Ostatnie okruchy

"Za rozsądną zapłatę każdy rozsądny człowiek zdecyduje się na wykonanie trzech fikołków." - Chryzyp, 250 p. n. e.

Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘śmierć’

Poniższy tekst jest fragmentem większej całości, która pod tytułem „Samotność uleczalna i nieuleczalna” ukaże się w publikacji Wydawnictwa Naukowego UAM w Poznaniu pt. „Dialektyka samotności i wspólnotowości”.

Wyrazistym przykładem postawy „błąd jest na zewnątrz” jest osoba zwana mizantropem. Wielu wśród nich światłych osób i wielkie nasze korzyści z ich przemyśleń. Jednak kim innym jest człowiek, który w drugiej połowie życia chce odpocząć od zgiełku, zajmując się pielęgnowaniem ogrodu z dobrotliwym uśmiechem na twarzy, a kim innym jest ktoś, kto z odrazą zanurza się w ludzkim tłumie, pilnie łowiąc ludzkie przywary, by postawić je przed własną, jednoosobową ławą przysięgłych. W psychologii teoretycznej (i nie tylko) taką strategię nazwiemy redukowaniem dysonansu poznawczego poprzez kolekcjonowanie jednostronnych argumentów, czyli inaczej mówiąc, dopasowywaniem faktów do hipotezy.  W gabinecie psychoterapeuty można powiedzieć bardziej szczerze: jest to zabijanie bólu samotności. Jest to wzbudzanie w sobie wstrętu do czegoś, czego bardzo pragniemy, ale boimy się lub nie umiemy po to sięgnąć. Dochodzimy tu do kwestii kluczowej dla psychoterapii, czyli wewnętrznego konfliktu. Opisany przed chwilą zgorzkniały mizantrop jak każdy z nas potrzebuje miłości i ciepła bliskiej osoby. Z jakichś jednak powodów takie relacje mu się nie udają. Z jakich, to kwestia złożona, zależna od struktury osobowości i osadzonego w niej problemu. To jest pole dla diagnozy. Diagnozy funkcjonalnej, podkreślam, bo etykietki w rodzaju „agorafobii” czy „lęku społecznego” raczej zaciemniają obraz niż cokolwiek wyjaśniają (dając jednak złudne poczucie wiedzy). Dla celów niniejszych rozważań można założyć, że opisywana tu osoba w bliskich kontaktach z ludźmi traci spoistość osobowości, przestaje jasno myśleć, zalewają ją niezrozumiałe i silne emocje, które trudno znieść – jednym słowem ma wrażenie rozpadania się. Nie jest to wcale taka rzadka przypadłość, jak można by pomyśleć. Analizowanie tych przeżyć prowadzi do wniosku, że nasz pacjent posiada deficyty w zakresie ustanawiania dorosłych relacji, czyli mówiąc w skrócie takich, gdzie można przeżywać bliskość z drugą osobą, jednocześnie zachowując (i lubiąc) świadomość swojej odrębności. Poczucie rozpadania się jest tutaj patologiczną reakcją na nawiązanie bliskiej relacji, gdzie podmiot spontanicznie oddaje kontrolę nad sobą drugiej osobie, która od tej pory ma za zadanie przejąć tę konsolidacyjną rolę – trochę jak dziecko, którego przeżycia muszą być monitorowane, interpretowane i w razie potrzeby substytuowane przez rodziców. Można więc powiedzieć, że taka osoba potrzebuje bliskości wręcz zachłannie, pod warunkiem wcześniejszego uruchomienia tychże potrzeb (miłości i bliskości). Taka zachłanność nie dosyć, że powoduje ogromny lęk (bo rzadko kto jest w stanie jej sprostać), to jeszcze prowadzi do opłakanych życiowo skutków. Nawet w razie nawiązania relacji z osobą, która będzie próbowała sprostać takim wielkim potrzebom, nasz pacjent nie jest w stanie normalnie funkcjonować bez tej osoby, staje się zazdrosny, zaborczy i niezwykle wrażliwy na sygnały zdystansowania – do myśli samobójczych włącznie. Mówimy więc o skrajności postaw – albo krańcowa niezależność albo krańcowa zależność.

Konstruktywne rozwiązanie konfliktu zależność-niezależność polega na utrzymaniu się w złotym środku, a mówiąc poważniej, na rozwinięciu umiejętności ambiwalencji uczuciowej, czyli przeżywania różnych uczuć jednocześnie. Nasz mizantrop tego konfliktu nie rozwiązuje – raczej go obchodzi. Zanurzając się w tłum i wzbudzając wybiórczą percepcję, wzbudza swoją złość, pozwalającą dewaluować pożądane obiekty w sposób absolutny – po to, by uwolnić się od ich pragnienia. Argumenty wyrosłe na tej dewaluacji służą następnie do ferowania sądów egzystencjalnych. Te sądy to jakby dodatkowe wieko zatrzaśnięte nad potrzebą miłości, aby nie słyszeć jej stukania. Świat (ludzie) jest wrogi, jest dżunglą, przed którą broni tylko lodowa pustynia (metafory autentyczne). Piekło to inni. Życie nie ma więc większego sensu a jedyny akt woli, pozwalający odzyskać kontrolę to samobójstwo.

Opisywany przypadek jest skrajny – po to, by łatwo było prześledzić dryfowanie logiki i racjonalności w stronę irracjonalnych mechanizmów obronnych. Zmiana jest płynna i dla podmiotu czasem zupełnie niezauważalna. Taka osoba przeżywa siebie jako niezmiennie racjonalną – błąd nabrzmiewa na zewnątrz. Oczywiście, zamknięte w krypcie uczucia dobijają się do głosu, ale na tym etapie są natychmiast interpretowane jako lęk egzystencjalny albo stają się sygnałem do poszukania nowych wad u bliźnich. Z takiego błędnego koła samodzielnie raczej się nie wychodzi.

Na podstawie dotychczasowych rozważań zadanie terapeuty wydaje się już chyba jasne. Należy skompensować deficyty w osobowości pacjenta: otworzyć go na własne potrzeby i nauczyć ich zaspokajania w stopniu adekwatnym do rzeczywistości. To oczywiście oznacza też wykształcenie w osobowości pewnych przykrych granic, odporności na własny głód miłości i akceptacji nieuniknionego braku. Tu właśnie samotność interpersonalna splata się z samotnością egzystencjalną. Sprawa bowiem nie wygląda tak prosto, że uporanie się z samotnością interpersonalną czyni nas gotowymi na stawienie czoła egzystencji. Pacjent mierzy się z troskami egzystencjalnymi od samego początku psychoterapii, a im dalej znajduje się w tym procesie, tym wyraźniej ich doświadcza. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy, jasny, jest taki, że widzi rzeczywistość bardziej adekwatnie. Drugi, bardziej skomplikowany, jest taki, że w świadomości tego rodzaju pacjenta świat jawi się jako niezróżnicowany obiekt (jako osoba). Wobec tego obiektu są potajemnie żywione wielkie, zachłanne potrzeby, jak to było widać w przykładzie z mizantropem. Każdy z nas doświadcza czasem potrzeb skierowanych do świata jako obiektu, chociażby marząc o sławie. Podczas psychoterapii pacjent powoli rozstaje się z takim obiektem, niezależnie od tego, czy widzi go w całym świecie, czy w pojedynczej osobie. W praktyce łączy się to z zawodem, bólem – cały proces jest bardzo podobny do żałoby. Utrwala się świadomość, że nie dostanie się wszystkiego, że proces decyzji i wyboru jest jednocześnie rezygnowaniem z innych możliwości, że porozumienie z drugim człowiekiem jest możliwe tylko do pewnego stopnia. Że mamy ograniczony czas i zasoby.

Ta zasadnicza zmiana w relacjach interpersonalnych jest w naturalny sposób transponowana na naszą relację ze światem i podejście do trosk egzystencjalnych. Jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować częściowy brak znaczącej osoby, to o wiele łatwiej będzie zaakceptować własną skończoność. Wspomnianego mizantropa strach paraliżuje i z tego powodu ucieka on od życia, tłumacząc to sobie jako zysk. Przekładając to na język danych egzystencjalnych, można powiedzieć, że akceptacja istnienia śmierci pozwala dostrzec pozostałą część życia nie jako zagrożenie i kolejny krok ku nicości, ale jako spadłe z nieba bogactwo, z którego możemy korzystać pełnymi rękami, nadając tym samym życiu sens.

Jeden z ostatnich komentarzy skłonił mnie do myślenia i pisania o śmierci. Wszystko właściwie możemy robić wspólnie z innymi: cieszyć się, smucić, myśleć, nudzić się – nawet rodzić się można czasem w towarzystwie. Z umieraniem jednak będziemy sobie musieli poradzić zupełnie samotnie. Nawet jeśli będzie ktoś obok siedział (albo nawet obok umierał), to na pewno nie będzie to wspólne przeżycie. Cóż, nawet słowo przeżycie tu nie pasuje. Myśl się rwie, język się kończy – nic nie wiemy o śmierci.

Dużo jednak można powiedzieć o życiu w kontekście śmierci. Czy o niej myślimy, czy nie, ona gdzieś tam nas czeka i wpływa, chcemy czy nie, na nasze podejście do życia. Lęk przed śmiercią jest lękiem przed samotnością. Tylko że czasem mylimy samotność interpersonalną z samotnością egzystencjalną. Gdy myślimy o śmierci, bardzo często przychodzi na myśl rozstanie, tęsknota za bliską a nieobecną osobą. Utrata brutalna i nienegocjowalna. Obojętna wobec niedokończonych spraw, podjętych planów, kiełkujących uczuć. Ślady jej wizyty to wystygła kawa, odłożone na chwilę okulary, założona książka, która już nie zostanie dokończona. Telefony, które chcą naiwnie rozmawiać z żywym. Zapach kogoś, kogo już nie ma. Szczególnie czyjąś śmierć kojarzymy z rozstaniem, bo też ona jest rozstaniem. Jednak nie tylko.

Gdy myślimy o własnej śmierci, też często myślimy o utracie, rozstaniu. Tylko właściwie kto traci? kto się rozstaje? Jak można przeżywać brak, skoro się nie istnieje? W tym właśnie punkcie widać, że wygodniej i mniej przerażająco jest myśleć o śmierci w kategoriach interpersonalnych. Dlaczego? Na przykład dlatego, że na rozstania z ludźmi mamy jakiś wpływ. „Zawsze będziemy razem” – przecież to kłamstwo, będziemy razem co najwyżej do śmierci jednego z nas. Codzienna świadomość tego faktu jest zbyt paraliżująca, dlatego używamy zwrotu „zawsze będziemy razem”, zwrotu, który pozornie zwycięża śmierć. Usuwa ją nam sprzed oczu, dając wrażenie jej unicestwienia.

Bliska więź chroni nas więc przed egzystencjalnym lękiem, pozwala nie myśleć o śmierci. Jeszcze silniej działa przywołanie na świat dzieci, naszej żywej, cielesnej kontynuacji. Nic w tym złego, dopóki nie zaczynamy używać ludzi jako antidotum na egzystencjalny lęk. Rozpacz po stracie bliskiej osoby jest wliczona w miłość do niej. Nie chcesz cierpieć – nie kochaj. Mam wrażenie, że coraz więcej ludzi kieruje się tą dewizą. W jednym z listów ktoś pyta mnie: co mam zrobić, żeby przestać potrzebować miłości? Niech pan pomoże mi to pragnienie usunąć, wtedy będę szczęśliwa. Odpowiadam, że to podobna prośba jak prośba do chirurga o wycięcie serca. Słyszę zawód w odpowiedzi.

Jeśli chcesz żyć, będzie czasem boleć. Czasem bardzo, prawie nie do wytrzymania. Jeśli będziesz próbować żyć tak, by nie cierpieć, umrzesz za życia, gdzieś podskórnie wiedząc o tym. W rozpaczy po śmierci bliskiej osoby zawiera się jednak nie tylko ból rozstania. Zawiera się też nagła konfrontacja z faktem istnienia śmierci – co oznacza, że też mojej śmierci. Ból utraty mija, ból egzystencjalny jest zawsze obecny (czyli do śmierci). Z wiekiem wręcz narasta. Świadomość egzystencjalnej samotności zmusza nas do zadawania sobie pytań: po co żyję? jak chcę wykorzystać to coś, co jest tak drogocenne i tak beznadziejnie ograniczone? co będzie jeśli dokonam złego wyboru? Pytania te potrafią być tak paraliżujące, że ludzie zamierają w miejscu jak przestraszone robaki. Ze strachu przed śmiercią przestają żyć.

Zmierzenie się z faktem egzystencjalnej samotności może pozwolić na wchodzenie w związki z większą odwagą. Ewentualne rozstanie nie będzie wtedy tak beznadziejnie bolało. Wiele osób odczuwa lęk przed rozstaniem w stopniu porównywalnym do śmierci w tragicznej katastrofie i dlatego popada w interpersonalną samotność. Prowadzi to często do zdziwaczenia lub zdziczenia, bo lęk egzystencjalny nie znika i trzeba go wpuścić w jakąś angażującą zmysły działalność. W innych przypadkach kończy się to wikłaniem się w przypadkowe związki, gdy głód zaczyna doskwierać i niszczeniem ich, gdy strach przed miłością zaczyna być silniejszy niż jej głód.

Nawet jeśli jesteś w najlepszym, bliskim związku, nie jesteś drugą połówką jabłka. To mit, z gatunku „zawsze będziemy razem”. Jakaś część ciebie i tej drugiej osoby jest samotna, jest niezrozumiała i niedostępna nawet dla tego najbliższego człowieka, z którym śpisz, jesz, marzysz. Nieświadomość tego faktu prowadzi do wzajemnego zamęczania się i pretensji o brak zrozumienia i zaangażowania. Odnalezienie tego miejsca, w którym kończy się „my” a zaczyna „ja i ty” pozwala cieszyć się „nami”, czyli tą połową szklanki, która jest pełna. Pozwala też, o dziwo, cieszyć się pustą połową szklanki, która jest tym, co nazywam dobrą samotnością. Pozwala też przeżyć żałobę po stracie najbliższego człowieka, zaakceptować po pewnym czasie ten fakt i zająć się resztą naszego życia, która czeka na zagospodarowanie. Jeśli tego nie zrobisz i zaniedbasz swoje życie, powstanie ugór, na którym wyrosną tylko chwasty.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook