Archiwum dla kategorii ‘społeczeństwo’


Być może nigdy nie poznamy prawdy o wirusie, ale niewątpliwie coś wyszło na jaw. Prawda o nas samych. I trochę kłopotliwych pytań, które trzeba sobie zadać.

Rozmawia Krystyna Romanowska

Czy pytanie: „Powiedz mi, jak reagujesz na koronawirusa, a powiem ci, kim jesteś?” jest zasadne?  
W jakimś sensie tak. Mam wrażenie, że nasze wnuki poznają prawdę absolutną o koronawirusie – w oderwaniu od obecnych politycznych opinii. Dzisiaj trudno tej prawdy dotknąć. Można natomiast spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o sobie samym w odniesieniu do tego, jak reaguje się na wirusa. Psychologowie do postawienia diagnozy używają tzw. testów projekcyjnych – obrazka, który każdy może interpretować na swój sposób. Ta interpretacja niewiele mówi o samym obrazku, natomiast sporo może powiedzieć o widzu, który snuje swą opowieść. Tak jest z koronawirusem, który zajął dziś miejsce poprzedniego testu projekcyjnego czyli klimatycznej apokalipsy.

Jakie więc prawdy opowiada o nas wirus? Wydobył nasze największe strachy? Podsumował dotychczasowe zycie? Uświadomił, bez czego nie możemy żyć? A może wszystko naraz?

Niewątpliwie dokonał brutalnego wyłomu w tkance otaczającej nas znanej i bezpiecznej rzeczywistości. Nie mamy na to gotowej odpowiedzi, nie możemy z niczym porównać. Nasze zachowanie przypomina reakcję zaskoczonego zwierzaka, który miota się w różne strony, nie znajdując swojej bezpiecznej norki. Psychologicznie efekt jest podobny do szoku powypadkowego, w wyniku porwania, tragicznej śmierci lub innej traumatycznej sytuacji, która wywraca znany nam świat na lewą stronę. Z tą różnicą, że w tym pandemicznym szoku udział bierze całe społeczeństwo. Nie można więc nawet „zrobić to, co wszyscy”, co zwykle robimy w razie niewiedzy. „Wszyscy” są podobnie zdezorientowani, więc zamykamy lasy, żeby po dwóch tygodniach z powrotem je otworzyć. Jednego dnia maseczki szkodzą, innego pomagają. Wynika to z faktu, że tuż obok nas wciąż zieje wyrwa w rzeczywistości, która wprowadza chaos, podważa oczywiste dotychczas prawdy i reguły. Chcemy wiedzieć coś „na pewno”. W ten sposób niektórzy np. „wiedzą na pewno” że wirus nie istnieje. Wielu z nas będzie próbować tę wyrwę pośpiesznie zafastrygować, bo w niej czają się wszystkie nasze psychotyczne lęki. W gabinecie słucham o fali telefonów lub maili od osób nie widzianych od wieków –  wiele z tych osób ma pomysł, żeby kontynuować relację „od punktu, gdzie wtedy przerwaliśmy”. Zaszyć dziurę, ot co. Wiele z obecnych reguł postępowania z pandemią prawdopodobnie jest daleka od adekwatności, ale dzisiaj nie mamy szans ocenić tego właściwie. Nie możemy przecież badać rzeczywistości, którą przecież sami pośpiesznie, z dnia na dzień sztukujemy i jednocześnie wierzyć w swój obiektywizm.

Wiemy, że jesteśmy podzieleni? Ale to wiedzieliśmy już wcześniej. Na tych, co zyskują i tych, co tracą. Na tych, co korzystają z koronowirusowego podziemia i tych, którzy nadal boją się wystawić nos poza mieszkanie….
Subtelne wcześniej podziały społeczne zaczynają się dziś zaznaczać mocniej, wyciągając na wierzch kolejne prawdy. Część z nas istnienia wirusa w ogóle nie uznaje, tak jak wcześniej nie uznawała innych zagrożeń, w postaci burning outu, wypadków samochodowych, cholesterolu, grypy czy marskości wątroby. Świetnym symbolem może być filmik, który obiegł niedawno media, na którym rozpędzony samochód przelatuje na sporej wysokości na wprost przez puste rondo – w dobie ogólnego zwolnienia tempa. Nie będzie rzeczywistość pluła nam w twarz. „There is no spoon”. Będziemy pędzić bezrefleksyjnie jak szybko się da, aż trafimy na wystarczająco twardą ścianę, która pozbawi nas wszelkiej refleksji już raz na zawsze.

Przeciwna reakcja polega na tym, że wpadamy w stan ciągłego, najwyższego zagrożenia. Wirus czai się na każdym kroku, na każdej klamce czy poręczy a odkażanie musimy przeprowadzać na sobie i bliskich co dziesięć sekund, najlepiej odkażaczem, który został dodatkowo odkażony. O wyjściu na dwór w ogóle mowy nie ma, do zakupów ostatecznie możemy użyć tego członka rodziny, który i tak nigdy specjalnie nie rokował. Taka obsesja może mieć różne przyczyny. Najczęściej dotyka tych z nas, którzy i tak już wcześniej bali się życia, tylko w sposób bardziej subtelny, co w konsekwencji stworzyło niejasne poczucie przegapienia czegoś ważnego, stracenia najlepszych lat na rzeczy nieistotne. Wirus ostrzega: tyle jest jeszcze do zrobienia a już jutro mogę objawić się w twojej krwi i w twoich płucach – chroń życie, bo może ci się jeszcze przydać. Po krótkiej refleksji można dojść do wniosku, że niektórzy z nas na tyle boją się, że życie „pełną gębą” jest niebezpieczne i prowadzi do śmierci, że zdecydowali się do życia w ogóle nie przystąpić. Paradoksalnie różnica między takim stanem a faktyczną śmiercią jest niewielka, polega głównie na tym że w takiej izolacji też się nie żyje, tylko się o tym nie wie.

Co mówią ludzie na terapii?

Wielu z nich, być może nawet większość, jest z obecności wirusa i  konsekwencji całkiem zadowolona. Nie zliczę już, ile razy usłyszałem w moim – zdalnym oczywiście – gabinecie wyznane z lekkim poczuciem winy: „nareszcie mam spokój, nigdzie nie muszę chodzić i nikt nic ode mnie nie chce. Jeżeli nawet chce, to zawsze mam argument, że zdrowy rozsądek mi na to nie pozwala”. Co to mówi o człowieku? Przede wszystkim to, że jego życie polega na braniu udziału w czymś, do czego często czuje sporą niechęć, jeśli nie odrazę – i nie bardzo wie, jak się z tego wyplątać. Gra/gramy w grę, której nie lubi/my i w którą przegrywa/my, ale z jakiegoś powodu gra/my w nią nadal. Argumenty, że to niszczy albo że nie mam/y na to ochoty nie wystarczają – dlatego wirus i związana z nim izolacja staje się paradoksalnie wybawieniem.

No dobrze. Jesteśmy leniwi czy nadwrażliwi?
Ilu z nas jest wdzięcznych w skrytości wirusowi, że dzięki niemu nareszcie nikt nie leży nam na plecach w kolejce do kasy w supermarkecie? Część z nas po prostu nie daje sobie rady z ludźmi, z ich żądaniami, z ich agresją i rozpychaniem się łokciami. Nie umiemy stawiać granic, nie umiemy odmawiać – i z każdej interakcji wychodzimy jakby kolejny raz troszkę bardziej okradzeni. „Piekło to inni” – mówił filozof i to stwierdzenie urzeczywistnia się dziś, w dobie dystansu i podejrzliwego patrzenia na siebie nawzajem.

Należę do tej grupy.

Inni doświadczają z kolei uwolnienia od galopującej konsumpcji i gorączkowego zarabiania na własne nienasycenie. W tej pandemicznej, przymusowej izolacji można nagle usłyszeć własne myśli, podoświadczać błogiego lenistwa, bez poczucia winy, że właśnie traci się coś niewyobrażalnie wartościowego. Można odetchnąć z ulgą, bo w tym roku nie będziemy musieli prezentować na Fejsie swych zdjęć z hotelu w Hiszpanii czy na Kanarach – możemy zamieścić fotkę z Jazgarzewa Dolnego i nikt nie ma prawa powiedzieć złego słowa na ten temat, a nawet możemy zebrać punkty za odpowiedzialne trzymanie się z daleka od ludzkich zbiegowisk.

Także się z tym utożsamiam. Ja na przykład odkryłam: kocham moją pracę oraz mam w sobie niebywałą potrzebę wolności. Nikt i nic nie było mnie w stanie utrzymać w domu.

Nie wszyscy doświadczają euforii związanej z odosobnieniem. Dla niektórych kwarantanna oznacza zagęszczenie wielu bliskich osób na małej powierzchni mieszkania. Może być to oczywiście ziszczeniem długo oczekiwanego raju na ziemi, ale równie dobrze wirus może pokazać, jak bardzo dalecy i nieznani są ci nasi bliscy. Wielu z nas na przykład doświadcza właśnie skoncentrowanej na sobie energii własnych dzieci, które przed wirusem mogły tę energię kierować na kogoś innego, komu za to płacą.

Być może wirus pomoże nam przyznać, że płacą im grubo za mało?

Niewykluczone. Mamy też szansę przyjrzeć się naszym małym przyszłym dorosłym, które po tygodniu bliskości jesteśmy gotowi zamordować albo przynajmniej zamknąć w piwnicy. Czy naprawdę chcemy wypuścić je w tej formie w świat, w objęcia innej, bliskiej im osoby, która będzie prawdopodobnie doświadczać czegoś podobnego, co my teraz?

Czyli stajemy oko w oko z naszą rodzicielską porażką?

Może tak być. Ale też bywa jeszcze bardziej skomplikowanie. Przed wielką niewiadomą stoją pary, które wytrzymywały ze sobą tylko dlatego, że przez większą część dnia mogły ze sobą nie przebywać. Jakiś poważny brak w związku mógł być nie brany pod uwagę lub nawet niezauważany tylko dlatego, że był wyprowadzany na zewnątrz, w formie pracoholizmu albo erotycznej zdrady. Surowy nauczyciel-wirus pozbawia nas tych zewnętrznych zaworów bezpieczeństwa, przez co istniejący już wcześniej brak jest brutalnie wyciągnięty na światło dzienne. Okazuje się, że nie mamy już na siebie ochoty albo wręcz nie możemy już na siebie patrzeć. Całe szczęście, że możemy teraz przynajmniej o tym porozmawiać i dowiedzieć się, czy problem da się załatwić w małym mieszkaniu między nagle wspólnym pokojem i nagle wspólną kuchnią. Niestety, wirus w tej rozmowie nam już nie pomoże, musimy ją przeprowadzić sami.
Mogę podać przykład zdominowanego przez żonę męża, który nigdy nie miał odwagi zaznaczyć swojego zdania wobec rodziny i żył w niejasnym poczuciu zniewolenia. W epoce pandemii dostał do ręki paragraf od rządowego autorytetu, którym teraz może walić na prawo i lewo w poczuciu absolutnej słuszności. Dręczy więc siebie i bliskich surowymi rygorami dystansu i sterylności. Czerpie z tego przyjemność używania władzy i siły, których z jakichś powodów zabrakło wcześniej. Ma więc dziś szansę wsłuchać się w cichy głos wirusa, który szepcze: „uważaj, wraz z pandemią może skończyć się twoja siła”. Czy w związku z tym będzie miał chęć wrócić do swego poddaństwa?

Kwarantanna ma swoją dynamikę.
Po początkowej euforii wynikającej ze świętego spokoju zaczyna pojawiać się uczucie marazmu i nudy oraz nikłe z początku przekonanie, że jednak coś ważnego tracimy, i że przyjemność wynikająca z tego, że „nikt nic od nas nie chce” szybko się kończy.
Zaczynamy zadawać sobie pytania: co dalej? Co po wirusie? Czy czeka nas nowy świat i jak będzie wyglądać? Czy będziemy chcieli się zaadaptować, czy raczej się zbuntujemy i będziemy chcieli po staremu? Znów takie pytanie traci sens, gdy zadamy je całemu społeczeństwu. Staje się natomiast bardzo istotne, gdy zadamy je samemu sobie albo bliskiej osobie. Jest takie zdanie w buddyjskich naukach, że twój najgorszy wróg jest jednocześnie twoim najlepszym nauczycielem.

Czego nas więc uczy wrogi wirus i czy jesteśmy gotowi z tej wiedzy skorzystać?

W sytuacji pogłębiającego się poczucia marazmu, zapychanego ciastem i drinkami własnej roboty, mamy trzy opcje:

1. Możemy nadal pławić się beztrosko w domowym kokonie, aż rzeczywistość w postaci braku pieniędzy, narastającej lawinowo otyłości albo poczucia ogólnego zdziczenia, siłą wykopie nas z domu. W sumie, jeśli kontakty z ludźmi są ograniczone to równie dobrze kąpać możemy się raz na tydzień a pożywiać się prosto z puszki. Górą koszula i krawat do wideokonferencji, dołem piżama, kapcie i piwko. Przyjemność ze stopniowej degrengolady potrafi być naprawdę spora. Rząd informuje, że pandemia potrwa jeszcze dwa lata, więc mamy całkiem rozsądny argument na usprawiedliwienie swojego stanu. W tej opcji logiczne jest zresztą zażądanie od rządu odszkodowania za szkody na ciele i umyśle.

2. Możemy zatęsknić do stanu poprzedniej gotowości na żądania szefa lub znajomych i tego gorączkowego haju, który jednak daje energię i nie pozwala depresji nas dopaść. Być może ujawni się kolejna prawda o nas, która mówi że nasze poprzednie zagonienie nie było dziełem przypadku, ale naszego wewnętrznego przekonania, że lepiej być chcianym nawet przez pijawki, które przywierają tylko w celu zaspokojenia własnego głodu, niż nie chcianym przez absolutnie nikogo.

3. Najtrudniejsza opcja to wyciągnięcie wniosków ze skutków tego chwilowego przestoju i zastanowienie się, czy moje życie musi być koniecznie odpowiedzią na żądania otoczenia, czy to w formie odmowy (opcja nr 1) czy podporządkowania (opcja 2). Być może nie jest najważniejsze, czego chcą inni, ale czego ja sam chcę od siebie i od własnego życia. Jaki jest mój oryginalny projekt na świat po wirusie? Czego nauczył mnie dotykalny przez chwilę fakt, że świat nie jest uporządkowany raz na zawsze i że z dnia na dzień może się po prostu skończyć? Co mam zrobić z jutrzejszym dniem, skoro wiem już, że pojutrze jakie znam, może nigdy nie nadejść?

Przyznaję, że to trudne pytania, zwłaszcza dotyczące świata, który skończył się w ciągu dwóch dni.

Mówią, że siła pandemii opada, więc rady i podszepty koronawirusa niedługo stracą na znaczeniu. Możemy z nich wyciągnąć wnioski i zadecydować o przyszłości albo nie – wtedy wzburzone fale powoli się wygładzą i będzie znów tak jak było. Gdy sto pięćdziesiąt lat temu zbudowano pierwszy samochód, nie mógł on jeździć szybciej niż pieszy, a przed nim musiał kroczyć człowiek z czerwoną chorągiewką. Krowy na jego widok przestawały dawać mleko a kury znosić jajka. Dzisiaj kwestia tego zagrożenia została głęboko zepchnięta do naszej nieświadomości, bo inaczej świat nie mógłby pędzić do przodu. Wsiadamy rano dziarsko do samochodu, chociaż wiemy, że cztery tysiące z nas już wieczorem do domu nie wróci i to często nie ze swojej winy. Wiemy, a jakby nie wiemy. Wsiadamy, bo inaczej nie dałoby się żyć. Z wirusem będzie podobnie. Do nas należy wybór, czy będziemy chcieli pamiętać o jego krótkiej wizycie, czy zepchniemy go w mroki tej dziwnej wiedzy-niewiedzy. Jeśli zepchniemy go całkiem, będzie jak było. Może nawet trzeba będzie przyspieszyć nasz pęd, bo wyparcie istnienia śmierci wymaga energii i bycia na haju. Możemy też zapamiętać niektóre lekcje i z jednej strony trochę się opamiętać i zwolnić, a z drugiej zastanowić się, zrobić z pozostałym bogactwem w postaci własnego życia, które, jak wirus uczy, może mieć swój rychły kres.

Koronawirus, jak widać, wyciąga na światło dzienne czasem naprawdę poważne tematy, więc może to stąd wynika narastająca zewsząd presja, żeby „już było normalnie”. Może to nie wirusa chcemy się pozbyć: może raczej ciężkich pytań, które on podsuwa. Dlatego chcemy jak najszybciej zakończyć lekcję z tym surowym i wymagającym nauczycielem i iść już pograć w piłkę.

Najważniejsza lekcja z koronawirusa?

Traumatyczna wyrwa, która dziś nie daje nam spokoju, jest nam też niezbędna do życia. Nie ma czegoś takiego jak ostateczny, przyklepany porządek i odpowiedzi na wszystkie pytania, jak wcześniej o tym myśleliśmy. „Trzeba mieć chaos w sobie, by urodzić tańczącą gwiazdę.” – mówi filozof. Ta ziejąca dziura nigdy nie da się zaszyć do końca, zawsze zostanie nam jakiś nadmiarowy guzik, do którego zabrakło dziurki. Wielu z nas szuka tego miejsca, szczególnie artyści, podróżnicy – wszyscy ci, którym niezbędne jest ryzyko twórczego chaosu, którzy chcą osobiście zajrzeć pod podszewkę rzeczywistości (chociażby za pomocą psychodelików) i mieć tę szansę, by ustosunkować się do niej na swój własny, oryginalny i specyficzny sposób. Każdy ma swoją osobistą tolerancję na te chwilowe „zawieszenia rzeczywistości”, jedni nie znoszą żadnych reguł, co czyni ich outsiderami i wyrzutkami, inni nie życzą sobie żadnych wątpliwości i preferują świat ostatecznie uporządkowany – tych z kolei najbardziej wysadza z siodła nagły brak reguł i właściwych odpowiedzi. Czy jest jakaś droga środka, która chroniłaby nas przed obiema skrajnościami? Być może trzeba być po prostu gotowym – ani unikać chaosu, ani się w nim nurzać. Być gotowym na wirusa, na klimatyczne zmiany, na przelatujące komety i na to że od jutra wszyscy będą chodzić tyłem. Nie decydować pochopnie, czy to dobrze, czy źle i czy to w ogóle prawda. Po prostu być na tę prawdę gotowym. I może właśnie to jest ta ostatnia, najważniejsza lekcja od wirusa.

Poniższy tekst jest fragmentem książki „Mężczyzna bez winy i wstydu”, którą napisałem wspólnie z Krystyną Romanowską dla wydawnictwa Muza. Premiera w maju 2019.

Czy mamy dziś do czynienia z kryzysem męskości? To pytanie wraca w prasie w różnych odmianach, powodując już u niektórych objawy znudzenia i irytacji. Nasz opis osobowości Mężczyzny Bez Winy i Wstydu mógłby sugerować, że przyłączamy się do ogólnego narzekania w tej sprawie. Tak jednak nie jest. Jednym z celów tej książki była próba uchwycenia światopoglądowych przemian, które czasem wychodzą nam na dobre a czasem znajdują swoją kontynuację w gabinecie psychoterapeuty. Nie na każdą zmianę jesteśmy od razu gotowi i rzadko która zmiana przynosi tylko dobre efekty. W wielu przypadkach wytyczamy swe ścieżki na terenie kompletnie nieznanym, więc ryzykownym. Taka jednak nasza natura, żeby nie stać w miejscu. Dobrze więc próbować zrozumieć konsekwencje tych przemian oraz proporcje ich zysków i strat. Nasza książka jest propozycją takiego rozumienia w wybranym przez nas, bardzo wrażliwym obszarze relacji międzyludzkich. Nie próbujemy tu autorytatywnie określać, jak „naprawdę” wygląda sytuacja, nie chcemy też antagonizować kobiet i mężczyzn lub szukać winnych – raczej staramy się zrozumieć nowe, społeczne mechanizmy i przewidzieć choć trochę ich przyszłość, która tak osobiście nas dotyczy. Chcemy być jednym z głosów w dyskusji.

Wiadomo, że książka ani zdecydowanie postępowa, ani zdecydowanie konserwatywna może być obiektem ataku ideologów obu opcji. Przywoływanie obu światopoglądów nie ma tu służyć określeniu, który jest lepszy lub który ma rację – takie pomysły w praktyce prowadzą do wzajemnej nienawiści. W moim odczuciu człowiek jest zlepkiem tendencji zarówno postępowych jak i konserwatywnych, ponieważ potrzebujemy w życiu zarówno rozwoju i sięgania w nieznane jak poczucia bezpieczeństwa i norm, które pozwolą nam się orientować w społeczeństwie, w tym co jest dobre a co złe. Postawa polityczna wynika więc w dużym stopniu z proporcji tych psychologicznych potrzeb w każdym z nas. Gdy spojrzymy na to w ten sposób, być może łatwiej nam przyjdzie nie traktować inności jako wyłącznie zagrożenia. Podobnie w opisywanych przez nas związkach inność niekoniecznie musi być zaprzeczona – może też być źródłem wzajemnej inspiracji, pod warunkiem rezygnacji z pomysłu, że partner musi czuć i myśleć identycznie jak my. Jestem głęboko przekonany, że każda dobrze ze sobą dogadana para zmniejsza ilość agresji na świecie, bo musi w swym mikrokosmosie rozwiązać problem inności. Wydaje mi się więc rozsądnym pomysłem, aby najpierw uporządkować swoje intymne relacje a dopiero potem brać się za urządzanie świata.

Wróćmy więc do pytania: czy mamy dziś do czynienia z kryzysem męskości? Myślę, że ten kryzys istniał zawsze, bo od zawsze mieliśmy w swych marzeniach postać idealnego rodzica-ojca, który nauczy nas jak sobie radzić ze światem – i który oczywiście nigdy się nie pojawia, zawsze nas zawodzi. Zostajemy wtedy sami w społecznej dżungli i tylko na siebie możemy w niej liczyć. W każdym z nas jest jakaś mała część obrażona na taki stan rzeczy. Z drugiej strony, w dużym stopniu zrzuciliśmy z tronu skompromitowanego władcę-patriarchę, w nieustannym poszukiwaniu wolności i prawa decydowania o własnym losie. Jedyny więc kandydat na tę katedrę, z której dowiemy się jak żyć, nie przetrwał weryfikacji – staliśmy się więc wolni ale jeszcze bardziej samotni. Dlatego to nie męskość czy ojcostwo przeżywa kryzys: to my, prawie dorosłe dzieci, przeżywamy kryzys osamotnienia w wieloznacznym świecie, który nie da się pojąć jednym umysłem, gdzie wciąż instynktownie szukamy kogoś, kto powie nam w którą stronę iść.

Do czego się mogą przydać powyższe rozważania o sprzecznościach ludzkiej natury? Widzę dwa rodzaje wniosków: jedne odnoszące się do wpływu ducha czasów na cel i kształt psychoterapii i drugie, dotyczące sensowności polityczno-społecznych sporów i możliwości ich konstruktywnego rozwiązywania. Oczywiście przenoszenie wniosków z obserwacji wewnętrznego rozwoju człowieka na możliwości rozwoju społeczeństwa to ryzykowne zadanie ale zawsze warto spróbować – było nie było jest to jakaś propozycja metody myślenia na ten temat, w opozycji do myślenia „bo takie jest moje najgłębsze przeświadczenie”.

Jeśli chodzi o psychoterapię, to dzisiaj, mocniej niż kiedykolwiek należałoby zwrócić uwagę na możliwą nieświadomą ideologiczną indoktrynację pacjenta. Jeśli struktura osobowości jest jakkolwiek skorelowana z polityczną orientacją, to w gabinecie terapeuty, obok procesu terapeutycznego może iść równolegle zmaganie światopoglądowe (albo wzajemne utwierdzanie się w określonych przekonaniach). Zadanie, które tu stoi przed terapeutą, polega na uświadomieniu sobie, w jakim obszarze politycznego spektrum sytuują go jego poglądy i sposób działania,  szczególnie wtedy, gdy polityką zainteresowany nie jest. Następnie należałoby uświadomić sobie, w jakim stopniu punkt, do którego zmierza pacjent, jest jego (pacjenta) pomysłem a na ile pomysłem terapeuty i jaki jest w tym udział ideologicznego przekonania o tym, czym jest psychiczne zdrowie. Trzeba pamiętać, że właśnie tym argumentem (o psychicznej chorobie) posługują się często przedstawiciele zwaśnionych obozów, co znów oznacza, że w obowiązującej definicji psychicznego zdrowia jest spory udział polityki.

Druga sprawa to fakt, że wybór metody pracy terapeuty jest często mocno związany z jego osobowością. W przypadku „pacjenta konserwatywnego” lekkie przesunięcie terapeuty w kierunku liberalnym prawdopodobnie ułatwi mu pracę, podobnie będzie w pracy z „pacjentem liberalnym” w przypadku przesunięcia terapeuty w kierunku konserwatywnym. Niestety (a może stety) do gabinetu trafiają bardzo różne osoby i dlatego dzisiaj, gdy społeczeństwo jest mocno podzielone, terapeuta musi być gotowy na dużą elastyczność w doborze metod pracy. Odzwierciedlający terapeuta ze szkoły humanistycznej pomoże „pacjentowi konserwatywnemu”, (bo ten poprzez samo poczucie akceptacji zaakceptuje swe stłumione impulsy) ale „pacjentowi liberalnemu”, który potrzebuje pomocy w akceptacji społecznych reguł, może mocno zaszkodzić, potęgując poczucie chaosu. Podobnie terapeuta poznawczo-behawioralny pomoże w budowaniu struktury „pacjentowi liberalnemu” ale nacisk na rozumienie i planowanie w przypadku osoby, która sama wciąż myśli i planuje, żeby nie doświadczać impulsów, może pogorszyć sprawę. Jeśli społeczeństwo jest w miarę jednolite (czyli konserwatywne), do zawodu terapeuty mogą trafiać osoby z określoną, podobną osobowością, która będzie powodować, że „wystarczy być” obok pacjenta, żeby mu pomóc (pewnie dlatego większość terapeutów, których poznałem, jest raczej liberalna). Jeśli jednak społeczeństwo jest mocno spolaryzowane, jak dziś u nas, samo bycie nie wystarczy.

Druga grupa wniosków dotyczy społecznych sporów i możliwości ich diagnozowania powyższą metodą psychologiczną. Jeśli byłoby to możliwe, można by wtedy pokusić się o przybliżone prognozy, w jakim to wszystko zmierza kierunku: czy Europa rzeczywiście upada, czy właśnie wystrzela ku świetlanej przyszłości. U pacjenta zaczynamy od wywiadu, w przypadku społeczeństwa cały wywiad mamy zawarty w podręcznikach historii (aby nie komplikować za bardzo, pomińmy kwestię, kto je pisze). Historia uczy, że grupy społeczne powstają wokół idei, totemów, bogów. Bez nich po prostu kręcimy się tu i ówdzie obgryzając korzonki i poddając się innym, przypadkowym impulsom. Gdy gromadzimy się wokół idei czy bóstwa, część swojego widzimisię albo chcemisię musimy ograniczyć na rzecz grupy, która za to nas broni, nagradza i nadaje sens życiu. Im mocniej wierzymy w proponowaną ideę, tym więcej chcemy grupie poświęcić – ale co bardziej istotne (a często pomijane), im więcej poświęcamy grupie, tym mocniej wierzymy. Dosadnie wyraził to dawny myśliciel: „jeśli położysz patyk na kredensie i będziesz się do niego modlił przez miesiąc a potem jednego dnia tego nie zrobisz, będziesz miał poczucie popełnienia grzechu”. Grupy aby przeżyć muszą eliminować inne grupy. Im więcej zbrodni popełnimy w imię naszego bóstwa, tym mocniej musimy w to bóstwo wierzyć, aby nadać im sens – inaczej przywali nas ich ogrom. W tym sensie każda grupa, naród czy cywilizacja ufundowana jest częściowo na takiej wypartej zbrodni a częściowo na wszelakich dobrach, jakie członkowie grupy sobie wzajemnie oferują. Najbardziej jaskrawy przykład (bo z niedawnej, obserwowalnej przeszłości) to Amerykanie, którzy wytępili Indian a na pobojowisku zatknęli sztandar z hasłami wolności i swobód obywatelskich. Z jednej strony może to hipokryzja ale z drugiej strony może właśnie dlatego Stany Zjednoczone stały się kolebką nowoczesnego liberalizmu, bo dokonanej zbrodni nie dało się upchnąć w niepamięci.

W każdym razie, konserwatywny Zachód coraz częściej zaczął mieć do czynienia z ateistycznym liberałem, podważającym chrześcijańskie kamienie węgielne, pytającym: w co my właściwie wierzymy i dlaczego? Tutaj można przywołać teorię rozwoju moralnego jednostki Kohlberga: przeminęła dawno faza prekonwencjonalna, kiedy ludzie słuchali się autorytetów bo musieli, ustaliła swe panowanie faza konwencjonalna, gdzie ludzie słuchają autorytetów, bo w nie prawdziwie wierzą – zaczęła się jednak faza postkonwencjonalna, gdzie ludzie przestają brać rzeczy na wiarę, a zaczynają zadawać trudne pytania. Te pytania wg teorii Kohlberga mają na celu zweryfikowanie nadanych z góry autorytetów i określenie, jaki jest mój osobisty do nich stosunek. Pojedynczy człowiek takie fazy oczywiście przechodzi – nie ma wobec tej teorii specjalnych sprzeciwów, za wyjątkiem jej ostatnich faz. Zwolennicy mówią, że zwycięża w nich rozsądek i refleksyjne, dojrzałe myślenie, krytycy uważają, że zwycięża egoizm i „róbta co chceta”. Ta niezgoda wynika prawdopodobnie z tego, że właśnie w takim aktualnie punkcie dziejów się znajdujemy i historia jeszcze nie miała czasu tego „ateistycznego zwrotu” osądzić.

Diagnoza, która przed nami stoi, polegałaby więc na zdecydowaniu, czy Europa jest na tyle dojrzałym osobnikiem, że może zdecydować, co z obowiązujących autorytetów ma sens a co jest tylko niepotrzebnym zniewoleniem – czy raczej jest znękanym przez wymagających rodziców szesnastolatkiem, który pewnego dnia się zbuntował i teraz pławi się w zakazanych do tej pory przez rodziców przyjemnościach, z których największą jest obserwowanie ich bezsilnej wściekłości. Jeśli zachodzi pierwsza możliwość, to obie strony mają trudne zadanie: konserwatyści muszą uznać że „jajko mądrzejsze od kury” i usunąć się na bok sceny a liberałowie (a właściwie lewica) stanąć na własnych nogach i udowodnić że potrafią być „głową rodziny” (lepszą niż Stalin). Jeśli jednak zachodzi ta druga możliwość, że mamy do czynienia z krnąbrnym szesnastolatkiem, to zadanie dla obu stron jest równie trudne: bo właściwie po czyjej stronie leży odpowiedzialność za te nieprzyzwoite harce młodziana? Po jego, bo jest zbyt krnąbrny? Czy po stronie rodziców, bo byli przesadnie restrykcyjni?

 

Poprzedni wpis nie oznacza, że chciałbym upolityczniać psychologię, raczej odwrotnie: zastanawiam się, na ile światopoglądowy dialog może odzwierciedlać wewnętrzny dialog pojedynczego człowieka. A jeśli można godzić wewnętrzne sprzeczności w procesie terapeutycznym, to na ile wiedza o tym procesie daje podstawy do diagnozowania społeczeństwa i przewidywania jego dróg rozwoju lub regresu. Opinie na temat tego, co się dzieje dziś w Europie wahają się od ściany do ściany: jedni mówią że Europa to najwyższy stan rozwoju społeczeństwa, inni, że widać wyraźne symptomy jej zupełnego upadku. Kto ma rację? Albo inne pytanie: dlaczego tak różnie można widzieć rzeczywistość? Które z tych dwóch pytań jest bardziej zasadne?

Jak wspomniałem wcześniej, w moim odczuciu człowiek/obywatel Europy przeszedł na swej drodze transformację, która w gabinecie terapeutycznym odzwierciedla się w wewnętrznej relacji pacjenta między jego impulsami a społecznymi regułami. W społeczeństwie konserwatywnym czyli patriarchalnym impulsy seksualne podlegają silnej kontroli – skrajnie w islamie, gdzie kobieta musi chodzić w czymś w rodzaju worka, żeby obie płcie były w stanie panować nad swym podnieceniem. Pokazuje to, jak wielka jest siła impulsu. Pokazuje to też, jak słabo kontrola impulsu jest uwewnętrzniona w pojedynczej osobie (jako jej osobista umiejętność): kontrolą musi zająć się zewnętrzne prawo wyrażone między innymi w regułach zachowania czy ubierania się. Zbiór zasad kontroli impulsu jest bazą dla poczucia tożsamości całej społecznej grupy. Określa przedmioty wiary i wartości, codzienne nawyki i lokalny koloryt grup społecznych. Dekalog jest zbiorem głównie zakazów – pokazują one, gdzie impuls agresywny lub seksualny ma być powstrzymany. Oznacza to, że próba dokonania zmian w podejściu do kontroli impulsywności będzie traktowana jako zamach na tożsamość i sens istnienia grupy, na przykład chrześcijaństwa w ogóle. Dlatego tak spornym tematem jest chociażby wychowanie seksualne w szkołach.

Na poziomie jednostkowych relacji międzyludzkich silna kontrola impulsu odzwierciedla się więc w konserwatywnej spoistości grupy ale też, jak się rzekło, w konkretnych zaburzeniach czy patologiach, tworząc zadanie dla terapeuty. Gwałt, przemoc w rodzinie, kazirodztwo – to pierwsze z brzegu przykłady, które łączy fakt wyrwania się impulsu spod kontroli. Można pewnie do tego dodać ogólnie wojny czy przestępstwa z agresją w tle. Na co dzień możemy to obserwować choćby na drodze – w formie niestosowania się do ograniczeń prędkości, co kosztuje nas wiele żyć. W każdym razie, im bardziej impuls jest zduszony przez zewnętrzny nacisk a nie wewnętrzne poczucie sensu, tym bardziej destrukcyjnie się objawi, jeśli system kontroli zawiedzie.

Silna kontrola seksualności bez jednoczesnej wewnętrznej zgody na to ograniczenie przejawia się w gabinecie terapeutycznym np. jako obsesja, z jej kompulsywnymi myślami i zachowaniami. Mają one na celu zapełnienie wewnętrznego świata w całości aktywnością w praktycznym wymiarze bezsensowną, ale dzięki temu nie pozostawiającą żadnej szczeliny na przyjemność – bo wtedy impuls mógłby zawładnąć człowiekiem i pozbawić go kontroli totalnie. Jak jednak wynika z obserwacji, jest to pacjent coraz rzadszy, ponieważ społeczeństwo nie jest już tak kontrolujące w sprawach seksu jak kiedyś.

Pomysł społeczeństwcomeina liberalnego na kwestie impulsywności jest odmienny. Impuls ma prawo bytu, jest dozwolony a wręcz nawet pożądany. Dobrze widziana jest różnorodność impulsu seksualnego, bo to dowodzi jego wolności i szczerości. Ograniczenie jest łatwo kojarzone z autorytaryzmem i zaściankowością. Tożsamość takiego społeczeństwa jest więc ufundowana na zupełnie innej bazie. Zamachem na taką tożsamość jest próba kanalizowania impulsów, tworzenia hierarchii i moralności. Róbmy cokolwiek, dopóki nie dostaniemy sygnału, że komuś to szkodzi. Jasne, że mówimy tu o realnie zwiększonej wolności jednostki ale z drugiej strony taki światopogląd łatwo może zostać użyty do usprawiedliwienia swej niechęci do wysiłku ograniczenia się w czymkolwiek. Reguły współżycia są jednak niezbędne, co powoduje, że zaczynają być opierane na jednostkowych odczuciach w konkretnej sytuacji, co znów skutkuje zwiększoną ilością oburzonych i urażonych. Jeśli dziewczynka bardzo chce być chłopcem, to czemu nie. Jeśli tego nie dostanie, będzie urażona. Konsekwencją takiego światopoglądu jest też zmniejszenie różnic między narodami i ich wewnętrznej spoistości, co znów uruchamia wrogość w konserwatystach. Można powiedzieć, że liberalizm jest równie bezradny wobec impulsu co konserwatyzm, tylko próbuje to zignorować, wywyższając impuls do roli kreatora prawa. Jest to duże niebezpieczeństwo, bo impuls w swej zachłanności łatwo może stać się okrutny.

Skutki psychologiczne dla jednostek, jak już wspominałem, są takie, że trudno wiązać się z kimkolwiek na dłużej, bo prędzej czy później trzeba będzie wziąć pod uwagę jego odmienność i w jakimś stopniu dostosować się do niej – o ile nam na kimś zależy. Brak konserwatywnego treningu w akceptowaniu reguł powoduje jednak, że szybko je porzucamy jako nieprzyjemne, czytaj: wrogie. To z kolei pozbawia nas możliwości doświadczania, jak ważne są w związkach wzajemne poświęcenia, jak wielkie to ma znaczenie dla poczucia, że jesteśmy ważni i kochani. Stąd moje przekonanie, że samotność jest najgorszym wirusem XXI wieku. Powstaje też całkiem nowy obszar trudności i zaburzeń interpersonalnych, gdzie spotykają się osoby z przeciwnymi sobie światopoglądami. Ale to osobny temat (zawierający np. pytanie, co wyniknie ze związku konserwatystki z liberałem, albo też czy islam i Europa mogą współistnieć).

Powyższe rozważania, mam nadzieję, dają podstawy do próby odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak różnie można spostrzegać rzeczywistość? Obsesyjny pacjent, który zaczyna terapię, skoncentrowany jest na kontroli. To jest nasz „pacjent konserwatywny”. Mówiąc żargonem psychologicznym, identyfikuje się całkowicie z tą częścią siebie, która kontroluje impuls, natomiast sam impuls spostrzega jako coś zewnętrznego, wrogiego i przerażającego. Podczas dobrze poprowadzonej terapii pacjent zaczyna dopuszczać impulsy, coraz częściej traktując je jako część siebie, która ma prawo istnieć i dostarczać spontanicznych przyjemności. Coraz częściej mówi: „chciałbym dać sobie więcej luzu, ale czuję, że coś mnie powstrzymuje”. Takie zdanie oznacza, że pacjent identyfikuje się dla odmiany ze swoim impulsem. Zaczyna w tym przypominać „pacjenta liberalnego”, który od tego punktu zaczyna terapię. „Pacjent liberalny” z kolei jest dumny z siebie, jeśli uda mu się sensownie zapanować nad impulsem, czyli zidentyfikować się z wewnętrznym ośrodkiem kontroli („nie zrobiłem tego, mimo pokusy”). Co więc jest prawdą? Czy jestem swym impulsem, czy jego kontrolerem? Czy może jednym i drugim? Czy w takim razie chcę być biernym polem walki tych sprzecznych sił, czekając, która zwycięży? Tak chyba wygląda dziś duża część „światopoglądowego dyskursu”. Powyżej starałem się jednak wykazać, co się dzieje, gdy jedna z tych sił zwycięży w naszym wewnętrznym świecie. Terapeuta ma wtedy pełne ręce roboty. Czy zatem istnieje alternatywa? Jak mogłaby wyglądać? Jest się nad czym zastanawiać. I może nie być wiele czasu, bo przecież ktoś coraz mocniej puka do drzwi.