Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Twitter
EkoblogiInfogpwDuego_PolskapiotrkowalukRetwitujeSzukamyWaszbigniewcichoncarolinamhmOpulentPOLSKARysiekLbeatabszBaronChrapekPaulinaDawczakoddalenieWarsawBlogJune_Miller
Follow me
Tweets

Słowo-klucz ‘psychoterapia’

Słuchając Państwa pytań i wypowiedzi na Forum Samotnia doszedłem do wniosku, że opisywane trudności w relacjach są bardzo różne i przydałoby się wprowadzić jakiś klucz, umożliwiający odpowiedź na pytanie: gdzie kryje się problem? Klucz ten zawarłem w tytule wpisu. Widzę trzy wyraźne grupy trudności w relacjach opisywanych przez Państwa.

Pierwsza: zdobyć.

Ta trudność dotyczy osób, które cierpią na samotność rozumianą jako izolacja od ludzi. Jestem sam, w kontaktach czuję się niepewnie, denerwuję się, nie wiem co powiedzieć, boję się że wyjdę na idiotę… Poziom lęku może być różny i mieć różne konsekwencje: od zaszycia się w domu i rezygnacji, poprzez chaos i paraliż w obecności osoby, na której mi zależy (czyli często: każdej osoby), aż po całkiem odważne zachowania, które mają na celu zbliżenie się do ludzi ale powodują konsekwencje wręcz przeciwne. W każdym razie skutek jest ten sam, czyli w sobotę wieczorem znowu siedzę samotnie w domu i robię dobrą minę, chociaż wychodzi mi tylko dziwny grymas, którego wolę nie oglądać w lustrze.

O tego typu trudnościach słyszę najczęściej w ten sposób: wie pan, po prostu nie wiem jak się zachować, co bym nie zrobił to mam wrażenie, że dziwnie się na mnie patrzą. Nie umiem podtrzymać rozmowy, jestem chyba jakiś inny. Im dłużej to trwa, tym bardziej czuję narastającą złość, że oni się tak dobrze bawią, podczas gdy ja staram się tylko dopasować, żeby nie wydało się, jak bardzo jestem spanikowany. To jedna wielka męka, więc siedzę w domu – ostatnio próbuje ułożyć moje książki w jak najlepszym porządku, ciągle od nowa i nie mogę znaleźć najlepszej metody. A jak się wkurzam, gdy ktoś mi coś poprzestawia – tak jakbym tylko czekał, aż ktoś podejdzie za blisko – żeby go ugryźć.

W psychoterapii taka osoba zwykle uczy się otwartości i płynących z niej korzyści. Często ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że ludzi zbliżają nie tylko ich zalety, ale też (często bardziej) wspólne słabości, o których można rozmawiać i nie być odrzuconym. Że nie musi błyszczeć, by ktoś ją zauważył. Że po prostu może mówić, co myśli i czuje – i że właśnie to jest dla innych najciekawsze. Stąd wynika maksyma, którą staram się puszczać w obieg: jak nie wiesz, co mówić, to mów prawdę.

Druga trudność: trafić.

Tu zaliczam te osoby, które związują się z nieodpowiednim partnerem (zwykle trudno go nazwać partnerem). Są wykorzystywane, ignorowane, zdradzane. Może być to ciąg nieudanych związków ale też może być jeden, długi związek, gdzie najbliższa osoba jest obca, daleka, czasem groźna. Znów wiele typów ludzkich staje mi przed oczyma. Jednym z lepszych przykładów z tej grupy są kobiety trafiające na agresywnych mężczyzn albo mężczyzn-uwodzicieli, z tego typu co żadnej nie przepuści.

Smutnym paradoksem takich historii jest fakt, że ból w takim związku pochodzi z czegoś, co na początku dawało najwięcej satysfakcji, czyli z rozmiarów zaangażowania, z silnej reakcji mężczyzny na atrakcyjność partnerki. Niska samoocena kobiety może w takim momencie podjechać ostro w górę, aż w rejestry euforyczne, z których bardzo boleśnie się spada, kiedy ten jedyny i wybrany zareaguje identycznie na kolejny obiekt w swojej kolekcji. Wtedy jaśniejsze się staje, że jego wcześniejsze zainteresowanie nie tyle było dowodem na atrakcyjność kobiety, co wyrazem trudności w hamowaniu impulsu. A ktoś, kto ma z tym problem, będzie skłonny do zdrady i agresji. Sytuację taką komplikuje fakt, że kobiety całkiem świadomie wybierają takich mężczyzn, w nadziei, że swoją atrakcyjnością będą ich dobrze kontrolować. Niestety, może pojawić się ktoś atrakcyjniejszy. Można też chcieć mieć dziecko, które zrujnuje urodę albo zwyczajnie się zestarzeć. Tak przy okazji, to autentycznie zdumiony jestem, jak wiele kobiet jest przeświadczonych, że każdy mężczyzna pójdzie za impulsem, co prowadzi do kolejnego przeświadczenia, że mężczyźni nie są zdolni do tworzenia więzi. Co takie kobiety sądzą o rozumie mężczyzny, łatwo wywnioskować.

Trzecia trudność: utrzymać.

W odróżnieniu od poprzedniej kategorii, tutaj chodzi mi o osoby, które trafiają na przyzwoitych partnerów, ale nie są w stanie ich przy sobie zatrzymać. Tu znowu jest mnóstwo różnych możliwości – jako pierwsza przychodzi mi do głowy taka sytuacja, gdzie boimy się tego kogoś stracić i zaczynamy go kontrolować. Trochę jak w poprzednim przykładzie, z taką różnicą, że facet ma rozum i potrafi opanować impuls. Jeśli kobieta nie będzie w to wierzyć (albo czuje się mało wartościowa), to będzie używać różnych sposobów na trzymanie go blisko, co często kończy się syndromem ściśniętego, mokrego mydła. Jeśli (załóżmy) ja mam rozum i umiem trzymać na wodzy swoje chucie, a słyszę od partnerki ciągłe: nie patrz się na nią, nie pij tyle, nie wyjedziesz na szkolenie, pokaż swoją historię przeglądarki, to prędzej czy później poczuję się jak półdebil i zapragnę wolności. Patologiczna zazdrość może zabić każdy związek.

Innym sposobem sprawowania kontroli jest odgadywanie życzeń i próby ich spełniania. Dopasowywanie się do partnera jest świetnym sposobem na zniszczenie jego pragnienia. Związek dorosłych ludzi zawsze jest jakimś rodzajem umowy, która jednostronnie może zostać zerwana. Świadomość tego faktu powoduje lęk, opisany częściowo w poprzednim artykule o samotności egzystencjalnej. Jeśli słabo znosimy ten lęk, to będziemy go próbować usunąć wyżej opisanymi sposobami – albo tysiącem innych. Zadziała to jednak w sposób odwrotny do zamierzonego. Boję się, więc jestem, można powiedzieć. Pogódź się z tym.

Podane wyżej przykłady oczywiście nie wyczerpują tematu. Myślę jednak, że odnalezienie siebie w którejś z tych trzech kategorii może być pierwszym krokiem do autodiagnozy i określenia planu działania. Odpowiadając przy okazji na jeden z komentarzy, nie sądzę wcale, że tylko psychoterapia zapewnia sukces w tej sprawie. Prawie wszyscy przeżywamy kryzysy i prawie wszyscy własnymi siłami (lub z pomocą bliskich) możemy się z nich wydostawać, ucząc się na własnych i cudzych błędach. Czasem jednak do wydostania się z kryzysu potrzebna jest druga osoba a w przypadku wielu osób wyizolowanych lub samotnych pozostaje odwołać się do psychoterapeuty. Co nie zmienia mojego przekonania, że psychologa w życiu powinno być jak najmniej – tylko tyle, ile jest niezbędne, by pójść dalej o własnych siłach.

I na koniec odwołam się znów do komentarzy, w których powtarza się pytanie, co zrobić, jeśli już tyle razy zaufało się ludziom i zostało przez nich zdradzonym. Można zacząć od odpowiedzi, czy chodzi o problem z trafieniem, czy z utrzymaniem. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że tak czy inaczej dojdziemy do pytania, czyje potrzeby (w jakiej proporcji) zaspokajam w związku – moje czy partnera? Czy moje zaufanie do niego wzięło się stąd, że mogłem na niego wielokrotnie liczyć w kwestii moich potrzeb? – czy raczej moje zaufanie było rodzajem nieograniczonego kredytu, udzielonego na podstawie „motyli w moim brzuchu”? Chcesz sprawdzić, czy komuś na tobie naprawdę zależy? Poproś go o coś, co będzie wymagało trochę poświęcenia z jego strony. Czy odda swoją ostatnią kanapkę, czy podwiezie mimo nadłożenia drogi, czy stanie po twojej stronie, mimo że jego/jej mama/tata myśli inaczej? Boimy się to sprawdzać. Niestety, przez to często żyjemy z kimś, o kim sądzimy że nas kocha, a w rzeczywistości jest to ktoś, komu po prostu jest z nami wygodnie. Wprowadź do gry swoje pragnienie, zobacz co zrobi z nim partner. Inaczej niewiele się o nim dowiesz i będziesz żyć fantazjami. Miałem kiedyś dwóch przyjaciół i z obu zrezygnowałem – z jednego dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o sobie, a z drugim dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o mnie.

Po wakacyjnym lenistwie czas na porządki w zgłaszanych przez Państwa pytaniach.  „Czy możliwe jest opisanie pojedynczych symptomów obecności wirusa u dzieci?” – pytanie bardzo ważne i mądre, ale po długim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że na wyczerpującą odpowiedź potrzebna byłaby kolejna książka.

Jest jednak kilka podstawowych wątpliwości, czy w ogóle taką książkę warto pisać. Odbiorcą miałby być przecież rodzic, ten sam rodzic, który z dużym prawdopodobieństwem jest także ofiarą wirusa samotności. Obawiam się, że taka książka mogłaby służyć do „programowania” dziecka, oczywiście w dobrych intencjach, ale ze skutkiem raczej opłakanym. Do poradni rodzinnej, gdzie m. in. pracuję przychodzi dosyć dużo matek, które zgłaszają „kłopot z dzieckiem” i domagają się „naprawienia” tego dziecka przez terapeutę lub przynajmniej podania konkretnych, cudownych metod wychowawczych. Zwykle kończy się to tak, że na konsultacji zostaje rozpoznany jakiś konkretny problem psychologiczny matki, który utrudnia lub uniemożliwia bycie wystarczająco dobrym rodzicem.

Najczęstszy przykład: matka samotna lub z nieodpowiedzialnym partnerem, który czasem pije, czasem bije, każe się obsługiwać a syna musztruje albo jest dla niego bardziej kumplem niż ojcem. Syn w wieku dorastania zaczyna naśladować ojca i traktuje matkę per noga. Ona widzi go jako pyskatego i krnąbrnego a sama czuje się bezradna, bo gdy tylko zaczyna czegoś wymagać, słyszy zarzuty, że jest zła, niedobra, że ojciec lepszy. Czasem zresztą ojca już nie ma, bo miał ważniejsze sprawy niż bycie głową rodziny. Syn wyrasta na domowego tyrana, często większego niż ojciec, bo jeśli ojca czasem daje się przepędzić z domu, to z własnym dzieckiem trudno zrobić coś podobnego. Efekt jest taki, że syn siedzi w domu albo na ulicy, szkołę olał, trwa z głową w komputerze albo w narkotykach i dawno już nauczył się, że gdy matka w nielicznych momentach determinacji wymaga od niego, żeby przynajmniej się umył, może ją zasypać gradem oskarżeń, jak to ona zmarnowała mu życie wychodząc za ojca (albo od niego odchodząc, opcje są wymienne). Na tego typu matkę taki argument działa jak rażenie piorunem. „Ma rację, byłam złą matką, muszę mu to wynagrodzić”. Więc chucha na „maleństwo” nadal, robiąc z niego psychicznego inwalidę, który nie zdobędzie żadnej pracy ani żadnej kobiety. Oczywiście jest to jakaś postać zarażania wirusem samotności.

Co zmieni w relacji z synem taka matka, dostając do ręki podręcznik do ochrony dziecka przed samotnością? Odpowiadam: absolutnie nic. Oskarży tylko samą siebie jeszcze mocniej o nieudolność. Jedyną drogą dla takiej matki jest własna psychoterapia, która pozwoli tolerować złość dziecka, które nie dostaje natychmiast tego, czego chce. Niestety, jest to smutna prawda, którą stosuję także wobec siebie: jeśli z twoim dzieckiem jest coś nie tak, to zacznij naprawę sytuacji od własnej osoby.

Druga wątpliwość jest taka, że trudno jednoznacznie prorokować, czy dany objaw wyjdzie dziecku na dobre czy złe w przyszłości. Załóżmy, że takim wczesnym objawem wirusa jest unikanie rówieśników i namiętne czytanie książek. Bardzo prawdopodobne, że takie dziecko w przyszłości zderzy się bardzo boleśnie z rzeczywistością i odwróci się od niej w samotność. Możliwe też jednak, że przyspieszony w ten sposób rozwój intelektualny wyniesie dziecko w przyszłości na fascynujące naukowe stanowisko, które z kolei przyniesie uznanie u ludzi, ich akceptację w dobrym tego słowa znaczeniu. Czyli słabości przekute na siłę. Jak z tego wynika, każdy człowiek musi być traktowany indywidualnie – ewentualna prognoza musi dotyczyć konkretnego dziecka w jego konkretnej sytuacji.

Oczywiście, nie jest aż tak strasznie, że przyszłość dziecka to całkowita niewiadoma. Można pewnie wychwycić jakieś w miarę obiektywne sygnały zagrożenia, ale myślę, że najtrudniej wychwycić je będzie rodzicowi. Dlatego sądzę, że przyszłość dziecka jest uzależniona w dużej mierze od tego, co ja zrobię sam ze sobą, na ile jestem zdolny do dobrego współżycia z innymi ludźmi, na ile dbam o swój rozwój intelektualny i duchowy. Np. ile czasu dziennie poświęcam na kreatywne działanie, a ile na bierne wchłanianie papki z TV. Może to i banały, ale jestem przekonany, że jeśli uda się nam zrozumieć swoje własne demony, to tym łatwiej zauważymy, że zbierają się nad głowami naszych dzieci.

Wznowienie „Wirusa samotności” wywołało falę listów od Państwa, z którą nie bardzo mogę sobie poradzić, za co przepraszam. Pytanie, które pojawia się najczęściej, to: jak kogoś poznać, dlaczego poznaję niewłaściwe osoby, jak zakończyć samotność, która boli coraz bardziej. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego pojedyncza odpowiedź raczej nic nie załatwi oraz co ma do zaoferowania w tej sprawie psychoterapeuta. Czyli ja.

Zacznijmy od przykładu. Jednym z częściej zadawanych pytań przez kobiety jest: dlaczego poznaję tylko żonatych mężczyzn? Najczęściej poszukiwania odpowiedzi polegają na zmianie otoczenia, wyglądu, ogólnie na szukaniu pewnego „sposobu”, czy sztuczki, która zapewni sukces. Często też panie odpowiadają sobie na to pytanie w sposób mniej więcej taki: coś jest ze mną nie tak. Nie mam jakiejś umiejętności, może jestem za brzydka, za głupia itd. Od takiej myśli już niedaleko do coraz większego izolowania się. Skoro myślę o sobie „jestem żałosny”, to odezwanie się do kogoś nieznajomego budzi lęk, że ktoś tę żałosność odkryje. Lęk paraliżuje, coś tam dukamy, sukcesu nie ma – i jest kolejny powód, żeby powiedzieć sobie: no rzeczywiście, jestem jednak żałosny. Błędne koło, coraz trudniejsze do rozerwania.

Tajemnicą są uczucia. O uczuciach mówimy zwykle punktowo: tego lubię, tamtego kocham, ten mnie drażni. Dla mnie, w mojej pracy, uczucia są jak ciągła substancja, trochę jak woda, która przelewa się wewnątrz człowieka, objawiając się w różnych stanach: płynu, pary, lodu, wilgoci itp. Ma swoją objętość, swoje ciśnienie. Gdy w jednym miejscu człowieka coś z uczuciami zrobimy, w innych miejscach też coś się pozmienia. Natomiast samotny człowiek, gdy prosi o radę, najczęściej mówi: zrób tak, żebym kogoś poznał, ale nic innego nie ruszaj.

Wróćmy do przykładu. W jakim kierunku może iść praca terapeutyczna z kobietą, która skarży się, że przyciąga tylko żonatych? Oczekiwanie pacjentki zwykle jest takie, że będziemy szukać wyżej wspomnianych sztuczek.  Zadziałać więc na wodę w jednym miejscu. To niestety trochę tak, jakby podgrzewać grzałką ocean. Gdyby przyjrzeć się całości obiegu uczuć, może okazać się na przykład, że gdzieś w środku pacjentki tkwi ogromny lęk przed opuszczeniem. I że ten lęk staje się tym większy, im bardziej pacjentka kocha, im bliżej jest mężczyzny. Im więcej mam, tym bardziej boję się to stracić, krótko mówiąc. Gdy więc spotykam kogoś wyśnionego, wolnego i chętnego, lęk urasta do rozmiarów paniki: za chwilę coś takiego zrobię, że go stracę! Albo przejedzie go samochód, albo zabierze go inna kobieta. A tego nie zniosę, umrę. Wobec takiego lęku wszelkie inne uczucia bledną, stają się nieodczuwalne, pomijalne. Oddalam się więc od niego, a lęk znika. Smutny paradoks. Odpycha mnie od kogoś, kogo bardzo chcę. Stuprocentowa recepta na samotność.

Ale to nie wszystko. Gdy doświadczymy takich przypływów i odpływów wiele razy, zaczynamy rozpoznawać już typ ludzi, przy których lęk jest największy. Co więc zrobić, aby uniknąć lęku? Trzymać się od nich z daleka. Na tym etapie już nie uciekamy od lęku, który się „przydarza”. Na tym etapie konstruujemy strategie, które pozwolą nam lęku nie czuć w ogóle. Czy żonaty mężczyzna może być źródłem takiego lęku? Oczywiście nie, bo wiadomo, że będzie bywał rzadko, a potem i tak odejdzie. Otrzymamy chwilę bliskości bez przeżywania panicznego lęku przed opuszczeniem.

Sęk w tym, że to tylko jedno z wielu możliwych wyjaśnień tej sytuacji. Może być zupełnie inaczej, może być np. tak, że mężczyzna jest w tym wypadku mniej ważny, a romans z żonatym służy dosięgnięciu jego partnerki. W tym wypadku woda miałaby postać skrywanej chęci zemsty na kobietach, które zabierają mężczyzn „z rynku”. Zawiść jest wodą stęchłą, może nawet radioaktywną – w każdym razie działanie ma zabójcze. Niestety dla nas, prawdą jest, że zniszczenie komuś czegoś, czego sam (jak sądzę) mieć nie mogę, daje ulgę. Fajnie może nie jest, ale przynajmniej inni mają tak samo źle.

Jeszcze inne wyjaśnienie problemu: kobieta wybiera żonatych, bo była przez ojca (mniej lub bardziej świadomie) uwodzona. Jeśli nie pogodziła się z faktem, że ojciec zawsze będzie poza jej zasięgiem, romans z żonatym mężczyzną jest okazją do odtworzenia emocjonalnej konfiguracji z tamtego czasu. Wtedy nie udało mi się odebrać ojca matce, ale teraz mi się uda – i dzięki temu nie będę musiała przeżywać „odrzucenia na zawsze”. Dowodem na miłość mężczyzny nie jest tu bliskość, ale odrzucenie „tej drugiej”.

Pewnie to i smutne, ale widać z tych przykładów, że pod powierzchniową motywacją „chcę faceta, ale mi się nie udaje” może kryć się o wiele skuteczniejsza, silniejsza i nieświadoma motywacja w rodzaju „nie będę przeżywać straty”, „zemszczę się na złodziejkach mężczyzn”, „zachowam ojca na zawsze”.  Dlatego już chyba jasne jest, dlaczego tak trudno jest coś sensownego odpowiedzieć w jednym mailu osobie, która naprawdę cierpi i nie widzi z tej pułapki wyjścia.

Psychoterapia to nic przyjemnego. Odkrywanie wyżej wymienionych motywacji zaznajamia nas z ciemniejszymi stronami naszej osoby. Jednak tu właśnie jest realna szansa na zmianę dotychczasowych zachowań. Jeśli jesteś świadoma tych ukrytych, podziemnych cyrkulacji twoich własnych uczuć, zadawanie się z żonatym staje się kompletnie bezsensowne. Jesteś bowiem w stanie powiedzieć sobie „przecież i tak strata mnie dopada, bo jestem samotna”, „zemsta nie zmieni faktu, że brak mi bliskości”, „ojciec odszedł (umarł)”. Wtedy otrzymujesz możliwość świadomego wyboru, co dalej. I to jest zwykle moment, kiedy widzimy się po raz ostatni.

Dostaję dużo e-maili z opisem trudnej (albo bardzo trudnej) samotności, wśród ludzi lub bez ludzi – z prośbą o radę, o wskazówkę, o sposób wyjścia z tej pułapki. „Czy warto iść do psychoterapeuty? Co to zmieni?” powtarza się pytanie, jak refren długiego songu o poczuciu beznadziejności. A jak sądzisz – odpowiadam – co będzie się z Tobą działo za pięć-dziesięć lat, jeśli nic nie zmienisz w swoim życiu? Jedna z moich pacjentek podzieliła się się ze mną taką definicją szaleństwa: „Szaleństwo to powtarzanie ciągle od nowa tego samego zachowania, z nadzieją, że tym razem skończy się inaczej.” Lepszej definicji nie słyszałem.

Co masz do stracenia, idąc do terapeuty na konsultację? 100 zł? Co to za suma, jeśli na drugiej szali jest reszta twojego życia? Psychoanalitycy mają na to odpowiedź:  pacjent nie chce się zmienić. Zgodnie z cytowaną definicją: woli spróbować po raz n-ty tego samego. Królestwo za chwilę nadziei. Ja mogę dorzucić cytowaną często anegdotę o człowieku, który miał pretensje do Boga, że ten nie odpowiada na jego modlitwy o wygranie w loterii. Zniecierpliwiony Bóg wyjrzał wreszcie zza chmury i rzekł: Ty mi daj szansę! Kup los!

Kup los. Jeśli uznasz że kontakt z psychologiem jest bez sensu, nic nie tracisz. Za to zyskać możesz bardzo wiele. Resztę twojego życia. Masz coś oprócz tego?