Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘uczucia’

Słuchając Państwa pytań i wypowiedzi na Forum Samotnia doszedłem do wniosku, że opisywane trudności w relacjach są bardzo różne i przydałoby się wprowadzić jakiś klucz, umożliwiający odpowiedź na pytanie: gdzie kryje się problem? Klucz ten zawarłem w tytule wpisu. Widzę trzy wyraźne grupy trudności w relacjach opisywanych przez Państwa.

Pierwsza: zdobyć.

Ta trudność dotyczy osób, które cierpią na samotność rozumianą jako izolacja od ludzi. Jestem sam, w kontaktach czuję się niepewnie, denerwuję się, nie wiem co powiedzieć, boję się że wyjdę na idiotę… Poziom lęku może być różny i mieć różne konsekwencje: od zaszycia się w domu i rezygnacji, poprzez chaos i paraliż w obecności osoby, na której mi zależy (czyli często: każdej osoby), aż po całkiem odważne zachowania, które mają na celu zbliżenie się do ludzi ale powodują konsekwencje wręcz przeciwne. W każdym razie skutek jest ten sam, czyli w sobotę wieczorem znowu siedzę samotnie w domu i robię dobrą minę, chociaż wychodzi mi tylko dziwny grymas, którego wolę nie oglądać w lustrze.

O tego typu trudnościach słyszę najczęściej w ten sposób: wie pan, po prostu nie wiem jak się zachować, co bym nie zrobił to mam wrażenie, że dziwnie się na mnie patrzą. Nie umiem podtrzymać rozmowy, jestem chyba jakiś inny. Im dłużej to trwa, tym bardziej czuję narastającą złość, że oni się tak dobrze bawią, podczas gdy ja staram się tylko dopasować, żeby nie wydało się, jak bardzo jestem spanikowany. To jedna wielka męka, więc siedzę w domu – ostatnio próbuje ułożyć moje książki w jak najlepszym porządku, ciągle od nowa i nie mogę znaleźć najlepszej metody. A jak się wkurzam, gdy ktoś mi coś poprzestawia – tak jakbym tylko czekał, aż ktoś podejdzie za blisko – żeby go ugryźć.

W psychoterapii taka osoba zwykle uczy się otwartości i płynących z niej korzyści. Często ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że ludzi zbliżają nie tylko ich zalety, ale też (często bardziej) wspólne słabości, o których można rozmawiać i nie być odrzuconym. Że nie musi błyszczeć, by ktoś ją zauważył. Że po prostu może mówić, co myśli i czuje – i że właśnie to jest dla innych najciekawsze. Stąd wynika maksyma, którą staram się puszczać w obieg: jak nie wiesz, co mówić, to mów prawdę.

Druga trudność: trafić.

Tu zaliczam te osoby, które związują się z nieodpowiednim partnerem (zwykle trudno go nazwać partnerem). Są wykorzystywane, ignorowane, zdradzane. Może być to ciąg nieudanych związków ale też może być jeden, długi związek, gdzie najbliższa osoba jest obca, daleka, czasem groźna. Znów wiele typów ludzkich staje mi przed oczyma. Jednym z lepszych przykładów z tej grupy są kobiety trafiające na agresywnych mężczyzn albo mężczyzn-uwodzicieli, z tego typu co żadnej nie przepuści.

Smutnym paradoksem takich historii jest fakt, że ból w takim związku pochodzi z czegoś, co na początku dawało najwięcej satysfakcji, czyli z rozmiarów zaangażowania, z silnej reakcji mężczyzny na atrakcyjność partnerki. Niska samoocena kobiety może w takim momencie podjechać ostro w górę, aż w rejestry euforyczne, z których bardzo boleśnie się spada, kiedy ten jedyny i wybrany zareaguje identycznie na kolejny obiekt w swojej kolekcji. Wtedy jaśniejsze się staje, że jego wcześniejsze zainteresowanie nie tyle było dowodem na atrakcyjność kobiety, co wyrazem trudności w hamowaniu impulsu. A ktoś, kto ma z tym problem, będzie skłonny do zdrady i agresji. Sytuację taką komplikuje fakt, że kobiety całkiem świadomie wybierają takich mężczyzn, w nadziei, że swoją atrakcyjnością będą ich dobrze kontrolować. Niestety, może pojawić się ktoś atrakcyjniejszy. Można też chcieć mieć dziecko, które zrujnuje urodę albo zwyczajnie się zestarzeć. Tak przy okazji, to autentycznie zdumiony jestem, jak wiele kobiet jest przeświadczonych, że każdy mężczyzna pójdzie za impulsem, co prowadzi do kolejnego przeświadczenia, że mężczyźni nie są zdolni do tworzenia więzi. Co takie kobiety sądzą o rozumie mężczyzny, łatwo wywnioskować.

Trzecia trudność: utrzymać.

W odróżnieniu od poprzedniej kategorii, tutaj chodzi mi o osoby, które trafiają na przyzwoitych partnerów, ale nie są w stanie ich przy sobie zatrzymać. Tu znowu jest mnóstwo różnych możliwości – jako pierwsza przychodzi mi do głowy taka sytuacja, gdzie boimy się tego kogoś stracić i zaczynamy go kontrolować. Trochę jak w poprzednim przykładzie, z taką różnicą, że facet ma rozum i potrafi opanować impuls. Jeśli kobieta nie będzie w to wierzyć (albo czuje się mało wartościowa), to będzie używać różnych sposobów na trzymanie go blisko, co często kończy się syndromem ściśniętego, mokrego mydła. Jeśli (załóżmy) ja mam rozum i umiem trzymać na wodzy swoje chucie, a słyszę od partnerki ciągłe: nie patrz się na nią, nie pij tyle, nie wyjedziesz na szkolenie, pokaż swoją historię przeglądarki, to prędzej czy później poczuję się jak półdebil i zapragnę wolności. Patologiczna zazdrość może zabić każdy związek.

Innym sposobem sprawowania kontroli jest odgadywanie życzeń i próby ich spełniania. Dopasowywanie się do partnera jest świetnym sposobem na zniszczenie jego pragnienia. Związek dorosłych ludzi zawsze jest jakimś rodzajem umowy, która jednostronnie może zostać zerwana. Świadomość tego faktu powoduje lęk, opisany częściowo w poprzednim artykule o samotności egzystencjalnej. Jeśli słabo znosimy ten lęk, to będziemy go próbować usunąć wyżej opisanymi sposobami – albo tysiącem innych. Zadziała to jednak w sposób odwrotny do zamierzonego. Boję się, więc jestem, można powiedzieć. Pogódź się z tym.

Podane wyżej przykłady oczywiście nie wyczerpują tematu. Myślę jednak, że odnalezienie siebie w którejś z tych trzech kategorii może być pierwszym krokiem do autodiagnozy i określenia planu działania. Odpowiadając przy okazji na jeden z komentarzy, nie sądzę wcale, że tylko psychoterapia zapewnia sukces w tej sprawie. Prawie wszyscy przeżywamy kryzysy i prawie wszyscy własnymi siłami (lub z pomocą bliskich) możemy się z nich wydostawać, ucząc się na własnych i cudzych błędach. Czasem jednak do wydostania się z kryzysu potrzebna jest druga osoba a w przypadku wielu osób wyizolowanych lub samotnych pozostaje odwołać się do psychoterapeuty. Co nie zmienia mojego przekonania, że psychologa w życiu powinno być jak najmniej – tylko tyle, ile jest niezbędne, by pójść dalej o własnych siłach.

I na koniec odwołam się znów do komentarzy, w których powtarza się pytanie, co zrobić, jeśli już tyle razy zaufało się ludziom i zostało przez nich zdradzonym. Można zacząć od odpowiedzi, czy chodzi o problem z trafieniem, czy z utrzymaniem. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że tak czy inaczej dojdziemy do pytania, czyje potrzeby (w jakiej proporcji) zaspokajam w związku – moje czy partnera? Czy moje zaufanie do niego wzięło się stąd, że mogłem na niego wielokrotnie liczyć w kwestii moich potrzeb? – czy raczej moje zaufanie było rodzajem nieograniczonego kredytu, udzielonego na podstawie „motyli w moim brzuchu”? Chcesz sprawdzić, czy komuś na tobie naprawdę zależy? Poproś go o coś, co będzie wymagało trochę poświęcenia z jego strony. Czy odda swoją ostatnią kanapkę, czy podwiezie mimo nadłożenia drogi, czy stanie po twojej stronie, mimo że jego/jej mama/tata myśli inaczej? Boimy się to sprawdzać. Niestety, przez to często żyjemy z kimś, o kim sądzimy że nas kocha, a w rzeczywistości jest to ktoś, komu po prostu jest z nami wygodnie. Wprowadź do gry swoje pragnienie, zobacz co zrobi z nim partner. Inaczej niewiele się o nim dowiesz i będziesz żyć fantazjami. Miałem kiedyś dwóch przyjaciół i z obu zrezygnowałem – z jednego dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o sobie, a z drugim dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o mnie.

Wznowienie „Wirusa samotności” wywołało falę listów od Państwa, z którą nie bardzo mogę sobie poradzić, za co przepraszam. Pytanie, które pojawia się najczęściej, to: jak kogoś poznać, dlaczego poznaję niewłaściwe osoby, jak zakończyć samotność, która boli coraz bardziej. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego pojedyncza odpowiedź raczej nic nie załatwi oraz co ma do zaoferowania w tej sprawie psychoterapeuta. Czyli ja.

Zacznijmy od przykładu. Jednym z częściej zadawanych pytań przez kobiety jest: dlaczego poznaję tylko żonatych mężczyzn? Najczęściej poszukiwania odpowiedzi polegają na zmianie otoczenia, wyglądu, ogólnie na szukaniu pewnego „sposobu”, czy sztuczki, która zapewni sukces. Często też panie odpowiadają sobie na to pytanie w sposób mniej więcej taki: coś jest ze mną nie tak. Nie mam jakiejś umiejętności, może jestem za brzydka, za głupia itd. Od takiej myśli już niedaleko do coraz większego izolowania się. Skoro myślę o sobie „jestem żałosny”, to odezwanie się do kogoś nieznajomego budzi lęk, że ktoś tę żałosność odkryje. Lęk paraliżuje, coś tam dukamy, sukcesu nie ma – i jest kolejny powód, żeby powiedzieć sobie: no rzeczywiście, jestem jednak żałosny. Błędne koło, coraz trudniejsze do rozerwania.

Tajemnicą są uczucia. O uczuciach mówimy zwykle punktowo: tego lubię, tamtego kocham, ten mnie drażni. Dla mnie, w mojej pracy, uczucia są jak ciągła substancja, trochę jak woda, która przelewa się wewnątrz człowieka, objawiając się w różnych stanach: płynu, pary, lodu, wilgoci itp. Ma swoją objętość, swoje ciśnienie. Gdy w jednym miejscu człowieka coś z uczuciami zrobimy, w innych miejscach też coś się pozmienia. Natomiast samotny człowiek, gdy prosi o radę, najczęściej mówi: zrób tak, żebym kogoś poznał, ale nic innego nie ruszaj.

Wróćmy do przykładu. W jakim kierunku może iść praca terapeutyczna z kobietą, która skarży się, że przyciąga tylko żonatych? Oczekiwanie pacjentki zwykle jest takie, że będziemy szukać wyżej wspomnianych sztuczek.  Zadziałać więc na wodę w jednym miejscu. To niestety trochę tak, jakby podgrzewać grzałką ocean. Gdyby przyjrzeć się całości obiegu uczuć, może okazać się na przykład, że gdzieś w środku pacjentki tkwi ogromny lęk przed opuszczeniem. I że ten lęk staje się tym większy, im bardziej pacjentka kocha, im bliżej jest mężczyzny. Im więcej mam, tym bardziej boję się to stracić, krótko mówiąc. Gdy więc spotykam kogoś wyśnionego, wolnego i chętnego, lęk urasta do rozmiarów paniki: za chwilę coś takiego zrobię, że go stracę! Albo przejedzie go samochód, albo zabierze go inna kobieta. A tego nie zniosę, umrę. Wobec takiego lęku wszelkie inne uczucia bledną, stają się nieodczuwalne, pomijalne. Oddalam się więc od niego, a lęk znika. Smutny paradoks. Odpycha mnie od kogoś, kogo bardzo chcę. Stuprocentowa recepta na samotność.

Ale to nie wszystko. Gdy doświadczymy takich przypływów i odpływów wiele razy, zaczynamy rozpoznawać już typ ludzi, przy których lęk jest największy. Co więc zrobić, aby uniknąć lęku? Trzymać się od nich z daleka. Na tym etapie już nie uciekamy od lęku, który się „przydarza”. Na tym etapie konstruujemy strategie, które pozwolą nam lęku nie czuć w ogóle. Czy żonaty mężczyzna może być źródłem takiego lęku? Oczywiście nie, bo wiadomo, że będzie bywał rzadko, a potem i tak odejdzie. Otrzymamy chwilę bliskości bez przeżywania panicznego lęku przed opuszczeniem.

Sęk w tym, że to tylko jedno z wielu możliwych wyjaśnień tej sytuacji. Może być zupełnie inaczej, może być np. tak, że mężczyzna jest w tym wypadku mniej ważny, a romans z żonatym służy dosięgnięciu jego partnerki. W tym wypadku woda miałaby postać skrywanej chęci zemsty na kobietach, które zabierają mężczyzn „z rynku”. Zawiść jest wodą stęchłą, może nawet radioaktywną – w każdym razie działanie ma zabójcze. Niestety dla nas, prawdą jest, że zniszczenie komuś czegoś, czego sam (jak sądzę) mieć nie mogę, daje ulgę. Fajnie może nie jest, ale przynajmniej inni mają tak samo źle.

Jeszcze inne wyjaśnienie problemu: kobieta wybiera żonatych, bo była przez ojca (mniej lub bardziej świadomie) uwodzona. Jeśli nie pogodziła się z faktem, że ojciec zawsze będzie poza jej zasięgiem, romans z żonatym mężczyzną jest okazją do odtworzenia emocjonalnej konfiguracji z tamtego czasu. Wtedy nie udało mi się odebrać ojca matce, ale teraz mi się uda – i dzięki temu nie będę musiała przeżywać „odrzucenia na zawsze”. Dowodem na miłość mężczyzny nie jest tu bliskość, ale odrzucenie „tej drugiej”.

Pewnie to i smutne, ale widać z tych przykładów, że pod powierzchniową motywacją „chcę faceta, ale mi się nie udaje” może kryć się o wiele skuteczniejsza, silniejsza i nieświadoma motywacja w rodzaju „nie będę przeżywać straty”, „zemszczę się na złodziejkach mężczyzn”, „zachowam ojca na zawsze”.  Dlatego już chyba jasne jest, dlaczego tak trudno jest coś sensownego odpowiedzieć w jednym mailu osobie, która naprawdę cierpi i nie widzi z tej pułapki wyjścia.

Psychoterapia to nic przyjemnego. Odkrywanie wyżej wymienionych motywacji zaznajamia nas z ciemniejszymi stronami naszej osoby. Jednak tu właśnie jest realna szansa na zmianę dotychczasowych zachowań. Jeśli jesteś świadoma tych ukrytych, podziemnych cyrkulacji twoich własnych uczuć, zadawanie się z żonatym staje się kompletnie bezsensowne. Jesteś bowiem w stanie powiedzieć sobie „przecież i tak strata mnie dopada, bo jestem samotna”, „zemsta nie zmieni faktu, że brak mi bliskości”, „ojciec odszedł (umarł)”. Wtedy otrzymujesz możliwość świadomego wyboru, co dalej. I to jest zwykle moment, kiedy widzimy się po raz ostatni.

Jednym z najczęstszych pytań w Państwa listach jest takie oto: jak to jest, że jestem dla wszystkich miła, dobra (problem częściej dotyczy Pań), gotowa do poświęceń, nie odmawiam, gdy ktoś prosi, nie złoszczę się – a jakoś tak się dzieje że jestem sama a ludzie (mężczyźni), którym robię przysługi znajdują sobie inne kobiety? Co ze mną jest nie tak? Czy mam się leczyć, czy raczej tak to już jest i zostanie?

Sprawa nie jest wcale prosta, ale rzekłbym że jest fascynująca, chociaż wiem, że osobom zainteresowanym tematem humoru to nie poprawi. Mam wrażenie, że odpowiedź na te pytania w dużym stopniu pokazuje, jak dziwnym, paradoksalnym i nielogicznym zwierzęciem jest człowiek. I jak w tej paradoksalności konsekwentnym.

No bo – wydawać by się mogło, że skoro jestem maksymalnie dobry dla innych, to inni zrobią to też dla mnie, przynajmniej w części odwzajemnią moje uczucia. Praktyka często pokazuje, że jest wręcz odwrotnie – im więcej ludziom dajemy, tym mniej od nich dostajemy. Zamiast przyjaciół pojawiają się pijawki i kleszcze, z których obecności zdajemy sobie sprawę zazwyczaj zbyt późno. Czasem dopiero wtedy, gdy wszyscy znajomi pozakładają rodziny i zajmą się własnymi sprawami – a Ty możesz ewentualnie iść karmić gołębie albo zbłąkane psy, bo na zmysłową miłość zrobiło się tak jakby za późno.

Pierwsza odpowiedź, która ciśnie się na usta, to taka że ludzie to egoistyczne szuje, druga to taka, że ja jestem do niczego i czas umierać. Obie błędne.

Żeby to trochę zrozumieć, trzeba odróżnić od siebie dwa rodzaje związków między ludźmi – nazwijmy je sobie dwójkowe i trójkątne. Dwójkowych uczymy się od rodziców i innych autorytetów: jestem ja i TY – dziecko-rodzic, uczeń-nauczyciel, pacjent-lekarz, podatnik-skarbówka. Ktoś daje, ktoś bierze. Ten kto potrzebuje, jest zależny i kierunek tej zależności się nie zmienia. Hierarchia jest stała. Przykład z podatnikiem i skarbówką jest ciut bardziej skomplikowany, bo zależny jest wysysany. Być może właśnie ten przykład charakteryzuje najlepiej miażdżącą siłę dwójkowej zależności… Ale po kolei.

Świat małego dziecka jest wybitnie dwójkowy – ja malutki i wielka mama/tata, od której/którego płynie wszelkie dobro (i zło). Jeśli dostaję, to jestem bezgranicznie wdzięczny i kocham. Im więcej dostaję, tym więcej i radośniej kocham. Zjem ładnie zupę, jestem mocniej kochany. Proste i logiczne, żadnych paradoksów. W takim świecie chciałoby się żyć. Im więcej i lepiej pracuję, tym więcej zarabiam. Im więcej płacę podatków, tym więcej mam autostrad (bezpłatnych oczywiście). Im jestem uczciwszy, tym rzadziej mnie okradają. Im lepszy jestem dla ludzi, tym oni lepsi są dla mnie. No i jesteśmy w domu.  Jeśli chcesz zrobić wszystkim dobrze, to chcesz, żeby wszyscy zrobili dobrze Tobie. Jeśli za mało robią Ci dobrze, to zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Jeśli mimo to nie robią Ci lepiej, albo wręcz robią gorzej, to uznajesz, że coś głupio zrobiłaś i zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Jeśli zrobią Ci dobrze, to uznajesz, że to tylko dlatego że Ty dobrze zrobiłaś im dobrze i zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Co by się nie stało, zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Błędne koło.

Teraz coś przykrego: Nie jesteś Dalaj-Lamą. Twoje robienie dobrze im jest sposobem wpływu na nich, żeby oni zrobili dobrze Tobie. Niestety, działa to, dopóki jesteś dzieckiem i to przy założeniu, że masz dobrych rodziców. Jeżeli masz kiepskich rodziców, to jako dziecko przyjmiesz założenie, że Ty sama jesteś kiepska, bo nic, co zrobisz, nie jest na tyle dobre, żeby Cię kochano. Ale sama zasada jest ochroniona niezależnie od poziomu kiepskości rodziców: zrób dobrze innym dobrze, a oni zrobią dobrze Tobie. To sprowadzi na Ciebie dręczący głód bliskości.

Jak widać (mam nadzieję) problem robienia wszystkim dobrze zgłaszają osoby mocno osadzone w relacji dwójkowej. Idąc krok dalej: problem robienia wszystkim dobrze zgłaszają osoby, które starają się w dorosłym świecie realizować zasady relacji dwójkowej, czyli przypisanej raczej do relacji dziecięcych.

Teraz chyba czas na wprowadzenie pojęcia relacji trójkątnej. Najprościej można powiedzieć tak: jeśli w relacji są trzy (różne) osoby, to robiąc jednej dobrze, często zrobię niedobrze drugiej. Jeśli oddam Basi ostatniego cukierka, to Kasia się obrazi. Jeśli znajdę dobrą pracę to odbiorę ją innym. Jeśli zdobędę fajnego faceta, to koleżanki będą na mój widok zgrzytać zębami. Przestaje być tak prosto i logicznie. Nie istnieje sposób, żeby wszyscy mnie lubili. Nie mam sposobu, żeby wszyscy zrobili mi dobrze! Ok, to ja dziękuję bardzo, wracam do relacji dwójkowej. Postaram się wszystkim zrobić dobrze, tym sposobem, że nie będę niczego chciała. Gdy nie będę niczego chciała, to nikomu się nie narażę. A po cichu będę liczyć, że się odwdzięczą. A po jakimś czasie, gdy jasne się stanie, że to bzdura, będę pocieszać się myślą, że przynajmniej pozostały we mnie jakieś ludzkie wartości wśród całej tej bandy egoistycznych świń.

Już sam lęk przed rywalizacją może powodować pozostanie w iluzjach relacji dwójkowej. Skąd ten lęk? Jeśli jedno z Twoich rodziców jest słabe (np. ojciec pantoflarz albo matka w depresji) albo nie ma go w ogóle, to trudno Ci będzie doświadczyć takiej sytuacji, że masz dwie ważne osoby, z których każda myśli trochę inaczej. Trudno Ci będzie doświadczyć takiej sytuacji, że mimo iż na pewne tematy się kłócimy, to ogólnie się kochamy. Jeśli rodzice umieją tolerować różnice między sobą a nawet korzystać z nich, to w takim sprzyjającym środowisku może pojawić się jeszcze jedno, trzecie zdanie na jakiś temat: Twoje. Tak w największym uproszczeniu można opisać moment przejścia z relacji dwójkowej do trójkątnej. Jaka z tego korzyść? Przede wszystkim otrzymujesz inny sposób odczuwania własnej wartości: już nie przez robienie komuś dobrze, żeby go zadowolić, ale przez posiadanie własnego zdania i poczucie, że jest ono szanowane przez innych.

Stąd niedaleko już do związków męsko-damskich. Jeśli zastosujesz do takiego związku strategię dwójkową (zrobię ci dobrze a potem może ty mi), poniesiesz klęskę. Z dwóch powodów, silnie związanych ze sobą. Pierwszy: ofiarowywanie siebie innym jest wybitnie niepodniecające. Jeśli ktoś mi ofiaruje z miejsca wszystko co ma, to tak jakbym miał kochać się z własną matką. Mogę przyjść do takiej osoby wypłakać się po zawodzie miłosnym, ale nie po to, żeby ją zdobyć – taka sytuacja wypłakiwania jest zresztą często mylona przez obie strony z erotyzmem, co powoduje kolejne komplikacje. Drugi powód to wspomniany wyżej dojrzalszy, wewnętrzny sposób przeżywania własnej wartości. Mówiąc obrazowo, jeśli mam zdobyć górski szczyt, to nie chciałbym, żeby przyszedł on do mnie i rozłożył się na mojej wycieraczce, abym rano, jak już się wyśpię, raczył na niego nastąpić. On ma być tam w górze, upierdliwy, niedostępny i przez to piękny – on ma czegoś wymagać ode mnie, czegoś trudnego, czemu mógłbym po wielu zmaganiach sprostać. Wtedy i poczuję własną wartości i zwiążę się z tym szczytem na stałe.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook