Ostatnie okruchy

Blade Runner 2049. Krótka recenzja fana oryginału. Wielka, parująca, sentymentalna kupa. Odradzam.

Wszystkie
na Twitterze

Z okazji powstania remake’u „Carrie” uznałem, że warto przy tej okazji napisać parę słów o kobiecym wstydzie. W mojej pracy stykam się z nim na tyle często, że można go traktować jako w miarę stałe zabarwienie relacji męsko-damskich. Jeśli jest wystarczająco silny, staje się tematem bloga o samotności, jako jedna z jej przyczyn. Film jako taki jest trochę plastikowy, pierwowzór z Sissy Spacek zapamiętałem jako lepszy ale kiedy to było.

Poznajemy Carrie jako osobę samotną, zagubioną w fantazjach, odizolowaną od trwającej wokół niej przemiany dzieci w kobiety i mężczyzn. Przyczyną jest jej dewocyjna matka, z jednej strony traktująca córkę jako ukochane dziecko a z drugiej jako żywy dowód jej własnego upadku i grzechu. Ojciec nie istnieje – zresztą podobnie można powiedzieć o wszystkich mężczyznach w tym filmie. Jeśli już istnieją, to jako narzędzia kobiet. Stosunek matki do własnej seksualności jest jednoznaczny – nie powinna istnieć. Ambiwalentne uczucia wobec córki wskazują matce jedyną drogę, by móc ją (córkę) mieć i nie chcieć jednocześnie jej zniszczyć: trzymać ją w stanie „niewinności”, na poziomie świadomości dziecka. Sprawa jest z góry skazana na porażkę – dość spojrzeć na płomienne, długie włosy Carrie i podobne, choć już przyblakłe, jej matki. Są jak strzelba, wisząca na ścianie w pierwszym akcie. Są symbolem tego, że problem „opracowania” własnej seksualności jest nie do uniknięcia. Nie można przestać być kobietą. Koleżanki szkolne Carrie angażują się w erotyczne związki, wypracowując przy okazji swój „styl” społecznego wyrażania seksualności. Tutaj plastikowość filmu nawet pomaga, podkreślając banalność i kiczowatą schematyczność nastoletnich miłości. Ale właśnie ta kiczowatość jest uspołecznieniem seksualności, przyjęciem reguł gry, akceptacją wszystkim znanych, seksualnych kodów, poczynając od nieśmiertelnego pójścia „na kawę”. Na subtelności przyjdzie czas później. W tym czasie seksualność Carrie pozostaje bez zmian, w stanie uśpionego wulkanu, można rzec. Można też powiedzieć, że jej kobiecość jest w stanie surowym, nieopracowanym a w dodatku jest nieświadoma. Przez to staje się niebezpieczna dla niej samej. Jeśli mężczyźni będą na nią reagować (a będą), nie będzie w stanie się tym cieszyć – raczej odbierze to jako zagrożenie. Tutaj w filmową rzeczywistość zaczyna wkradać się sfera fantazji Carrie, w postaci zdolności telekinetycznych. Jest to między innymi zakamuflowana agresja, bo swych nowych zdolności Carrie będzie używać wyłącznie w celu niszczenia. To są jaskółki psychozy Carrie: pozostawiona sama sobie nie jest w stanie włączyć swoich przeżyć w relacje z ludźmi. Jest to dobry przykład na to, że trauma do pewnego momentu jest w stanie wirtualnym – realizuje się dopiero w konfrontacji ze społeczną rzeczywistością.

carrieTutaj na scenę wchodzi wstyd. Na zajęciach samoobrony dla kobiet, które kiedyś współprowadziłem, jedna z uczestniczek opowiedziała pewną historię. Była biernym świadkiem, jak w autobusie mężczyzna wkładał rękę pod sukienkę niczego nieświadomej dziewczynie, zajętej rozmową z przyjaciółmi. Padają pytania od grupy, czemu nic nie zrobiła, dlaczego jej nie ostrzegła. Opowiadająca mówi: „Nie chciałam jej zawstydzić przy ludziach.”. Po chwili sypią się kolejne historie, m. in. o ankieterze spisu powszechnego, który onanizował się podczas wspólnego wypełniania ankiety. Komentarz: „Nie mogłam nic powiedzieć, byłam jak sparaliżowana. Byłam sama w domu. Dokończył swoje i wyszedł.”. Te przykłady pokazują, że ich uczestniczki nie mogły bezpośrednio odnieść się do sprawcy, bo tym samym przyznałyby, że to ich jakoś dotyczy, w dodatku z uwikłaną weń przemocą. Skuteczna obrona w takiej sytuacji wymagałaby dużej pewności siebie jako kobiety. Alternatywą jest paraliżujący wstyd, mini-psychoza. A co za tym zwykle idzie: wzięcie na siebie odpowiedzialności za zachowanie mężczyzny. W przypadku Carrie wstyd został uruchomiony w momencie pierwszej miesiączki, na którą koleżanki reagują z początku śmiechem, potem, w wyniku nasilającego się wstydu Carrie, otwartą agresją. Gdyby Carrie była świadomą seksualnie osobą, powiedziałaby: „Zachowujecie się jak dzieci.” – w ten sposób wstyd zostałby zwrócony koleżankom, prawowitym właścicielkom. Bo oczywiste jest, że agresja wobec Carrie jest przeniesioną agresją wobec ich własnej, nie do końca ugruntowanej seksualności. Jednak Carrie dorosła nie jest, więc zachowanie koleżanek tylko potwierdza jej, że jest „w niej” coś złego. Ciekawa jest w tym kontekście reakcja dyrektora szkoły, który sam jest zawstydzony do tego stopnia, że nie jest w stanie powiedzieć na głos słowa „miesiączka”. Jeszcze jeden ojciec, którego nie ma.

Scena zawstydzenia Carrie jest kalką relacji z matką – też dobry przykład na odtwarzanie traumatycznego zdarzenia. Psychoza pogłębia się – wstyd jest rodzajem okrutnego samooskarżenia i prześladowania, na które zdrowa (w jakimś stopniu) część Carrie reaguje coraz większą wściekłością. Można by tu analizować role koleżanek (blondynki i brunetki) jako części wewnętrznego świata Carrie ale to już zostawiam Państwu. W każdym razie im większy napór niczym nie powstrzymanego wstydu, tym silniejsza tłumiona furia – Carrie może już podnosić siłą woli spore przedmioty. Jedyną osobą, która wstyd Carrie tonuje, jest nauczycielka, jedyna po matczynemu sprawna postać w filmie – zostaje dzięki temu w finale przez Carrie oszczędzona.

Finał filmu to, jakby rzekł diagnosta, obraz psychotycznej dekompensacji Carrie. Aby przełamać wstyd i upokorzenie, Carrie musi rozstać się z matką, dokonać separacji, do której nie jest zdolna – matka zostaje zamknięta w komórce. Sam wstyd można tu (w pewnych granicach) rozumieć jako „wewnętrzną matkę” Carrie albo, w innych kategoriach, jako wierność matce, co w sumie wychodzi na jedno. Nie jest to prawdziwa separacja (dorośnięcie) – to tylko przesycenie furią umożliwia chwilowe zawieszenie wstydu. Uwięziona seksualność może się nareszcie wydostać na zewnątrz – ale bez gorsetu uspołecznienia tylko jako destrukcyjny wybuch, szał niszczenia. W świecie wewnętrznym odpowiada to zalaniu przez chaotyczne, przerażające uczucia i fantazje. Potem przychodzi odpowiedź chwilowo nieobecnej matki – wyrzut sumienia prowadzący do autodestrukcji. Zabicie matki jest de facto aktem samobójczym a wewnętrznie oznacza rozpad osobowości, co łopatologicznie symbolizuje walący się dom, w którym obie mieszkały.

Niszcząca siła wstydu jest oczywiście względna – obraz całkowitej destrukcji w filmie jest skrajnością. W lżejszym natężeniu może sprawiać rozmaite kłopoty w relacjach, jak zahamowania seksualne, traktowanie siebie jako „kusicielki” niewinnych mężczyzn, „paraliż” w sytuacjach zagrożenia seksualną przemocą. Może to być permanentne poczucie winy lub, dalej idące, próby samokarania za „nieczyste” impulsy. „Nieopracowanie” własnej seksualności może też powodować wiązanie się z mężczyznami niedojrzałymi, których można zatrzymać poprzez matkowanie im, co pozwala trzymać się z daleka od seksualnych impulsów. Niestety, zwykle wyjaławia to erotyczną sferę związku i kończy się np. zdradą partnera (patrz: Męski pampers).

Aby nie kończyć pesymistycznie: poprawne opracowanie własnej seksualności polega na stopniowym wprowadzaniu jej w przestrzeń społeczną, przy pomocy rodziców, w takim stopniu, w jakim dziecko na danym etapie rozwoju jest zdolne. Samotna matka o ugruntowanej kobiecości da sobie oczywiście z tym radę ale Wielki Nieobecny tego filmu to oczywiście ojciec, który poprzez swoją akceptację seksualności córki ale też stawianie granic sobie i jej w odpowiednich miejscach, może pomóc jej łagodnie wycofać się ze świata fantazji i wejść w świat realnych związków. Ale to już całkiem inna historia.

Z trójcy „zdobyć, trafić, utrzymać” wybrałem dziś pewien problem z kategorii „utrzymać”, który wydaje mi się zasadniczy dla przetrwania związku. Przenikanie się miłości i nienawiści (bo o tym mowa) zajmuje pewnie większą część światowej literatury i jest tematem wielu banalnych i mniej banalnych stwierdzeń. Jak więc ten czarno-biały supeł wygląda z pozycji psychoterapeuty i czym są tytułowe Czarne Oceany?

Jak większość z nas wie, początek związku jest zwykle dosyć przyjemny i lokuje się w okolicach barwy różowej. Ożywia nas „nowa nadzieja”, życiowe soki zaczynają mocniej krążyć, poziom energii skacze pod niebo. Można to oczywiście tłumaczyć hormonami i wielu „naukowców” tak robi. Tylko że hormony nie wyjaśniają tej emocjonalnej huśtawki, w którą wpada duża dziś część par. Ale po kolei. Fakt, że nasze pragnienie sięga zenitu przy osobie, którą znamy czasem od tygodnia a obniża się w trakcie poznawania tej osoby można rozumieć tak, że niewiedza na jej temat jest wielką białą plamą, którą możemy wypełniać swoimi najpiękniejszymi marzeniami. Im szybciej trafia nas „piorun”, tym pewniej możemy powiedzieć, że zakochaliśmy się nie w konkretnej osobie ale we własnych fantazjach na jej temat. Proces narasta lawinowo, bo im więcej marzeń w niej ulokujemy, tym mocniej się zakochujemy – a im bardziej się zakochujemy, tym bardziej szukamy w tej osobie spełnienia marzeń. Widać to najbardziej przy pierwszym zakochaniu, po którym zwykle trochę trzeźwiejemy i wydaje się nam, że teraz jesteśmy dorośli i patrzymy na sprawy obiektywnie. Niestety, jesteśmy w błędzie.

Gdy za mąż wychodzi (po raz szesnasty) gwiazda filmowa, wszyscy prawie jesteśmy w stanie przytomnie ocenić, jak i kiedy to się zakończy. No ale gwiazdy żyją z fantazją na co dzień, więc dajmy im spokój. Jak działanie fantazjji objawia się w bardziej realistycznym związku? Dla jednych będzie to oznaczać, że któregoś dnia zauważą, że ich partner ma kłopoty z pryszczami, za krótkie nogi, lekkiego zeza albo że nie zrobił matury – i jakoś trzeba się będzie z tym pogodzić. Rzeczywistość wyłazi na wierzch spod naszych różowych okularów. My też już nie jesteśmy tacy zachwycający dla drugiej strony, co więcej, nie chce się nam w to zachwycanie całej energii wkładać, zwłaszcza po naszych niewesołych spostrzeżeniach przy oglądaniu ukochanej podczas nitkowania zębów. No ale cóż, krok po kroku się do siebie przyzwyczajamy i jakoś to idzie, lepiej lub gorzej. Ale dziś nie o takich relacjach. Dziś o takich, gdzie po dostrzeżeniu realnej osoby zaczynamy jej po trochu nienawidzić. Wady fizyczne nie są tu oczywiście takie istotne: najpoważniejszy problem jest taki, że ten ktoś myśli czasem zupełnie inaczej niż ja i ma inne pomysły na załatwianie wspólnych spraw albo inną ocenę tego, co się między nami wydarza (nieśmiertelna „czyja wina”). W takim związku emocje przepływają inaczej: wspólny czas dzieli się na taki, w którym kochamy się zupełnie tak, jak na początku relacji i taki, w którym chcemy się nawzajem pomordować, głównie w myślach, ale też często całkiem realnie. Taki czas właśnie, w którym najbliższa osoba staje się naszym największym wrogiem, nazywam po dukajowsku Czarnym Oceanem.

Czarne Oceany są traumatycznymi przerwami, wyrwami w relacji, w których czujemy, że świat się wali, ogarnia nas przemożny strach i wściekłość, poczucie niesprawiedliwego potraktowania lub odrzucenia przez osobę, która obiecywała raj a zgotowała piekło na ziemi. W przypadkach skrajnych jest to np. patologiczna zazdrość, której wystarczy ulotne spojrzenie ukochanego na inna kobietę, abyś poczuła wzbierającą chęć niszczenia jej i jego. Takie właśnie przypadki prowadzą do prawdziwych zabójstw i samobójstw, przekradając się potem do literatury i budząc nasze fantazje na temat: „jak to się kiedyś kochało”. W mniejszym natężeniu Czarne Oceany przejawiają się w walce o dominację: np. gdzie pojedziemy na urlop, do której matki pójdziemy w święta najpierw albo na której półce mają stać kubki i w którą stronę mają mieć zwrócone uszka. Możliwości jest tu mnóstwo ale ich sens jej podobny: skoro nie robisz tego, co ja chcę, to znaczy że nie bierzesz pod uwagę moich potrzeb, ergo jestem dla ciebie kawałkiem gówna. No to jak tak, to ty dla mnie też. Z wielu powodów osobowości tego rodzaju przyciągają się, więc nie trzeba długo czekać na ripostę drugiej strony. Skutkiem jest eskalacja wzajemnej nienawiści, prowadząca często do realnych zranień, czasem takich, których już wybaczyć się nie da. Czasem jednak się da i wtedy następuje okres wyrzutów sumienia, przepraszania i wzajemnych, często przesadnych ustępstw, które prowadzą znów do poczucia zdominowania i w efekcie powtórzenia całego cyklu od nowa.

Przyczyn tego rodzaju problemów upatruje się zwykle we wczesnodziecięcych doświadczeniach i praktyka terapeutyczna to potwierdza. Czasem jest to zaniedbanie przez rodziców, czasem specyficzna relacja z rodzicem, który robi z dziecka pojemnik na swoje problemy, traktując jak spowiednika i jedyne wsparcie. Czasem też jest to relacja z rodzicami, z których jedno pozwala na wszystko a drugie jest surowe i karzące. Dziecko wiąże się wtedy narcystycznie z tym permisywnym rodzicem i nie ma szans na pomoc tego drugiego w trudach akceptacji różnic między ludźmi i walki o swoje miejsce w dorosłej relacji. Wspólnym doświadczeniem tych konfiguracji jest przeżywanie nieobecności rodzica nie jako szansy na realizowanie własnych pomysłów ale jako zagrożenia dla własnej tożsamości albo nawet dla życia. Mówiąc prosto, osoba która cię nie chce, nie jest wtedy po prostu pustym miejscem w życiu – jest niebezpiecznym agresorem. Pierwszym odruchem jest więc zwykle usunięcie takiej osoby ze swego życia. Takie właśnie może być podłoże powtarzających się, nieudanych związków, w których wytrzymujesz ile możesz a potem nagle zrywasz z partnerem na zawsze. Nie ma dialogu, bo nie ma wiedzy, że to w ogóle możliwe. Przy okazji, tutaj muszę przeprosić kilka osób, którym nie odpowiedziałem na listy w rodzaju: „w każdym związku ludzie mnie rozczarowują i zawodzą, świat jest zły i nie chcę mieć z nim do czynienia”. Ten tekst jest próbą odpowiedzi na ich zapotrzebowanie.

Jak zwykle, pojawia się pytanie, co z tym zrobić? Teoretycznie odpowiedź jest dosyć prosta, w praktyce jest to raczej mozolna praca nad sobą i relacją. Tajemnicą jest sposób, w jaki traktujemy konflikt. Dla wielu osób, a szczególnie dla dziś opisywanych, konflikt jest czymś jednoznacznie złym. Zaistnienie konfliktu oznacza dla nich, że związek właśnie się wali. Że trafiliśmy (znowu) na nieodpowiednią osobę. Albo (w najlepszym razie) że właśnie znaleźliśmy się w wysoce niestosownej i żenującej sytuacji, którą trzeba jak najszybciej przerwać i nigdy więcej do niej nie wracać. W rzeczywistości konflikt jest źródłem informacji o różnicy między dwoma osobami i otwarciem pola na dogadanie się, w jaki sposób będziemy tę różnicę brać pod uwagę w związku. Niestety, samo emocjonalne zaakceptowanie tej różnicy jest dla wielu z nas zadaniem bardzo trudnym. Z powodów wyżej wymienionych wiele osób uważa, że dobry związek to taki, w którym nie ma konfliktów. Dla tych osób odważę się zaproponować definicję odwrotną: o jakości związku (i jego szansach na trwanie) świadczy przede wszystkim umiejętność radzenia sobie z konfliktami. Jeśli takie konflikty stają się podstawą do skrywanej lecz narastającej urazy, to związek w końcu się rozpadnie a obie osoby, jak w piosence Ciechowskiego zajmą się wycinaniem jego/jej twarzy ze wspólnych zdjęć. Jeśli jednak dwoje ludzi jest w stanie porozmawiać o tym, co się przed chwilą wydarzyło, otworzyć przed drugą stroną cały ten wstyd, który nierozerwalnie z taką sytuacją się wiąże, to oznacza to wejście na drogę ku akceptacji prawdziwego, żywego człowieka w naszym życiu i zdecydowania, czy chcemy kochać go takim, jaki jest. Czego sobie i Państwu życzę.

Męski pampers jest jednym ze zjawisk, które krystalizują się w mojej psychologicznej głowie w kontakcie z wieloma pacjentami jako częsty refren, przewijający się motyw ludzkich niepowodzeń w tej najtrudniejszej z trudnych rzeczy, jaką jest umiejętność życia ze sobą pod jednym dachem. Najprostsza definicja takiego pampersa: są to problemy, którymi mężczyzna obciąża swoją kobietę, chociaż poradzenie sobie z nimi jest tylko w jego gestii. Czemu pampers? Bo kojarzy mi się to zjawisko (trochę freudowsko) z takim etapem w życiu dziecka, kiedy jego kupa (a także cały proces jej produkowania) jest obiektem zachwytów jego mamy oraz bliższej i dalszej rodziny. Nie nabijam się – na tym etapie dziecku na pewno wsparcie w tej kwestii się przydaje. Ale spójrzmy na to psychologicznym okiem: wszystko, co do ciebie należy, to uwolnić się od napięcia, NIE POWSTRZYMYWAĆ SIĘ – a będzie się za to jeszcze nagrodzonym. Aż chciałoby się tę transakcję przenieść w dorosłe życie.
No i czasem się przenosi. Dorastanie to ciężki proces oswajania z ograniczeniami realnego świata. Wystarczająco dobrzy rodzice zwiększają wymagania dziecku zgodnie z jego możliwościami, aby na koniec zdolne było poradzić sobie z trudami życia. Zauważmy, że jest to ogólnie nauka WSTRZYMYWANIA SIĘ od natychmiastowych przyjemności (najpierw lekcje, potem zabawa, najpierw obiad, potem deser itp.). Patrząc głębiej, jest to nauka myślenia. Zapełnienie pampersa myślenia nie wymaga. Czasem w tym procesie odpępowiania przeszkadza CHCĘ rodzica. Czasem jest to CHCĘ ojca, który raczej się kumpluje z synem niż go wychowuje. Czasem jest to CHCĘ matki, która rozczarowana słabym lub znikającym mężem, kieruje swe uczucia ku synowi, kontrolując jego emocjonalne życie i oferując mu miejsce na jego słabości i jego niewytrzymywanie.
Odmian takiego scenariusza jest mnóstwo. Przykład: 30-letni syn mieszka z matką, rzadko wychodzi, przed ludźmi czuje lęk. Jednocześnie wewnątrz czuje błąkające się kłucie bezwartościowości, wywołujące co jakiś czas wyzwoleńczy zryw w postaci np. nowej pasji, która szybko się kończy. Mama jednak zawsze ma dla niego obiad i swą bezbrzeżną akceptację. Kobiety budzą największy lęk – nie życzą sobie (przeważnie) oglądać jego pampersa wypełnionego lękiem i biernością. I tak sytuacja się konserwuje. 30-letni chłopiec nie jest przygotowany do WYTRZYMYWANIA wyzwań losu. Jego bunty ograniczają się do „nie będę jadł dziś obiadu, nie rób”. Mama jednak robi „na wszelki wypadek” – a on w końcu robi się głodny i je. Jedyne co może pomyśleć to: „gdyby nie matka, zdolny byłbym do wielkich czynów”.
Jasne jest, że na dzisiejszym matrymonialnym rynku dosyć szybko znajdzie się kobieta, która podejmie się adopcji takiego wyrośniętego bobasa. Nazwie to ślubem, ale w praktyce będzie to adopcja. Ten pomysł czasem jest świadomy, czasem nie. Współczesne „psychologiczne mądrości” kolportowane przez wszechobecną mgr Jadzię często taką adopcję pochwalają, bo przecież mężczyzna powinien przyznawać się do swoich słabości a płaczący facet to w ogóle widok niezwykle uroczy. Ktoś w to w ogóle wierzy?
Dalej scenariusz układa się mniej więcej tak: kobieta zaczyna wspierać swego mężczyznę-bobasa, motywuje go do szukania pracy, doradza mu w kwestiach psychologicznych. Związek się zacieśnia. Tak by się przynajmniej wydawało. Jednak potem mężczyzna wypływa na szerokie wody i powoli zaczyna tracić zainteresowanie swoją partnerką, szczególnie zainteresowanie seksualne. I w końcu odchodzi, ku zdumieniu i przerażeniu kobiety, której świat wali się w gruzy czasem z dnia na dzień. Co się właściwie stało, nie wie nikt. On oskarża ją o zbytnią kontrolę, ona jego o nieodpowiedzialność (chociaż częściej samą siebie o to, że nie była wystarczająco dobra, by go zatrzymać przy sobie).
Co natomiast widzi nasze psychologiczne oko? Widzi to, że kobieta przyjęła rolę matki, zajmując się uważnie męskim pampersem. Przeprowadziła partnera ze świata dziecka do świata dorosłych, wypełniając rolę, w której zawiedli rodzice. I tak została potraktowana, jak są traktowani rodzice: gdy czuję się samodzielny, odchodzę od nich, bo mnie krępują. A już na pewno nie sypiam z kimś, kto przez długi czas zaglądał do mojego pampersa. Taki ktoś przestaje być atrakcyjny seksualnie. Oczywiście scenariusze są różne. Związek może trwać, bo mężczyźnie potrzebna jest zarówno kobieta jak i miejsce do wyładowania pampersa. Samo wyładowanie go też może różnie przebiegać. Może polegać na niekończących się narzekaniach – na szefa, na rząd, na życie. Inna wersja to ciągłe zarzuty pod adresem kobiety, że za bardzo myśli o sobie, nie o nim. No i wersja XXL, czyli fizyczna przemoc. Sprowokowała mnie i NIE WYTRZYMAŁEM. Znajome, prawda?

Dziękuję za listy, które dostaję od Państwa. Wszystko czytam a jeśli nie na wszystko odpowiadam, to tylko z powodu ograniczonych, ludzkich możliwości. Będę się starał te wątki umieszczać w kolejnych rozdziałach Psychobloga.
Ale dziś, jak się rzekło, idealistycznie. Chociaż nie wiem, czy to dobre słowo, bo kojarzy się ono ze słowem „nierealnie”. No cóż, zobaczymy.

