Ostatnie okruchy

Blade Runner 2049. Krótka recenzja fana oryginału. Wielka, parująca, sentymentalna kupa. Odradzam.

Wszystkie
na Twitterze

Obserwowanie potężnych, ścierających się światopoglądów, które wzajemnie się wykluczają, skłania do zastanowienia: czy oglądamy oto dążenia ku prawdzie, którą każda ze stron rezerwuje dla siebie, czy raczej dążenie do samej walki i wzajemnego wykluczania? Która z powyższych możliwości lepiej oddaje naturę człowieka? Cóż, jeśli chodzi o naturę człowieka, to gabinet terapeutyczny jest jednym z lepszych miejsc do szukania odpowiedzi.

Oczywiście, samo postawienie kwestii w ten sposób jest już zajęciem pewnej pozycji w dyskusji. Pozycji, która zawiesza pytanie „jaka jest prawda?” na rzecz pytania „dlaczego jeden człowiek myśli, że prawda jest taka a drugi, że inna?”. Według mnie, taka postawa jest niezbędna w byciu psychologiem, chociaż potrafiłbym wskazać wiele przykładów, gdzie psycholog jest czymś w rodzaju bullteriera na usługach określonej grupy, przekonanej o swoim monopolu na prawdę.

Ale do rzeczy: początków gabinetowych obserwacji można szukać w psychoanalizie. Epoka wiktoriańska stworzyła pewien typ pacjenta (a raczej pacjentki), na którym Freud oparł swoją teorię i metodę leczenia. Mówiąc w skrócie, objawy pacjentek były reakcją na zahamowanie seksualnych impulsów, zahamowanie tak silne, że zaczęło wyrażać się w taki sposób, żeby nie można było go skojarzyć z przyczyną. Brzmi logicznie. Można powiedzieć, że była to konsekwencja życia w społeczeństwie o mocno zaznaczonych zasadach, które pomagały to społeczeństwo spajać i dosyć szybko decydować, kto postępuje źle, a kto dobrze. Czy były to zasady wynikające z „prawdziwych” przekonań? Być może odpowiedzią na to pytanie jest fakt, że do purytanizmu raczej mało kto chce dziś wracać. W każdym razie, zadaniem terapeuty było spowodowanie, by pacjentka poluzowała nieco swe zahamowania i na powrót „zaprzyjaźniła się” ze swoimi impulsami, co skutkowało wycofaniem objawów. Mamy tu więc do czynienia z „pacjentem konserwatywnym” w tym sensie, że wzorzec zachowań jest bardzo sztywny, niepodatny na zmiany a w dodatku uzasadniany różnymi racjonalizacjami.

Paradoksalnie, oparty natam i z powrotem takich zaburzeniach freudyzm odegrał niemałą rolę w seksualnej rewolucji, która wydatnie zmniejszyła ilość tego typu pacjentów. Skoro wszyscy o seksie zaczynają mówić, to nie ma sensu zaprzeczanie czemukolwiek, wręcz przeciwnie, będę wydawał się dziwakiem, gdy będę się w tej sferze nadmiernie ograniczał. Impulsy (nie tylko seksualne) zaczęły być ukochanym dzieckiem psychologii i taka była w sumie reakcja na ortodoksyjną psychoanalizę, że terapeuci zajęli się zachęcaniem pacjentów do wyrażania i akceptowania wszelkich impulsów, traktując to jako drogę do „prawdziwego ja” lub „prawdziwej natury człowieka”. W wyniku tego w gabinetach psychoterapeutów zaczął pojawiać się „pacjent liberalny”, który co prawda nie miał już żadnych zahamowań, tyle że był wydany na pastwę swoich impulsów, z których każdy wiódł go w innym kierunku, powodując chaos i paraliż działania. Skrajnym przykładem takiego pacjenta jest „pacjent libertariański”, który mocno wierzy w to, że „jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka”, co skutkuje tym, że taki pacjent przestaje wychodzić z domu i powoli popada w osamotnienie. Liberalne gazety, w swoim umiłowaniu wolności impulsu, szybko nazwą to „cocooningiem”, co zredefiniuje zjawisko jako jeden z równoprawnych stylów życia. W tym kontekście łatwo zrozumieć dzisiejszy problem wielu osób ze stworzeniem trwałego związku – jest to po prostu zamach na moją wolność.

Oczywiste jest, że stosowanie ortodoksyjnej psychoanalizy do „pacjenta liberalnego” jest skazane na klęskę. Nie ma czego interpretować czy odszyfrowywać, ponieważ wszystko jest niejako „na wierzchu”. Psychoterapia doszła w ten sposób do ściany i ma trudności z odwrotem, bo nieśmiertelne pytanie „co czujesz?” mocno fetyszyzuje uczucia jako przewodnika w społecznych działaniach. W przypadku takich pacjentów praca powinna jednak iść w stronę stopniowego budowania struktury, która umożliwi rozsądne poruszanie się pacjenta w obszarze, gdzie społeczne reguły stykają się z wewnętrznym rezerwuarem impulsów. Jest to prawdziwie polityczny, wewnętrzny dialog: „na ile mam zrezygnować ze swojej wolności i właściwie w imię czego?”. Wewnętrzny liberał reaguje bardzo źle na każde ograniczenie swobody. A każda zasada czy reguła ogranicza. Przyjmie więc takie ograniczenie tylko wtedy, kiedy będzie miał pewność, że on sam jest tego ograniczenia autorem i że absolutnie nie było żadnego innego wyjścia.

Psychoanalityk freudowski był „umiarkowanym liberałem” w stosunku do „pacjenta konserwatywnego” i to w zasadzie wystarczało do sukcesu. Zadanie dzisiejszego terapeuty jest trudniejsze. Jeśli będzie zbyt liberalny, nie pomoże „pacjentowi liberalnemu” w budowaniu struktury. Jeśli będzie zbyt konserwatywny, zaszczepi takiemu pacjentowi własne wzorce, przeciwko którym ów pacjent się zbuntuje, traktując je jako obce, autorytarne twory. Dlatego tak ważna wydaje mi się pozycja terapeuty, która szuka odpowiedzi na pytanie: „dlaczego jeden myśli tak, a drugi inaczej?” a nie „jak jest naprawdę?”.

Trud wewnętrznego dialogu, który podejmuje wyżej opisany pacjent, można porównać do trudu naszego społeczeństwa w dialogu światopoglądowym. Konserwatysta nie ustąpi ze swojej pozycji, dopóki nie zauważy, że sztywność odcina go od przyjemności a wolność niekoniecznie prowadzi na bezdroża impulsów. Z kolei liberał nie odda swojej wolności, jeśli nie zauważy, że ograniczenia mogą wynikać z własnych decyzji, podjętych dla własnego dobra. Silne napieranie obu opcji na siebie pozwala uniknąć obu tych dróg, które są zwyczajnie trudne, bo wymagają autorefleksji i wewnętrznej pracy. Konserwatysta boi się swojego wewnętrznego liberała, którego uważa za diabła, a liberał boi się swego wewnętrznego konserwatysty, którego uważa za tyrana. Przedstawiciele obu opcji, koncentrując się na najgorszych przejawach aktywności wroga, udowadniają sami sobie, że trzeba trzymać się od niego z daleka. A pod spodem lęk pogania lękiem.

Udostępnij na FB

Dwa komentarze do “Natura człowieka: tam i z powrotem cz. I”

  • ZnowuJa:

    Ludzie gadają ze sobą w taki sposób, że uważam to za kolosalną i przegiętą stratę czasu. Co tam? Jak tam? Zajebiście? Tylko tyle. Ja jak już gadam, to potem chciałabym o tym pomyśleć. Chciałabym, żeby wszystko było na maksa i takie prawdziwe. Może jakaś głupia jestem? Dlatego siedzę głównie w domu.

    Katarzyna Nosowska

  • Edyta:

    Liberał vs. konserwatysta – prezentują zdecydowanie inne pojmowanie wolności. Dodatkowo konserwatysta kieruje się zasadami, a liberał – tym, co jest w jego interesie. Ogólnie – bardzo rozszczepiony obraz dwóch światów. A gdzieś pomiędzy jednym i drugim jest człowiek zintegrowany – który kieruje się tak zasadami, jak i dba o własny interes. Zatem jest wolny i zarazem odpowiedzialny za siebie, innych oraz, to co robi.

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook