta na samotność.

Ale to nie wszystko. Gdy doświadczymy takich przypływów i odpływów wiele razy, zaczynamy rozpoznawać już typ ludzi, przy których lęk jest największy. Co więc zrobić, aby uniknąć lęku? Trzymać się od nich z daleka. Na tym etapie już nie uciekamy od lęku, który się „przydarza”. Na tym etapie konstruujemy strategie, które pozwolą nam lęku nie czuć w ogóle. Czy żonaty mężczyzna może być źródłem takiego lęku? Oczywiście nie, bo wiadomo, że będzie bywał rzadko, a potem i tak odejdzie. Otrzymamy chwilę bliskości bez przeżywania panicznego lęku przed opuszczeniem.

Sęk w tym, że to tylko jedno z wielu możliwych wyjaśnień tej sytuacji. Może być zupełnie inaczej, może być np. tak, że mężczyzna jest w tym wypadku mniej ważny, a romans z żonatym służy dosięgnięciu jego partnerki. W tym wypadku woda miałaby postać skrywanej chęci zemsty na kobietach, które zabierają mężczyzn „z rynku”. Zawiść jest wodą stęchłą, może nawet radioaktywną – w każdym razie działanie ma zabójcze. Niestety dla nas, prawdą jest, że zniszczenie komuś czegoś, czego sam (jak sądzę) mieć nie mogę, daje ulgę. Fajnie może nie jest, ale przynajmniej inni mają tak samo źle.

Jeszcze inne wyjaśnienie problemu: kobieta wybiera żonatych, bo była przez ojca (mniej lub bardziej świadomie) uwodzona. Jeśli nie pogodziła się z faktem, że ojciec zawsze będzie poza jej zasięgiem, romans z żonatym mężczyzną jest okazją do odtworzenia emocjonalnej konfiguracji z tamtego czasu. Wtedy nie udało mi się odebrać ojca matce, ale teraz mi się uda – i dzięki temu nie będę musiała przeżywać „odrzucenia na zawsze”. Dowodem na miłość mężczyzny nie jest tu bliskość, ale odrzucenie „tej drugiej”.

Pewnie to i smutne, ale widać z tych przykładów, że pod powierzchniową motywacją „chcę faceta, ale mi się nie udaje” może kryć się o wiele skuteczniejsza, silniejsza i nieświadoma motywacja w rodzaju „nie będę przeżywać straty”, „zemszczę się na złodziejkach mężczyzn”, „zachowam ojca na zawsze”.  Dlatego już chyba jasne jest, dlaczego tak trudno jest coś sensownego odpowiedzieć w jednym mailu osobie, która naprawdę cierpi i nie widzi z tej pułapki wyjścia.

Psychoterapia to nic przyjemnego. Odkrywanie wyżej wymienionych motywacji zaznajamia nas z ciemniejszymi stronami naszej osoby. Jednak tu właśnie jest realna szansa na zmianę dotychczasowych zachowań. Jeśli jesteś świadoma tych ukrytych, podziemnych cyrkulacji twoich własnych uczuć, zadawanie się z żonatym staje się kompletnie bezsensowne. Jesteś bowiem w stanie powiedzieć sobie „przecież i tak strata mnie dopada, bo jestem samotna”, „zemsta nie zmieni faktu, że brak mi bliskości”, „ojciec odszedł (umarł)”. Wtedy otrzymujesz możliwość świadomego wyboru, co dalej. I to jest zwykle moment, kiedy widzimy się po raz ostatni.

...powiedz mi wszystko...o wszystkim...

...powiedz mi wszystko... o wszystkim...

Czytaj więcej »

Zapraszam do wymiany myśli na moim Psychoblogu. Zdecydowałem się go założyć, ponieważ otrzymuję dużo listów na temat „Wirusa samotności” o często zbliżonej problematyce: samotność, bliskie relacje, możliwość zmiany. Bardzo mnie to cieszy, chociaż ich ilość powoduje że nie zawsze mogę szybko odpowiedzieć. Uznałem więc, że do takich dyskusji warto zaprosić więcej osób – a jednocześnie publikowanie stanie się o wiele łatwiejsze i szybsze. W sprawach jednoznacznie osobistych nadal można się ze mną kontaktować za pomocą formularza lub e-maila (na mojej stronie o samotności), natomiast w innych kwestiach zapraszam na Psychobloga.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook