Piszą Państwo ostatnio o samotności we dwoje, więc zdecydowałem się trochę ugryźć ten temat. Jest rozległy i trudny, więc proszę wziąć pod uwagę, że opisać można jeden wycinek tej kwestii na raz. Istnieje jednak pewien schemat samotności we dwoje, który pojawia się dosyć często.

Zacząć trzeba od tego, że nasz wzorzec wchodzenia w relacje pochodzi w dużym stopniu od rodziców. To truizm, oczywiście, nasze spsychologizowane społeczeństwo już to wie. Przyglądając się jednak bliżej, okazuje się, że nie tyle chodzi o naukę przez obserwację, co stosunek do CHCĘ rodzica. Nazwałem to tak, żeby nie robić terminologicznego zamieszania. CHCĘ rodzica to, mówiąc krótko, jego własne, prywatne potrzeby i popędy, ukierunkowane na własną satysfakcję a nie na satysfakcję dziecka. Przykład z tych często przytaczanych: rodzice każą dziecku pić mleko, ono mleka nie znosi, rodzice tłumaczą, że to dla jego dobra, dziecko nie pojmuje, jak taka męka może być dla jego dobra. No i tu jest punkt, w którym dziecko „zdecyduje się”, jak będzie traktować CHCĘ rodzica. Bo chyba nie mamy wątpliwości, że jest granica, za którą dziecko zmuszane jest do picia mleka nie dlatego, że to zdrowe, tylko dlatego, że rodzic tak CHCE i nie znosi sprzeciwu. Satysfakcja rodzica wynika w tym przypadku nie z dobra dziecka ale z przyjemności dominacji nad nim. Żeby sprawę skomplikować, 99% rodziców nigdy się do tego nie przyzna, także (a może zwłaszcza) przed sobą. To jest w jakimś sensie „genialność” naszego umysłu: możemy doznać (my, rodzice, szefowie, nauczyciele, księża, politycy itd.) sadystycznej przyjemności, jednocześnie wierząc, że robimy to dla dobra drugiej osoby. Jeśli ktoś wątpi w to, co napisałem, niech dobrze poszuka we własnej pamięci.

Jak więc reagujemy na CHCĘ rodzica? Opiszę tu dwa sposoby, komplementarne w stosunku do siebie, co (jak już zaznaczyłem) nie wyczerpuje tematu. Pierwszy sposób: „Wypiję to mleko, bo skoro rodzic tego chce, to musi być dla mnie dobre. Sprawię mu tym przyjemność a efekcie sobie.”. Trochę upraszczam, ale chodzi o to, by w skrócie pokazać, jak uczymy się czerpać przyjemność z przyjemności innych osób, gdy nasza własna przyjemność jest zakazana. Od razu powiem, że ten sposób wybierają częściej dziewczynki. W dorosłym życiu czerpią często satysfakcję np. w życiu seksualnego z tego, że zaspokojony jest mężczyzna. Drugi sposób: „Nie wypiję, żeby nie wiem co. I skoro tak gramy, to nie uwierzę już nigdy, że jakieś twoje (rodzicu) CHCĘ ma na celu moje dobro.”. Takie rozwiązanie skutkuje ostatecznie wyrugowaniem ze swego życia wszelkich, zewnętrznych CHCĘ. Ten sposób wybierają częściej chłopcy (zostawmy na razie w spokoju przyczyny). Dla równowagi znów podam konsekwencje w życiu seksualnym: brak podniecenia u mężczyzny wobec kobiety, której na nim wyraźnie zależy. Jej CHCĘ mężczyzna traktuje jako kolejną próbę inwazji i jego ciało stawia opór, chociaż (w lżejszych przypadkach) zdroworozsądkowo to by może i chciał. Albo chce tylko wtedy, gdy warunki to uniemożliwiają (np. jest w pracy, dzieci są w pokoju itp.).

W wieku Viagry kłopoty seksualne można przeskoczyć, co nie znaczy, że ogólny schemat zniknie. Wyobraźmy więc sobie, co stanie się, kiedy zetkną się ze sobą dwie opisane wyżej osobowości, a dzieje się to często. Wszyscy pewnie kojarzymy sytuacje, kiedy kobieta domaga się od swego mężczyzny, żeby posprzątał a on uchyla się od tego, jak tylko może. Albo żeby opuszczał klapę od sedesu, co on notorycznie zapomina zrobić. Albo naprawił cieknący od wieków kran itp. Miliony dowcipów i poradników psychologicznych na ten temat powstało, co zaświadcza o skali występowania tego schematu. Idąc krok dalej, zgodzimy się chyba, że kobiecie nie tyle zależy na wykonaniu samej czynności, co na tym, żeby mężczyźnie CHCIAŁO SIĘ tę czynność wykonać. Jest to oczywiście jakiś dowód dla niej, że temu facetowi w ogóle na niej zależy. Natomiast on nie robi tego nie dlatego, że to trudne, ale dokładnie dlatego, że wie, że ona tego CHCE. Jeśli więc on, zgodnie ze swoim schematem, nawet wykona tę czynność, ale bez zapału i w dokładnie określonych przez nią granicach, jej głęboka potrzeba nie zostanie zaspokojona, co automatycznie wywoła kolejne domaganie, na co on zareaguje jeszcze mocniejszym wycofaniem i tak do całkowitej obcości i samotności we dwoje. Wersje tej samotności są oczywiście różne, często pojawia się tu „ta druga” na boku, która po prostu nie chce aż tyle (dopóki nie stanie się „tą jedną”).

Dramat tej sytuacji polega między innymi na tym, że na początku związku to zwykle mężczyzna wykazuje inicjatywę a kobieta jakoś reaguje na jego CHCĘ, co zbliża obie osoby, ale nie wyzwala opisanego efektu. Dopiero wtedy, kiedy kobieta „też zacznie chcieć”, czyli związek zostanie w jakiś sposób obopólnie potwierdzony, pojawiają się kłopoty. W mojej pracy niejednokrotnie spotykam historie par, które żyją ze sobą całkiem dobrze i długo, broniąc się jednak instynktownie nawet przed nazwaniem tego układu związkiem. Bo oboje zdają sobie sprawę, że wtedy ona zacznie mieć większe oczekiwania a on zacznie się mocniej przed nimi bronić. Małżeństwo w takiej sytuacji ze zrozumiałych względów działa jeszcze bardziej paraliżująco.

Czy jest jakiś sposób na wyjście z tego błędnego koła? Nic tu nie dzieje się szybko. W ogromnym skrócie kobieta może próbować hamować swoje CHCĘ a mężczyzna może dla niej robić różne rzeczy miłe, których nie traktuje jako coś, czego skrycie CHCE ona. Ale to łatwo brzmi a w praktyce może trwać długo i niekoniecznie z jednym partnerem. No i można o całej sprawie rozmawiać, bo im częściej rozmawiamy, tym rzadziej nawiedzają nas duchy przeszłości. Przy okazji, łatwo mi w tym momencie wytłumaczyć, czemu w niektórych sprawach nie da się nic doradzić. Bo przecież, gdyby doradzić kobiecie, żeby o tym porozmawiała z mężczyzną, to dorzucimy jej kolejne domaganie się od mężczyzny, na które on zareaguje… jak?

Udostępnij na FB

Pięć komentarzy do “CHCĘ RODZICA”

  • hedata:

    Tak, CHCĘ rodzica to prawdziwa potworność, którą fundują swoim dzieciom. Później „dziecko” nawet w dorosłym życiu nie wie co jest jego CHCENIEM a co w dalszym ciągu CHCENIEM rodzica wkodowanym do jego głowy. To potworny koszmar. Trudno w takich warunkach odnaleźć swoje „prawdziwe ja”. Ale warto …. to niesamowicie zmienia na lepsze komfort psychiczny życia. Cieszę się, że mi się udało 😉 Lepiej późno niż wcale 😉 pozdrawiam

  • Jestem:

    Otóż mam bardzo bolesną świadomość tego, że stawiam na swoim dla dzikiej satysfakcji postawienia na swoim. Ba! Nawet potem taplam się w poczuciu winy, choć niekoniecznie wpływa to pozytywnie na moje kolejne zachowania. Odtwarzam schemat.
    Po latach gdy moja Matka królowała na piedestale idealności i cudowności zaczynam nieśmiało dopuszczać myśl, że jestem ofiarą zbrodni w białych rękawiczkach i z przerażeniem przyglądam się temu, jak przez całe życie broniłam Jej wizerunku pogrążając siebie. I kogóż winić? Ona też jest/była? ofiarą swojego dzieciństwa… pewnie lepiej przestać szukać winnych, zakasać rękawy i wziąć się porządnie do roboty.
    Problem w tym, by nie stracić nadziei, że się da cokolwiek zrobić i że to ma sens. Ja póki co mam poczucie nieustannego poszerzania świadomości co niekoniecznie znajduje swoje odzwierciedlenie w moim życiu. Przynajmniej ja jakoś osobiście nie dostrzegam.
    Chyba też nie mam złudzeń co do tego, że nie zrobię dzieciom żadnej krzywdy. Może to się da minimalizować, ale w wyeliminowanie niestety nie wierzę. Zakładam, że Rodzic zawsze jest na straconej pozycji. Przy tym co nawywijałam i co mam w głowie i sercu, to jeszcze lata pracy przede mną a dzieci jakoś niestety w tym uczestniczą, bo czasu nie zatrzymam, skoro już je urodziłam.

  • Jestem:

    Niesamowite zdjęcie. Przerażające. Dla mnie głównie to, że widzę siebie zarówno w postaci skulonego dziecka jak i przyznaję, że tak niejednokrotnie
    wygląda mój cień

  • s:

    Dziękuję za ten artykuł.

  • ziemia:

    Kiedy miałam kilkanaście lat nieraz myślałam, że nie mogę mieć dzieci, bo wówczas trzeba będzie KONKRETNIE odpowiadać na pytania dziecku, każdego dnia JAKOŚ je kształtować choćby przez to,że ciągle trzeba dokonywać wyborów, jakoś reagować na sytuacje. A dziecko zawsze będzie to wchłaniać całym sobą i jakoś się tam kształtować. Bardzo się tego bałam. Myślałam w ten sposób prawdopodobnie dlatego,że miałam młodsze rodzeństwo, którym musiałam się zajmować.
    A potem urodziły się moje dzieci, mijał dzień za dniem. Najpierw trzeba było pokazywać im paluszki i „gdzie jest nosek”, potem że trzeba mówić „dzień dobry”nawet nielubianej sąsiadce. I jakoś poszło. I chociaż ZAWSZE byli dla mnie najważniejsi i CODZIENNIE pamiętałam o moich nastoletnich strachach, więc starałam się ich szanować jako ludzi od niemowlęcia-nie uniknęłam błędów. Przynajmniej w ich osądzie. Mamy bardzo dobry kontakt (są już dorośli), a jednak to i tamto było według nich źle.
    Inaczej chyba nie da się tego zrobić. Chyba nie da się uniknąć błędów. Ale trzeba się starać. Każdego dnia. Dziś. Tak szybko dorastają i odchodzą do swojego życia z bagażem tego, co im zapakowaliśmy… I tych „plecaczków” nie da się już przepakować. Jedynym pocieszeniem dla mnie gdy martwię się tą sytuacją jest myśl, że nie na wszystko mamy wpływ. Dzieci dziedziczą też pewne cechy po przodkach, no i mają własną wolę w dorosłym życiu. Na szczęście nie wszystko zależy od rodzica :-)

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook