Ostatnie okruchy

"Żyć by nie mógł żaden lud, który by wpierw nie wartościował; jeżeli jednak pragnie się uchować, nie wolno mu wartościować jak sąsiad. (...) Nigdy żaden lud nie rozumiał drugiego, stale dziwowała się jego dusza szaleństwu i złości sąsiada." - F. Nietzsche 1883.

Wszystkie
na Twitterze

Porządków ciąg dalszy.

Zadają Państwo pytania, jak skończyć z samotnością w swoim życiu. Bardzo praktyczne pytania, w których słyszę potrzebę praktycznej porady. Na takie pytania zawsze w pierwszym momencie reaguję bezradnością i smutkiem, bo z jednej strony czuję pokusę powiedzenia: „zrób to i tamto”, a z drugiej strony wiem, że takie doradzanie prawie zawsze kończy się źle. Z wielu powodów. Najczęstszy jest taki, że gdy zaczynam doradzać, natychmiast słyszę mnóstwo argumentów typu „to już robiłem”, „to się nie uda”, „jestem zbyt słaba” itd. Pytający zastawił na mnie pułapkę, w którą wpadłem. Pułapka polega na tym, by udowodnić mi, że sytuacja, w której on/ona się znajduje jest beznadziejna. Po co miałby to robić?

Najprostsza odpowiedź jest dosyć brutalna: pytający, mimo że deklaruje chęć zmiany, tak naprawdę nie chce niczego zmieniać w swoim życiu. Chce tylko zobaczyć moją bezradność w doradzaniu, dzięki której będzie mógł sobie powiedzieć: „no tak, widać mam rację – nic się nie da zrobić”. Z Państwa listów wynika, że samotność jest często wynikiem rozczarowań i bólu w kontakcie z ludźmi. Mamy więc dylemat: pozostać samotnym i cierpieć z braku ludzi albo próbować być z nimi i ryzykować cierpienie przez nich. Można założyć, że osoby samotne wybrały pierwszą opcję. Niestety, potrzeba bliskości doskwiera. Trwa wewnętrzny konflikt. I tu ujawnia się ciemniejsza strona ludzkiej natury: zamiast konflikt rozwiązać i podjąć własną decyzję szukamy pomysłu, żeby tej decyzji nie musieć podejmować. Jeden ze sposobów polega na wykasowaniu z psychiki alternatywy, jednej ze stron konfliktu. Czyli w tym przypadku pomysłu, że może warto jeszcze raz spróbować. W tym celu znajdujemy kogoś, kto posłuży jako „pojemnik” na jedną ze stron naszego konfliktu. Może to być znajomy, psycholog, prawnik. Pytamy go: powiedz, co mam zrobić? On, starając się pomóc, podrzuca różne pomysły, a my znajdujemy w nich braki, trudności, niemożności. Po jakimś czasie nasz „doradca” wymięka, traci siły, ogarnia go bezradność. My natomiast czujemy, że skoro on nie poradził sobie z problemem, to i my nie poradzimy. I tak osiągamy swój cel: brak wewnętrznego konfliktu. Zwykle tylko na jakiś czas, bo potem potrzeba bliskości się budzi i znów trzeba ją obezwładnić, zgasić.

W tę pułapkę wpada bardzo wielu psychologów, szczególnie ci, którzy nazywają siebie „pomagaczami”. Wyżej wspomniana strategia ma też odwrotną wersję: dajemy się komuś przekonać, przyjmujemy jego radę, stosujemy ją i wpadamy w kłopoty, za które obwiniamy „doradzacza” – no bo kogo innego? Bardziej wyrafinowana odmiana tej wersji polega na tym, że słuchamy i stosujemy się do rad „doradzacza” przez całe życie. Poddajemy się adopcji, można powiedzieć. Jest mnóstwo ludzi, którzy chcą poczuć się mądrzy i ważni, trzymając przy sobie kogoś, kogo uważają za głupszego i zależnego. Wyrafinowanie takiej strategii polega na tym, że uzależniając się od „doradzacza”, przestajemy cierpieć na samotność. Cierpimy (bardzo) na inne rzeczy, ale na samotność już nie.

W psychoterapeutycznym świecie wygląda to tak, że pacjent zostaje u terapeuty „na zawsze”. Wspólnie zastanawiają się, jak też pomóc pacjentowi wyjść z samotności. Pacjent z uprzejmości bierze w tym udział, ale on swoją sprawę już załatwił – ma przecież kogoś, kto się wciąż o niego troszczy. Bywa nawet tak, że gdy terapeuta w chwili przytomności wrzuca temat zakończenia terapii, pacjentowi „pogarsza się” na tyle, że rozmowę o kończeniu odkłada się na czas nieokreślony. Jeśli komuś wydaje się, że są to odosobnione przypadki, to się grubo myli.

Ilość poradników psychologicznych na rynku jest taka, że gdyby one działały, mielibyśmy społeczeństwo ze wszech miar uszczęśliwione. Czemu tak nie jest? Rada zwykle jest czymś zewnętrznym, co trzeba sztucznie w sobie podtrzymywać. Nie wynika ze zrozumienia, z wewnętrznego doświadczenia i przekonania. Dlatego nie doradzam. W to miejsce próbuję uświadomić pytającemu, przed jakim dylematem stoi i jak go unika. Próbuję oddać mu do rąk odpowiedzialność za jego życie i jego decyzje. Przestało mnie już zaskakiwać, że bardzo często ludzie bronią się przed tym rękami i nogami.

Aby nie być gołosłownym, zajmę się dalej porządkami. Czułem się jednak w obowiązku uprzedzić, że będziemy odsuwać meble i wymiatać piętnastoletnie pajęczyny, a nie tylko ogarniać po wierzchu.

Udostępnij na FB

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook