Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘ryzyko’

Dzień po napisaniu tekstu o trujących fantazjach Avatara zobaczyłem na ulicy wielki billboard z napisem RELAKS, KTÓRY UZALEŻNIA. To jedna z tych chwil, kiedy człowiek rozgląda się podejrzliwie na boki, czy aby nie jest w ukrytej kamerze jakiegoś wielkiego Truman Show. Ale nie, to jak najbardziej rzeczywistość. Skoro tak, pomyślałem, to pewnie jest to jakaś nowa, społeczna kampania, ostrzegająca przez skutkami przesadnego zatopienia w telewizji. Hm, jak miło, że istnieją tak przytomnie myślące osoby. Niestety, po chwili spadła mi kolejna zasłona z oczu: okazało się, że to jak najbardziej realna reklama nowego kanału telewizyjnego.

Znów zacząłem się zastanawiać, czy świat przypadkiem nie potrzebuje terapii. Przecież wszyscy słyszymy o skutkach uzależnień – i już nie mówię o alkoholu czy narkotykach ale np. o hazardzie i internecie, a szczególnie o uzależnieniu od internetowych gier. Wiele się o tym w ostatnich czasach pisało, więc wydawałoby się, że nie chcemy się uzależniać, bo wiemy, że grozi to ruiną międzyludzkich relacji a czasem nawet całego życia. A przynajmniej kojarzymy słowo „uzależnienie” z czymś patologicznym. Ale nie, gdzieś tam są wpływowi ludzie, którzy uznali, że przedstawienie jakiejś czynności jako uzależniającej jest dla nas atrakcyjne.

Już widzę te możliwości: „Czekolada, która uzależnia”, „Syrop, który uzależnia.” Czy to dalej brzmi atrakcyjnie? Ja to odbieram jako ostrzeżenie. Np. „Minister Zdrowia informuje, że te papierosy uzależniają.” Przyznam się, że bardziej atrakcyjne byłoby dla mnie hasło: „Relaks, który NIE uzależnia”. Pomyślmy o naszej reakcji na slogany „Wódka, która uzależnia” i „Wódka, która nie uzależnia”. Którą byś wybrał? Dlaczego w przypadku telewizji ma to działać inaczej? Czy nasza społeczna świadomość aż tak bardzo odrzuca rzeczywistość, że publiczne namawianie do uzależnienia się trafia w nasze potrzeby? Ktoś tak najwyraźniej pomyślał, i to ktoś, kto nie wypadł sroce spod ogona. To nie jest obietnica typu „Takie fajne, że nie będziesz mógł się oderwać”, która ukrywa kwestię uzależnienia. Coś się zmieniło. To jest otwarte, obsceniczne kuszenie uzależnieniem. Czy już tak bardzo go potrzebujemy, że nie trzeba go przed nami ukrywać a wręcz przeciwnie, można nim kusić? Może narkotykowi dealerzy powinni przemyśleć kwestie marketingowe i nie mówić „coś ty, raz czy dwa ci nie zaszkodzi” ale „słuchaj, świetny towar, jeden strzał i jesteś uzależniony”.

Ale może ja się czepiam. Może moja praca, w której widzę, co uzależnienia robią z ludźmi, zmieniła moją konotację słowa „uzależnienie”. Dlatego proszę Państwa o głos w ankiecie.

Czy tak sformułowany slogan zachęca Cię, czy odpycha?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Porządków ciąg dalszy.

Zadają Państwo pytania, jak skończyć z samotnością w swoim życiu. Bardzo praktyczne pytania, w których słyszę potrzebę praktycznej porady. Na takie pytania zawsze w pierwszym momencie reaguję bezradnością i smutkiem, bo z jednej strony czuję pokusę powiedzenia: „zrób to i tamto”, a z drugiej strony wiem, że takie doradzanie prawie zawsze kończy się źle. Z wielu powodów. Najczęstszy jest taki, że gdy zaczynam doradzać, natychmiast słyszę mnóstwo argumentów typu „to już robiłem”, „to się nie uda”, „jestem zbyt słaba” itd. Pytający zastawił na mnie pułapkę, w którą wpadłem. Pułapka polega na tym, by udowodnić mi, że sytuacja, w której on/ona się znajduje jest beznadziejna. Po co miałby to robić?

Najprostsza odpowiedź jest dosyć brutalna: pytający, mimo że deklaruje chęć zmiany, tak naprawdę nie chce niczego zmieniać w swoim życiu. Chce tylko zobaczyć moją bezradność w doradzaniu, dzięki której będzie mógł sobie powiedzieć: „no tak, widać mam rację – nic się nie da zrobić”. Z Państwa listów wynika, że samotność jest często wynikiem rozczarowań i bólu w kontakcie z ludźmi. Mamy więc dylemat: pozostać samotnym i cierpieć z braku ludzi albo próbować być z nimi i ryzykować cierpienie przez nich. Można założyć, że osoby samotne wybrały pierwszą opcję. Niestety, potrzeba bliskości doskwiera. Trwa wewnętrzny konflikt. I tu ujawnia się ciemniejsza strona ludzkiej natury: zamiast konflikt rozwiązać i podjąć własną decyzję szukamy pomysłu, żeby tej decyzji nie musieć podejmować. Jeden ze sposobów polega na wykasowaniu z psychiki alternatywy, jednej ze stron konfliktu. Czyli w tym przypadku pomysłu, że może warto jeszcze raz spróbować. W tym celu znajdujemy kogoś, kto posłuży jako „pojemnik” na jedną ze stron naszego konfliktu. Może to być znajomy, psycholog, prawnik. Pytamy go: powiedz, co mam zrobić? On, starając się pomóc, podrzuca różne pomysły, a my znajdujemy w nich braki, trudności, niemożności. Po jakimś czasie nasz „doradca” wymięka, traci siły, ogarnia go bezradność. My natomiast czujemy, że skoro on nie poradził sobie z problemem, to i my nie poradzimy. I tak osiągamy swój cel: brak wewnętrznego konfliktu. Zwykle tylko na jakiś czas, bo potem potrzeba bliskości się budzi i znów trzeba ją obezwładnić, zgasić.

W tę pułapkę wpada bardzo wielu psychologów, szczególnie ci, którzy nazywają siebie „pomagaczami”. Wyżej wspomniana strategia ma też odwrotną wersję: dajemy się komuś przekonać, przyjmujemy jego radę, stosujemy ją i wpadamy w kłopoty, za które obwiniamy „doradzacza” – no bo kogo innego? Bardziej wyrafinowana odmiana tej wersji polega na tym, że słuchamy i stosujemy się do rad „doradzacza” przez całe życie. Poddajemy się adopcji, można powiedzieć. Jest mnóstwo ludzi, którzy chcą poczuć się mądrzy i ważni, trzymając przy sobie kogoś, kogo uważają za głupszego i zależnego. Wyrafinowanie takiej strategii polega na tym, że uzależniając się od „doradzacza”, przestajemy cierpieć na samotność. Cierpimy (bardzo) na inne rzeczy, ale na samotność już nie.

W psychoterapeutycznym świecie wygląda to tak, że pacjent zostaje u terapeuty „na zawsze”. Wspólnie zastanawiają się, jak też pomóc pacjentowi wyjść z samotności. Pacjent z uprzejmości bierze w tym udział, ale on swoją sprawę już załatwił – ma przecież kogoś, kto się wciąż o niego troszczy. Bywa nawet tak, że gdy terapeuta w chwili przytomności wrzuca temat zakończenia terapii, pacjentowi „pogarsza się” na tyle, że rozmowę o kończeniu odkłada się na czas nieokreślony. Jeśli komuś wydaje się, że są to odosobnione przypadki, to się grubo myli.

Ilość poradników psychologicznych na rynku jest taka, że gdyby one działały, mielibyśmy społeczeństwo ze wszech miar uszczęśliwione. Czemu tak nie jest? Rada zwykle jest czymś zewnętrznym, co trzeba sztucznie w sobie podtrzymywać. Nie wynika ze zrozumienia, z wewnętrznego doświadczenia i przekonania. Dlatego nie doradzam. W to miejsce próbuję uświadomić pytającemu, przed jakim dylematem stoi i jak go unika. Próbuję oddać mu do rąk odpowiedzialność za jego życie i jego decyzje. Przestało mnie już zaskakiwać, że bardzo często ludzie bronią się przed tym rękami i nogami.

Aby nie być gołosłownym, zajmę się dalej porządkami. Czułem się jednak w obowiązku uprzedzić, że będziemy odsuwać meble i wymiatać piętnastoletnie pajęczyny, a nie tylko ogarniać po wierzchu.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook