Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Z trójcy „zdobyć, trafić, utrzymać” wybrałem dziś pewien problem z kategorii „utrzymać”, który wydaje mi się zasadniczy dla przetrwania związku. Przenikanie się miłości i nienawiści (bo o tym mowa) zajmuje pewnie większą część światowej literatury i jest tematem wielu banalnych i mniej banalnych stwierdzeń. Jak więc ten czarno-biały supeł wygląda z pozycji psychoterapeuty i czym są tytułowe Czarne Oceany?

Jak większość z nas wie, początek związku jest zwykle dosyć przyjemny i lokuje się w okolicach barwy różowej. Ożywia nas „nowa nadzieja”, życiowe soki zaczynają mocniej krążyć, poziom energii skacze pod niebo. Można to oczywiście tłumaczyć hormonami i wielu „naukowców” tak robi. Tylko że hormony nie wyjaśniają tej emocjonalnej huśtawki, w którą wpada duża dziś część par. Ale po kolei. Fakt, że nasze pragnienie sięga zenitu przy osobie, którą znamy czasem od tygodnia a obniża się w trakcie poznawania tej osoby można rozumieć tak, że niewiedza na jej temat jest wielką białą plamą, którą możemy wypełniać swoimi najpiękniejszymi marzeniami. Im szybciej trafia nas „piorun”, tym pewniej możemy powiedzieć, że zakochaliśmy się nie w konkretnej osobie ale we własnych fantazjach na jej temat. Proces narasta lawinowo, bo im więcej marzeń w niej ulokujemy, tym mocniej się zakochujemy – a im bardziej się zakochujemy, tym bardziej szukamy w tej osobie spełnienia marzeń. Widać to najbardziej przy pierwszym zakochaniu, po którym zwykle trochę trzeźwiejemy i wydaje się nam, że teraz jesteśmy dorośli i patrzymy na sprawy obiektywnie. Niestety, jesteśmy w błędzie.

Gdy za mąż wychodzi (po raz szesnasty) gwiazda filmowa, wszyscy prawie jesteśmy w stanie przytomnie ocenić, jak i kiedy to się zakończy. No ale gwiazdy żyją z fantazją na co dzień, więc dajmy im spokój. Jak działanie fantazjji objawia się w bardziej realistycznym związku? Dla jednych będzie to oznaczać, że któregoś dnia zauważą, że ich partner ma kłopoty z pryszczami, za krótkie nogi, lekkiego zeza albo że nie zrobił matury – i jakoś trzeba się będzie z tym pogodzić. Rzeczywistość wyłazi na wierzch spod naszych różowych okularów. My też już nie jesteśmy tacy zachwycający dla drugiej strony, co więcej, nie chce się nam w to zachwycanie całej energii wkładać, zwłaszcza po naszych niewesołych spostrzeżeniach przy oglądaniu ukochanej podczas nitkowania zębów. No ale cóż, krok po kroku się do siebie przyzwyczajamy i jakoś to idzie, lepiej lub gorzej. Ale dziś nie o takich relacjach. Dziś o takich, gdzie po dostrzeżeniu realnej osoby zaczynamy jej po trochu nienawidzić. Wady fizyczne nie są tu oczywiście takie istotne: najpoważniejszy problem jest taki, że ten ktoś myśli czasem zupełnie inaczej niż ja i ma inne pomysły na załatwianie wspólnych spraw albo inną ocenę tego, co się między nami wydarza (nieśmiertelna „czyja wina”). W takim związku emocje przepływają inaczej: wspólny czas dzieli się na taki, w którym kochamy się zupełnie tak, jak na początku relacji i taki, w którym chcemy się nawzajem pomordować, głównie w myślach, ale też często całkiem realnie. Taki czas właśnie, w którym najbliższa osoba staje się naszym największym wrogiem, nazywam po dukajowsku Czarnym Oceanem.

Czarne Oceany są traumatycznymi przerwami, wyrwami w relacji, w których czujemy, że świat się wali, ogarnia nas przemożny strach i wściekłość, poczucie niesprawiedliwego potraktowania lub odrzucenia przez osobę, która obiecywała raj a zgotowała piekło na ziemi. W przypadkach skrajnych jest to np. patologiczna zazdrość, której wystarczy ulotne spojrzenie ukochanego na inna kobietę, abyś poczuła wzbierającą chęć niszczenia jej i jego. Takie właśnie przypadki prowadzą do prawdziwych zabójstw i samobójstw, przekradając się potem do literatury i budząc nasze fantazje na temat: „jak to się kiedyś kochało”. W mniejszym natężeniu Czarne Oceany przejawiają się w walce o dominację: np. gdzie pojedziemy na urlop, do której matki pójdziemy w święta najpierw albo na której półce mają stać kubki i w którą stronę mają mieć zwrócone uszka. Możliwości jest tu mnóstwo ale ich sens jej podobny: skoro nie robisz tego, co ja chcę, to znaczy że nie bierzesz pod uwagę moich potrzeb, ergo jestem dla ciebie kawałkiem gówna. No to jak tak, to ty dla mnie też. Z wielu powodów osobowości tego rodzaju przyciągają się, więc nie trzeba długo czekać na ripostę drugiej strony. Skutkiem jest eskalacja wzajemnej nienawiści, prowadząca często do realnych zranień, czasem takich, których już wybaczyć się nie da. Czasem jednak się da i wtedy następuje okres wyrzutów sumienia, przepraszania i wzajemnych, często przesadnych ustępstw, które prowadzą znów do poczucia zdominowania i w efekcie powtórzenia całego cyklu od nowa.

Przyczyn tego rodzaju problemów upatruje się zwykle we wczesnodziecięcych doświadczeniach i praktyka terapeutyczna to potwierdza. Czasem jest to zaniedbanie przez rodziców, czasem specyficzna relacja z rodzicem, który robi z dziecka pojemnik na swoje problemy, traktując jak spowiednika i jedyne wsparcie. Czasem też jest to relacja z rodzicami, z których jedno pozwala na wszystko a drugie jest surowe i karzące. Dziecko wiąże się wtedy narcystycznie z tym permisywnym rodzicem i nie ma szans na pomoc tego drugiego w trudach akceptacji różnic między ludźmi i walki o swoje miejsce w dorosłej relacji. Wspólnym doświadczeniem tych konfiguracji jest przeżywanie nieobecności rodzica nie jako szansy na realizowanie własnych pomysłów ale jako zagrożenia dla własnej tożsamości albo nawet dla życia. Mówiąc prosto, osoba która cię nie chce, nie jest wtedy po prostu pustym miejscem w życiu – jest niebezpiecznym agresorem. Pierwszym odruchem jest więc zwykle usunięcie takiej osoby ze swego życia. Takie właśnie może być podłoże powtarzających się, nieudanych związków, w których wytrzymujesz ile możesz a potem nagle zrywasz z partnerem na zawsze. Nie ma dialogu, bo nie ma wiedzy, że to w ogóle możliwe. Przy okazji, tutaj muszę przeprosić kilka osób, którym nie odpowiedziałem na listy w rodzaju: „w każdym związku ludzie mnie rozczarowują i zawodzą, świat jest zły i nie chcę mieć z nim do czynienia”. Ten tekst jest próbą odpowiedzi na ich zapotrzebowanie.

Jak zwykle, pojawia się pytanie, co z tym zrobić? Teoretycznie odpowiedź jest dosyć prosta, w praktyce jest to raczej mozolna praca nad sobą i relacją. Tajemnicą jest sposób, w jaki traktujemy konflikt. Dla wielu osób, a szczególnie dla dziś opisywanych, konflikt jest czymś jednoznacznie złym. Zaistnienie konfliktu oznacza dla nich, że związek właśnie się wali. Że trafiliśmy (znowu) na nieodpowiednią osobę. Albo (w najlepszym razie) że właśnie znaleźliśmy się w wysoce niestosownej i żenującej sytuacji, którą trzeba jak najszybciej przerwać i nigdy więcej do niej nie wracać. W rzeczywistości konflikt jest źródłem informacji o różnicy między dwoma osobami i otwarciem pola na dogadanie się, w jaki sposób będziemy tę różnicę brać pod uwagę w związku. Niestety, samo emocjonalne zaakceptowanie tej różnicy jest dla wielu z nas zadaniem bardzo trudnym. Z powodów wyżej wymienionych wiele osób uważa, że dobry związek to taki, w którym nie ma konfliktów. Dla tych osób odważę się zaproponować definicję odwrotną: o jakości związku (i jego szansach na trwanie) świadczy przede wszystkim umiejętność radzenia sobie z konfliktami. Jeśli takie konflikty stają się podstawą do skrywanej lecz narastającej urazy, to związek w końcu się rozpadnie a obie osoby, jak w piosence Ciechowskiego zajmą się wycinaniem jego/jej twarzy ze wspólnych zdjęć. Jeśli jednak dwoje ludzi jest w stanie porozmawiać o tym, co się przed chwilą wydarzyło, otworzyć przed drugą stroną cały ten wstyd, który nierozerwalnie z taką sytuacją się wiąże, to oznacza to wejście na drogę ku akceptacji prawdziwego, żywego człowieka w naszym życiu i zdecydowania, czy chcemy kochać go takim, jaki jest. Czego sobie i Państwu życzę.

Udostępnij na FB

Jeden komentarz do “Czarne Oceany”

  • Czerwono Czarna:

    Bardzo ciekawy artykuł. Jestem jednym z tych ludzi którzy wychowali się w śród „czarnych Oceanów” niestety przez, to stałam się taka sama… pretensje, kłótnie i ta nieograniczona chęć postawienia na swoim – właściwie bez większego powodu. Czasem coraz częściej sobie uświadamiam, że moje dzieciństwo jest powodem dzisiejszej depresji i wielu innych niepowodzeń… Bardzo się izoluje od ludzi, a jeśli już z nimi przebywam staje się intruzem i katem, najczęściej w pracy i domu z byle czego mogę zrobić powód do awantury, zazwyczaj kończy się wyjściem z domu, trzaśnięciem drzwiami a w sytuacji bez wyjścia, zwykłe milczenie, które słusznie zostało nazwane „złotem” – nie daj boże ktoś zapyta „co, zła jesteś?”, „obraziłaś się?”. Jeśli ja milczę niech lepiej milczą wszyscy :D… Ale na szczęście znam granice, których nie powinno się przekraczać, potrafię powiedzieć PRZEPRASZAM i w tym momencie uświadamiam sobie jak dobrzy ludzie mnie otaczają, że potrafią wybaczać, zapomnieć o tym co przed chwilą rozpaliło w nich gniew do czerwoności…

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook