Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Jak znaleźć  znajomych, grupę, odrzucić samotność? Przepraszam za obcesowość, ale słysząc takie pytanie, mam wrażenie, że ktoś mnie robi w konia. Drogi Czytelniku tego Psychobloga: jeśli umiałeś włączyć komputer, uruchomić przeglądarkę, znaleźć tę stronę w sieci i zadać pytanie, jestem w stu procentach pewny, że przez godzinę jesteś w stanie na kartce papieru wyliczyć co najmniej sto sposobów zawarcia znajomości, poczynając od przeraźliwie banalnego acz niezmiennie skutecznego pytania, które jest tytułem tego wpisu. Dlaczego więc zadajesz takie pytanie? Prawdopodobnie dlatego, że każdy z tych stu pomysłów Cię w jakiś sposób przerasta – zawstydza, przeraża, onieśmiela, napawa obrzydzeniem itp. Więc prowadzisz ze sobą ten wewnętrzny dialog, który opisałem w poprzednim artykule o doradzaniu. To jest za trudne, tamto się nie uda a to jest poniżej mojej godności. Ten jałowy na pozór dialog ma swój sens: mianowicie pozwala utrzymywać stan rzeczy, taki jaki jest.

Ludzie przychodząc na terapię mają często poczucie uwięzienia w sytuacji bez wyjścia, np. „chciałbym kogoś poznać, ale mi się nie udaje”. Zwykle po pewnym czasie pracy nad sobą (nie bez oporów) taka osoba dochodzi do wniosku, że tak naprawdę nie chciała nikogo poznać, że dokonała pewnego wyboru, podjęła decyzję a fakt tego podjęcia decyzji ukryła sama przed sobą. Jak to się dzieje? Do wyjaśnienia użyję kolejnego zapytania od Państwa, od samotnej 23-latki. Od razu uprzedzam, że diagnoza problemu może być nietrafna – do tego potrzebne jest coś więcej niż krótki mail – jest jednak w jakimś stopniu prawdopodobna. Bardziej jednak chodzi mi o opisanie mechanizmu niż postawienie diagnozy, więc prosze ją potraktować tylko jako materiał do przemyślenia.

„…od końca liceum tak potoczyły się moje losy, że w ciągu roku zrezygnowałam ze wszystkich znajomości licealnych, po czym poznałam chłopaka i on stał się alternatywą na samotność.” Pierwsze co przykuwa uwagę, to przeniesienie decyzji na „losy”. Powstaje wrażenie, jakby Czytelniczka dostała się w wir jakichś potężnych wydarzeń, wobec których była zupełnie bezwolna i które w rezultacie wtrąciły ją w samotność. Gdy jednak zaczynamy poznawać całą historię, jej tło, okazuje się najczęściej, że rezygnacja ze znajomości była konsekwencją wyboru jakiejś innej rzeczy. Taki wybór ma postać mniej więcej taką: albo zrobię X ale wtedy stracę znajomych, albo nie zrobię X i zachowam znajomych. Jeśli tak postawimy sprawę, okazuje się, że moja samotność została wybrana przeze mnie, ale odpowiedzialność za decyzję zrzuciłem na LOSY.

„Potem związek rozpadł się, mija 1,5 roku, a ja wciąż nie mam swojej grupy znajomych.” Związek rozpadł się. W rzeczywistości jednak jest tak, że ktoś ten związek zaczyna i ktoś go z jakichś powodów kończy. Jest to kwestią decyzji. W tym przypadku nie znamy tła, ale znowu możemy postawić sprawę w ten sposób: „odeszłam, żeby nie działo się Y – mogłam nie odchodzić, ale wtedy Y by się działo”. Znów decyzja, znów wybranie samotności – tym razem odpowiedzialność zrzucona na SIĘ.

Czym jest Y? Znów zastrzegam, że ta diagnoza jest tylko pewnym rodzajem fantazji na temat samotnej 23-latki. Furtka do tajemnicy kryje się w zdaniu: „Zawsze albo czegoś w znajomości mi brakuje, albo czuję się gorsza…”. Mówimy o poczuciu własnej wartości. Jeśli widzimy kogoś jako lepszego od nas, przeżywamy zawiść i katusze poniżenia – jeśli widzimy go jako gorszego, gardzimy nim. Jeśli jest tak, jak mówię, to Y = wątpliwości co do własnej wartości (skrajnie: poczucie bycia zerem). Jest jeszcze inna możliwość: poczucie niezaspokojenia. Czyli taka sytuacja, gdy ciągle jest nam za mało tej bliskiej osoby – np. jej nieobecność przeżywamy jako dręczący strach, że nas opuści. Co zresztą i tak sprowadza nas na powrót do kwestii poczucia własnej bezwartościowości i przekonania, że muszę cały czas tę bliską osobę kontrolować, bo jak nie to pewnie zniknie, no bo mnie, takiego zera, kochać nie można. To zresztą zadziwiające i przerażające jednocześnie, że moi pacjenci, którzy mają poczucie bycia zerem, najczęściej są inteligentni i atrakcyjni ponad przeciętność. Może więc być też tak, że Y = niezaspokojenie albo Y = ciągły lęk przed odrzuceniem.

Jak więc może wyglądać proces decyzyjny samotnej 23-latki? Na przykład tak: mam do wyboru: albo nie mieć znajomych i przeżywać głód samotności, albo mieć kogoś i czuć się bezwartościowa (niezaspokojona). Wybieram to pierwsze, bo to mniej boli. Kropka.

Tego rodzaju decyzje sprawiają nam jednak dużo trudności. Z czegoś trzeba zrezygnować, coś trzeba mężnie znosić… Takie jest życie, chciałoby się rzec. Dorośnij. Ale często nie chcemy na taki stan rzeczy przystać. Szukamy trzeciego wyjścia, które w tym wypadku wygląda następująco: chcę być z kimś i nie odczuwać wątpliwości co do własnej wartości. Czyli chcę mieć jabłko i zjeść jabłko. I próbujemy. Raz, drugi, dziesiąty, czasem do końca życia. To dlatego Einstein wymyślił tę swoją definicję szaleństwa: próbować wciąż tego samego działania z nadzieją na inny niż zwykle wynik. W praktyce może wyglądać to tak, że np. co jakiś czas dajemy komuś nieograniczony kredyt zaufania i mamy nadzieję że jakoś to będzie. Może stąd właśnie pytania takie jak kolejnej Czytelniczki „już tyle razy zaufałam innym a oni mnie odrzucili??”. Trzecie wyjście może skończyć się depresją. Znam zresztą osoby, które zawsze wpadają w depresję, gdy mają przed sobą trudny wybór między X a Y. Wpadają w depresję (bierność), zwyczajnie po to, żeby nie dokonywać tego wyboru. Oczywiście, sprawy się jakoś potoczą, zdecyduje LOS albo SIĘ. Tylko że, niestety, to także nasza decyzja. Od decyzji ucieczki nie ma. To my sami urządzamy sobie życie.

Dlaczego tak szczegółowo o tym piszę? Chcę chyba dobrze wyjaśnić, że przychodzi (pisze) do mnie nie jeden pacjent (czytelnik), a dwóch: jeden, który chce skończyć z samotnością i drugi, który trzyma się jej kurczowo pazurami. I moim zadaniem jest rozmawiać raczej z tym drugim. Jeśli Państwo chcą skończyć ze swoją samotnością, to też porozmawiajcie z tym drugim/drugą w sobie. Zadajcie sobie pytanie: dlaczego wybrałem/wybrałam samotność? Czy chciał(a)bym dokonać tego wyboru raz jeszcze, dzisiaj, teraz? A potem zdecydujcie.

I na koniec: oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wytrzymanie własnego poczucia bezwartościowości czy niezaspokojenia może być bardzo trudne i skutkować powrotem do samotności. Jak to zrobić, to zupełnie inna historia. Dziś chodziło mi o to, że zawsze masz wybór. I jeśli wiesz, że twoja samotność jest twoim wyborem, to ona wtedy trochę mniej boli.

Udostępnij na FB

Dwa komentarze do “Pójdziesz ze mną na kawę?”

  • samotna 23- latka:

    Może na początku podziękuję za komentarz do mojej wiadomości :) przyznaję, że „diagnoza” wyżej przedstawiona jest częściowo zgodna z prawdą… Słowo „losy” miało bardziej ogólne znaczenie. Chodziło o całość sytuacji (rezygnacja ze starych znajomych na rzecz chłopaka itd.). Faktycznie z jednej strony trzymam się kurczowo swojego indywidualizmu i życia w pojedynkę, a z drugiej ciągle jestem głodna nowych znajomości. To pierwsze, czasami mam wrażenie, że bardziej z przyzwyczajenia. A może ta chęć poznawania nowych osób jest też przyzwyczajeniem, bo powiedzmy spodobał mi się taki tryb życia? Tak jak Pan mówi, nie trzymam się nikogo kurczowo, nie jestem od kogoś zależna, tym samym, nie ma ryzyka, że kiedyś ktoś mnie zawiedzie… I tak bywało. Wiadomo, ponownie przez Pana wspomniane „życie”.
    „Związek rozpadł się.” Racja, samo nic się nie robi, ja zerwałam związek, ale nie po to by wrócić do samotności, ale dlatego, że mnie zaczął nudzić i był bardziej przyjaźnią niż miłością z mojej strony. Jednak to chyba nie istotne w tej chwili.
    „Mówimy o poczuciu własnej wartości”- częściowo prawda. Sama nie do końca jestem pewna czy ono jest zaniżone… myślę, że problem leży w tym, że wykreowałam sobie pewną grupę, do której chciałabym należeć, ale kiedy już poznaję takie osoby, to mam wrażenie, że czegoś mi brak (talentu) i uciekam od nich, nawet jeśli wiem, że mnie lubią i dobrze czują się w moim towarzystwie. A środowisko, które mnie otacza działa nużąco, ciągle z tymi samymi tematami do rozmowy. To skomplikowane do opisania tą drogą, więc pozostawię ten problem w takim świetle.
    „Szukamy trzeciego wyjścia, które w tym wypadku wygląda następująco: chcę być z kimś i nie odczuwać wątpliwości co do własnej wartości.”- nie wiem czy dobrze to odebrałam, jeśli chodzi o partnerstwo, to błędna interpretacja z Pana strony, nie zależy mi na związku, a tym bardziej dowartościowaniu się w ten sposób :]
    „Jeśli Państwo chcą skończyć ze swoją samotnością, to też porozmawiajcie z tym drugim/drugą w sobie. Zadajcie sobie pytanie: dlaczego wybrałem/wybrałam samotność? Czy chciał(a)bym dokonać tego wyboru raz jeszcze, dzisiaj, teraz?”- dziękuję za radę. Skorzystam z niej i zobaczę efekty. Pozdrawiam i dziękuję za całą interpretację.

  • Czarny:

    Ha, to jest schemat i argument który setki razy widziałem i tłumaczyłem znajomym. Dotyczy każdej (pod)świadomej decyzji, nie tylko o samotności — maglu w pracy, maglu w domu. Argument jest uniwersalny i prawdziwy. Pytanie tylko, jak go zastosować jak się jest samemu w środku tej „pułapki” co to „los” zgotował. Wiadomo przecież, że szewc chodzi bez butów i świetne i prawdziwe rady dla znajomych jakoś „magicznie” trudno się stosuje do samego siebie.

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook