Ostatnie okruchy

Blade Runner 2049. Krótka recenzja fana oryginału. Wielka, parująca, sentymentalna kupa. Odradzam.

Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘strata’

Duża część listów które otrzymuję, listów z prośbą o radę, zawiera mniej więcej taką oto treść: ” Jestem 50-letnią kobietą, do tej pory zajmowałam się rodziną ale teraz dzieci się wyprowadziły a mąż znalazł sobie młodszą kobietę. Dla mnie to dramat. Runęło poczucie bezpieczeństwa, dom. Popycham każdy dzień, nic mnie nie cieszy. Nie mam przyjaciół, nikogo. Jak mam żyć?”. Od razu powiem, że to jedno z najtrudniejszych pytań, jakie dostaję i nie będzie na nie prostej odpowiedzi. Podobną trudność miałbym, gdyby np. cukiernik zadał mi pytanie: „Piekłem na zamówienie sernik ale wyszedł mi makowiec. Klient przyjdzie za pięć minut. Co mam zrobić?”.

Pierwsze pytanie, jakie nam przyjdzie do głowy w sprawie cukiernika jest takie: „Gdzie on miał głowę, piekąc ten sernik?”. Drugie: „Czy w ogóle powinien być cukiernikiem?”. Niestety, pytania, które należy zadać w przypadku opuszczonej kobiety, są podobne. Mówiąc twardo, dzisiejszy mój i twój stan jest konsekwencją naszych wcześniejszych decyzji. Im bardziej automatycznie i bezrefleksyjnie są one podejmowane, tym większa szansa, że któregoś dnia poczujemy że ktoś bez naszej wiedzy poukładał nam życie i to w taki sposób, który nam zupełnie nie odpowiada. Niestety, człowiek musi sobie radzić z bardzo dziwną sytuacją, w której najważniejsze życiowe decyzje podejmuje nie mając jeszcze pojęcia o życiu, a gdy ma już wystarczające o nim pojęcie i jest gotów do rozsądnych decyzji, to właśnie wtedy już czas umierać. Pierwsza więc część odpowiedzi na główne pytanie wygląda tak, że twój stan nie zaczął się z chwilą odejścia najważniejszych osób – on krok po kroku dojrzewał w wyniku o wiele wcześniejszych decyzji. Oczywistą reakcją na taką sytuację jest poczucie krzywdy albo winy – jednak poprzestanie na nich zabetonuje twój stan do końca życia a w gorszych przypadkach wpędzi cię w depresję. Poczucie krzywdy lub winy to stany kuszące, bo jasno i prosto rozdzielają wyroki za stan rzeczy: „Ja dobra, on zły, niech go piekło pochłonie” albo „On dobry, ja zła, zasłużyłam sobie”. Kropka, dalej myśleć nie trzeba. Z perspektywy psychoterapeuty do tego właśnie te stany służą: żeby nie myśleć a tylko rozdzielić winę i karę. A tylko myślenie o tym jaka jest twoja część odpowiedzialności za własną sytuację może dać ci szansę poprawienia swojego stanu. Jeśli uwierzysz, że miałaś ster w ręku wtedy i zaprowadziłaś statek w kiepskim dla siebie kierunku, to szybciej uwierzysz też w to, że masz ten ster w ręku także dziś i możesz płynąć do ciekawszych krajów.

lonelyOczywiście nie wszystkie konsekwencje swoich decyzji da się przewidzieć. Jeden z powodów wspomniałem wyżej – podejmujemy je, niewiele wiedząc o życiu. Drugi, równie istotny powód wynika z dziejących się wokół przemian światopoglądowych a głównie liberalizacji i laicyzacji życia. Nie chcę tu oceniać tego czy innego światopoglądu, tylko pokazać, że na ich styku powstaje zamieszanie, które może utrudniać nam ocenę własnych decyzji. Nawet w kwestii samego małżeństwa można raz usłyszeć, że jest to oznaka dorosłości i odpowiedzialności a innym razem, że jest to chęć uwiązania kogoś przy sobie na siłę albo wręcz zabijanie prawdziwych uczuć niepotrzebnym dokumentem. Co jest prawdą? Te różne podejścia mogą nam zamącić osąd ale mogą też umożliwić zastanowienie się, jakie są moje osobiste motywacje, do której grupy należą, w jakich proporcjach? W każdym razie pewne jest, że dziś małżeństwo nie jest tym samym, czym było 30 lat temu i trudno się dziwić, że nasza 50-latka będąc 20-latką miała poczucie pewności, że wchodzi w związek „póki śmierć nas nie rozłączy”. Gwałtowny wysyp opuszczonych 50-latek z całą pewnością po części jest konsekwencją światopoglądowych przemian.

Są jednak też przyczyny bardziej osobiste. Zastanawiamy się bowiem, dlaczego opuszczona 50-latka nie może się niczym cieszyć. Najprawdopodobniej dlatego (pomijając żałobę), że nauczyła się czerpać satysfakcję wyłącznie z dawania i oferowania siebie rodzinie i mężowi. I znów – możemy to rozważać jako altruistyczną, godną pochwały postawę, której nie docenił mąż albo możemy się zastanawiać, dlaczego ta kobieta nie zajmowała się zaspokajaniem także własnych potrzeb, niezwiązanych z członkami rodziny. Niezależnie od światopoglądu, to przecież właśnie ten fakt powoduje dzisiejszy depresyjny stan. Taka ofiarność może wynikać z patriarchalnego wzorca ale też może wynikać z niskiego poczucia wartości kobiety, która nie wierząc, że ktoś może jej pragnąć taką jaka jest, dokłada do tego własną ofiarność, zaniedbując sama siebie – skutek jest ten sam. To jednak trudno nazwać altruizmem – to raczej sposób na podnoszenie własnego, niskiego poczucia wartości: dopóki ktoś cokolwiek ode mnie bierze, to znaczy że jest we mnie coś wartościowego. Dlatego właśnie, gdy biorący odchodzą, kobieta wraca do punktu wyjścia i czuje się kompletnie bezwartościowa. Tylko pytanie: „Czy fakt, że ktoś ode mnie bierze, na pewno jest dowodem na to, że mam coś wartościowego do dania? A może po prostu bierze, bo mu tak wygodnie? A może tym dawaniem inwestuję w interes, który nigdy nie przyniesie owoców?”.

Uczenie się rozpoznawania i zaspokajania własnych potrzeb to dosyć długa droga, chociażby dlatego, że własne potrzeby w dużej części są sprzeczne z potrzebami innych. Czyli jednocześnie jest to nauka konfrontacji a czasem walki. Czerpanie satysfakcji z zaspokajania innych pozwala tego niebezpiecznego świata uniknąć. Jest to też droga bardzo samotna, bo to, że jestem specyficzny, odrębny od innych jest podstawą mojej tożsamości. Mam nadzieję, że teraz bardziej jasne jest, dlaczego odpowiedź na pytanie: „Co mam zrobić?” jest taka trudna – właściwie trzeba się nauczyć żyć od nowa, w wieku, w którym bardziej byśmy chcieli czerpać z tego, co do tej pory już zbudowaliśmy. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to niemożliwe. Jest jednak na tyle trudne, że wiele osób zdecyduje się jednak na te proste rozwiązania – pozostać przy obwinianiu siebie lub innych. Albo zatopić się w smutku po tym, co odeszło. Może więc pierwszym pytaniem, które otworzy furtkę do czegoś nowego będzie: „Czy na pewno to, co straciłam, było tak wartościowe, jak do tej pory uważałam?”.

Wznowienie „Wirusa samotności” wywołało falę listów od Państwa, z którą nie bardzo mogę sobie poradzić, za co przepraszam. Pytanie, które pojawia się najczęściej, to: jak kogoś poznać, dlaczego poznaję niewłaściwe osoby, jak zakończyć samotność, która boli coraz bardziej. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego pojedyncza odpowiedź raczej nic nie załatwi oraz co ma do zaoferowania w tej sprawie psychoterapeuta. Czyli ja.

Zacznijmy od przykładu. Jednym z częściej zadawanych pytań przez kobiety jest: dlaczego poznaję tylko żonatych mężczyzn? Najczęściej poszukiwania odpowiedzi polegają na zmianie otoczenia, wyglądu, ogólnie na szukaniu pewnego „sposobu”, czy sztuczki, która zapewni sukces. Często też panie odpowiadają sobie na to pytanie w sposób mniej więcej taki: coś jest ze mną nie tak. Nie mam jakiejś umiejętności, może jestem za brzydka, za głupia itd. Od takiej myśli już niedaleko do coraz większego izolowania się. Skoro myślę o sobie „jestem żałosny”, to odezwanie się do kogoś nieznajomego budzi lęk, że ktoś tę żałosność odkryje. Lęk paraliżuje, coś tam dukamy, sukcesu nie ma – i jest kolejny powód, żeby powiedzieć sobie: no rzeczywiście, jestem jednak żałosny. Błędne koło, coraz trudniejsze do rozerwania.

Tajemnicą są uczucia. O uczuciach mówimy zwykle punktowo: tego lubię, tamtego kocham, ten mnie drażni. Dla mnie, w mojej pracy, uczucia są jak ciągła substancja, trochę jak woda, która przelewa się wewnątrz człowieka, objawiając się w różnych stanach: płynu, pary, lodu, wilgoci itp. Ma swoją objętość, swoje ciśnienie. Gdy w jednym miejscu człowieka coś z uczuciami zrobimy, w innych miejscach też coś się pozmienia. Natomiast samotny człowiek, gdy prosi o radę, najczęściej mówi: zrób tak, żebym kogoś poznał, ale nic innego nie ruszaj.

Wróćmy do przykładu. W jakim kierunku może iść praca terapeutyczna z kobietą, która skarży się, że przyciąga tylko żonatych? Oczekiwanie pacjentki zwykle jest takie, że będziemy szukać wyżej wspomnianych sztuczek.  Zadziałać więc na wodę w jednym miejscu. To niestety trochę tak, jakby podgrzewać grzałką ocean. Gdyby przyjrzeć się całości obiegu uczuć, może okazać się na przykład, że gdzieś w środku pacjentki tkwi ogromny lęk przed opuszczeniem. I że ten lęk staje się tym większy, im bardziej pacjentka kocha, im bliżej jest mężczyzny. Im więcej mam, tym bardziej boję się to stracić, krótko mówiąc. Gdy więc spotykam kogoś wyśnionego, wolnego i chętnego, lęk urasta do rozmiarów paniki: za chwilę coś takiego zrobię, że go stracę! Albo przejedzie go samochód, albo zabierze go inna kobieta. A tego nie zniosę, umrę. Wobec takiego lęku wszelkie inne uczucia bledną, stają się nieodczuwalne, pomijalne. Oddalam się więc od niego, a lęk znika. Smutny paradoks. Odpycha mnie od kogoś, kogo bardzo chcę. Stuprocentowa recepta na samotność.

Ale to nie wszystko. Gdy doświadczymy takich przypływów i odpływów wiele razy, zaczynamy rozpoznawać już typ ludzi, przy których lęk jest największy. Co więc zrobić, aby uniknąć lęku? Trzymać się od nich z daleka. Na tym etapie już nie uciekamy od lęku, który się „przydarza”. Na tym etapie konstruujemy strategie, które pozwolą nam lęku nie czuć w ogóle. Czy żonaty mężczyzna może być źródłem takiego lęku? Oczywiście nie, bo wiadomo, że będzie bywał rzadko, a potem i tak odejdzie. Otrzymamy chwilę bliskości bez przeżywania panicznego lęku przed opuszczeniem.

Sęk w tym, że to tylko jedno z wielu możliwych wyjaśnień tej sytuacji. Może być zupełnie inaczej, może być np. tak, że mężczyzna jest w tym wypadku mniej ważny, a romans z żonatym służy dosięgnięciu jego partnerki. W tym wypadku woda miałaby postać skrywanej chęci zemsty na kobietach, które zabierają mężczyzn „z rynku”. Zawiść jest wodą stęchłą, może nawet radioaktywną – w każdym razie działanie ma zabójcze. Niestety dla nas, prawdą jest, że zniszczenie komuś czegoś, czego sam (jak sądzę) mieć nie mogę, daje ulgę. Fajnie może nie jest, ale przynajmniej inni mają tak samo źle.

Jeszcze inne wyjaśnienie problemu: kobieta wybiera żonatych, bo była przez ojca (mniej lub bardziej świadomie) uwodzona. Jeśli nie pogodziła się z faktem, że ojciec zawsze będzie poza jej zasięgiem, romans z żonatym mężczyzną jest okazją do odtworzenia emocjonalnej konfiguracji z tamtego czasu. Wtedy nie udało mi się odebrać ojca matce, ale teraz mi się uda – i dzięki temu nie będę musiała przeżywać „odrzucenia na zawsze”. Dowodem na miłość mężczyzny nie jest tu bliskość, ale odrzucenie „tej drugiej”.

Pewnie to i smutne, ale widać z tych przykładów, że pod powierzchniową motywacją „chcę faceta, ale mi się nie udaje” może kryć się o wiele skuteczniejsza, silniejsza i nieświadoma motywacja w rodzaju „nie będę przeżywać straty”, „zemszczę się na złodziejkach mężczyzn”, „zachowam ojca na zawsze”.  Dlatego już chyba jasne jest, dlaczego tak trudno jest coś sensownego odpowiedzieć w jednym mailu osobie, która naprawdę cierpi i nie widzi z tej pułapki wyjścia.

Psychoterapia to nic przyjemnego. Odkrywanie wyżej wymienionych motywacji zaznajamia nas z ciemniejszymi stronami naszej osoby. Jednak tu właśnie jest realna szansa na zmianę dotychczasowych zachowań. Jeśli jesteś świadoma tych ukrytych, podziemnych cyrkulacji twoich własnych uczuć, zadawanie się z żonatym staje się kompletnie bezsensowne. Jesteś bowiem w stanie powiedzieć sobie „przecież i tak strata mnie dopada, bo jestem samotna”, „zemsta nie zmieni faktu, że brak mi bliskości”, „ojciec odszedł (umarł)”. Wtedy otrzymujesz możliwość świadomego wyboru, co dalej. I to jest zwykle moment, kiedy widzimy się po raz ostatni.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook