Ostatnie okruchy

Blade Runner 2049. Krótka recenzja fana oryginału. Wielka, parująca, sentymentalna kupa. Odradzam.

Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘szczęście’

Dyskusja na Forum Samotnia o życiu w fantazjach przywołała mi na myśl hit (jak dotąd) wszech czasów Camerona – Avatar. Można oczywiście traktować ten film jako piękną bajkę, ale można też rozumieć go jako obraz naszej wewnętrznej relacji między realnością a fantazją. Dotykalność (3D) tej fantazji, jej intensywność i rozmach oraz kontrast z militarno-korporacyjną nędzą realności właściwie nie pozostawia widzowi wyboru: fantazja jest lepsza. Nie sądzę jednak, żeby Cameron musiał nas do tego jakoś specjalnie przekonywać – gdzieś wewnątrz tęsknimy za światem fantazji. Niektórzy w nim pozostają na zawsze, jak bohater filmu – Jake. Podczas gdy w Avatarze jest to moment totalnego spełnienia, to jednak głosy z dyskusji mówią coś innego: życie w fantazjach jest życiem wyobcowanym i męczącym.

Dlaczego tęsknimy za fantazją? Ponieważ jest nieograniczona (patrz artykuł o Zwieraczu) – ani w czasie, ani w przestrzeni, ani w żaden inny sposób. Możemy wymarzyć sobie wszystko i zrealizować to natychmiast. Świat zabaw dziecka jest światem fantazji a jego odpowiedź na wołanie matki – „jeszcze chwilkę!” – pokazuje, że do „realu” wracamy bardzo niechętnie. A już najlepiej, gdy ktoś nas do tego zmusi, bo wtedy nie musimy tego robić sami. W rzeczy samej, powiedzenie samemu sobie „a teraz odstawiam na bok fantazję i wracam do świata, gdzie nie wszystko i nie od razu” jest chyba jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie i przerasta wielu z nas. Jako przykład można przypomnieć sobie decyzję o pójściu na studia albo do pracy: mimo, że jest to nasza osobista decyzja, bardzo szybko o niej zapominamy i traktujemy studia/pracę jako coś upierdliwego, do czego jesteśmy zmuszani przez wykładowców/pracodawcę/zły świat. Irracjonalna złość na ten świat pokazuje, jak wielka jest w nas niezgoda na realność.

Oczywiście ta niezgoda może być jeszcze większa. Jest wiele osób (więcej niż sądzisz), które przebywanie w fantazjach traktują jako główny nurt swojego życia. Realność jest dla nich niemiłym zgrzytem lub w najlepszym razie smutną rutyną – a wszelkie doznane w tym niedobrym świecie urazy są rekompensowane po powrocie do domu, w fantazjach. W pracy szef mnie opieprzył – w domu ja opieprzam jego. Wyśmiała mnie jakaś panna – wystarczy żebym zamknął oczy, aby pokonać tego czy tamtego smoka i uzyskać oczarowane oczy księżniczki. O pół królestwa już mniejsza, doprawdy. Gdy realność ugryzie mocniej, spędzę całą noc na produkowaniu scen, w których wygrywam wojny, zadziwiam elokwencją, udowadniam wszystkim swoją wartość. Chciałoby się pozostać w takim świecie, szczególnie rano, gdy trzeba się zwlec z łóżka i wyjrzeć przez okno na szarą rzeczywistość. Avatar przekonuje nas, że to możliwe.

Już krótka scena z realnego życia Jacka, kiedy w barze walczy o godność pobitej przez jakiegoś brutala kobiety, pokazuje że żyje on bardziej w fantazjach niż w rzeczywistości – za chwilę bowiem okładają go oboje, brutal i kobieta. Żebyśmy nie mieli wątpliwości, że realny świat oferuje tylko ból, Cameron okalecza swego bohatera. Inwalidzki wózek Jacka dla każdego z nas symbolizuje coś innego: za mało zarabiam, jestem brzydka, jestem za mało inteligentny, rodzice zepsuli mi życie, mieszkam w okropnym kraju itd. Gdyby nie to, byłbym szczęśliwy. Potem zresztą Jack dostaję szansę wyleczenia nóg, ale jest już za późno – już zasmakował siły wyfantazjowanego świata. Czyli nie trzeba być szczególnie nieszczęśliwym, by chcieć żyć w marzeniach. Można powiedzieć, że leżąc pobity w rynsztoku, Jack zamyka oczy i właśnie w tym momencie odlatuje w świat fantazji – na Pandorę. I tu ważna kwestia: fantazja nie jest po prostu szczęśliwym miejscem – jest raczej opowieścią. Jack musi być najpierw niechcianym przez nikogo wyrzutkiem – dopiero swoją odwagą i uczciwością przekonuje do siebie świat tak skutecznie, że zostaje jego królem (podobny schemat rządzi światem Harry’ego Pottera – też bezdyskusyjny hit). To właśnie jest historia-fantazmat, której Jack pragnie doświadczyć. Której my pragniemy doświadczyć. Dlatego tak tłumnie wchłaniamy fantazję, którą na nasze skryte zamówienie wyprodukował dla nas Cameron. Jego okrzyk „Jestem królem świata!” na rozdaniu Oscarów nie jest pozbawiony sensu – przecież właśnie zapanował nad naszymi fantazjami (i kieszeniami jednocześnie).

Co Jack chce zostawić za sobą? Przede wszystkim agresję, chciwość, żądzę itp. – kolekcję naszych grzechów głównych. Gdy dowódca oskarża go o zdradę, wierzymy razem z Jackiem, że to nonsensowne oskarżenie. To jest kunszt Camerona. Bo przecież uciekając w świat fantazji zaprzeczamy sobie samemu – temu, że zdarza nam kierować się agresją, zawiścią i chciwością. Ciemne strony widzimy raczej w innych. Nasz wyfantazjowany świat, świat Pandory, jest światem harmonii z naturą, współpracy, miłości i sprawiedliwości. Światem, gdzie za poświęcenie i oddanie przychodzi wielka nagroda. Światem, gdzie istnienie Boga nie zależy od trudów wiary – ono jest namacalnym faktem.

Jedynym minusem (a jednocześnie sensem) fantazji jest to, że działa na nas tylko wtedy, gdy jest niespełniona – gdy budzi pragnienia a ich nie zaspokaja. Można by zadać sobie pytanie, co też Jack będzie porabiał, gdy ostatecznie rozstanie się ze swoją „złą” częścią i przeniesie się całkowicie w świat Pandory? Będzie siedział na tronie i wydawał rozkazy? Czy raczej weźmie się wspólnie z braćmi i siostrami za uprawę tamtejszych buraków lub czegoś podobnego? Przecież plemię musi coś jeść. Czy wiedza pochodząca z Ziemi mu nie zaszkodzi? Przecież będzie przerastał pod tym względem swoich „współplemieńców” ogromnie. Co prawda wszyscy podziwialiśmy ich tatuaże, smukłe ciała (niektórzy mówią że anorektyczne) i wrodzoną uczciwość – ale trudno nie zauważyć, że byli przedstawieni jako sympatyczni w swej impulsywności prostaczkowie (niektórzy nazwą to rasizmem z ludzką twarzą). W fantazjach mam nad wszystkimi przewagę, co pozwala mi być dobrym człowiekiem. Tych kwestii Cameron przytomnie nie podejmuje, kończąc film w momencie otwarcia oczu przez Jacka, już w nowej postaci.

Z punktu widzenia psychologii Jack zagłębia się w fantazjach w sposób patologiczny, wierząc, że może stać się czystym duchem. Według mnie to jest właśnie prawdziwa puszka Pandory. Psychoterapia w jego wypadku najprawdopodobniej szłaby w stronę umiejętności radzenia sobie z kalectwem i wykluczeniem społecznym (raczej tym drugim). Czyli raczej w stronę dostrzegania stanu rzeczy niż ucieczki w fantazje. Osoby, które żyją fantazjami, mają duże opory przed psychoterapią, ponieważ ujawnienie tych fantazji wywołuje zwykle wiele wstydu. Ten wstyd jednak jest zwykle pierwszym krokiem do realistycznego spojrzenia na siebie. Wielka fantazja oznacza wielki głód. Jednak sama fantazja go nie zaspokoi, wręcz przeciwnie. Wyfantazjowany kotlet schabowy spowoduje wydzielanie śliny tak jak prawdziwy, ale zjeść się go nie da. W psychoterapii można identyfikować ten głód, szukać historii, którą pisze fantazja i sprawdzać, jaki kawałek tego kotleta jest realny. Zwykle niewielki, co budzi złość i poczucie straty. Ale zawsze chyba lepiej zjeść kawałek kotleta niż nic. Prawda?…

Jeszcze kilka słów na zakończenie o zakończeniu. Zamiast napisu The End mamy tam ponownie tytuł filmu, jakby Cameron trzymał się z daleka od każdej sugestii, że coś się kończy. A kończy się. W otwartych ponownie oczach Jacka widzę dwa zakończenia. Jedno tragiczne – Jack uwierzył, że można przenieść się w fantazje całkowicie. W ten sposób, niestety, w realnym świecie zakwalifikował się do szpitala psychiatrycznego, gdzie ktoś będzie musiał go karmić i myć, aby Jack mógł dalej śnić. Drugie, prozaiczne – Jack obudził się w rynsztoku, tam, gdzie go wyrzucono po bójce w barze. Według mnie, tylko to drugie zakończenie daje nadzieję – niewielką, ale daje. Cameron uwodzi nas jednak tą inną nadzieją – że w fantazjach można żyć a szpital psychiatryczny nie istnieje.  Którą nadzieję wybierzesz?

W czasie Świąt mamy okazję spotkać się oko w oko z nakazem „raduj się„. Bożonarodzeniowe Święta są tak mocno wdrukowane w nasz świat, że musimy się tak czy inaczej do tego nakazu ustosunkować. Jedni zasiądą za stołem, dokładnie wypełniając instrukcję „jak się radować w święta”, inni wyjadą gdzie pieprz rośnie, by skrupulatnie uniknąć każdego punktu z tej instrukcji. Co najdziwniejsze, trudno powiedzieć, kto będzie miał więcej radości ze swojej decyzji. Oczywiście, jedni i drudzy mogą zwyczajnie cieszyć się tym, co wybrali, jednak łatwo sobie wyobrazić, że jedni będą drugim zazdrościć (i vice versa).

Nie wiem, jak Państwo, ale ja przed Świętami natykałem się głównie na dwa typy osób:

  • pierwszy:  osoby, które w jakiś sposób zamierzały instrukcję „jak radować się w święta” podważyć. „Nie będę się objadała”, „nie daję w tym roku prezentów”, „nie gotuję”, „zostaję w domu”, „nie sprzątam” – to tylko niektóre z reakcji na „raduj się”.
  • drugi: osoby, które wkurzały się bezsilnie na swój los. „O rany, znowu trzeba będzie się objadać”, „co ja mam tym ludziom kupić (i za ile)?”, „to gotowanie/sprzątanie mnie wykończy”, „k…, znowu trzeba będzie wykonywać te puste/udawane gesty” itp.

Co się takiego dzieje, że czas przeznaczony na radowanie się staje się czasem buntu i kontestacji? Najprostsza odpowiedź jest pewnie taka, że kontakt z wizją idealnych Świąt, gdzie wszyscy się kochamy i życzymy sobie jak najlepiej, uzmysławia nam wyraźnie, jak wiele nam do tego ideału brakuje. Jak wiele gestów, które trzeba będzie wykonać, będzie dokładnym przeciwieństwem tego, co w głębi siebie czujemy i wiemy. Można powiedzieć, że jeśli są między nami a najbliższymi jakieś ukryte konflikty czy niezałatwione sprawy, to w Święta mocno poczujemy ich intensywność. Poczujemy w jakiś dziwny, bezradny sposób – bo przecież Święta to „czas radowania” a nie załatwiania trudnych spraw. Siedzenie więc przy stole i robienie dobrej miny przy jednoczesnej wewnętrznej niezgodzie może być dla niektórych najtrudniejszym dniem w roku. I często jest.

Wychodzi na to, że nakaz „raduj się” nie jest czymś, wobec czego można przejść obojętnie. O powyższym przykładzie można nawet powiedzieć, że tylko wtedy możemy poczuć i uzmysłowić sobie własne smutki i problemy z bliskimi, gdy mamy absolutny zakaz ich wyrażania – właśnie poprzez absolutny nakaz „raduj się„.

Skoro tak jest, może warto zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie jesteśmy w mocy tego nakazu na co dzień. Czy nie jest tak, że czujemy się zmuszeni radować nie tym, co cieszy nas, tylko tym, co będzie cieszyć inne, ważne dla nas osoby/autorytety. Można tu przywołać banalny do bólu przykład syna, który został lekarzem/prawnikiem, bo tak chciał ojciec, który mógł wtedy pęcznieć z dumy, patrząc na swego dziedzica, na swe idealne przedłużenie. Syn staje przed wewnętrznym konfliktem: radować się po swojemu i stracić miłość ojca albo nauczyć się radować tym, czym raduje się ojciec (nawet po jego śmierci). Dwa typy ludzkie, które wyróżniłem wcześniej, w jakimś stopniu odzwierciedlają konsekwencje dokonania wyboru w takiej sytuacji – czyli albo zbuntować się i udawać, że się nie tęskni, albo poddać się i zgrzytać zębami.

Aby obraz był pełniejszy, trzeba wspomnieć o innych rozwiązaniach nakazu „raduj się„, na przykład:

  • Samotni wśród ludzi. Osoby, które są tak głodne jakiegokolwiek ciepła ze strony bliskich osób, że nie zwracają uwagi, kto im każe się radować i dlaczego. Liczy się tylko to, że „przez chwilę będziemy się zachowywać jak prawdziwa rodzina”, co dla nich znaczy „przez chwilę będziemy prawdziwą rodziną”. Reszta jest nieważna.
  • Samotni z dala od ludzi. Ci, którzy bliskich nie mają w ogóle. Dla nich nawet reklama „szczęśliwej rodziny przy świątecznym stole” będzie obiektem tęsknoty – i albo będą tej rodzinie zazdrościć, albo będą ją nienawidzić.

Oba powyższe typy ludzkie można opisać jako takie, które rozpaczliwie tęsknią za kimś, kto by im nakazał „raduj się”, nieważne w jaki sposób i nieważne, czy będzie to dla nich ograniczające. Jest to zgodne z psychologią rozwoju człowieka: najpierw niezbędny jest nam ktoś, kto nas nauczy jak i czym się radować – jednak potem, w trakcie dojrzewania potrzebny jest nam ktoś, kto pozwoli nam, byśmy nauczyli się radować na swój osobisty i niepowtarzalny sposób. Dlatego na koniec trzeba wspomnieć o tych, dla których Święta z rodziną są zwyczajnie przyjemne i niewiele różnią się jakością od kontaktów na co dzień. Z dużym prawdopodobieństwem można o takich rodzinach powiedzieć, że nie istnieje w nich żaden ukryty nakaz radowania się, który utrudniałby albo uniemożliwiał cieszenie się Świętami.

Czego więc Państwu i sobie życzyć? Chyba tego, żeby Święta były okazją do zastanowienia się, co się dzieje z moją możliwością cieszenia się i radowania życiem – czy wiem, co lubię a czego nie lubię – i czy robię to dla innych, czy dla siebie. I nie chodzi o to, co lepsze (dla innych czy dla siebie) – chodzi bardziej o to, by mieć świadomość i możliwość wyboru w tej sprawie. Myślę bowiem, że bycie nieświadomym zakładnikiem czyjegoś „raduj się” jest jedną z najważniejszych przyczyn samotności i niezadowolenia z życia.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook