Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘miłość’

Jeden z ostatnich komentarzy skłonił mnie do myślenia i pisania o śmierci. Wszystko właściwie możemy robić wspólnie z innymi: cieszyć się, smucić, myśleć, nudzić się – nawet rodzić się można czasem w towarzystwie. Z umieraniem jednak będziemy sobie musieli poradzić zupełnie samotnie. Nawet jeśli będzie ktoś obok siedział (albo nawet obok umierał), to na pewno nie będzie to wspólne przeżycie. Cóż, nawet słowo przeżycie tu nie pasuje. Myśl się rwie, język się kończy – nic nie wiemy o śmierci.

Dużo jednak można powiedzieć o życiu w kontekście śmierci. Czy o niej myślimy, czy nie, ona gdzieś tam nas czeka i wpływa, chcemy czy nie, na nasze podejście do życia. Lęk przed śmiercią jest lękiem przed samotnością. Tylko że czasem mylimy samotność interpersonalną z samotnością egzystencjalną. Gdy myślimy o śmierci, bardzo często przychodzi na myśl rozstanie, tęsknota za bliską a nieobecną osobą. Utrata brutalna i nienegocjowalna. Obojętna wobec niedokończonych spraw, podjętych planów, kiełkujących uczuć. Ślady jej wizyty to wystygła kawa, odłożone na chwilę okulary, założona książka, która już nie zostanie dokończona. Telefony, które chcą naiwnie rozmawiać z żywym. Zapach kogoś, kogo już nie ma. Szczególnie czyjąś śmierć kojarzymy z rozstaniem, bo też ona jest rozstaniem. Jednak nie tylko.

Gdy myślimy o własnej śmierci, też często myślimy o utracie, rozstaniu. Tylko właściwie kto traci? kto się rozstaje? Jak można przeżywać brak, skoro się nie istnieje? W tym właśnie punkcie widać, że wygodniej i mniej przerażająco jest myśleć o śmierci w kategoriach interpersonalnych. Dlaczego? Na przykład dlatego, że na rozstania z ludźmi mamy jakiś wpływ. „Zawsze będziemy razem” – przecież to kłamstwo, będziemy razem co najwyżej do śmierci jednego z nas. Codzienna świadomość tego faktu jest zbyt paraliżująca, dlatego używamy zwrotu „zawsze będziemy razem”, zwrotu, który pozornie zwycięża śmierć. Usuwa ją nam sprzed oczu, dając wrażenie jej unicestwienia.

Bliska więź chroni nas więc przed egzystencjalnym lękiem, pozwala nie myśleć o śmierci. Jeszcze silniej działa przywołanie na świat dzieci, naszej żywej, cielesnej kontynuacji. Nic w tym złego, dopóki nie zaczynamy używać ludzi jako antidotum na egzystencjalny lęk. Rozpacz po stracie bliskiej osoby jest wliczona w miłość do niej. Nie chcesz cierpieć – nie kochaj. Mam wrażenie, że coraz więcej ludzi kieruje się tą dewizą. W jednym z listów ktoś pyta mnie: co mam zrobić, żeby przestać potrzebować miłości? Niech pan pomoże mi to pragnienie usunąć, wtedy będę szczęśliwa. Odpowiadam, że to podobna prośba jak prośba do chirurga o wycięcie serca. Słyszę zawód w odpowiedzi.

Jeśli chcesz żyć, będzie czasem boleć. Czasem bardzo, prawie nie do wytrzymania. Jeśli będziesz próbować żyć tak, by nie cierpieć, umrzesz za życia, gdzieś podskórnie wiedząc o tym. W rozpaczy po śmierci bliskiej osoby zawiera się jednak nie tylko ból rozstania. Zawiera się też nagła konfrontacja z faktem istnienia śmierci – co oznacza, że też mojej śmierci. Ból utraty mija, ból egzystencjalny jest zawsze obecny (czyli do śmierci). Z wiekiem wręcz narasta. Świadomość egzystencjalnej samotności zmusza nas do zadawania sobie pytań: po co żyję? jak chcę wykorzystać to coś, co jest tak drogocenne i tak beznadziejnie ograniczone? co będzie jeśli dokonam złego wyboru? Pytania te potrafią być tak paraliżujące, że ludzie zamierają w miejscu jak przestraszone robaki. Ze strachu przed śmiercią przestają żyć.

Zmierzenie się z faktem egzystencjalnej samotności może pozwolić na wchodzenie w związki z większą odwagą. Ewentualne rozstanie nie będzie wtedy tak beznadziejnie bolało. Wiele osób odczuwa lęk przed rozstaniem w stopniu porównywalnym do śmierci w tragicznej katastrofie i dlatego popada w interpersonalną samotność. Prowadzi to często do zdziwaczenia lub zdziczenia, bo lęk egzystencjalny nie znika i trzeba go wpuścić w jakąś angażującą zmysły działalność. W innych przypadkach kończy się to wikłaniem się w przypadkowe związki, gdy głód zaczyna doskwierać i niszczeniem ich, gdy strach przed miłością zaczyna być silniejszy niż jej głód.

Nawet jeśli jesteś w najlepszym, bliskim związku, nie jesteś drugą połówką jabłka. To mit, z gatunku „zawsze będziemy razem”. Jakaś część ciebie i tej drugiej osoby jest samotna, jest niezrozumiała i niedostępna nawet dla tego najbliższego człowieka, z którym śpisz, jesz, marzysz. Nieświadomość tego faktu prowadzi do wzajemnego zamęczania się i pretensji o brak zrozumienia i zaangażowania. Odnalezienie tego miejsca, w którym kończy się „my” a zaczyna „ja i ty” pozwala cieszyć się „nami”, czyli tą połową szklanki, która jest pełna. Pozwala też, o dziwo, cieszyć się pustą połową szklanki, która jest tym, co nazywam dobrą samotnością. Pozwala też przeżyć żałobę po stracie najbliższego człowieka, zaakceptować po pewnym czasie ten fakt i zająć się resztą naszego życia, która czeka na zagospodarowanie. Jeśli tego nie zrobisz i zaniedbasz swoje życie, powstanie ugór, na którym wyrosną tylko chwasty.

Wznowienie „Wirusa samotności” wywołało falę listów od Państwa, z którą nie bardzo mogę sobie poradzić, za co przepraszam. Pytanie, które pojawia się najczęściej, to: jak kogoś poznać, dlaczego poznaję niewłaściwe osoby, jak zakończyć samotność, która boli coraz bardziej. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego pojedyncza odpowiedź raczej nic nie załatwi oraz co ma do zaoferowania w tej sprawie psychoterapeuta. Czyli ja.

Zacznijmy od przykładu. Jednym z częściej zadawanych pytań przez kobiety jest: dlaczego poznaję tylko żonatych mężczyzn? Najczęściej poszukiwania odpowiedzi polegają na zmianie otoczenia, wyglądu, ogólnie na szukaniu pewnego „sposobu”, czy sztuczki, która zapewni sukces. Często też panie odpowiadają sobie na to pytanie w sposób mniej więcej taki: coś jest ze mną nie tak. Nie mam jakiejś umiejętności, może jestem za brzydka, za głupia itd. Od takiej myśli już niedaleko do coraz większego izolowania się. Skoro myślę o sobie „jestem żałosny”, to odezwanie się do kogoś nieznajomego budzi lęk, że ktoś tę żałosność odkryje. Lęk paraliżuje, coś tam dukamy, sukcesu nie ma – i jest kolejny powód, żeby powiedzieć sobie: no rzeczywiście, jestem jednak żałosny. Błędne koło, coraz trudniejsze do rozerwania.

Tajemnicą są uczucia. O uczuciach mówimy zwykle punktowo: tego lubię, tamtego kocham, ten mnie drażni. Dla mnie, w mojej pracy, uczucia są jak ciągła substancja, trochę jak woda, która przelewa się wewnątrz człowieka, objawiając się w różnych stanach: płynu, pary, lodu, wilgoci itp. Ma swoją objętość, swoje ciśnienie. Gdy w jednym miejscu człowieka coś z uczuciami zrobimy, w innych miejscach też coś się pozmienia. Natomiast samotny człowiek, gdy prosi o radę, najczęściej mówi: zrób tak, żebym kogoś poznał, ale nic innego nie ruszaj.

Wróćmy do przykładu. W jakim kierunku może iść praca terapeutyczna z kobietą, która skarży się, że przyciąga tylko żonatych? Oczekiwanie pacjentki zwykle jest takie, że będziemy szukać wyżej wspomnianych sztuczek.  Zadziałać więc na wodę w jednym miejscu. To niestety trochę tak, jakby podgrzewać grzałką ocean. Gdyby przyjrzeć się całości obiegu uczuć, może okazać się na przykład, że gdzieś w środku pacjentki tkwi ogromny lęk przed opuszczeniem. I że ten lęk staje się tym większy, im bardziej pacjentka kocha, im bliżej jest mężczyzny. Im więcej mam, tym bardziej boję się to stracić, krótko mówiąc. Gdy więc spotykam kogoś wyśnionego, wolnego i chętnego, lęk urasta do rozmiarów paniki: za chwilę coś takiego zrobię, że go stracę! Albo przejedzie go samochód, albo zabierze go inna kobieta. A tego nie zniosę, umrę. Wobec takiego lęku wszelkie inne uczucia bledną, stają się nieodczuwalne, pomijalne. Oddalam się więc od niego, a lęk znika. Smutny paradoks. Odpycha mnie od kogoś, kogo bardzo chcę. Stuprocentowa recepta na samotność.

Ale to nie wszystko. Gdy doświadczymy takich przypływów i odpływów wiele razy, zaczynamy rozpoznawać już typ ludzi, przy których lęk jest największy. Co więc zrobić, aby uniknąć lęku? Trzymać się od nich z daleka. Na tym etapie już nie uciekamy od lęku, który się „przydarza”. Na tym etapie konstruujemy strategie, które pozwolą nam lęku nie czuć w ogóle. Czy żonaty mężczyzna może być źródłem takiego lęku? Oczywiście nie, bo wiadomo, że będzie bywał rzadko, a potem i tak odejdzie. Otrzymamy chwilę bliskości bez przeżywania panicznego lęku przed opuszczeniem.

Sęk w tym, że to tylko jedno z wielu możliwych wyjaśnień tej sytuacji. Może być zupełnie inaczej, może być np. tak, że mężczyzna jest w tym wypadku mniej ważny, a romans z żonatym służy dosięgnięciu jego partnerki. W tym wypadku woda miałaby postać skrywanej chęci zemsty na kobietach, które zabierają mężczyzn „z rynku”. Zawiść jest wodą stęchłą, może nawet radioaktywną – w każdym razie działanie ma zabójcze. Niestety dla nas, prawdą jest, że zniszczenie komuś czegoś, czego sam (jak sądzę) mieć nie mogę, daje ulgę. Fajnie może nie jest, ale przynajmniej inni mają tak samo źle.

Jeszcze inne wyjaśnienie problemu: kobieta wybiera żonatych, bo była przez ojca (mniej lub bardziej świadomie) uwodzona. Jeśli nie pogodziła się z faktem, że ojciec zawsze będzie poza jej zasięgiem, romans z żonatym mężczyzną jest okazją do odtworzenia emocjonalnej konfiguracji z tamtego czasu. Wtedy nie udało mi się odebrać ojca matce, ale teraz mi się uda – i dzięki temu nie będę musiała przeżywać „odrzucenia na zawsze”. Dowodem na miłość mężczyzny nie jest tu bliskość, ale odrzucenie „tej drugiej”.

Pewnie to i smutne, ale widać z tych przykładów, że pod powierzchniową motywacją „chcę faceta, ale mi się nie udaje” może kryć się o wiele skuteczniejsza, silniejsza i nieświadoma motywacja w rodzaju „nie będę przeżywać straty”, „zemszczę się na złodziejkach mężczyzn”, „zachowam ojca na zawsze”.  Dlatego już chyba jasne jest, dlaczego tak trudno jest coś sensownego odpowiedzieć w jednym mailu osobie, która naprawdę cierpi i nie widzi z tej pułapki wyjścia.

Psychoterapia to nic przyjemnego. Odkrywanie wyżej wymienionych motywacji zaznajamia nas z ciemniejszymi stronami naszej osoby. Jednak tu właśnie jest realna szansa na zmianę dotychczasowych zachowań. Jeśli jesteś świadoma tych ukrytych, podziemnych cyrkulacji twoich własnych uczuć, zadawanie się z żonatym staje się kompletnie bezsensowne. Jesteś bowiem w stanie powiedzieć sobie „przecież i tak strata mnie dopada, bo jestem samotna”, „zemsta nie zmieni faktu, że brak mi bliskości”, „ojciec odszedł (umarł)”. Wtedy otrzymujesz możliwość świadomego wyboru, co dalej. I to jest zwykle moment, kiedy widzimy się po raz ostatni.

...powiedz mi wszystko...o wszystkim...

...powiedz mi wszystko... o wszystkim...

Czytaj więcej »

Jednym z najczęstszych pytań w Państwa listach jest takie oto: jak to jest, że jestem dla wszystkich miła, dobra (problem częściej dotyczy Pań), gotowa do poświęceń, nie odmawiam, gdy ktoś prosi, nie złoszczę się – a jakoś tak się dzieje że jestem sama a ludzie (mężczyźni), którym robię przysługi znajdują sobie inne kobiety? Co ze mną jest nie tak? Czy mam się leczyć, czy raczej tak to już jest i zostanie?

Sprawa nie jest wcale prosta, ale rzekłbym że jest fascynująca, chociaż wiem, że osobom zainteresowanym tematem humoru to nie poprawi. Mam wrażenie, że odpowiedź na te pytania w dużym stopniu pokazuje, jak dziwnym, paradoksalnym i nielogicznym zwierzęciem jest człowiek. I jak w tej paradoksalności konsekwentnym.

No bo – wydawać by się mogło, że skoro jestem maksymalnie dobry dla innych, to inni zrobią to też dla mnie, przynajmniej w części odwzajemnią moje uczucia. Praktyka często pokazuje, że jest wręcz odwrotnie – im więcej ludziom dajemy, tym mniej od nich dostajemy. Zamiast przyjaciół pojawiają się pijawki i kleszcze, z których obecności zdajemy sobie sprawę zazwyczaj zbyt późno. Czasem dopiero wtedy, gdy wszyscy znajomi pozakładają rodziny i zajmą się własnymi sprawami – a Ty możesz ewentualnie iść karmić gołębie albo zbłąkane psy, bo na zmysłową miłość zrobiło się tak jakby za późno.

Pierwsza odpowiedź, która ciśnie się na usta, to taka że ludzie to egoistyczne szuje, druga to taka, że ja jestem do niczego i czas umierać. Obie błędne.

Żeby to trochę zrozumieć, trzeba odróżnić od siebie dwa rodzaje związków między ludźmi – nazwijmy je sobie dwójkowe i trójkątne. Dwójkowych uczymy się od rodziców i innych autorytetów: jestem ja i TY – dziecko-rodzic, uczeń-nauczyciel, pacjent-lekarz, podatnik-skarbówka. Ktoś daje, ktoś bierze. Ten kto potrzebuje, jest zależny i kierunek tej zależności się nie zmienia. Hierarchia jest stała. Przykład z podatnikiem i skarbówką jest ciut bardziej skomplikowany, bo zależny jest wysysany. Być może właśnie ten przykład charakteryzuje najlepiej miażdżącą siłę dwójkowej zależności… Ale po kolei.

Świat małego dziecka jest wybitnie dwójkowy – ja malutki i wielka mama/tata, od której/którego płynie wszelkie dobro (i zło). Jeśli dostaję, to jestem bezgranicznie wdzięczny i kocham. Im więcej dostaję, tym więcej i radośniej kocham. Zjem ładnie zupę, jestem mocniej kochany. Proste i logiczne, żadnych paradoksów. W takim świecie chciałoby się żyć. Im więcej i lepiej pracuję, tym więcej zarabiam. Im więcej płacę podatków, tym więcej mam autostrad (bezpłatnych oczywiście). Im jestem uczciwszy, tym rzadziej mnie okradają. Im lepszy jestem dla ludzi, tym oni lepsi są dla mnie. No i jesteśmy w domu.  Jeśli chcesz zrobić wszystkim dobrze, to chcesz, żeby wszyscy zrobili dobrze Tobie. Jeśli za mało robią Ci dobrze, to zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Jeśli mimo to nie robią Ci lepiej, albo wręcz robią gorzej, to uznajesz, że coś głupio zrobiłaś i zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Jeśli zrobią Ci dobrze, to uznajesz, że to tylko dlatego że Ty dobrze zrobiłaś im dobrze i zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Co by się nie stało, zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Błędne koło.

Teraz coś przykrego: Nie jesteś Dalaj-Lamą. Twoje robienie dobrze im jest sposobem wpływu na nich, żeby oni zrobili dobrze Tobie. Niestety, działa to, dopóki jesteś dzieckiem i to przy założeniu, że masz dobrych rodziców. Jeżeli masz kiepskich rodziców, to jako dziecko przyjmiesz założenie, że Ty sama jesteś kiepska, bo nic, co zrobisz, nie jest na tyle dobre, żeby Cię kochano. Ale sama zasada jest ochroniona niezależnie od poziomu kiepskości rodziców: zrób dobrze innym dobrze, a oni zrobią dobrze Tobie. To sprowadzi na Ciebie dręczący głód bliskości.

Jak widać (mam nadzieję) problem robienia wszystkim dobrze zgłaszają osoby mocno osadzone w relacji dwójkowej. Idąc krok dalej: problem robienia wszystkim dobrze zgłaszają osoby, które starają się w dorosłym świecie realizować zasady relacji dwójkowej, czyli przypisanej raczej do relacji dziecięcych.

Teraz chyba czas na wprowadzenie pojęcia relacji trójkątnej. Najprościej można powiedzieć tak: jeśli w relacji są trzy (różne) osoby, to robiąc jednej dobrze, często zrobię niedobrze drugiej. Jeśli oddam Basi ostatniego cukierka, to Kasia się obrazi. Jeśli znajdę dobrą pracę to odbiorę ją innym. Jeśli zdobędę fajnego faceta, to koleżanki będą na mój widok zgrzytać zębami. Przestaje być tak prosto i logicznie. Nie istnieje sposób, żeby wszyscy mnie lubili. Nie mam sposobu, żeby wszyscy zrobili mi dobrze! Ok, to ja dziękuję bardzo, wracam do relacji dwójkowej. Postaram się wszystkim zrobić dobrze, tym sposobem, że nie będę niczego chciała. Gdy nie będę niczego chciała, to nikomu się nie narażę. A po cichu będę liczyć, że się odwdzięczą. A po jakimś czasie, gdy jasne się stanie, że to bzdura, będę pocieszać się myślą, że przynajmniej pozostały we mnie jakieś ludzkie wartości wśród całej tej bandy egoistycznych świń.

Już sam lęk przed rywalizacją może powodować pozostanie w iluzjach relacji dwójkowej. Skąd ten lęk? Jeśli jedno z Twoich rodziców jest słabe (np. ojciec pantoflarz albo matka w depresji) albo nie ma go w ogóle, to trudno Ci będzie doświadczyć takiej sytuacji, że masz dwie ważne osoby, z których każda myśli trochę inaczej. Trudno Ci będzie doświadczyć takiej sytuacji, że mimo iż na pewne tematy się kłócimy, to ogólnie się kochamy. Jeśli rodzice umieją tolerować różnice między sobą a nawet korzystać z nich, to w takim sprzyjającym środowisku może pojawić się jeszcze jedno, trzecie zdanie na jakiś temat: Twoje. Tak w największym uproszczeniu można opisać moment przejścia z relacji dwójkowej do trójkątnej. Jaka z tego korzyść? Przede wszystkim otrzymujesz inny sposób odczuwania własnej wartości: już nie przez robienie komuś dobrze, żeby go zadowolić, ale przez posiadanie własnego zdania i poczucie, że jest ono szanowane przez innych.

Stąd niedaleko już do związków męsko-damskich. Jeśli zastosujesz do takiego związku strategię dwójkową (zrobię ci dobrze a potem może ty mi), poniesiesz klęskę. Z dwóch powodów, silnie związanych ze sobą. Pierwszy: ofiarowywanie siebie innym jest wybitnie niepodniecające. Jeśli ktoś mi ofiaruje z miejsca wszystko co ma, to tak jakbym miał kochać się z własną matką. Mogę przyjść do takiej osoby wypłakać się po zawodzie miłosnym, ale nie po to, żeby ją zdobyć – taka sytuacja wypłakiwania jest zresztą często mylona przez obie strony z erotyzmem, co powoduje kolejne komplikacje. Drugi powód to wspomniany wyżej dojrzalszy, wewnętrzny sposób przeżywania własnej wartości. Mówiąc obrazowo, jeśli mam zdobyć górski szczyt, to nie chciałbym, żeby przyszedł on do mnie i rozłożył się na mojej wycieraczce, abym rano, jak już się wyśpię, raczył na niego nastąpić. On ma być tam w górze, upierdliwy, niedostępny i przez to piękny – on ma czegoś wymagać ode mnie, czegoś trudnego, czemu mógłbym po wielu zmaganiach sprostać. Wtedy i poczuję własną wartości i zwiążę się z tym szczytem na stałe.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook