Archiwum dla kategorii ‘samotność’

Piszą Państwo ostatnio o samotności we dwoje, więc zdecydowałem się trochę ugryźć ten temat. Jest rozległy i trudny, więc proszę wziąć pod uwagę, że opisać można jeden wycinek tej kwestii na raz. Istnieje jednak pewien schemat samotności we dwoje, który pojawia się dosyć często.

Zacząć trzeba od tego, że nasz wzorzec wchodzenia w relacje pochodzi w dużym stopniu od rodziców. To truizm, oczywiście, nasze spsychologizowane społeczeństwo już to wie. Przyglądając się jednak bliżej, okazuje się, że nie tyle chodzi o naukę przez obserwację, co stosunek do CHCĘ rodzica. Nazwałem to tak, żeby nie robić terminologicznego zamieszania. CHCĘ rodzica to, mówiąc krótko, jego własne, prywatne potrzeby i popędy, ukierunkowane na własną satysfakcję a nie na satysfakcję dziecka. Przykład z tych często przytaczanych: rodzice każą dziecku pić mleko, ono mleka nie znosi, rodzice tłumaczą, że to dla jego dobra, dziecko nie pojmuje, jak taka męka może być dla jego dobra. No i tu jest punkt, w którym dziecko „zdecyduje się”, jak będzie traktować CHCĘ rodzica. Bo chyba nie mamy wątpliwości, że jest granica, za którą dziecko zmuszane jest do picia mleka nie dlatego, że to zdrowe, tylko dlatego, że rodzic tak CHCE i nie znosi sprzeciwu. Satysfakcja rodzica wynika w tym przypadku nie z dobra dziecka ale z przyjemności dominacji nad nim. Żeby sprawę skomplikować, 99% rodziców nigdy się do tego nie przyzna, także (a może zwłaszcza) przed sobą. To jest w jakimś sensie „genialność” naszego umysłu: możemy doznać (my, rodzice, szefowie, nauczyciele, księża, politycy itd.) sadystycznej przyjemności, jednocześnie wierząc, że robimy to dla dobra drugiej osoby. Jeśli ktoś wątpi w to, co napisałem, niech dobrze poszuka we własnej pamięci.

Jak więc reagujemy na CHCĘ rodzica? Opiszę tu dwa sposoby, komplementarne w stosunku do siebie, co (jak już zaznaczyłem) nie wyczerpuje tematu. Pierwszy sposób: „Wypiję to mleko, bo skoro rodzic tego chce, to musi być dla mnie dobre. Sprawię mu tym przyjemność a efekcie sobie.”. Trochę upraszczam, ale chodzi o to, by w skrócie pokazać, jak uczymy się czerpać przyjemność z przyjemności innych osób, gdy nasza własna przyjemność jest zakazana. Od razu powiem, że ten sposób wybierają częściej dziewczynki. W dorosłym życiu czerpią często satysfakcję np. w życiu seksualnego z tego, że zaspokojony jest mężczyzna. Drugi sposób: „Nie wypiję, żeby nie wiem co. I skoro tak gramy, to nie uwierzę już nigdy, że jakieś twoje (rodzicu) CHCĘ ma na celu moje dobro.”. Takie rozwiązanie skutkuje ostatecznie wyrugowaniem ze swego życia wszelkich, zewnętrznych CHCĘ. Ten sposób wybierają częściej chłopcy (zostawmy na razie w spokoju przyczyny). Dla równowagi znów podam konsekwencje w życiu seksualnym: brak podniecenia u mężczyzny wobec kobiety, której na nim wyraźnie zależy. Jej CHCĘ mężczyzna traktuje jako kolejną próbę inwazji i jego ciało stawia opór, chociaż (w lżejszych przypadkach) zdroworozsądkowo to by może i chciał. Albo chce tylko wtedy, gdy warunki to uniemożliwiają (np. jest w pracy, dzieci są w pokoju itp.).

W wieku Viagry kłopoty seksualne można przeskoczyć, co nie znaczy, że ogólny schemat zniknie. Wyobraźmy więc sobie, co stanie się, kiedy zetkną się ze sobą dwie opisane wyżej osobowości, a dzieje się to często. Wszyscy pewnie kojarzymy sytuacje, kiedy kobieta domaga się od swego mężczyzny, żeby posprzątał a on uchyla się od tego, jak tylko może. Albo żeby opuszczał klapę od sedesu, co on notorycznie zapomina zrobić. Albo naprawił cieknący od wieków kran itp. Miliony dowcipów i poradników psychologicznych na ten temat powstało, co zaświadcza o skali występowania tego schematu. Idąc krok dalej, zgodzimy się chyba, że kobiecie nie tyle zależy na wykonaniu samej czynności, co na tym, żeby mężczyźnie CHCIAŁO SIĘ tę czynność wykonać. Jest to oczywiście jakiś dowód dla niej, że temu facetowi w ogóle na niej zależy. Natomiast on nie robi tego nie dlatego, że to trudne, ale dokładnie dlatego, że wie, że ona tego CHCE. Jeśli więc on, zgodnie ze swoim schematem, nawet wykona tę czynność, ale bez zapału i w dokładnie określonych przez nią granicach, jej głęboka potrzeba nie zostanie zaspokojona, co automatycznie wywoła kolejne domaganie, na co on zareaguje jeszcze mocniejszym wycofaniem i tak do całkowitej obcości i samotności we dwoje. Wersje tej samotności są oczywiście różne, często pojawia się tu „ta druga” na boku, która po prostu nie chce aż tyle (dopóki nie stanie się „tą jedną”).

Dramat tej sytuacji polega między innymi na tym, że na początku związku to zwykle mężczyzna wykazuje inicjatywę a kobieta jakoś reaguje na jego CHCĘ, co zbliża obie osoby, ale nie wyzwala opisanego efektu. Dopiero wtedy, kiedy kobieta „też zacznie chcieć”, czyli związek zostanie w jakiś sposób obopólnie potwierdzony, pojawiają się kłopoty. W mojej pracy niejednokrotnie spotykam historie par, które żyją ze sobą całkiem dobrze i długo, broniąc się jednak instynktownie nawet przed nazwaniem tego układu związkiem. Bo oboje zdają sobie sprawę, że wtedy ona zacznie mieć większe oczekiwania a on zacznie się mocniej przed nimi bronić. Małżeństwo w takiej sytuacji ze zrozumiałych względów działa jeszcze bardziej paraliżująco.

Czy jest jakiś sposób na wyjście z tego błędnego koła? Nic tu nie dzieje się szybko. W ogromnym skrócie kobieta może próbować hamować swoje CHCĘ a mężczyzna może dla niej robić różne rzeczy miłe, których nie traktuje jako coś, czego skrycie CHCE ona. Ale to łatwo brzmi a w praktyce może trwać długo i niekoniecznie z jednym partnerem. No i można o całej sprawie rozmawiać, bo im częściej rozmawiamy, tym rzadziej nawiedzają nas duchy przeszłości. Przy okazji, łatwo mi w tym momencie wytłumaczyć, czemu w niektórych sprawach nie da się nic doradzić. Bo przecież, gdyby doradzić kobiecie, żeby o tym porozmawiała z mężczyzną, to dorzucimy jej kolejne domaganie się od mężczyzny, na które on zareaguje… jak?

Krótki wywiad nt. samotności przeprowadzony przez p. Ewelinę Drelę dla portalu Ojców Benedyktynów.

ED: Czym właściwie jest samotność? Co to za uczucie?

WK: Samotność ma wiele twarzy. Jedni przeżywają ją jako rozciągniętą w czasie, bezmierną nudę i miałkość życia, inni jako emocjonalny ból, podobny do żałoby po kimś kochanym. Jeszcze inni jako powolne zamieranie, utratę energii życiowej i niemożność cieszenia się czymkolwiek. Jeszcze inni jako przerażający lęk i obawę przed szaleństwem. Wszystkiemu najczęściej towarzyszy jedno z dwóch przekonań: albo ja jestem kompletnie bezwartościowy albo świat jest miejscem wrogim, popsutym i niewartym zachodu. Najczęściej jedno miesza się z drugim, tworząc dorosłą odmianę choroby sierocej. Ja definiuję samotność jako niemożność wchodzenia w stabilne i satysfakcjonujące związki z ludźmi.

ED: Jaka jest różnica pomiędzy „Byciem samemu” a „byciem samotnym”?

WK: Bycie samemu kojarzę z fizyczną izolacją od ludzi, na własne życzenie albo wskutek wyżej wspomnianej niemożności wiązania się. Natomiast samotność to już przykra konsekwencja tej drugiej sytuacji – kiedy chcemy być blisko z ludźmi ale nie umiemy i cierpimy z tego powodu. Jak z tego wynika, bycie samemu nie musi być tragedią. Jeśli jest to świadomy wybór danej osoby, która zna konsekwencje i akceptuje je, można bycie samemu uznać za styl życia.

ED: Założył Pan stronę internetową o samotności, napisał o niej książkę. Czym właściwie jest wirus samotności? Jak się objawia?

WK: Wirus samotności to zestaw nawyków i cech osobowości, przekazywanych od poprzednich pokoleń, który sprawia określoną trudność w bliskich relacjach z ludźmi. W terapii rodzin dobrze to widać na przykładzie genogramów, które pokazują, jak dysfunkcje w relacjach interpersonalnych przenoszą się między pokoleniami. Przykładem może być samotna matka, skupiająca swoją całą uwagę na córce, która staje się lekiem na jej samotność. Takie dziecko może nie nauczyć się samodzielności, instynktownie wyczuwając, że matka cierpi, gdy ono próbuje stworzyć swoje, odrębne życie. W konsekwencji albo zostaje z matką i nie tworzy istotnych związków z innymi osobami albo tworzy związki, w których nie toleruje braku uwagi ze strony partnera. Takie związki dosyć szybko się kończą i wirus samotności zbiera swoje żniwo. Córka tak wychowana może ostatecznie wpaść na pomysł, żeby „zrobić sobie dziecko”, które będzie wychowywała sama, podobnie jak jej matka. Widać z tego, że wirus może się replikować jako dokładna kopia albo może też mutować.

ED: Dlaczego samotność boli?

WK: A dlaczego boli, gdy włożymy rękę do ognia? Tacy jesteśmy – tworzymy się przez związki z ludźmi, uczymy się świata przez związki z ludźmi i odnawiamy swoją energię poprzez relacje z ludźmi. Gdy ich brak, brak w naszym życiu czegoś istotnego, życiodajnego. Ludziom samotnym zwykle jest zimno.

ED: Czy samotność musi być problemem? Musi boleć?

WK: Brak doświadczenia bycia kochanym i dla kogoś ważnym jest dewastujący dla jakości życia. Samotność bez takiego doświadczenia jest szczególnie bolesna. Gdy w naszej pamięci istnieją takie dobre doświadczenia, o wiele łatwiej jest samotność znosić lub próbować się z niej wyzwolić. Gdy nikt nas nigdy nie kochał, każde kolejne niepowodzenie w relacjach jest tylko kolejnym dowodem na beznadziejność takich prób. To prowadzi do wyuczonej bezradności i postępującego osamotnienia. Wtedy pojawia się bierność, apatia i brak nadziei. Trudno z tego wyjść bez pomocy z zewnątrz.


ED: Jeżeli nie, to co trzeba zrobić, żeby nie bolała, lub bolała trochę mniej?  Czy można się nauczyć z nią żyć?

WK: Samotność jest nieodłączna od kondycji ludzkiej. Dorosłość jest wynikiem konfrontacji z egzystencjalną samotnością w przemijaniu i śmierci. Samotność emocjonalna, jakkolwiek wynika z przeszłych doświadczeń, jest też zwykle obroną przed doświadczeniem samotności egzystencjalnej. Dopóki swój smutek kojarzę z problemami w interpersonalnych relacjach, zawsze mogę próbować coś z tym zrobić, poprawić. Z samotnością wobec przemijania nie mogę zrobić nic – mogę tylko ten fakt zaakceptować i z nim żyć. Paradoksalnie taka akceptacja własnej ograniczoności i skończoności czasu, który dostaliśmy do dyspozycji, pozytywnie wpływa na relacje międzyludzkie. Zamiast się ze sobą użerać, mamy wtedy większą skłonność do niemarnowania czasu, do szukania w naszych związkach tego, co najlepsze.

ED: Bardzo wiele osób cierpi z powodu samotności, chciałyby założyć rodziny, ułożyć sobie życie, mieć u boku żonę lub męża. Pomimo to nie udaje się. Czy są osoby niejako skazane na samotność? Czy jest ona uwarunkowana podejściem, cechami charakteru? Zaszłościami z dzieciństwa? Lękiem?

WK: Człowiek się uczy całe życie, jeśli oczywiście jest gotów przyznać się do błędów. Znana definicja szaleństwa mówi, że jest to powtarzanie w nieskończoność tych samych zachowań, w nadziei że za którymś razem uzyskam inny, pożądany wynik. Jeśli jestem gotów wycofać się ze swojego poczucia nieomylności, to mam szansę na zmianę. Czasem pomaga psychoterapia, rozmowa z kimś bardziej doświadczonym. Mózg ludzki jest elastyczny i potrafi się zaadaptować do nowych sytuacji. Gorzej, gdy poprzestajemy na adaptowaniu otoczenia do siebie. Wiele problemów w relacjach wynika z faktu, że realny świat nie chce się przystosować do naszych marzeń i fantazji a my jesteśmy tym głęboko zawiedzeni i nie dajemy na to przyzwolenia. Dlatego próbujemy jeszcze raz i jeszcze… pozostając w świecie wyobrażeń.

ED: Co myśli Pan o samotności z wyboru – popularnym dzisiaj trendzie bycia „singlem”? Czy to faktycznie sposób na życie, czy raczej próba zamaskowania bólu i przykrości?

WK: Singiel to tylko taka etykietka, łatwa do skonsumowania przez media. W rzeczywistości każdy z deklarujących się jako singiel ma swój własny świat i swoje przeżywanie izolacji. Paradoksalnie definiowanie się jako singiel włącza nas we wspólnotę singli – mamy się już z kim identyfikować, co de facto jest krokiem do ludzi a nie od. Tym ludziom, którzy obawiają się publicznego pręgierza za bycie np. „starą panną”, taka identyfikacja z singlami może pomóc w daniu sobie prawa do wierności własnym wyborom i nieulegania naciskom. Z drugiej strony, wielu z zadeklarowanych singli to ludzie cierpiący samotność, którzy próbują ukryć przed sobą i światem swoje poczucie bezwartościowości i klęski takim dziecinnym „bo ja tak chciałem”.

ED: Czy są osoby, które nie odczuwają samotności? Czy to w ogóle możliwe?

WK: Można wyleczyć się z wirusa samotności, co nie znaczy że nie będziemy samotności przeżywać. Tęsknota za ukochaną albo żałoba po rozstaniu to zjawiska zdrowe, choć przykre – nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się chciał z nich leczyć. Te uczucia dostajemy bowiem w pakiecie z miłością. Im bardziej kochasz i jesteś kochany, tym bardziej cierpisz przy rozłące. Dlatego dzisiaj mnóstwo ludzi (w tym singli) stara się nie ryzykować kochania kogokolwiek, co w założeniu ma chronić przed bólem. Jest to inna wersja neurotycznego przekonania, że aby nie cierpieć w swoim życiu, trzeba po prostu nie żyć.

ED: Czy jako terapeuta, który specjalizuje się w samotności, uważa Pan, że to duży, czy jednak znikomy problem?

WK: Biorąc pod uwagę moją definicję samotności, myślę że problem jest spory. Społeczeństwo rynkowe uczy nas, że ma być szybko i łatwo. Wzajemne dostosowywanie się i uczenie nawzajem siebie w związku łatwe nie jest. Jednak tak naprawdę waga problemu określana jest przez konkretne osoby, które go doświadczają lub nie. Jeśli ktoś chce przeżyć życie bez strat, nie będzie miał też zbyt wiele zysków, ale trudno mu tego zabronić. Byłoby to już ideologią, a psychoterapeuta powinien trzymać się z daleka od wszelkich ideologii.

ED: Samotni są raczej ludzie młodzi, dojrzali czy starsi?

WK: Nie ma reguły. Są to na pewno innego rodzaju samotności. O samotności osób młodych mówi się dużo, jest wiele dla nich propozycji. W średnim wieku zaczynają się kłopoty tych osób, które dotąd broniły się przed bliższymi związkami. Znajomi odchodzą do własnych rodzin i zaczyna się doświadczanie straconego czasu. Czasem wywołuje to bezpłodne zrywy a czasem właśnie w tym wieku przychodzi opamiętanie i chęć pracy nad sobą. Komu się nie uda, stacza się w starczą samotność, która zwykle jest dogorywaniem przed telewizorem. Samotność ludzi starych to tabu równie silne jak tabu śmierci. Nawet mówienie o nich „starsi” jest wyrazem tego tabu. Gdyby młodzi ludzie umieli zobaczyć siebie w tych bezpłodnie zabijających czas starcach, byc może chętniej inwestowaliby czas i uczucia w trwałe związki. Jednak wielu młodych żyje dziś wg formuły „po trzydziestce choćby potop”.

ED: PS-PO to portal tworzony przy Opactwie Benedyktynów. Żyją tam mnisi, którzy świadomie wybierają samotne życie, odcinają się od świata. Jak oni, żyjąc w zamknięciu, mogą poradzić sobie z samotnością?

WK: Mnisi poświęcają swoje doczesne życie czemuś większemu, dla nich ważniejszemu, m. in. relacji z boską osobą. Trudno mi to rozpatrywać jako samotność. Jeśli mnich czuje się samotny, to zadałbym pytanie, co się dzieje z jego wiarą. W przypadku zakonników niezwykle ważny jest moment selekcji do zakonu, która powinna odsiewać osoby wybierające tę drogę po to, by poradzić sobie z emocjonalną samotnością. Jeśli jednak ktoś taki przeszedł przez sito selekcji, to bardzo prawdopodobne że problemy powrócą i wtedy, prędzej czy później przyjdzie czas na powtórne podejście do decyzji o byciu w zakonie.

ED: Czy można jakoś pomóc osobom samotnym? Istnieje jakieś lekarstwo na wirusa samotności?

WK: Wartościowa jest wszelka pomoc, która przeciwdziała bierności osób samotnych. Koniec końców każdy z nas jest autorem swojego życia, mimo że osoby samotne często przeszkody widzą na zewnątrz. Oczywiście takie przeciwdziałanie nie może polegać na braniu odpowiedzialności za kogoś samotnego, bo tym bardziej się go upośledza. Wyważenie takich działań nie jest łatwe. Na założonym przeze mnie forum dla samotnych jest zapisanych około dwustu osób, natomiast odzywa się ktoś raz na dwa tygodnie. Czy to można nazwać sukcesem, sam nie wiem.

ED: Samotność często wynika z lęku przed ludźmi. Zostaliśmy zranieni w przeszłości, teraz się boimy. Jak przełamać lęk, wyjść do ludzi, odważyć się?

WK: Po prostu wyjść, żebyśmy nawet musieli się czołgać. I jutro to samo, i pojutrze. I nie szykować się na szybki sukces. Pozostawanie w bierności jest dziecięcym komunikatem do otoczenia: „niech ktoś się mną zajmie”. Niestety, jesteśmy już dorośli, chcemy czy nie. Od dorosłych oczekuje się odpowiedzialności za swoje życie. Dorosły człowiek pozostający w bierności wysyła więc sygnał: „dajcie mi wszyscy spokój”. I tak jesteś odbierany, chcesz czy nie.

Poniższy tekst jest fragmentem większej całości, która pod tytułem „Samotność uleczalna i nieuleczalna” ukaże się w publikacji Wydawnictwa Naukowego UAM w Poznaniu pt. „Dialektyka samotności i wspólnotowości”.

Wyrazistym przykładem postawy „błąd jest na zewnątrz” jest osoba zwana mizantropem. Wielu wśród nich światłych osób i wielkie nasze korzyści z ich przemyśleń. Jednak kim innym jest człowiek, który w drugiej połowie życia chce odpocząć od zgiełku, zajmując się pielęgnowaniem ogrodu z dobrotliwym uśmiechem na twarzy, a kim innym jest ktoś, kto z odrazą zanurza się w ludzkim tłumie, pilnie łowiąc ludzkie przywary, by postawić je przed własną, jednoosobową ławą przysięgłych. W psychologii teoretycznej (i nie tylko) taką strategię nazwiemy redukowaniem dysonansu poznawczego poprzez kolekcjonowanie jednostronnych argumentów, czyli inaczej mówiąc, dopasowywaniem faktów do hipotezy.  W gabinecie psychoterapeuty można powiedzieć bardziej szczerze: jest to zabijanie bólu samotności. Jest to wzbudzanie w sobie wstrętu do czegoś, czego bardzo pragniemy, ale boimy się lub nie umiemy po to sięgnąć. Dochodzimy tu do kwestii kluczowej dla psychoterapii, czyli wewnętrznego konfliktu. Opisany przed chwilą zgorzkniały mizantrop jak każdy z nas potrzebuje miłości i ciepła bliskiej osoby. Z jakichś jednak powodów takie relacje mu się nie udają. Z jakich, to kwestia złożona, zależna od struktury osobowości i osadzonego w niej problemu. To jest pole dla diagnozy. Diagnozy funkcjonalnej, podkreślam, bo etykietki w rodzaju „agorafobii” czy „lęku społecznego” raczej zaciemniają obraz niż cokolwiek wyjaśniają (dając jednak złudne poczucie wiedzy). Dla celów niniejszych rozważań można założyć, że opisywana tu osoba w bliskich kontaktach z ludźmi traci spoistość osobowości, przestaje jasno myśleć, zalewają ją niezrozumiałe i silne emocje, które trudno znieść – jednym słowem ma wrażenie rozpadania się. Nie jest to wcale taka rzadka przypadłość, jak można by pomyśleć. Analizowanie tych przeżyć prowadzi do wniosku, że nasz pacjent posiada deficyty w zakresie ustanawiania dorosłych relacji, czyli mówiąc w skrócie takich, gdzie można przeżywać bliskość z drugą osobą, jednocześnie zachowując (i lubiąc) świadomość swojej odrębności. Poczucie rozpadania się jest tutaj patologiczną reakcją na nawiązanie bliskiej relacji, gdzie podmiot spontanicznie oddaje kontrolę nad sobą drugiej osobie, która od tej pory ma za zadanie przejąć tę konsolidacyjną rolę – trochę jak dziecko, którego przeżycia muszą być monitorowane, interpretowane i w razie potrzeby substytuowane przez rodziców. Można więc powiedzieć, że taka osoba potrzebuje bliskości wręcz zachłannie, pod warunkiem wcześniejszego uruchomienia tychże potrzeb (miłości i bliskości). Taka zachłanność nie dosyć, że powoduje ogromny lęk (bo rzadko kto jest w stanie jej sprostać), to jeszcze prowadzi do opłakanych życiowo skutków. Nawet w razie nawiązania relacji z osobą, która będzie próbowała sprostać takim wielkim potrzebom, nasz pacjent nie jest w stanie normalnie funkcjonować bez tej osoby, staje się zazdrosny, zaborczy i niezwykle wrażliwy na sygnały zdystansowania – do myśli samobójczych włącznie. Mówimy więc o skrajności postaw – albo krańcowa niezależność albo krańcowa zależność.

Konstruktywne rozwiązanie konfliktu zależność-niezależność polega na utrzymaniu się w złotym środku, a mówiąc poważniej, na rozwinięciu umiejętności ambiwalencji uczuciowej, czyli przeżywania różnych uczuć jednocześnie. Nasz mizantrop tego konfliktu nie rozwiązuje – raczej go obchodzi. Zanurzając się w tłum i wzbudzając wybiórczą percepcję, wzbudza swoją złość, pozwalającą dewaluować pożądane obiekty w sposób absolutny – po to, by uwolnić się od ich pragnienia. Argumenty wyrosłe na tej dewaluacji służą następnie do ferowania sądów egzystencjalnych. Te sądy to jakby dodatkowe wieko zatrzaśnięte nad potrzebą miłości, aby nie słyszeć jej stukania. Świat (ludzie) jest wrogi, jest dżunglą, przed którą broni tylko lodowa pustynia (metafory autentyczne). Piekło to inni. Życie nie ma więc większego sensu a jedyny akt woli, pozwalający odzyskać kontrolę to samobójstwo.

Opisywany przypadek jest skrajny – po to, by łatwo było prześledzić dryfowanie logiki i racjonalności w stronę irracjonalnych mechanizmów obronnych. Zmiana jest płynna i dla podmiotu czasem zupełnie niezauważalna. Taka osoba przeżywa siebie jako niezmiennie racjonalną – błąd nabrzmiewa na zewnątrz. Oczywiście, zamknięte w krypcie uczucia dobijają się do głosu, ale na tym etapie są natychmiast interpretowane jako lęk egzystencjalny albo stają się sygnałem do poszukania nowych wad u bliźnich. Z takiego błędnego koła samodzielnie raczej się nie wychodzi.

Na podstawie dotychczasowych rozważań zadanie terapeuty wydaje się już chyba jasne. Należy skompensować deficyty w osobowości pacjenta: otworzyć go na własne potrzeby i nauczyć ich zaspokajania w stopniu adekwatnym do rzeczywistości. To oczywiście oznacza też wykształcenie w osobowości pewnych przykrych granic, odporności na własny głód miłości i akceptacji nieuniknionego braku. Tu właśnie samotność interpersonalna splata się z samotnością egzystencjalną. Sprawa bowiem nie wygląda tak prosto, że uporanie się z samotnością interpersonalną czyni nas gotowymi na stawienie czoła egzystencji. Pacjent mierzy się z troskami egzystencjalnymi od samego początku psychoterapii, a im dalej znajduje się w tym procesie, tym wyraźniej ich doświadcza. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy, jasny, jest taki, że widzi rzeczywistość bardziej adekwatnie. Drugi, bardziej skomplikowany, jest taki, że w świadomości tego rodzaju pacjenta świat jawi się jako niezróżnicowany obiekt (jako osoba). Wobec tego obiektu są potajemnie żywione wielkie, zachłanne potrzeby, jak to było widać w przykładzie z mizantropem. Każdy z nas doświadcza czasem potrzeb skierowanych do świata jako obiektu, chociażby marząc o sławie. Podczas psychoterapii pacjent powoli rozstaje się z takim obiektem, niezależnie od tego, czy widzi go w całym świecie, czy w pojedynczej osobie. W praktyce łączy się to z zawodem, bólem – cały proces jest bardzo podobny do żałoby. Utrwala się świadomość, że nie dostanie się wszystkiego, że proces decyzji i wyboru jest jednocześnie rezygnowaniem z innych możliwości, że porozumienie z drugim człowiekiem jest możliwe tylko do pewnego stopnia. Że mamy ograniczony czas i zasoby.

Ta zasadnicza zmiana w relacjach interpersonalnych jest w naturalny sposób transponowana na naszą relację ze światem i podejście do trosk egzystencjalnych. Jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować częściowy brak znaczącej osoby, to o wiele łatwiej będzie zaakceptować własną skończoność. Wspomnianego mizantropa strach paraliżuje i z tego powodu ucieka on od życia, tłumacząc to sobie jako zysk. Przekładając to na język danych egzystencjalnych, można powiedzieć, że akceptacja istnienia śmierci pozwala dostrzec pozostałą część życia nie jako zagrożenie i kolejny krok ku nicości, ale jako spadłe z nieba bogactwo, z którego możemy korzystać pełnymi rękami, nadając tym samym życiu sens.

ściągnij film

W swoich obserwacjach osób samotnych natrafiam często na mechanizm, który nazwałem Syndromem Jasia Fasoli. Zupełnie nie chodzi tu o jakieś naśmiewanie się – Jaś Fasola jest dla mnie postacią jednoznacznie tragiczną w swej samotności. Załączony filmik pokazuje, o co mi chodzi. Jaś Fasola pragnie cieszyć się Świętami Bożego Narodzenia, ale do tego celu są potrzebni ludzie, bliskie osoby, których Jaś nie ma. Ludzie, którzy przysyłają życzenia lub wcielają się w Mikołaja. Bez nich Jaś będzie czuł się samotny – a tego nie chce. Z drugiej strony relacje z ludźmi nawiązuje raczej kiepskie. Mówiąc najprościej, nie przepada za ludźmi. Powstaje więc dylemat – jak cieszyć się świętami, nie ryzykując kontaktu z innymi ludźmi. Jaś rozwiązuje (a raczej obchodzi) ten dylemat, budując w swojej głowie pewną specyficzną przegródkę – będąc po jednej stronie tej przegródki, nie widzi, co jest po drugiej (i odwrotnie). W filmie ta przegródka symbolizowana jest np. przez drzwi. Jaś dostarcza sam sobie oczekiwane życzenia, po czym wchodzi do mieszkania i natychmiast zapomina (wypiera), co zrobił. Przegródka została przekroczona. Pozwala mu to cieszyć się otrzymanymi kartkami, tak jakby przysłał je ktoś bliski. Gdy patrzymy w ten sposób, skecz staje się wydarzeniem przejmująco smutnym, a śmiech z taśmy brzmi upiornie, jak naigrawanie się z nieszczęśliwego człowieka. Rolę tej umysłowej przegródki symbolizuje też noc – rankiem Jaś „nie pamięta”, że sam sobie włożył prezent do skarpety. Może się cieszyć, jak dziecko. Ktoś o nim pamięta, ktoś go potrzebuje.

W prawdziwym życiu Syndrom Jasia Fasoli przejawia się zwykle w subtelniejszy sposób. Wszyscy szukamy akceptacji, sygnałów troski i miłości ze strony (głównie) bliskich osób. Niektórzy z nas dosłownie umierają z pragnienia tych sygnałów i nie mają siły czekać (patrz artykuł o Zwieraczu), aż ten Ktoś je wyśle z własnej woli. Zaczynają więc wywoływać takie sygnały. Przykładów może być tutaj mnóstwo. Dziecko, które w oczekiwaniu na akceptację rodziców zaczyna realizować ich pomysł na swoje życie. Osoba, która chce „zrobić wszystkim dobrze”, zapominając o swoich potrzebach. Kobieta, która pozwala mężczyźnie rozkoszować się swoim ciałem, traktując jego pożądanie jako oznakę bliskości i troski. Człowiek, który spełnia wszelkie kaprysy swojego partnera, nawet te, o których on (ten partner) jeszcze nawet nie pomyślał.

We wszystkich tych przykładach otrzymane sygnały akceptacji nie są wyrazem autentycznych uczuć drugiej osoby. Są raczej wynikiem zaspokojenia jej egoistycznej potrzeby. Wspomniany syndrom (przegródka) pozwala nam o tym nie myśleć. Naciskamy przycisk, a potem staramy się nie pamiętać, że dostajemy coś tylko i wyłącznie od samego siebie. Przyjrzyjmy się bliżej ostatniemu przykładowi. Starasz się przewidzieć wszelkie marzenia i fantazje upragnionej osoby i jak najszybciej je spełnić.  Nie zgłaszasz własnych potrzeb, żeby nie przeszkadzać – przecież to wymagałoby jakiegoś wysiłku tej osoby, a ona (nikt zresztą) wysiłku nie lubi. Ta osoba jest z tobą, nawet wydaje się zadowolona. Ale w tobie za to utrzymuje się ciągła, dziwna niepewność, jakiś nieokreślony brak, pustka, czasem złość. To przebijają się treści schowane za przegródką, czyli fakt, że tej „bliskiej” osobie jest po prostu z tobą wygodnie. I nic więcej.  Tragicznym paradoksem jest to, że taki napływ niepewności powoduje zwykle zwiększenie wysiłków w celu jeszcze lepszego zaspokojenia fantazji partnera – czyli błędne koło się zamyka. Im bardziej boisz się straty tej osoby, tym bardziej jej dogadzasz. Im bardziej jej dogadzasz, tym mniej czujesz autentycznego wysiłku (zaangażowania) z jej strony, w wyniku czego jeszcze bardziej się boisz.

Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Odpowiedź wyda się prosta, choć w praktyce jest to często zadanie przerażająco trudne. Kluczem jest zdolność do znoszenia braku. Braku telefonu, braku dotyku. Braku ciągłej obecności ukochanej osoby. Jest to zdolność do wyrażenia własnej potrzeby i poczekania, czy ten ktoś w ogóle to usłyszał i co zamierza z tym zrobić. Jeśli jesteś „pod ręką” cały czas, to druga osoba nawet nie ma możliwości poczuć, że cię potrzebuje. Jeśli jednak umiesz znieść chwilę braku, tym samym stwarzasz miejsce na pojawienie się pragnienia skierowanego w twoim kierunku. A przecież za tym właśnie tęsknisz, prawda?