Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘psycholog’

Czas chyba na rozwinięcie sloganu „świat potrzebuje terapii„, który umieściłem w nagłówku Psychobloga. Zwłaszcza, że w jednym z komentarzy pojawił się zarzut, że to wynik mojego samozachwytu. Ten slogan przyszedł mi do głowy w dziwnych okolicznościach: stałem na czerwonym świetle przed jednym z warszawskich rond, na pasie dla skręcających w lewo. Przede mną stał samochód z włączonym lewym kierunkowskazem a na sąsiednim pasie, dla tych co jadą prosto, stało tylko jedno auto. Czysta sytuacja, codzienna rutyna kierowcy. I co się stało, gdy zapaliło się zielone? Ano samochód przede mną pojechał prosto a samochód ze środkowego pasa skręcił w lewo. Jak im udało się nie zderzyć, tego już nie wiem – obaj bardzo się spieszyli.

Niby nic, ale pomyślałem wtedy, że coś dziwnego dzieje się ze światem a zdarzenie zostało mi w głowie w sposób niemalże traumatyczny, jako sygnał przesady, przekroczenia bezpiecznej granicy zawartości chaosu i głupoty w powietrzu. Na pewno było w tym przestrachu trochę tej świadomości, że niezależnie od tego, jak rozsądnie będę się zachowywał na drodze, to i tak ktoś może mnie zabić. Ale to chyba nie wszystko.

Pierwsza, głębsza refleksja dotyczyła wzorców i zasad – tego, jaki mamy dziś do nich stosunek. W krótkim czasie zasady współżycia w naszym kraju zmieniły się diametralnie, z autorytarnego określania zasad przez nibykomunistów do, było nie było, demokracji. Chociaż przyznam się, że gdy używam słowa demokracja, to coraz częściej mam takie wrażenie jak przy używaniu zmywaka do naczyń, który czasy świetności ma już dawno za sobą. Już sam kierunek przemian generuje pewien luz samorządności, zakładaną elastyczność prawa, które przestało być nadaniem boskim a stało się kwestią społecznych umów. Ale myślę też, że rewolucyjne tempo tych zmian jeszcze mocniej uwydatniło relatywność wszelkich państwowych zasad, ich przemijalny charakter – w tym także zasad ruchu drogowego. Zwłaszcza że posłowie wciąż rozkoszują się rozważaniem wyższości włączonych świateł mijania w dzień nad wyłączonymi. Takie przepychanki dotyczą też o wiele istotniejszych spraw, włącznie z prawem decydowania o czyimś życiu lub śmierci (a także czym to życie zasadniczo jest i kiedy się zaczyna). Pozwala nam to wciąż doświadczać kruchości wzorców i zasad, które organizują nasze życie.

Wracając więc do przykładu z kierowcami, można powiedzieć, że ich zachowanie jest objawem przesycenia społecznej świadomości przekonaniem, że zasady można spokojnie naginać, zgodnie ze swoimi jednostkowymi potrzebami czy nawet kaprysami. Tutaj będę zawracał szerokim łukiem w stronę psychologii. Pół biedy byłoby, gdyby naginanie zasad służyło tylko partykularnym celom jednostek, ich osobistym, ale bardzo konkretnym korzyściom. Na przykład obaj pędziliby w stronę jakiegoś korzystnego interesu. Być może było tak na początku ustrojowych przemian, w czasie obłąkanego handlu ulicznego z wykorzystaniem łóżek polowych. Myślę jednak, że w trakcie podważania i przekraczania ugruntowanych zasad, ludzie zaczęli coraz mocniej (może nawet z pewnym zaskoczeniem) odczuwać przyjemność z samego złamania zasady (przekroczenia tabu). Pędzący trzema pasami naraz pirat drogowy raczej nie wiezie rodzącej żony do szpitala ani nie spieszy się do dzieci, by odrobić z nimi lekcje. W przeważającej większości przypadków robi to dla własnej, naiwnie amoralnej przyjemności, wynikającej z chwilowego zawieszenia wszelkich zakazów i nakazów.

Teraz zestawmy ten wniosek z założeniami potocznie rozumianego liberalizmu. Jego celem jest jak najmniejszy kompromis między wolnością własną a ograniczeniami prawa i innych społecznych zasad. W tym punkcie nie sposób nie zadać sobie pytania, jak wielu ludzi, którzy szumnie zwą się liberałami, w skrytości ducha zwyczajnie rajcuje się łamaniem wszelkich, dostępnych zakazów i nakazów?

Żeby nie było, że uprawiam tu jakąś politykę, zajrzę na chwilę w czeluści niejawnych, a sprośnych przyjemności, którymi zajmują się pozorni konserwatyści. W fanatycznej postawie moralności i wierności zasadom naprawdę nietrudno wychwycić ten szczególny rodzaj rozgorączkowania (pobudzenia), który niewiele ma wspólnego z wzniosłymi, głoszonymi przy okazji celami. Ograniczanie własnych i cudzych popędów (z zasady uznanych za złe/niskie/grzeszne) może być potężnym środkiem sprawiania sobie przyjemności. Skąpiec nie oszczędza po to, by wydawać pieniądze na rozsądne cele. On oszczędza, by się tym oszczędzaniem skrycie rajcować. Jest w tym między innymi poczucie mocy, odczuwane tym silniej, im potężniejszy impuls udało się zahamować. Niedaleko stąd do definicji masochizmu.

Podczas tych rozmyślań przypomniałem sobie Rudolfa Steinera, twórcę dosyć dziwacznej kosmologii zwanej antropozofią. Tym, co mnie w niej zafrapowało, było ujęcie Dobra i Zła, Boga i Diabła. Europejczycy (i nie tylko oni) zwykle traktują te pojęcia jako statyczne przeciwieństwa – można podążać w jedną albo drugą stronę, dzięki czemu sądy moralne są dosyć proste. Steiner zaproponował układ dwóch statycznych, skrajnych postaci Zła, z których jedna jest stagnacją a druga chaosem – oraz takiego Dobra, które jest dynamicznym punktem równowagi pomiędzy jednym diabłem (Lucyferem) a drugim (Arymanem). Pozostawiając na boku kwestię, jak ten świat naprawdę jest zbudowany, można powiedzieć, że jest to koncepcja odpowiadająca dzisiejszemu pojęciu homeostazy, lub bardziej precyzyjnie homeodynamiki. Wyjaśnia znakomicie funkcjonowanie różnych mechanizmów fizjologicznych. W psychologii używana jest do wyjaśniania mechanizmów adaptacji w społeczeństwie, ale ja sądzę, że z dobrym skutkiem można ją też zastosować do opisu zdrowia i „niezdrowia” psychicznego. O ile bowiem dosyć łatwo jest opisać różne formy zaburzeń psychicznych, o tyle niezwykle trudno (na szczęście) opisać, czym jest psychiczne zdrowie. Moim zdaniem jest tak dlatego, że patologia jest zawsze zapędzeniem w pewną skrajność (i przy okazji ślepą uliczkę), natomiast zdrowie jest stanem dynamicznym, regulującym się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, w zależności od wewnętrznych i zewnętrznych warunków. Czym innym będzie zdrowie psychiczne w górskiej chatce na odludziu, a czym innym na taktycznym zwiadzie w Iraku lub Afganistanie. Przyjęcie tego faktu przez osobę, która leczy się w psychoterapii, często jest bardzo trudnym zadaniem. Pacjenci (szczególnie na początku terapii) wolą wierzyć, że zdrowie jest takim miłym, cieplutkim miejscem, w którym wystarczy sobie usiąść i niczego nie zmieniać.

Chyba już mniej więcej wiadomo, do czego zmierzam. Nasza wewnętrzna, psychiczna równowaga jest także dynamiczną równowagą między stagnacją a chaosem (czyli podlega stałym fluktuacjom w ramach dobrze rozumianej „normalności”). Jako przykład stagnacji można wyobrazić sobie osobę, która z lęku przed ludźmi wyrzeka się związków i siedzi w domu, powtarzając wciąż te same czynności czy rytuały. Bezpieczeństwo takiej osoby jest prawie doskonałe – niestety, cierpi ona na poczucie pustki i martwoty. Na drugim krańcu lokuje się np. osoba, która jest niewolnikiem własnych impulsów. Sprzeczne potrzeby własne i wymagania otoczenia wprowadzają chaos, który nie pozwala zarządzać swoim życiem. Możliwe konsekwencje to destrukcyjne zachowania, krańcowa zależność od innych, uzależnienia. Od razu można zaznaczyć, że skrajności te odpowiadają dwóm formom samotności, tej z daleka od ludzi i tej wśród ludzi. Jakby tego było mało, o wiele łatwiej jest przeskoczyć z jednej skrajności w drugą, niż utrzymać tę dynamiczną równowagę między jednym a drugim diabłem. Jedną z przyczyn, o której już wspomniałem, jest fakt, że jedna i druga skrajność związana jest z jakąś formą ukrytej satysfakcji, powiedziałbym nawet lubieżności, którą łaskoczemy się w tajemnicy przed innymi a czasem także przed sobą. Opisany odludek może lubować się mściwym „mam was wszystkich w dupie i spróbujcie mi coś zrobić”. Człowiek ogarnięty impulsami zwykle lubuje się raz tu, raz tam, czerpiąc dodatkową meta-frajdę z tego, że nie musi się niczym (sam) ograniczać.

Zmierzam do końcowych wniosków. Zaobserwowany na ulicy „podwójny wybryk” jest (symbolicznie) częścią większej całości. Społeczeństwo można także rozpatrywać jako organizm homeodynamiczny, tym łatwiej, że składa się z naszych jednostkowych konserwatyzmów i liberalizmów, wyrażanych chociażby praktycznie dwupartyjnym systemem. Patologia, jak się rzekło, jest przekroczeniem subtelnej granicy, poza którą nie ma już dynamicznej równowagi, a zaczyna się ciążenie w kierunku jednej ze skrajności. Patologia to wzajemne wyszydzanie się i oblewanie gównem przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Jeśli ludzie, którzy rządzą (lub mają bezpośredni wpływ na rządzących) będą dążyć do skrajności sądów i zachowań, to tym samym będą zwiększać ilość takich wyznawców, których nie będzie interesować rozsądek i pragmatyzm – będą ich bardziej interesować skrywane satysfakcje czy lubieżności, które opisałem wcześniej. Niestety, to się może szybko wyrwać spod jakiejkolwiek kontroli i zacząć żyć własnym, anarchistycznym życiem. Homeostaza, po przekroczeniu punktu granicznego jej zdolności samoregulacyjnych, może zdegenerować się w wybuchowym tempie. W psychologii (i nie tylko) nazywamy to kryzysem. Nie wiem, czy w ogóle warto wspominać, że odpowiedzialność za akty przemocy towarzyszące sporom „na górze” spada na obie strony dokładnie po połowie. Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że do rządzenia biorą się osoby szczególnie zrównoważone psychicznie i dzięki temu predestynowane do bycia wzorem w tej sprawie. Jest raczej odwrotnie, to walka o władzę przyciąga ludzi z tendencją do podziałów. Zresztą, sam model polityki jako walki o władzę już jest zaproszeniem do podziałów. Tak czy inaczej, całkiem możliwe jest, że tam, na górze, obie strony nie tyle dążą do czegoś konstruktywnego, co raczej zajmują się zaspokajaniem swoich nieprzyzwoitych lubieżności. Sygnalizuje to m.in. fakt, że publiczne spory są w większości niemerytoryczne, a dotyczą raczej specyficznych, zasadniczych (i konstytutywnych) hierarchii wartości obu stron. A my siedzimy przed telewizorami i patrząc na to, zaczynamy powoli im zazdrościć, że mogą to tak bezwstydnie robić na naszych oczach. Aż korci, żeby poszukać jakiejś dostępnej, zakazanej przyjemności. Znacie to uczucie, gdy w zapchanym supermarkecie otwiera się nowa kasa a my jesteśmy na tyle blisko, że dopadamy jej pierwsi? Wiem, że znacie. I wiem też, że wy z kolei wiecie doskonale, że te parę sekund euforii nie wynika z zaoszczędzenia kilkunastu minut. Aby nie być całkiem pesymistycznym w tej sprawie, zostawię końcowe pytania otwarte: czy widząc psucie się rybiej głowy, będziemy na tyle odporni, by się temu nie poddać? I czy świat potrzebuje terapii?

Porządków ciąg dalszy.

Zadają Państwo pytania, jak skończyć z samotnością w swoim życiu. Bardzo praktyczne pytania, w których słyszę potrzebę praktycznej porady. Na takie pytania zawsze w pierwszym momencie reaguję bezradnością i smutkiem, bo z jednej strony czuję pokusę powiedzenia: „zrób to i tamto”, a z drugiej strony wiem, że takie doradzanie prawie zawsze kończy się źle. Z wielu powodów. Najczęstszy jest taki, że gdy zaczynam doradzać, natychmiast słyszę mnóstwo argumentów typu „to już robiłem”, „to się nie uda”, „jestem zbyt słaba” itd. Pytający zastawił na mnie pułapkę, w którą wpadłem. Pułapka polega na tym, by udowodnić mi, że sytuacja, w której on/ona się znajduje jest beznadziejna. Po co miałby to robić?

Najprostsza odpowiedź jest dosyć brutalna: pytający, mimo że deklaruje chęć zmiany, tak naprawdę nie chce niczego zmieniać w swoim życiu. Chce tylko zobaczyć moją bezradność w doradzaniu, dzięki której będzie mógł sobie powiedzieć: „no tak, widać mam rację – nic się nie da zrobić”. Z Państwa listów wynika, że samotność jest często wynikiem rozczarowań i bólu w kontakcie z ludźmi. Mamy więc dylemat: pozostać samotnym i cierpieć z braku ludzi albo próbować być z nimi i ryzykować cierpienie przez nich. Można założyć, że osoby samotne wybrały pierwszą opcję. Niestety, potrzeba bliskości doskwiera. Trwa wewnętrzny konflikt. I tu ujawnia się ciemniejsza strona ludzkiej natury: zamiast konflikt rozwiązać i podjąć własną decyzję szukamy pomysłu, żeby tej decyzji nie musieć podejmować. Jeden ze sposobów polega na wykasowaniu z psychiki alternatywy, jednej ze stron konfliktu. Czyli w tym przypadku pomysłu, że może warto jeszcze raz spróbować. W tym celu znajdujemy kogoś, kto posłuży jako „pojemnik” na jedną ze stron naszego konfliktu. Może to być znajomy, psycholog, prawnik. Pytamy go: powiedz, co mam zrobić? On, starając się pomóc, podrzuca różne pomysły, a my znajdujemy w nich braki, trudności, niemożności. Po jakimś czasie nasz „doradca” wymięka, traci siły, ogarnia go bezradność. My natomiast czujemy, że skoro on nie poradził sobie z problemem, to i my nie poradzimy. I tak osiągamy swój cel: brak wewnętrznego konfliktu. Zwykle tylko na jakiś czas, bo potem potrzeba bliskości się budzi i znów trzeba ją obezwładnić, zgasić.

W tę pułapkę wpada bardzo wielu psychologów, szczególnie ci, którzy nazywają siebie „pomagaczami”. Wyżej wspomniana strategia ma też odwrotną wersję: dajemy się komuś przekonać, przyjmujemy jego radę, stosujemy ją i wpadamy w kłopoty, za które obwiniamy „doradzacza” – no bo kogo innego? Bardziej wyrafinowana odmiana tej wersji polega na tym, że słuchamy i stosujemy się do rad „doradzacza” przez całe życie. Poddajemy się adopcji, można powiedzieć. Jest mnóstwo ludzi, którzy chcą poczuć się mądrzy i ważni, trzymając przy sobie kogoś, kogo uważają za głupszego i zależnego. Wyrafinowanie takiej strategii polega na tym, że uzależniając się od „doradzacza”, przestajemy cierpieć na samotność. Cierpimy (bardzo) na inne rzeczy, ale na samotność już nie.

W psychoterapeutycznym świecie wygląda to tak, że pacjent zostaje u terapeuty „na zawsze”. Wspólnie zastanawiają się, jak też pomóc pacjentowi wyjść z samotności. Pacjent z uprzejmości bierze w tym udział, ale on swoją sprawę już załatwił – ma przecież kogoś, kto się wciąż o niego troszczy. Bywa nawet tak, że gdy terapeuta w chwili przytomności wrzuca temat zakończenia terapii, pacjentowi „pogarsza się” na tyle, że rozmowę o kończeniu odkłada się na czas nieokreślony. Jeśli komuś wydaje się, że są to odosobnione przypadki, to się grubo myli.

Ilość poradników psychologicznych na rynku jest taka, że gdyby one działały, mielibyśmy społeczeństwo ze wszech miar uszczęśliwione. Czemu tak nie jest? Rada zwykle jest czymś zewnętrznym, co trzeba sztucznie w sobie podtrzymywać. Nie wynika ze zrozumienia, z wewnętrznego doświadczenia i przekonania. Dlatego nie doradzam. W to miejsce próbuję uświadomić pytającemu, przed jakim dylematem stoi i jak go unika. Próbuję oddać mu do rąk odpowiedzialność za jego życie i jego decyzje. Przestało mnie już zaskakiwać, że bardzo często ludzie bronią się przed tym rękami i nogami.

Aby nie być gołosłownym, zajmę się dalej porządkami. Czułem się jednak w obowiązku uprzedzić, że będziemy odsuwać meble i wymiatać piętnastoletnie pajęczyny, a nie tylko ogarniać po wierzchu.

Po wakacyjnym lenistwie czas na porządki w zgłaszanych przez Państwa pytaniach.  „Czy możliwe jest opisanie pojedynczych symptomów obecności wirusa u dzieci?” – pytanie bardzo ważne i mądre, ale po długim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że na wyczerpującą odpowiedź potrzebna byłaby kolejna książka.

Jest jednak kilka podstawowych wątpliwości, czy w ogóle taką książkę warto pisać. Odbiorcą miałby być przecież rodzic, ten sam rodzic, który z dużym prawdopodobieństwem jest także ofiarą wirusa samotności. Obawiam się, że taka książka mogłaby służyć do „programowania” dziecka, oczywiście w dobrych intencjach, ale ze skutkiem raczej opłakanym. Do poradni rodzinnej, gdzie m. in. pracuję przychodzi dosyć dużo matek, które zgłaszają „kłopot z dzieckiem” i domagają się „naprawienia” tego dziecka przez terapeutę lub przynajmniej podania konkretnych, cudownych metod wychowawczych. Zwykle kończy się to tak, że na konsultacji zostaje rozpoznany jakiś konkretny problem psychologiczny matki, który utrudnia lub uniemożliwia bycie wystarczająco dobrym rodzicem.

Najczęstszy przykład: matka samotna lub z nieodpowiedzialnym partnerem, który czasem pije, czasem bije, każe się obsługiwać a syna musztruje albo jest dla niego bardziej kumplem niż ojcem. Syn w wieku dorastania zaczyna naśladować ojca i traktuje matkę per noga. Ona widzi go jako pyskatego i krnąbrnego a sama czuje się bezradna, bo gdy tylko zaczyna czegoś wymagać, słyszy zarzuty, że jest zła, niedobra, że ojciec lepszy. Czasem zresztą ojca już nie ma, bo miał ważniejsze sprawy niż bycie głową rodziny. Syn wyrasta na domowego tyrana, często większego niż ojciec, bo jeśli ojca czasem daje się przepędzić z domu, to z własnym dzieckiem trudno zrobić coś podobnego. Efekt jest taki, że syn siedzi w domu albo na ulicy, szkołę olał, trwa z głową w komputerze albo w narkotykach i dawno już nauczył się, że gdy matka w nielicznych momentach determinacji wymaga od niego, żeby przynajmniej się umył, może ją zasypać gradem oskarżeń, jak to ona zmarnowała mu życie wychodząc za ojca (albo od niego odchodząc, opcje są wymienne). Na tego typu matkę taki argument działa jak rażenie piorunem. „Ma rację, byłam złą matką, muszę mu to wynagrodzić”. Więc chucha na „maleństwo” nadal, robiąc z niego psychicznego inwalidę, który nie zdobędzie żadnej pracy ani żadnej kobiety. Oczywiście jest to jakaś postać zarażania wirusem samotności.

Co zmieni w relacji z synem taka matka, dostając do ręki podręcznik do ochrony dziecka przed samotnością? Odpowiadam: absolutnie nic. Oskarży tylko samą siebie jeszcze mocniej o nieudolność. Jedyną drogą dla takiej matki jest własna psychoterapia, która pozwoli tolerować złość dziecka, które nie dostaje natychmiast tego, czego chce. Niestety, jest to smutna prawda, którą stosuję także wobec siebie: jeśli z twoim dzieckiem jest coś nie tak, to zacznij naprawę sytuacji od własnej osoby.

Druga wątpliwość jest taka, że trudno jednoznacznie prorokować, czy dany objaw wyjdzie dziecku na dobre czy złe w przyszłości. Załóżmy, że takim wczesnym objawem wirusa jest unikanie rówieśników i namiętne czytanie książek. Bardzo prawdopodobne, że takie dziecko w przyszłości zderzy się bardzo boleśnie z rzeczywistością i odwróci się od niej w samotność. Możliwe też jednak, że przyspieszony w ten sposób rozwój intelektualny wyniesie dziecko w przyszłości na fascynujące naukowe stanowisko, które z kolei przyniesie uznanie u ludzi, ich akceptację w dobrym tego słowa znaczeniu. Czyli słabości przekute na siłę. Jak z tego wynika, każdy człowiek musi być traktowany indywidualnie – ewentualna prognoza musi dotyczyć konkretnego dziecka w jego konkretnej sytuacji.

Oczywiście, nie jest aż tak strasznie, że przyszłość dziecka to całkowita niewiadoma. Można pewnie wychwycić jakieś w miarę obiektywne sygnały zagrożenia, ale myślę, że najtrudniej wychwycić je będzie rodzicowi. Dlatego sądzę, że przyszłość dziecka jest uzależniona w dużej mierze od tego, co ja zrobię sam ze sobą, na ile jestem zdolny do dobrego współżycia z innymi ludźmi, na ile dbam o swój rozwój intelektualny i duchowy. Np. ile czasu dziennie poświęcam na kreatywne działanie, a ile na bierne wchłanianie papki z TV. Może to i banały, ale jestem przekonany, że jeśli uda się nam zrozumieć swoje własne demony, to tym łatwiej zauważymy, że zbierają się nad głowami naszych dzieci.

Każdy prawie dziś stara się coś sensownego o krzyżu na Krakowskim powiedzieć – i chyba też uległem tej pokusie. Niebezpieczeństwo mówienia o krzyżu polega na tym, że cokolwiek by nie rzec, jest to dolewanie oliwy do ognia, zajęcie pozycji w sporze i jednocześnie udawanie, że mówimy o krzyżu, gdy tak naprawdę wcale o krzyżu nie mówimy. Spróbuję coś więc spojrzeć okiem życzliwego obserwatora, co pewnie i tak się nie uda, zgodnie z tym co wyżej napisałem o niebezpieczeństwach.

O czym mówimy, skoro nie mówimy o krzyżu? Przykładem podobnym z psychologicznego podwórka jest często przytaczany przykład konfliktu małżeńskiego o sposób, w jaki będziemy wyciskać tubkę pasty do zębów. Jedna strona preferuje wyciskanie na chybił-trafił a druga wyciskanie metodyczne, od dna tubki do wylotu. Małżeńscy tyrani załatwiają sprawę nakręcaniem tubki na ołówek, co z góry eliminuje wysiłki drugiej strony, ale o nich nie mówimy. Mówimy o sytuacjach, w których uczestnikom zależy na podtrzymywaniu konfliktu i rozłożeniu sił mniej więcej po równo. Jak w ostatnich wyborach prezydenckich. Rozłożenie głosów w taki sposób sugeruje, że głosowaliśmy nie tyle na kogoś, co przeciwko komuś. Zamachanie kartką z wynikami wyborów w PKW spowodowało tajfun na Krakowskim Przedmieściu.

O co więc kłócą się małżonkowie, skoro nie kłócą się o tubkę z pastą? Odpowiedzi pewnie jest wiele, najprostsze to takie, że kłócą się o to, kto będzie rządził, kto jest głupszy, kto bardziej zraniony i ignorowany. Pasuje? Na razie chyba tak. Ale drążmy głębiej. Dlaczego swoją rację trzeba zatwierdzić przy pomocy zwycięstwa w łazience lub na ulicy? Podejrzewam,  że nasza racja jest w tym przypadku krucha i potrzebujemy przekonanego (pokonanego) oponenta, który swoją zmianą postawy zaprzeczy swojej prawdzie, tym samym potwierdzając moją. Czyli nie wystarczy mi moje własne przekonanie o słuszności – wszelkie inne racje mają zniknąć. Do tego celu nie nadaje się ktoś zbyt słaby. Nie udowodnię swojej racji przekonując do niej sześciolatka. Nie nadaje się też ktoś zbyt silny, bo mogłoby się okazać, że sam zostałem przekonany (pokonany). Musi to być ktoś, kto sprawi nam pewien kłopot, będzie się opierał, ale w końcu przegra. Dopiero to zaświadczy o sile moich argumentów. Rozłożenie sił po równo w sporze o krzyż (władzę) pokazuje, że zainteresowani w tej grze szukają wroga, którego pokonanie będzie wystarczającym dowodem na to, że ich wizja świata jest zgodna z prawdą. Mniejsza z tym, po której są stronie. Jest to nieistotne, jak nieistotny jest sposób wyciskania tubki – jeden i drugi prowadzi do tego samego celu.

Jakie światy konkurują ze sobą? Możliwa odpowiedź to: zacofany, ksenofobiczny konserwatyzm i postępowy, pluralistyczny liberalizm. Albo, używając drugiego dyskursu, tradycja, patriotyzm i wierność zasadom przeciwko moralnemu relatywizmowi i degrengoladzie. Jeśli jestem słuchaczem Radia Maryja, to wierzę w sąd ostateczny i powstrzymuję się od grzechu w lepszej sprawie. Ale wokół mnie krążą ludzie, którzy używają wszelkich, możliwych otworów do sprawiania sobie nawzajem (i w pojedynkę) przyjemności, a w dodatku mówią że to nic nie kosztuje bo po śmierci nic nie ma i że ostatnia okazja. A jeśli to prawda? Jeśli strawiłem życie na odmawianiu sobie jedynych dostępnych dóbr? Połowa Polski nie może być ot tak, w błędzie. A co, jeśli jest w tym szczypta prawdy? No cóż, wtedy jestem tylko i wyłącznie sfrustrowanym bankrutem, który nawet nie pochędożył jak trzeba. A co wtedy, jeśli Polska to nie Ojczyzna, tylko rodzaj dużego przedsiębiorstwa i że potworne straty w ludziach służyły i służą ochronie interesów finansowej elity? Jeśli Boga nie ma, to jakiż ze mnie kapitan? O tym aż trudno myśleć.

Z drugiej strony, jeśli jestem czytelnikiem Wyborczej, skłaniam się ku poglądowi, że sam określam granice swej moralności i że każdy światopogląd jest równie dobry, jak inny. Ale co wtedy, jeśli tak nie jest? Co jeśli jednak jest jakiś wspólny porządek i każdy dostanie kiedyś to, na co zasłużył? Połowa Polski nie może być ot tak, w błędzie. Swoje częste zmiany partnerów nazywam przezornością i zbieraniem doświadczeń przed „poważnym” związkiem – a co wtedy, jeśli jest to dowodem decyzyjnej impotencji i rozmienianiem się na drobne a wizja przyszłego, poważnego związku jest tylko oszukiwaniem samego siebie? Może jest jednak jakieś „naturalne” prawo, którego łamanie jest łamaniem samego siebie? A może Polska to jedyna ostoja, która definiuje moją tożsamość i deklarując światłe bycie Europejczykiem staję się zwykłym tchórzem i zdrajcą? Co wtedy? Lepiej o tym nie myśleć. Może lepiej zostać wyznawcą rycerzy Jedi i demonstrować swą obecnością katolikom, że to, w co wierzą, na czym opierają swoje życie to średniowieczny komiks?

Wczesny rozwojowo, dwójkowy typ relacji między ludźmi oparty jest na swego rodzaju symbiozie emocjonalnej, która w praktyce wygląda tak, że oczekujemy od partnera, że będzie czuł i myślał tak samo jak my. Jeśli tego nie robi, jest przeżywany jako ktoś kto rani i odrzuca. Jako wróg. W przypadku skrajnym, jakim jest np. struktura osobowości borderline, osoba odmawiająca symbiozy budzi wręcz mordercze instynkty. Jej odmienne zdanie, jej niedopasowanie ma siłę unicestwiającą nasze poczucie istnienia. Zostają wtedy tylko dwie opcje: zniszczę albo będę zniszczony.

Myślę, że na Krakowskim Przedmieściu ścierają się co najmniej dwie grupy  ludzi pełnych wątpliwości co do swej wizji świata, co do słuszności swych wyborów i skali ich konsekwencji. Ludzi, którzy spotykając się z innym poglądem czują że ich świat jest zagrożony a wartości zdewaluowane. Ludzi, którym tak wielką trudność sprawia utrzymanie poczucia tożsamości, że  jedyną, dostępną drogę jej zachowania widzą w jej akceptacji przez wszystkich oponentów. Oczywiście staną się ofiarami tych, którzy w podkręcaniu afery zwietrzą swój polityczny czy finansowy interes. Ale to inna historia.

Pozostała jedna kwestia: kim są gapie? Ludźmi, którzy przyszli dla zabawy? Dla krwi? Obiektywnymi obserwatorami? Dwójkowy typ relacji i rozwiązywania problemów jest kuszący: a może lepiej i wygodniej znaleźć wroga i go pokonać niż zadawać sobie trudne pytania? Ile jest we mnie liberała a ile konserwatysty? Ile potrzebuję indywidualizmu i wolności a ile bezpieczeństwa, stałości i lidera? A może nie męczyć się z odpowiedzią? Może poczekać, kto wygra i się przyłączyć.

Niestety, nikt nie wygra. Tak naprawdę gra polega nie na pokonaniu (przekonaniu)  przeciwnika, ale na pokonywaniu (przekonywaniu). Czuję, że mam rację, dopóki kogoś do niej przekonuję. Czuję, że mam rację, dopóki uważam, że ktoś nie ma racji. Czuję, że jestem mądry, dopóki mieszkam z kimś, kogo uważam za głupiego. Czuję, że mógłbym mieć wpływ na swoje życie, dopóki żyję z kimś, kto moim zdaniem mi je spieprzył. Takie ludzkie perpetuum mobile. Jeszcze nie słyszałem o małżeństwie, które wpadło na pomysł kupienia dwóch tubek pasty, żeby każdy mógł wyciskać po swojemu.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook