Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Każdy prawie dziś stara się coś sensownego o krzyżu na Krakowskim powiedzieć – i chyba też uległem tej pokusie. Niebezpieczeństwo mówienia o krzyżu polega na tym, że cokolwiek by nie rzec, jest to dolewanie oliwy do ognia, zajęcie pozycji w sporze i jednocześnie udawanie, że mówimy o krzyżu, gdy tak naprawdę wcale o krzyżu nie mówimy. Spróbuję coś więc spojrzeć okiem życzliwego obserwatora, co pewnie i tak się nie uda, zgodnie z tym co wyżej napisałem o niebezpieczeństwach.

O czym mówimy, skoro nie mówimy o krzyżu? Przykładem podobnym z psychologicznego podwórka jest często przytaczany przykład konfliktu małżeńskiego o sposób, w jaki będziemy wyciskać tubkę pasty do zębów. Jedna strona preferuje wyciskanie na chybił-trafił a druga wyciskanie metodyczne, od dna tubki do wylotu. Małżeńscy tyrani załatwiają sprawę nakręcaniem tubki na ołówek, co z góry eliminuje wysiłki drugiej strony, ale o nich nie mówimy. Mówimy o sytuacjach, w których uczestnikom zależy na podtrzymywaniu konfliktu i rozłożeniu sił mniej więcej po równo. Jak w ostatnich wyborach prezydenckich. Rozłożenie głosów w taki sposób sugeruje, że głosowaliśmy nie tyle na kogoś, co przeciwko komuś. Zamachanie kartką z wynikami wyborów w PKW spowodowało tajfun na Krakowskim Przedmieściu.

O co więc kłócą się małżonkowie, skoro nie kłócą się o tubkę z pastą? Odpowiedzi pewnie jest wiele, najprostsze to takie, że kłócą się o to, kto będzie rządził, kto jest głupszy, kto bardziej zraniony i ignorowany. Pasuje? Na razie chyba tak. Ale drążmy głębiej. Dlaczego swoją rację trzeba zatwierdzić przy pomocy zwycięstwa w łazience lub na ulicy? Podejrzewam,  że nasza racja jest w tym przypadku krucha i potrzebujemy przekonanego (pokonanego) oponenta, który swoją zmianą postawy zaprzeczy swojej prawdzie, tym samym potwierdzając moją. Czyli nie wystarczy mi moje własne przekonanie o słuszności – wszelkie inne racje mają zniknąć. Do tego celu nie nadaje się ktoś zbyt słaby. Nie udowodnię swojej racji przekonując do niej sześciolatka. Nie nadaje się też ktoś zbyt silny, bo mogłoby się okazać, że sam zostałem przekonany (pokonany). Musi to być ktoś, kto sprawi nam pewien kłopot, będzie się opierał, ale w końcu przegra. Dopiero to zaświadczy o sile moich argumentów. Rozłożenie sił po równo w sporze o krzyż (władzę) pokazuje, że zainteresowani w tej grze szukają wroga, którego pokonanie będzie wystarczającym dowodem na to, że ich wizja świata jest zgodna z prawdą. Mniejsza z tym, po której są stronie. Jest to nieistotne, jak nieistotny jest sposób wyciskania tubki – jeden i drugi prowadzi do tego samego celu.

Jakie światy konkurują ze sobą? Możliwa odpowiedź to: zacofany, ksenofobiczny konserwatyzm i postępowy, pluralistyczny liberalizm. Albo, używając drugiego dyskursu, tradycja, patriotyzm i wierność zasadom przeciwko moralnemu relatywizmowi i degrengoladzie. Jeśli jestem słuchaczem Radia Maryja, to wierzę w sąd ostateczny i powstrzymuję się od grzechu w lepszej sprawie. Ale wokół mnie krążą ludzie, którzy używają wszelkich, możliwych otworów do sprawiania sobie nawzajem (i w pojedynkę) przyjemności, a w dodatku mówią że to nic nie kosztuje bo po śmierci nic nie ma i że ostatnia okazja. A jeśli to prawda? Jeśli strawiłem życie na odmawianiu sobie jedynych dostępnych dóbr? Połowa Polski nie może być ot tak, w błędzie. A co, jeśli jest w tym szczypta prawdy? No cóż, wtedy jestem tylko i wyłącznie sfrustrowanym bankrutem, który nawet nie pochędożył jak trzeba. A co wtedy, jeśli Polska to nie Ojczyzna, tylko rodzaj dużego przedsiębiorstwa i że potworne straty w ludziach służyły i służą ochronie interesów finansowej elity? Jeśli Boga nie ma, to jakiż ze mnie kapitan? O tym aż trudno myśleć.

Z drugiej strony, jeśli jestem czytelnikiem Wyborczej, skłaniam się ku poglądowi, że sam określam granice swej moralności i że każdy światopogląd jest równie dobry, jak inny. Ale co wtedy, jeśli tak nie jest? Co jeśli jednak jest jakiś wspólny porządek i każdy dostanie kiedyś to, na co zasłużył? Połowa Polski nie może być ot tak, w błędzie. Swoje częste zmiany partnerów nazywam przezornością i zbieraniem doświadczeń przed „poważnym” związkiem – a co wtedy, jeśli jest to dowodem decyzyjnej impotencji i rozmienianiem się na drobne a wizja przyszłego, poważnego związku jest tylko oszukiwaniem samego siebie? Może jest jednak jakieś „naturalne” prawo, którego łamanie jest łamaniem samego siebie? A może Polska to jedyna ostoja, która definiuje moją tożsamość i deklarując światłe bycie Europejczykiem staję się zwykłym tchórzem i zdrajcą? Co wtedy? Lepiej o tym nie myśleć. Może lepiej zostać wyznawcą rycerzy Jedi i demonstrować swą obecnością katolikom, że to, w co wierzą, na czym opierają swoje życie to średniowieczny komiks?

Wczesny rozwojowo, dwójkowy typ relacji między ludźmi oparty jest na swego rodzaju symbiozie emocjonalnej, która w praktyce wygląda tak, że oczekujemy od partnera, że będzie czuł i myślał tak samo jak my. Jeśli tego nie robi, jest przeżywany jako ktoś kto rani i odrzuca. Jako wróg. W przypadku skrajnym, jakim jest np. struktura osobowości borderline, osoba odmawiająca symbiozy budzi wręcz mordercze instynkty. Jej odmienne zdanie, jej niedopasowanie ma siłę unicestwiającą nasze poczucie istnienia. Zostają wtedy tylko dwie opcje: zniszczę albo będę zniszczony.

Myślę, że na Krakowskim Przedmieściu ścierają się co najmniej dwie grupy  ludzi pełnych wątpliwości co do swej wizji świata, co do słuszności swych wyborów i skali ich konsekwencji. Ludzi, którzy spotykając się z innym poglądem czują że ich świat jest zagrożony a wartości zdewaluowane. Ludzi, którym tak wielką trudność sprawia utrzymanie poczucia tożsamości, że  jedyną, dostępną drogę jej zachowania widzą w jej akceptacji przez wszystkich oponentów. Oczywiście staną się ofiarami tych, którzy w podkręcaniu afery zwietrzą swój polityczny czy finansowy interes. Ale to inna historia.

Pozostała jedna kwestia: kim są gapie? Ludźmi, którzy przyszli dla zabawy? Dla krwi? Obiektywnymi obserwatorami? Dwójkowy typ relacji i rozwiązywania problemów jest kuszący: a może lepiej i wygodniej znaleźć wroga i go pokonać niż zadawać sobie trudne pytania? Ile jest we mnie liberała a ile konserwatysty? Ile potrzebuję indywidualizmu i wolności a ile bezpieczeństwa, stałości i lidera? A może nie męczyć się z odpowiedzią? Może poczekać, kto wygra i się przyłączyć.

Niestety, nikt nie wygra. Tak naprawdę gra polega nie na pokonaniu (przekonaniu)  przeciwnika, ale na pokonywaniu (przekonywaniu). Czuję, że mam rację, dopóki kogoś do niej przekonuję. Czuję, że mam rację, dopóki uważam, że ktoś nie ma racji. Czuję, że jestem mądry, dopóki mieszkam z kimś, kogo uważam za głupiego. Czuję, że mógłbym mieć wpływ na swoje życie, dopóki żyję z kimś, kto moim zdaniem mi je spieprzył. Takie ludzkie perpetuum mobile. Jeszcze nie słyszałem o małżeństwie, które wpadło na pomysł kupienia dwóch tubek pasty, żeby każdy mógł wyciskać po swojemu.

Udostępnij na FB

Jeden komentarz do “Krzyż czyli wojujący filozofowie”

  • Agnieszka:

    Dopiero teraz czytam;) – bardzo interesujące wyjaśnienie sporu o krzyż (chociaż pomija rolę inspiratorów, których motywacje są zapewne bardziej świadome i instrumentalne).
    A z dwoma tubkami pasty się, niestety, się nie uda. Zazwyczaj strona metodyczna (z OCD), będzie uzasadniać swój sposób wyższymi wzlędami (oszczędzanie, ekologia), które obejmą też drugą tubkę…

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook