Ostatnie okruchy

"Za rozsądną zapłatę każdy rozsądny człowiek zdecyduje się na wykonanie trzech fikołków." - Chryzyp, 250 p. n. e.

Wszystkie
na Twitterze

Słowo-klucz ‘fantazja’

ściągnij film

W swoich obserwacjach osób samotnych natrafiam często na mechanizm, który nazwałem Syndromem Jasia Fasoli. Zupełnie nie chodzi tu o jakieś naśmiewanie się – Jaś Fasola jest dla mnie postacią jednoznacznie tragiczną w swej samotności. Załączony filmik pokazuje, o co mi chodzi. Jaś Fasola pragnie cieszyć się Świętami Bożego Narodzenia, ale do tego celu są potrzebni ludzie, bliskie osoby, których Jaś nie ma. Ludzie, którzy przysyłają życzenia lub wcielają się w Mikołaja. Bez nich Jaś będzie czuł się samotny – a tego nie chce. Z drugiej strony relacje z ludźmi nawiązuje raczej kiepskie. Mówiąc najprościej, nie przepada za ludźmi. Powstaje więc dylemat – jak cieszyć się świętami, nie ryzykując kontaktu z innymi ludźmi. Jaś rozwiązuje (a raczej obchodzi) ten dylemat, budując w swojej głowie pewną specyficzną przegródkę – będąc po jednej stronie tej przegródki, nie widzi, co jest po drugiej (i odwrotnie). W filmie ta przegródka symbolizowana jest np. przez drzwi. Jaś dostarcza sam sobie oczekiwane życzenia, po czym wchodzi do mieszkania i natychmiast zapomina (wypiera), co zrobił. Przegródka została przekroczona. Pozwala mu to cieszyć się otrzymanymi kartkami, tak jakby przysłał je ktoś bliski. Gdy patrzymy w ten sposób, skecz staje się wydarzeniem przejmująco smutnym, a śmiech z taśmy brzmi upiornie, jak naigrawanie się z nieszczęśliwego człowieka. Rolę tej umysłowej przegródki symbolizuje też noc – rankiem Jaś „nie pamięta”, że sam sobie włożył prezent do skarpety. Może się cieszyć, jak dziecko. Ktoś o nim pamięta, ktoś go potrzebuje.

W prawdziwym życiu Syndrom Jasia Fasoli przejawia się zwykle w subtelniejszy sposób. Wszyscy szukamy akceptacji, sygnałów troski i miłości ze strony (głównie) bliskich osób. Niektórzy z nas dosłownie umierają z pragnienia tych sygnałów i nie mają siły czekać (patrz artykuł o Zwieraczu), aż ten Ktoś je wyśle z własnej woli. Zaczynają więc wywoływać takie sygnały. Przykładów może być tutaj mnóstwo. Dziecko, które w oczekiwaniu na akceptację rodziców zaczyna realizować ich pomysł na swoje życie. Osoba, która chce „zrobić wszystkim dobrze”, zapominając o swoich potrzebach. Kobieta, która pozwala mężczyźnie rozkoszować się swoim ciałem, traktując jego pożądanie jako oznakę bliskości i troski. Człowiek, który spełnia wszelkie kaprysy swojego partnera, nawet te, o których on (ten partner) jeszcze nawet nie pomyślał.

We wszystkich tych przykładach otrzymane sygnały akceptacji nie są wyrazem autentycznych uczuć drugiej osoby. Są raczej wynikiem zaspokojenia jej egoistycznej potrzeby. Wspomniany syndrom (przegródka) pozwala nam o tym nie myśleć. Naciskamy przycisk, a potem staramy się nie pamiętać, że dostajemy coś tylko i wyłącznie od samego siebie. Przyjrzyjmy się bliżej ostatniemu przykładowi. Starasz się przewidzieć wszelkie marzenia i fantazje upragnionej osoby i jak najszybciej je spełnić.  Nie zgłaszasz własnych potrzeb, żeby nie przeszkadzać – przecież to wymagałoby jakiegoś wysiłku tej osoby, a ona (nikt zresztą) wysiłku nie lubi. Ta osoba jest z tobą, nawet wydaje się zadowolona. Ale w tobie za to utrzymuje się ciągła, dziwna niepewność, jakiś nieokreślony brak, pustka, czasem złość. To przebijają się treści schowane za przegródką, czyli fakt, że tej „bliskiej” osobie jest po prostu z tobą wygodnie. I nic więcej.  Tragicznym paradoksem jest to, że taki napływ niepewności powoduje zwykle zwiększenie wysiłków w celu jeszcze lepszego zaspokojenia fantazji partnera – czyli błędne koło się zamyka. Im bardziej boisz się straty tej osoby, tym bardziej jej dogadzasz. Im bardziej jej dogadzasz, tym mniej czujesz autentycznego wysiłku (zaangażowania) z jej strony, w wyniku czego jeszcze bardziej się boisz.

Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Odpowiedź wyda się prosta, choć w praktyce jest to często zadanie przerażająco trudne. Kluczem jest zdolność do znoszenia braku. Braku telefonu, braku dotyku. Braku ciągłej obecności ukochanej osoby. Jest to zdolność do wyrażenia własnej potrzeby i poczekania, czy ten ktoś w ogóle to usłyszał i co zamierza z tym zrobić. Jeśli jesteś „pod ręką” cały czas, to druga osoba nawet nie ma możliwości poczuć, że cię potrzebuje. Jeśli jednak umiesz znieść chwilę braku, tym samym stwarzasz miejsce na pojawienie się pragnienia skierowanego w twoim kierunku. A przecież za tym właśnie tęsknisz, prawda?

Dzień po napisaniu tekstu o trujących fantazjach Avatara zobaczyłem na ulicy wielki billboard z napisem RELAKS, KTÓRY UZALEŻNIA. To jedna z tych chwil, kiedy człowiek rozgląda się podejrzliwie na boki, czy aby nie jest w ukrytej kamerze jakiegoś wielkiego Truman Show. Ale nie, to jak najbardziej rzeczywistość. Skoro tak, pomyślałem, to pewnie jest to jakaś nowa, społeczna kampania, ostrzegająca przez skutkami przesadnego zatopienia w telewizji. Hm, jak miło, że istnieją tak przytomnie myślące osoby. Niestety, po chwili spadła mi kolejna zasłona z oczu: okazało się, że to jak najbardziej realna reklama nowego kanału telewizyjnego.

Znów zacząłem się zastanawiać, czy świat przypadkiem nie potrzebuje terapii. Przecież wszyscy słyszymy o skutkach uzależnień – i już nie mówię o alkoholu czy narkotykach ale np. o hazardzie i internecie, a szczególnie o uzależnieniu od internetowych gier. Wiele się o tym w ostatnich czasach pisało, więc wydawałoby się, że nie chcemy się uzależniać, bo wiemy, że grozi to ruiną międzyludzkich relacji a czasem nawet całego życia. A przynajmniej kojarzymy słowo „uzależnienie” z czymś patologicznym. Ale nie, gdzieś tam są wpływowi ludzie, którzy uznali, że przedstawienie jakiejś czynności jako uzależniającej jest dla nas atrakcyjne.

Już widzę te możliwości: „Czekolada, która uzależnia”, „Syrop, który uzależnia.” Czy to dalej brzmi atrakcyjnie? Ja to odbieram jako ostrzeżenie. Np. „Minister Zdrowia informuje, że te papierosy uzależniają.” Przyznam się, że bardziej atrakcyjne byłoby dla mnie hasło: „Relaks, który NIE uzależnia”. Pomyślmy o naszej reakcji na slogany „Wódka, która uzależnia” i „Wódka, która nie uzależnia”. Którą byś wybrał? Dlaczego w przypadku telewizji ma to działać inaczej? Czy nasza społeczna świadomość aż tak bardzo odrzuca rzeczywistość, że publiczne namawianie do uzależnienia się trafia w nasze potrzeby? Ktoś tak najwyraźniej pomyślał, i to ktoś, kto nie wypadł sroce spod ogona. To nie jest obietnica typu „Takie fajne, że nie będziesz mógł się oderwać”, która ukrywa kwestię uzależnienia. Coś się zmieniło. To jest otwarte, obsceniczne kuszenie uzależnieniem. Czy już tak bardzo go potrzebujemy, że nie trzeba go przed nami ukrywać a wręcz przeciwnie, można nim kusić? Może narkotykowi dealerzy powinni przemyśleć kwestie marketingowe i nie mówić „coś ty, raz czy dwa ci nie zaszkodzi” ale „słuchaj, świetny towar, jeden strzał i jesteś uzależniony”.

Ale może ja się czepiam. Może moja praca, w której widzę, co uzależnienia robią z ludźmi, zmieniła moją konotację słowa „uzależnienie”. Dlatego proszę Państwa o głos w ankiecie.

Czy tak sformułowany slogan zachęca Cię, czy odpycha?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Dyskusja na Forum Samotnia o życiu w fantazjach przywołała mi na myśl hit (jak dotąd) wszech czasów Camerona – Avatar. Można oczywiście traktować ten film jako piękną bajkę, ale można też rozumieć go jako obraz naszej wewnętrznej relacji między realnością a fantazją. Dotykalność (3D) tej fantazji, jej intensywność i rozmach oraz kontrast z militarno-korporacyjną nędzą realności właściwie nie pozostawia widzowi wyboru: fantazja jest lepsza. Nie sądzę jednak, żeby Cameron musiał nas do tego jakoś specjalnie przekonywać – gdzieś wewnątrz tęsknimy za światem fantazji. Niektórzy w nim pozostają na zawsze, jak bohater filmu – Jake. Podczas gdy w Avatarze jest to moment totalnego spełnienia, to jednak głosy z dyskusji mówią coś innego: życie w fantazjach jest życiem wyobcowanym i męczącym.

Dlaczego tęsknimy za fantazją? Ponieważ jest nieograniczona (patrz artykuł o Zwieraczu) – ani w czasie, ani w przestrzeni, ani w żaden inny sposób. Możemy wymarzyć sobie wszystko i zrealizować to natychmiast. Świat zabaw dziecka jest światem fantazji a jego odpowiedź na wołanie matki – „jeszcze chwilkę!” – pokazuje, że do „realu” wracamy bardzo niechętnie. A już najlepiej, gdy ktoś nas do tego zmusi, bo wtedy nie musimy tego robić sami. W rzeczy samej, powiedzenie samemu sobie „a teraz odstawiam na bok fantazję i wracam do świata, gdzie nie wszystko i nie od razu” jest chyba jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie i przerasta wielu z nas. Jako przykład można przypomnieć sobie decyzję o pójściu na studia albo do pracy: mimo, że jest to nasza osobista decyzja, bardzo szybko o niej zapominamy i traktujemy studia/pracę jako coś upierdliwego, do czego jesteśmy zmuszani przez wykładowców/pracodawcę/zły świat. Irracjonalna złość na ten świat pokazuje, jak wielka jest w nas niezgoda na realność.

Oczywiście ta niezgoda może być jeszcze większa. Jest wiele osób (więcej niż sądzisz), które przebywanie w fantazjach traktują jako główny nurt swojego życia. Realność jest dla nich niemiłym zgrzytem lub w najlepszym razie smutną rutyną – a wszelkie doznane w tym niedobrym świecie urazy są rekompensowane po powrocie do domu, w fantazjach. W pracy szef mnie opieprzył – w domu ja opieprzam jego. Wyśmiała mnie jakaś panna – wystarczy żebym zamknął oczy, aby pokonać tego czy tamtego smoka i uzyskać oczarowane oczy księżniczki. O pół królestwa już mniejsza, doprawdy. Gdy realność ugryzie mocniej, spędzę całą noc na produkowaniu scen, w których wygrywam wojny, zadziwiam elokwencją, udowadniam wszystkim swoją wartość. Chciałoby się pozostać w takim świecie, szczególnie rano, gdy trzeba się zwlec z łóżka i wyjrzeć przez okno na szarą rzeczywistość. Avatar przekonuje nas, że to możliwe.

Już krótka scena z realnego życia Jacka, kiedy w barze walczy o godność pobitej przez jakiegoś brutala kobiety, pokazuje że żyje on bardziej w fantazjach niż w rzeczywistości – za chwilę bowiem okładają go oboje, brutal i kobieta. Żebyśmy nie mieli wątpliwości, że realny świat oferuje tylko ból, Cameron okalecza swego bohatera. Inwalidzki wózek Jacka dla każdego z nas symbolizuje coś innego: za mało zarabiam, jestem brzydka, jestem za mało inteligentny, rodzice zepsuli mi życie, mieszkam w okropnym kraju itd. Gdyby nie to, byłbym szczęśliwy. Potem zresztą Jack dostaję szansę wyleczenia nóg, ale jest już za późno – już zasmakował siły wyfantazjowanego świata. Czyli nie trzeba być szczególnie nieszczęśliwym, by chcieć żyć w marzeniach. Można powiedzieć, że leżąc pobity w rynsztoku, Jack zamyka oczy i właśnie w tym momencie odlatuje w świat fantazji – na Pandorę. I tu ważna kwestia: fantazja nie jest po prostu szczęśliwym miejscem – jest raczej opowieścią. Jack musi być najpierw niechcianym przez nikogo wyrzutkiem – dopiero swoją odwagą i uczciwością przekonuje do siebie świat tak skutecznie, że zostaje jego królem (podobny schemat rządzi światem Harry’ego Pottera – też bezdyskusyjny hit). To właśnie jest historia-fantazmat, której Jack pragnie doświadczyć. Której my pragniemy doświadczyć. Dlatego tak tłumnie wchłaniamy fantazję, którą na nasze skryte zamówienie wyprodukował dla nas Cameron. Jego okrzyk „Jestem królem świata!” na rozdaniu Oscarów nie jest pozbawiony sensu – przecież właśnie zapanował nad naszymi fantazjami (i kieszeniami jednocześnie).

Co Jack chce zostawić za sobą? Przede wszystkim agresję, chciwość, żądzę itp. – kolekcję naszych grzechów głównych. Gdy dowódca oskarża go o zdradę, wierzymy razem z Jackiem, że to nonsensowne oskarżenie. To jest kunszt Camerona. Bo przecież uciekając w świat fantazji zaprzeczamy sobie samemu – temu, że zdarza nam kierować się agresją, zawiścią i chciwością. Ciemne strony widzimy raczej w innych. Nasz wyfantazjowany świat, świat Pandory, jest światem harmonii z naturą, współpracy, miłości i sprawiedliwości. Światem, gdzie za poświęcenie i oddanie przychodzi wielka nagroda. Światem, gdzie istnienie Boga nie zależy od trudów wiary – ono jest namacalnym faktem.

Jedynym minusem (a jednocześnie sensem) fantazji jest to, że działa na nas tylko wtedy, gdy jest niespełniona – gdy budzi pragnienia a ich nie zaspokaja. Można by zadać sobie pytanie, co też Jack będzie porabiał, gdy ostatecznie rozstanie się ze swoją „złą” częścią i przeniesie się całkowicie w świat Pandory? Będzie siedział na tronie i wydawał rozkazy? Czy raczej weźmie się wspólnie z braćmi i siostrami za uprawę tamtejszych buraków lub czegoś podobnego? Przecież plemię musi coś jeść. Czy wiedza pochodząca z Ziemi mu nie zaszkodzi? Przecież będzie przerastał pod tym względem swoich „współplemieńców” ogromnie. Co prawda wszyscy podziwialiśmy ich tatuaże, smukłe ciała (niektórzy mówią że anorektyczne) i wrodzoną uczciwość – ale trudno nie zauważyć, że byli przedstawieni jako sympatyczni w swej impulsywności prostaczkowie (niektórzy nazwą to rasizmem z ludzką twarzą). W fantazjach mam nad wszystkimi przewagę, co pozwala mi być dobrym człowiekiem. Tych kwestii Cameron przytomnie nie podejmuje, kończąc film w momencie otwarcia oczu przez Jacka, już w nowej postaci.

Z punktu widzenia psychologii Jack zagłębia się w fantazjach w sposób patologiczny, wierząc, że może stać się czystym duchem. Według mnie to jest właśnie prawdziwa puszka Pandory. Psychoterapia w jego wypadku najprawdopodobniej szłaby w stronę umiejętności radzenia sobie z kalectwem i wykluczeniem społecznym (raczej tym drugim). Czyli raczej w stronę dostrzegania stanu rzeczy niż ucieczki w fantazje. Osoby, które żyją fantazjami, mają duże opory przed psychoterapią, ponieważ ujawnienie tych fantazji wywołuje zwykle wiele wstydu. Ten wstyd jednak jest zwykle pierwszym krokiem do realistycznego spojrzenia na siebie. Wielka fantazja oznacza wielki głód. Jednak sama fantazja go nie zaspokoi, wręcz przeciwnie. Wyfantazjowany kotlet schabowy spowoduje wydzielanie śliny tak jak prawdziwy, ale zjeść się go nie da. W psychoterapii można identyfikować ten głód, szukać historii, którą pisze fantazja i sprawdzać, jaki kawałek tego kotleta jest realny. Zwykle niewielki, co budzi złość i poczucie straty. Ale zawsze chyba lepiej zjeść kawałek kotleta niż nic. Prawda?…

Jeszcze kilka słów na zakończenie o zakończeniu. Zamiast napisu The End mamy tam ponownie tytuł filmu, jakby Cameron trzymał się z daleka od każdej sugestii, że coś się kończy. A kończy się. W otwartych ponownie oczach Jacka widzę dwa zakończenia. Jedno tragiczne – Jack uwierzył, że można przenieść się w fantazje całkowicie. W ten sposób, niestety, w realnym świecie zakwalifikował się do szpitala psychiatrycznego, gdzie ktoś będzie musiał go karmić i myć, aby Jack mógł dalej śnić. Drugie, prozaiczne – Jack obudził się w rynsztoku, tam, gdzie go wyrzucono po bójce w barze. Według mnie, tylko to drugie zakończenie daje nadzieję – niewielką, ale daje. Cameron uwodzi nas jednak tą inną nadzieją – że w fantazjach można żyć a szpital psychiatryczny nie istnieje.  Którą nadzieję wybierzesz?

...powiedz mi wszystko...o wszystkim...

...powiedz mi wszystko... o wszystkim...

Czytaj więcej »

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook