Słowo-klucz ‘brak’

Jeden z ostatnich komentarzy skłonił mnie do myślenia i pisania o śmierci. Wszystko właściwie możemy robić wspólnie z innymi: cieszyć się, smucić, myśleć, nudzić się – nawet rodzić się można czasem w towarzystwie. Z umieraniem jednak będziemy sobie musieli poradzić zupełnie samotnie. Nawet jeśli będzie ktoś obok siedział (albo nawet obok umierał), to na pewno nie będzie to wspólne przeżycie. Cóż, nawet słowo przeżycie tu nie pasuje. Myśl się rwie, język się kończy – nic nie wiemy o śmierci.

Dużo jednak można powiedzieć o życiu w kontekście śmierci. Czy o niej myślimy, czy nie, ona gdzieś tam nas czeka i wpływa, chcemy czy nie, na nasze podejście do życia. Lęk przed śmiercią jest lękiem przed samotnością. Tylko że czasem mylimy samotność interpersonalną z samotnością egzystencjalną. Gdy myślimy o śmierci, bardzo często przychodzi na myśl rozstanie, tęsknota za bliską a nieobecną osobą. Utrata brutalna i nienegocjowalna. Obojętna wobec niedokończonych spraw, podjętych planów, kiełkujących uczuć. Ślady jej wizyty to wystygła kawa, odłożone na chwilę okulary, założona książka, która już nie zostanie dokończona. Telefony, które chcą naiwnie rozmawiać z żywym. Zapach kogoś, kogo już nie ma. Szczególnie czyjąś śmierć kojarzymy z rozstaniem, bo też ona jest rozstaniem. Jednak nie tylko.

Gdy myślimy o własnej śmierci, też często myślimy o utracie, rozstaniu. Tylko właściwie kto traci? kto się rozstaje? Jak można przeżywać brak, skoro się nie istnieje? W tym właśnie punkcie widać, że wygodniej i mniej przerażająco jest myśleć o śmierci w kategoriach interpersonalnych. Dlaczego? Na przykład dlatego, że na rozstania z ludźmi mamy jakiś wpływ. „Zawsze będziemy razem” – przecież to kłamstwo, będziemy razem co najwyżej do śmierci jednego z nas. Codzienna świadomość tego faktu jest zbyt paraliżująca, dlatego używamy zwrotu „zawsze będziemy razem”, zwrotu, który pozornie zwycięża śmierć. Usuwa ją nam sprzed oczu, dając wrażenie jej unicestwienia.

Bliska więź chroni nas więc przed egzystencjalnym lękiem, pozwala nie myśleć o śmierci. Jeszcze silniej działa przywołanie na świat dzieci, naszej żywej, cielesnej kontynuacji. Nic w tym złego, dopóki nie zaczynamy używać ludzi jako antidotum na egzystencjalny lęk. Rozpacz po stracie bliskiej osoby jest wliczona w miłość do niej. Nie chcesz cierpieć – nie kochaj. Mam wrażenie, że coraz więcej ludzi kieruje się tą dewizą. W jednym z listów ktoś pyta mnie: co mam zrobić, żeby przestać potrzebować miłości? Niech pan pomoże mi to pragnienie usunąć, wtedy będę szczęśliwa. Odpowiadam, że to podobna prośba jak prośba do chirurga o wycięcie serca. Słyszę zawód w odpowiedzi.

Jeśli chcesz żyć, będzie czasem boleć. Czasem bardzo, prawie nie do wytrzymania. Jeśli będziesz próbować żyć tak, by nie cierpieć, umrzesz za życia, gdzieś podskórnie wiedząc o tym. W rozpaczy po śmierci bliskiej osoby zawiera się jednak nie tylko ból rozstania. Zawiera się też nagła konfrontacja z faktem istnienia śmierci – co oznacza, że też mojej śmierci. Ból utraty mija, ból egzystencjalny jest zawsze obecny (czyli do śmierci). Z wiekiem wręcz narasta. Świadomość egzystencjalnej samotności zmusza nas do zadawania sobie pytań: po co żyję? jak chcę wykorzystać to coś, co jest tak drogocenne i tak beznadziejnie ograniczone? co będzie jeśli dokonam złego wyboru? Pytania te potrafią być tak paraliżujące, że ludzie zamierają w miejscu jak przestraszone robaki. Ze strachu przed śmiercią przestają żyć.

Zmierzenie się z faktem egzystencjalnej samotności może pozwolić na wchodzenie w związki z większą odwagą. Ewentualne rozstanie nie będzie wtedy tak beznadziejnie bolało. Wiele osób odczuwa lęk przed rozstaniem w stopniu porównywalnym do śmierci w tragicznej katastrofie i dlatego popada w interpersonalną samotność. Prowadzi to często do zdziwaczenia lub zdziczenia, bo lęk egzystencjalny nie znika i trzeba go wpuścić w jakąś angażującą zmysły działalność. W innych przypadkach kończy się to wikłaniem się w przypadkowe związki, gdy głód zaczyna doskwierać i niszczeniem ich, gdy strach przed miłością zaczyna być silniejszy niż jej głód.

Nawet jeśli jesteś w najlepszym, bliskim związku, nie jesteś drugą połówką jabłka. To mit, z gatunku „zawsze będziemy razem”. Jakaś część ciebie i tej drugiej osoby jest samotna, jest niezrozumiała i niedostępna nawet dla tego najbliższego człowieka, z którym śpisz, jesz, marzysz. Nieświadomość tego faktu prowadzi do wzajemnego zamęczania się i pretensji o brak zrozumienia i zaangażowania. Odnalezienie tego miejsca, w którym kończy się „my” a zaczyna „ja i ty” pozwala cieszyć się „nami”, czyli tą połową szklanki, która jest pełna. Pozwala też, o dziwo, cieszyć się pustą połową szklanki, która jest tym, co nazywam dobrą samotnością. Pozwala też przeżyć żałobę po stracie najbliższego człowieka, zaakceptować po pewnym czasie ten fakt i zająć się resztą naszego życia, która czeka na zagospodarowanie. Jeśli tego nie zrobisz i zaniedbasz swoje życie, powstanie ugór, na którym wyrosną tylko chwasty.

Jak znaleźć  znajomych, grupę, odrzucić samotność? Przepraszam za obcesowość, ale słysząc takie pytanie, mam wrażenie, że ktoś mnie robi w konia. Drogi Czytelniku tego Psychobloga: jeśli umiałeś włączyć komputer, uruchomić przeglądarkę, znaleźć tę stronę w sieci i zadać pytanie, jestem w stu procentach pewny, że przez godzinę jesteś w stanie na kartce papieru wyliczyć co najmniej sto sposobów zawarcia znajomości, poczynając od przeraźliwie banalnego acz niezmiennie skutecznego pytania, które jest tytułem tego wpisu. Dlaczego więc zadajesz takie pytanie? Prawdopodobnie dlatego, że każdy z tych stu pomysłów Cię w jakiś sposób przerasta – zawstydza, przeraża, onieśmiela, napawa obrzydzeniem itp. Więc prowadzisz ze sobą ten wewnętrzny dialog, który opisałem w poprzednim artykule o doradzaniu. To jest za trudne, tamto się nie uda a to jest poniżej mojej godności. Ten jałowy na pozór dialog ma swój sens: mianowicie pozwala utrzymywać stan rzeczy, taki jaki jest.

Ludzie przychodząc na terapię mają często poczucie uwięzienia w sytuacji bez wyjścia, np. „chciałbym kogoś poznać, ale mi się nie udaje”. Zwykle po pewnym czasie pracy nad sobą (nie bez oporów) taka osoba dochodzi do wniosku, że tak naprawdę nie chciała nikogo poznać, że dokonała pewnego wyboru, podjęła decyzję a fakt tego podjęcia decyzji ukryła sama przed sobą. Jak to się dzieje? Do wyjaśnienia użyję kolejnego zapytania od Państwa, od samotnej 23-latki. Od razu uprzedzam, że diagnoza problemu może być nietrafna – do tego potrzebne jest coś więcej niż krótki mail – jest jednak w jakimś stopniu prawdopodobna. Bardziej jednak chodzi mi o opisanie mechanizmu niż postawienie diagnozy, więc prosze ją potraktować tylko jako materiał do przemyślenia.

„…od końca liceum tak potoczyły się moje losy, że w ciągu roku zrezygnowałam ze wszystkich znajomości licealnych, po czym poznałam chłopaka i on stał się alternatywą na samotność.” Pierwsze co przykuwa uwagę, to przeniesienie decyzji na „losy”. Powstaje wrażenie, jakby Czytelniczka dostała się w wir jakichś potężnych wydarzeń, wobec których była zupełnie bezwolna i które w rezultacie wtrąciły ją w samotność. Gdy jednak zaczynamy poznawać całą historię, jej tło, okazuje się najczęściej, że rezygnacja ze znajomości była konsekwencją wyboru jakiejś innej rzeczy. Taki wybór ma postać mniej więcej taką: albo zrobię X ale wtedy stracę znajomych, albo nie zrobię X i zachowam znajomych. Jeśli tak postawimy sprawę, okazuje się, że moja samotność została wybrana przeze mnie, ale odpowiedzialność za decyzję zrzuciłem na LOSY.

„Potem związek rozpadł się, mija 1,5 roku, a ja wciąż nie mam swojej grupy znajomych.” Związek rozpadł się. W rzeczywistości jednak jest tak, że ktoś ten związek zaczyna i ktoś go z jakichś powodów kończy. Jest to kwestią decyzji. W tym przypadku nie znamy tła, ale znowu możemy postawić sprawę w ten sposób: „odeszłam, żeby nie działo się Y – mogłam nie odchodzić, ale wtedy Y by się działo”. Znów decyzja, znów wybranie samotności – tym razem odpowiedzialność zrzucona na SIĘ.

Czym jest Y? Znów zastrzegam, że ta diagnoza jest tylko pewnym rodzajem fantazji na temat samotnej 23-latki. Furtka do tajemnicy kryje się w zdaniu: „Zawsze albo czegoś w znajomości mi brakuje, albo czuję się gorsza…”. Mówimy o poczuciu własnej wartości. Jeśli widzimy kogoś jako lepszego od nas, przeżywamy zawiść i katusze poniżenia – jeśli widzimy go jako gorszego, gardzimy nim. Jeśli jest tak, jak mówię, to Y = wątpliwości co do własnej wartości (skrajnie: poczucie bycia zerem). Jest jeszcze inna możliwość: poczucie niezaspokojenia. Czyli taka sytuacja, gdy ciągle jest nam za mało tej bliskiej osoby – np. jej nieobecność przeżywamy jako dręczący strach, że nas opuści. Co zresztą i tak sprowadza nas na powrót do kwestii poczucia własnej bezwartościowości i przekonania, że muszę cały czas tę bliską osobę kontrolować, bo jak nie to pewnie zniknie, no bo mnie, takiego zera, kochać nie można. To zresztą zadziwiające i przerażające jednocześnie, że moi pacjenci, którzy mają poczucie bycia zerem, najczęściej są inteligentni i atrakcyjni ponad przeciętność. Może więc być też tak, że Y = niezaspokojenie albo Y = ciągły lęk przed odrzuceniem.

Jak więc może wyglądać proces decyzyjny samotnej 23-latki? Na przykład tak: mam do wyboru: albo nie mieć znajomych i przeżywać głód samotności, albo mieć kogoś i czuć się bezwartościowa (niezaspokojona). Wybieram to pierwsze, bo to mniej boli. Kropka.

Tego rodzaju decyzje sprawiają nam jednak dużo trudności. Z czegoś trzeba zrezygnować, coś trzeba mężnie znosić… Takie jest życie, chciałoby się rzec. Dorośnij. Ale często nie chcemy na taki stan rzeczy przystać. Szukamy trzeciego wyjścia, które w tym wypadku wygląda następująco: chcę być z kimś i nie odczuwać wątpliwości co do własnej wartości. Czyli chcę mieć jabłko i zjeść jabłko. I próbujemy. Raz, drugi, dziesiąty, czasem do końca życia. To dlatego Einstein wymyślił tę swoją definicję szaleństwa: próbować wciąż tego samego działania z nadzieją na inny niż zwykle wynik. W praktyce może wyglądać to tak, że np. co jakiś czas dajemy komuś nieograniczony kredyt zaufania i mamy nadzieję że jakoś to będzie. Może stąd właśnie pytania takie jak kolejnej Czytelniczki „już tyle razy zaufałam innym a oni mnie odrzucili??”. Trzecie wyjście może skończyć się depresją. Znam zresztą osoby, które zawsze wpadają w depresję, gdy mają przed sobą trudny wybór między X a Y. Wpadają w depresję (bierność), zwyczajnie po to, żeby nie dokonywać tego wyboru. Oczywiście, sprawy się jakoś potoczą, zdecyduje LOS albo SIĘ. Tylko że, niestety, to także nasza decyzja. Od decyzji ucieczki nie ma. To my sami urządzamy sobie życie.

Dlaczego tak szczegółowo o tym piszę? Chcę chyba dobrze wyjaśnić, że przychodzi (pisze) do mnie nie jeden pacjent (czytelnik), a dwóch: jeden, który chce skończyć z samotnością i drugi, który trzyma się jej kurczowo pazurami. I moim zadaniem jest rozmawiać raczej z tym drugim. Jeśli Państwo chcą skończyć ze swoją samotnością, to też porozmawiajcie z tym drugim/drugą w sobie. Zadajcie sobie pytanie: dlaczego wybrałem/wybrałam samotność? Czy chciał(a)bym dokonać tego wyboru raz jeszcze, dzisiaj, teraz? A potem zdecydujcie.

I na koniec: oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wytrzymanie własnego poczucia bezwartościowości czy niezaspokojenia może być bardzo trudne i skutkować powrotem do samotności. Jak to zrobić, to zupełnie inna historia. Dziś chodziło mi o to, że zawsze masz wybór. I jeśli wiesz, że twoja samotność jest twoim wyborem, to ona wtedy trochę mniej boli.

Porządków ciąg dalszy.

Zadają Państwo pytania, jak skończyć z samotnością w swoim życiu. Bardzo praktyczne pytania, w których słyszę potrzebę praktycznej porady. Na takie pytania zawsze w pierwszym momencie reaguję bezradnością i smutkiem, bo z jednej strony czuję pokusę powiedzenia: „zrób to i tamto”, a z drugiej strony wiem, że takie doradzanie prawie zawsze kończy się źle. Z wielu powodów. Najczęstszy jest taki, że gdy zaczynam doradzać, natychmiast słyszę mnóstwo argumentów typu „to już robiłem”, „to się nie uda”, „jestem zbyt słaba” itd. Pytający zastawił na mnie pułapkę, w którą wpadłem. Pułapka polega na tym, by udowodnić mi, że sytuacja, w której on/ona się znajduje jest beznadziejna. Po co miałby to robić?

Najprostsza odpowiedź jest dosyć brutalna: pytający, mimo że deklaruje chęć zmiany, tak naprawdę nie chce niczego zmieniać w swoim życiu. Chce tylko zobaczyć moją bezradność w doradzaniu, dzięki której będzie mógł sobie powiedzieć: „no tak, widać mam rację – nic się nie da zrobić”. Z Państwa listów wynika, że samotność jest często wynikiem rozczarowań i bólu w kontakcie z ludźmi. Mamy więc dylemat: pozostać samotnym i cierpieć z braku ludzi albo próbować być z nimi i ryzykować cierpienie przez nich. Można założyć, że osoby samotne wybrały pierwszą opcję. Niestety, potrzeba bliskości doskwiera. Trwa wewnętrzny konflikt. I tu ujawnia się ciemniejsza strona ludzkiej natury: zamiast konflikt rozwiązać i podjąć własną decyzję szukamy pomysłu, żeby tej decyzji nie musieć podejmować. Jeden ze sposobów polega na wykasowaniu z psychiki alternatywy, jednej ze stron konfliktu. Czyli w tym przypadku pomysłu, że może warto jeszcze raz spróbować. W tym celu znajdujemy kogoś, kto posłuży jako „pojemnik” na jedną ze stron naszego konfliktu. Może to być znajomy, psycholog, prawnik. Pytamy go: powiedz, co mam zrobić? On, starając się pomóc, podrzuca różne pomysły, a my znajdujemy w nich braki, trudności, niemożności. Po jakimś czasie nasz „doradca” wymięka, traci siły, ogarnia go bezradność. My natomiast czujemy, że skoro on nie poradził sobie z problemem, to i my nie poradzimy. I tak osiągamy swój cel: brak wewnętrznego konfliktu. Zwykle tylko na jakiś czas, bo potem potrzeba bliskości się budzi i znów trzeba ją obezwładnić, zgasić.

W tę pułapkę wpada bardzo wielu psychologów, szczególnie ci, którzy nazywają siebie „pomagaczami”. Wyżej wspomniana strategia ma też odwrotną wersję: dajemy się komuś przekonać, przyjmujemy jego radę, stosujemy ją i wpadamy w kłopoty, za które obwiniamy „doradzacza” – no bo kogo innego? Bardziej wyrafinowana odmiana tej wersji polega na tym, że słuchamy i stosujemy się do rad „doradzacza” przez całe życie. Poddajemy się adopcji, można powiedzieć. Jest mnóstwo ludzi, którzy chcą poczuć się mądrzy i ważni, trzymając przy sobie kogoś, kogo uważają za głupszego i zależnego. Wyrafinowanie takiej strategii polega na tym, że uzależniając się od „doradzacza”, przestajemy cierpieć na samotność. Cierpimy (bardzo) na inne rzeczy, ale na samotność już nie.

W psychoterapeutycznym świecie wygląda to tak, że pacjent zostaje u terapeuty „na zawsze”. Wspólnie zastanawiają się, jak też pomóc pacjentowi wyjść z samotności. Pacjent z uprzejmości bierze w tym udział, ale on swoją sprawę już załatwił – ma przecież kogoś, kto się wciąż o niego troszczy. Bywa nawet tak, że gdy terapeuta w chwili przytomności wrzuca temat zakończenia terapii, pacjentowi „pogarsza się” na tyle, że rozmowę o kończeniu odkłada się na czas nieokreślony. Jeśli komuś wydaje się, że są to odosobnione przypadki, to się grubo myli.

Ilość poradników psychologicznych na rynku jest taka, że gdyby one działały, mielibyśmy społeczeństwo ze wszech miar uszczęśliwione. Czemu tak nie jest? Rada zwykle jest czymś zewnętrznym, co trzeba sztucznie w sobie podtrzymywać. Nie wynika ze zrozumienia, z wewnętrznego doświadczenia i przekonania. Dlatego nie doradzam. W to miejsce próbuję uświadomić pytającemu, przed jakim dylematem stoi i jak go unika. Próbuję oddać mu do rąk odpowiedzialność za jego życie i jego decyzje. Przestało mnie już zaskakiwać, że bardzo często ludzie bronią się przed tym rękami i nogami.

Aby nie być gołosłownym, zajmę się dalej porządkami. Czułem się jednak w obowiązku uprzedzić, że będziemy odsuwać meble i wymiatać piętnastoletnie pajęczyny, a nie tylko ogarniać po wierzchu.

Wznowienie „Wirusa samotności” wywołało falę listów od Państwa, z którą nie bardzo mogę sobie poradzić, za co przepraszam. Pytanie, które pojawia się najczęściej, to: jak kogoś poznać, dlaczego poznaję niewłaściwe osoby, jak zakończyć samotność, która boli coraz bardziej. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego pojedyncza odpowiedź raczej nic nie załatwi oraz co ma do zaoferowania w tej sprawie psychoterapeuta. Czyli ja.

Zacznijmy od przykładu. Jednym z częściej zadawanych pytań przez kobiety jest: dlaczego poznaję tylko żonatych mężczyzn? Najczęściej poszukiwania odpowiedzi polegają na zmianie otoczenia, wyglądu, ogólnie na szukaniu pewnego „sposobu”, czy sztuczki, która zapewni sukces. Często też panie odpowiadają sobie na to pytanie w sposób mniej więcej taki: coś jest ze mną nie tak. Nie mam jakiejś umiejętności, może jestem za brzydka, za głupia itd. Od takiej myśli już niedaleko do coraz większego izolowania się. Skoro myślę o sobie „jestem żałosny”, to odezwanie się do kogoś nieznajomego budzi lęk, że ktoś tę żałosność odkryje. Lęk paraliżuje, coś tam dukamy, sukcesu nie ma – i jest kolejny powód, żeby powiedzieć sobie: no rzeczywiście, jestem jednak żałosny. Błędne koło, coraz trudniejsze do rozerwania.

Tajemnicą są uczucia. O uczuciach mówimy zwykle punktowo: tego lubię, tamtego kocham, ten mnie drażni. Dla mnie, w mojej pracy, uczucia są jak ciągła substancja, trochę jak woda, która przelewa się wewnątrz człowieka, objawiając się w różnych stanach: płynu, pary, lodu, wilgoci itp. Ma swoją objętość, swoje ciśnienie. Gdy w jednym miejscu człowieka coś z uczuciami zrobimy, w innych miejscach też coś się pozmienia. Natomiast samotny człowiek, gdy prosi o radę, najczęściej mówi: zrób tak, żebym kogoś poznał, ale nic innego nie ruszaj.

Wróćmy do przykładu. W jakim kierunku może iść praca terapeutyczna z kobietą, która skarży się, że przyciąga tylko żonatych? Oczekiwanie pacjentki zwykle jest takie, że będziemy szukać wyżej wspomnianych sztuczek.  Zadziałać więc na wodę w jednym miejscu. To niestety trochę tak, jakby podgrzewać grzałką ocean. Gdyby przyjrzeć się całości obiegu uczuć, może okazać się na przykład, że gdzieś w środku pacjentki tkwi ogromny lęk przed opuszczeniem. I że ten lęk staje się tym większy, im bardziej pacjentka kocha, im bliżej jest mężczyzny. Im więcej mam, tym bardziej boję się to stracić, krótko mówiąc. Gdy więc spotykam kogoś wyśnionego, wolnego i chętnego, lęk urasta do rozmiarów paniki: za chwilę coś takiego zrobię, że go stracę! Albo przejedzie go samochód, albo zabierze go inna kobieta. A tego nie zniosę, umrę. Wobec takiego lęku wszelkie inne uczucia bledną, stają się nieodczuwalne, pomijalne. Oddalam się więc od niego, a lęk znika. Smutny paradoks. Odpycha mnie od kogoś, kogo bardzo chcę. Stuprocentowa recepta na samotność.

Ale to nie wszystko. Gdy doświadczymy takich przypływów i odpływów wiele razy, zaczynamy rozpoznawać już typ ludzi, przy których lęk jest największy. Co więc zrobić, aby uniknąć lęku? Trzymać się od nich z daleka. Na tym etapie już nie uciekamy od lęku, który się „przydarza”. Na tym etapie konstruujemy strategie, które pozwolą nam lęku nie czuć w ogóle. Czy żonaty mężczyzna może być źródłem takiego lęku? Oczywiście nie, bo wiadomo, że będzie bywał rzadko, a potem i tak odejdzie. Otrzymamy chwilę bliskości bez przeżywania panicznego lęku przed opuszczeniem.

Sęk w tym, że to tylko jedno z wielu możliwych wyjaśnień tej sytuacji. Może być zupełnie inaczej, może być np. tak, że mężczyzna jest w tym wypadku mniej ważny, a romans z żonatym służy dosięgnięciu jego partnerki. W tym wypadku woda miałaby postać skrywanej chęci zemsty na kobietach, które zabierają mężczyzn „z rynku”. Zawiść jest wodą stęchłą, może nawet radioaktywną – w każdym razie działanie ma zabójcze. Niestety dla nas, prawdą jest, że zniszczenie komuś czegoś, czego sam (jak sądzę) mieć nie mogę, daje ulgę. Fajnie może nie jest, ale przynajmniej inni mają tak samo źle.

Jeszcze inne wyjaśnienie problemu: kobieta wybiera żonatych, bo była przez ojca (mniej lub bardziej świadomie) uwodzona. Jeśli nie pogodziła się z faktem, że ojciec zawsze będzie poza jej zasięgiem, romans z żonatym mężczyzną jest okazją do odtworzenia emocjonalnej konfiguracji z tamtego czasu. Wtedy nie udało mi się odebrać ojca matce, ale teraz mi się uda – i dzięki temu nie będę musiała przeżywać „odrzucenia na zawsze”. Dowodem na miłość mężczyzny nie jest tu bliskość, ale odrzucenie „tej drugiej”.

Pewnie to i smutne, ale widać z tych przykładów, że pod powierzchniową motywacją „chcę faceta, ale mi się nie udaje” może kryć się o wiele skuteczniejsza, silniejsza i nieświadoma motywacja w rodzaju „nie będę przeżywać straty”, „zemszczę się na złodziejkach mężczyzn”, „zachowam ojca na zawsze”.  Dlatego już chyba jasne jest, dlaczego tak trudno jest coś sensownego odpowiedzieć w jednym mailu osobie, która naprawdę cierpi i nie widzi z tej pułapki wyjścia.

Psychoterapia to nic przyjemnego. Odkrywanie wyżej wymienionych motywacji zaznajamia nas z ciemniejszymi stronami naszej osoby. Jednak tu właśnie jest realna szansa na zmianę dotychczasowych zachowań. Jeśli jesteś świadoma tych ukrytych, podziemnych cyrkulacji twoich własnych uczuć, zadawanie się z żonatym staje się kompletnie bezsensowne. Jesteś bowiem w stanie powiedzieć sobie „przecież i tak strata mnie dopada, bo jestem samotna”, „zemsta nie zmieni faktu, że brak mi bliskości”, „ojciec odszedł (umarł)”. Wtedy otrzymujesz możliwość świadomego wyboru, co dalej. I to jest zwykle moment, kiedy widzimy się po raz ostatni.