Na podstawie moich doświadczeń z psychoterapią i instytucjami, które ją prowadzą, doszedłem do takich oto refleksji. Dominują dziś generalnie trzy mocne oferty dla osób z problemami natury psychicznej. Pierwszy to psychiatria, niekwestionowany lider, szafarz cudownej pigułki na setki zaburzeń, których lista wydłuża się jak Alicja po zjedzeniu muchomora. Reprezentuje ona pewne psychologiczne (ale też polityczne) stanowisko, że ktoś powinien z nami zrobić porządek bo sami nie potrafimy. KTOŚ z zewnątrz, KTOŚ kto wie. Pojawia się tu przerażający mechanizm komercjalizacji wpływu na psychikę, rządzący się podobnie rynkowymi prawami co sprzedaż chociażby wody w butelkach. Czy bardziej opłaca się wyleczyć pacjenta, czy ustabilizować go za pomocą leku, którego będzie potrzebował do końca życia? Ale dziś nie o tym.

Skrajną opozycją w stosunku do zewnątrzsterownej psychiatrii jest obszar psychoterapii, wywodzący się z psychoanalizy i psychologii humanistycznej, gdzie starania idą w kierunku usamodzielnienia pacjenta i uzyskania przez niego kontroli nad swoim życiem oraz satysfakcji z niego. Czyli klasyczna różnica między rybą a wędką.
Trzecia droga wynikła z tego, że czarodziejską pigułką nie da się jednak załatwić wszystkiego, chociażby takiej sytuacji, że kobieta tkwi w związku z mężczyzną, który ją notorycznie bije i upokarza (albo na odwrót). Dotarcie do źródeł takiej bierności jest aktem bardzo trudnym, wymagającym ciężkiej pracy i świadomości swojej odpowiedzialności za życie. Szukamy więc rozwiązań łatwych, np. takich żeby odizolować sprawcę od ofiary. Zasadniczy błąd w rozumowaniu, głoszący że przyczyna jest wyłącznie w bijącym, prowadzi do tego, że ofiara odizolowana od jednego sprawcy, wchodzi w związek z następnym. Taką ma konstrukcję. Potem Państwo płaci kolejne pieniądze za odizolowanie itd. w kółko Macieju. Straty finansowe są ogromne. Można by tę osobę poddać terapii psychodynamicznej ale w oczach urzędników ta terapia ma dwie potężne wady: trwa długo i nie da się kontrolować, co tam ten psychoterapeuta z pacjentem robi. Nawet słowa pacjent już używać nie można, tylko „klient”, żeby podkreślać samoświadomość terapeutyzowanego, co jest kolejną bzdurą, bo taki ktoś tkwi w krzywdzącym związku właśnie dlatego, że żadnej świadomości sytuacji nie ma.

Mamy więc opozycję między gwarantowaną zewnątrzsterownością psychiatrii a mozolnie wypracowywaną wewnątrzsterownością psychoterapii analitycznej. Mamy niechęć polityczną, urzędniczą i kościelną wobec wszystkiego, co kojarzy się z psychoanalizą. Tutaj wkracza wspomniana trzecia droga, czyli terapia behawioralna a potem behawioralno-poznawcza. Ta zmiana zresztą pokazuje całą autoobłudę tego kierunku, bo gdy samo sterowanie zachowaniem nie pomogło, odwołał się on do ośrodka decyzyjnego wewnątrz głowy pacjenta. A potem, gdy to także nie wystarczyło, poszło w stronę „automatycznych założeń” czyli de facto freudowskiej nieświadomości i wszelkich jej konsekwencji. W terapii tej, jak w żadnej innej, istnieje system „poprawek”, po które przychodzi „klient”, który już zdążył zapomnieć, co mu nakładziono do głowy. Jest to więc terapia oparta na planowym oddziaływaniu z zewnątrz na umysł, podobnie zewnątrzsterownie jak psychiatria. Sprawca przemocy, poddany takiej terapii, dostaje coś w rodzaju wzmocnionego, społecznego hamulca agresji – zamiast świadomości, skąd może pochodzić prawdziwa satysfakcja życiowa, jeśli nie z uzyskiwania poczucia ważności przez poniżanie innych. Skuteczność takiego wpływu jest ostatecznie niewielka, wszystko sprowadza się do wysłania „agresora” przez sędziego na połajankę psychologiczną, gdzie „klient” siedzi i cierpliwie czeka na koniec, jeśli nie chce trafić do pierdla. Kolejne pieniądze w błoto.

Zamiast trzech, mamy więc naprawdę dwa proponowane sposoby rozwiązywania problemów psychicznych: pomoc w uzyskaniu wewnątrzsterowności i bezpośrednią zewnątrzsterowność, w którą terapia poznawcza wpisuje się równie dobrze jak psychiatria. Od strony politycznej można by się zastanawiać, jacy obywatele potrzebni są władzy: silni i myślący po swojemu?… czy posłuszni i przekonani że w razie kłopotów muszą u tej władzy szukać ratunku?
Ja jednak na tym trochę chaotycznie zarysowanym tle chcę pokazać, co dzieje się z instytucjami, które oferują ludziom wędkę zamiast ryby. Początek takiej instytucji (np. poradni d/s przemocy w rodzinie) zwykle bywa entuzjastyczny. Spotyka się grupa ludzi, którzy godzą się, żeby coś wspólnie zrobić. Znając się, rozumieją nawzajem swoje podejście, co nie przeszkadza, żeby każdy upiekł jakąś własną pieczeń przy okazji. Potem przychodzą wybory, jedne, drugie – i urzędnicy się zmieniają. Nie ma już zespołu. Przy dzisiejszej agresywnej rywalizacji o stołki urzędnicze taki obszar jak tajemnica gabinetu psychoterapeutycznego może stać się miejscem szukania haków. Więc przestajemy (my, urzędnicy) opierać się na zaufaniu a zaczynamy potrzebować liczb, programów, raportów, ewaluacji. Czyli czegoś, co możemy podetknąć pod nos rywalowi o stołek. To powoduje zastąpienie terapeutów humanistyczno-analitycznych terapeutami behawioralno-poznawczymi, którzy mogą się spokojnie rozliczać z urzędnikami, bo terapie prowadzą w określonym czasie, podług określonych procedur. Pacjenci zaś, zamiast uczestnictwa w ich odzyskiwaniu samodzielności dostają np. wspólne pójście do sądu czy pomoc przy wypełnianiu Niebieskich Kart, co już ostatecznie ich upośledza. Lepsi specjaliści odchodzą do sektora prywatnego, zostają ci, którzy czują, że bez państwowego (czyt. gwarantowanego umową) stanowiska sobie nie poradzą. Jeśli zostało w nich jeszcze trochę przyzwoitości i zdrowego idealizmu, to może przyjść dzień, gdzie będą musieli te cechy sprzedać za pozostanie na swoim stanowisku pracy. I tak ślepy terapeuta zaczyna prowadzić kulawego pacjenta a pieniądze nasze idą w pustkę; służą bardziej uzależnianiu pacjentów od Państwa niż ich usamodzielnianiu. Instytucje państwowe zdobywają przez to ogromną władzę, co zwiększa ich apetyty i prowadzi do „opiekuńczego” modelu skandynawskiego, gdzie nawet nie możesz zdradzić się z tym, że taki gość jak Breivik zwyczajnie cię wkurwia.

Dlaczego ja to wszystko piszę? Jest to pewnie owoc moich własnych refleksji o życiu: jak, z kim, po co. Jesteśmy, chcemy czy nie, częścią systemu, politycznymi i społecznymi cegiełkami, które składają się na większą całość. Decyzja o tym, gdzie i jak pracujesz, jest decyzją polityczną, decyzją o tym, w jakim procederze chcesz wziąć udział (lub umaczać ręce). Piszę więc dla siebie, dla bliższych i dalszych kolegów oraz dla przeszłych i przyszłych pacjentów: dokonując wyboru miejsca pracy, znajomych czy własnej terapii, dokonujesz wyboru szerszego, ważnego nie tylko dla własnego funkcjonowania na co dzień, ale też dla funkcjonowania świata, w którym właśnie żyjesz. Tak, jesteś na tyle ważna/ważny dla tego świata, aby brać to pod uwagę.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook