Ostatnie okruchy

Dwa oblicza kobiety... pic.twitter.com/UzsP36T4xe

Wszystkie
na Twitterze

ściągnij film

W swoich obserwacjach osób samotnych natrafiam często na mechanizm, który nazwałem Syndromem Jasia Fasoli. Zupełnie nie chodzi tu o jakieś naśmiewanie się – Jaś Fasola jest dla mnie postacią jednoznacznie tragiczną w swej samotności. Załączony filmik pokazuje, o co mi chodzi. Jaś Fasola pragnie cieszyć się Świętami Bożego Narodzenia, ale do tego celu są potrzebni ludzie, bliskie osoby, których Jaś nie ma. Ludzie, którzy przysyłają życzenia lub wcielają się w Mikołaja. Bez nich Jaś będzie czuł się samotny – a tego nie chce. Z drugiej strony relacje z ludźmi nawiązuje raczej kiepskie. Mówiąc najprościej, nie przepada za ludźmi. Powstaje więc dylemat – jak cieszyć się świętami, nie ryzykując kontaktu z innymi ludźmi. Jaś rozwiązuje (a raczej obchodzi) ten dylemat, budując w swojej głowie pewną specyficzną przegródkę – będąc po jednej stronie tej przegródki, nie widzi, co jest po drugiej (i odwrotnie). W filmie ta przegródka symbolizowana jest np. przez drzwi. Jaś dostarcza sam sobie oczekiwane życzenia, po czym wchodzi do mieszkania i natychmiast zapomina (wypiera), co zrobił. Przegródka została przekroczona. Pozwala mu to cieszyć się otrzymanymi kartkami, tak jakby przysłał je ktoś bliski. Gdy patrzymy w ten sposób, skecz staje się wydarzeniem przejmująco smutnym, a śmiech z taśmy brzmi upiornie, jak naigrawanie się z nieszczęśliwego człowieka. Rolę tej umysłowej przegródki symbolizuje też noc – rankiem Jaś „nie pamięta”, że sam sobie włożył prezent do skarpety. Może się cieszyć, jak dziecko. Ktoś o nim pamięta, ktoś go potrzebuje.

W prawdziwym życiu Syndrom Jasia Fasoli przejawia się zwykle w subtelniejszy sposób. Wszyscy szukamy akceptacji, sygnałów troski i miłości ze strony (głównie) bliskich osób. Niektórzy z nas dosłownie umierają z pragnienia tych sygnałów i nie mają siły czekać (patrz artykuł o Zwieraczu), aż ten Ktoś je wyśle z własnej woli. Zaczynają więc wywoływać takie sygnały. Przykładów może być tutaj mnóstwo. Dziecko, które w oczekiwaniu na akceptację rodziców zaczyna realizować ich pomysł na swoje życie. Osoba, która chce „zrobić wszystkim dobrze”, zapominając o swoich potrzebach. Kobieta, która pozwala mężczyźnie rozkoszować się swoim ciałem, traktując jego pożądanie jako oznakę bliskości i troski. Człowiek, który spełnia wszelkie kaprysy swojego partnera, nawet te, o których on (ten partner) jeszcze nawet nie pomyślał.

We wszystkich tych przykładach otrzymane sygnały akceptacji nie są wyrazem autentycznych uczuć drugiej osoby. Są raczej wynikiem zaspokojenia jej egoistycznej potrzeby. Wspomniany syndrom (przegródka) pozwala nam o tym nie myśleć. Naciskamy przycisk, a potem staramy się nie pamiętać, że dostajemy coś tylko i wyłącznie od samego siebie. Przyjrzyjmy się bliżej ostatniemu przykładowi. Starasz się przewidzieć wszelkie marzenia i fantazje upragnionej osoby i jak najszybciej je spełnić.  Nie zgłaszasz własnych potrzeb, żeby nie przeszkadzać – przecież to wymagałoby jakiegoś wysiłku tej osoby, a ona (nikt zresztą) wysiłku nie lubi. Ta osoba jest z tobą, nawet wydaje się zadowolona. Ale w tobie za to utrzymuje się ciągła, dziwna niepewność, jakiś nieokreślony brak, pustka, czasem złość. To przebijają się treści schowane za przegródką, czyli fakt, że tej „bliskiej” osobie jest po prostu z tobą wygodnie. I nic więcej.  Tragicznym paradoksem jest to, że taki napływ niepewności powoduje zwykle zwiększenie wysiłków w celu jeszcze lepszego zaspokojenia fantazji partnera – czyli błędne koło się zamyka. Im bardziej boisz się straty tej osoby, tym bardziej jej dogadzasz. Im bardziej jej dogadzasz, tym mniej czujesz autentycznego wysiłku (zaangażowania) z jej strony, w wyniku czego jeszcze bardziej się boisz.

Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Odpowiedź wyda się prosta, choć w praktyce jest to często zadanie przerażająco trudne. Kluczem jest zdolność do znoszenia braku. Braku telefonu, braku dotyku. Braku ciągłej obecności ukochanej osoby. Jest to zdolność do wyrażenia własnej potrzeby i poczekania, czy ten ktoś w ogóle to usłyszał i co zamierza z tym zrobić. Jeśli jesteś „pod ręką” cały czas, to druga osoba nawet nie ma możliwości poczuć, że cię potrzebuje. Jeśli jednak umiesz znieść chwilę braku, tym samym stwarzasz miejsce na pojawienie się pragnienia skierowanego w twoim kierunku. A przecież za tym właśnie tęsknisz, prawda?

Udostępnij na FB

Sześć komentarzy do “Syndrom Jasia Fasoli”

  • zbigniewcichon:

    „Jeśli jednak umiesz znieść chwilę braku,….”
    chwilę ? to znaczy ile ? Dzień, miesiąc, rok, całe życie ?

    „…czyli fakt, że tej „bliskiej” osobie jest po prostu z tobą wygodnie.” -tak było w moim życiu, ostatecznie ona odeszła.

  • wk:

    Zacznijmy od sekundy…

  • dl:

    No dobrze, w teorii jest to cudownie proste. W praktyce może się jednak okazać, że po odejściu od osoby którą się kochało (i podobno ona kochała ale wysilić się nie chciała bo nie była do wysiłku przyzwyczajona)w każdej sekundzie, minucie, godzinie…..(Boże,ratunku!!) dniu, miesiącu staramy się nauczyć jak wytrzymać z BRAKIEM i po pewnym czasie WYDAJE nam się że już umiemy ALE poznajemy kolejną osobę w swoim życiu z którą każda chwila jest cudowna, lapczywie (egoistycznie) chcemy zapamiętać każdy jej gest i wyraz twarzy by nawet w najkrótrzej chwili samotności móc przywołać zapamiętane slajdy i czuć się lepiej. I NAGLE okazuje się, że ponownie zaczynamy zapominać o sobie i spełniamy wszystkie zachcianki partnera bo na samą myśl wrócenia do stanu „jestem znów sam/sama i czuje się fatalnie ALE napewno będzie lepiej bo za chwilę znów przypomnę sobie jak radzić sobie z BRAKIEM” dostajemy przeraźliwego dreszczu na plecach.

    Wychodzi na to że powinniśmy docenić moment w którym nauczymy się żyć (umówmy się – FUNKCJONOWAĆ)w samotności…tylko że szczęście jakie odczówamy będąc z drugą osobą ZAWSZE będzie o niebo lepsza. Nawet jeśli trzeba potem za to zapłacić rozchwianym stanem ducha.

  • dl:

    PS
    „potem staramy się nie pamiętać, że dostajemy coś tylko i wyłącznie od samego siebie. ”

    Niestety to zdanie jest prawdą…ale ból jaki wywołuje świadomość prawdziwości tego zdania jest i tak mniejszy niż lęk przed zawiedzeniem partnera i nie daj Boże rozstaniem = samotnością.

  • Jestem:

    Tak, tak właśnie działam. Co do joty. Nawet sama już to jakiś czas temu wymyśliłam, jakieś 4 lata temu… a mimo to, przeżyłam dwa kolejne związki i w żadnym z nich nie umiałam na długą metę wytrzymać braku. Deficyt? Stres jaki brak potrzebuje, panika jaką wywołuje, lęk i związane z nim urojenia nie dają czekać… nijak I nawet jak już sobie stworzyłam support wśród znajomych i jak tylko mam ochotę się odezwać to dzwonię do przyjaciółki żeby Broń Boże nie odezwać się do Partnera i piszę pamiętnik zamiast się odzywać to i tak się odzywam pierwsza… źle wybrałam partnera? czy nie umiem czekać? Bo jak mąż mnie zdradził i odszedł to czekałam 4 lata aż podjęłam decyzję o rozwodzie… w pewnym momencie czekanie chyba też zaczyna być chore?

  • Jestem:

    I jeszcze… w kontekście tego co Pan napisał i co ja odpowiadam… Kwestia wytrzymania braku to jedno. Podtrzymuję, że zastanawiałabym się nad tym ile ten brak należy umieć znosić, żeby to było jeszcze zdrowe. Jest też kwestia szacunku do samego siebie i zwykłej dobroci dla siebie. Ja jej nie mam. Nikt mnie jej nie nauczył. Uczę się teraz po latach z mozołem na terapiach. Więc próbuję taki brak znosić zaciskając mocno tyłek w relacjach, z których być może z założenia nie można czerpać. Bo jedno to znieść chwilę braku, a drugie to żyć wizją, że jak się jeszcze chwileczkę wytrzyma i jeszcze chwileczkę nie odezwie, to wreszcie ktoś to doceni i odezwie się… a co gdy się nie odzywa?

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook