Archiwum dla kategorii ‘samotność’

Do czego się mogą przydać powyższe rozważania o sprzecznościach ludzkiej natury? Widzę dwa rodzaje wniosków: jedne odnoszące się do wpływu ducha czasów na cel i kształt psychoterapii i drugie, dotyczące sensowności polityczno-społecznych sporów i możliwości ich konstruktywnego rozwiązywania. Oczywiście przenoszenie wniosków z obserwacji wewnętrznego rozwoju człowieka na możliwości rozwoju społeczeństwa to ryzykowne zadanie ale zawsze warto spróbować – było nie było jest to jakaś propozycja metody myślenia na ten temat, w opozycji do myślenia „bo takie jest moje najgłębsze przeświadczenie”.

Jeśli chodzi o psychoterapię, to dzisiaj, mocniej niż kiedykolwiek należałoby zwrócić uwagę na możliwą nieświadomą ideologiczną indoktrynację pacjenta. Jeśli struktura osobowości jest jakkolwiek skorelowana z polityczną orientacją, to w gabinecie terapeuty, obok procesu terapeutycznego może iść równolegle zmaganie światopoglądowe (albo wzajemne utwierdzanie się w określonych przekonaniach). Zadanie, które tu stoi przed terapeutą, polega na uświadomieniu sobie, w jakim obszarze politycznego spektrum sytuują go jego poglądy i sposób działania,  szczególnie wtedy, gdy polityką zainteresowany nie jest. Następnie należałoby uświadomić sobie, w jakim stopniu punkt, do którego zmierza pacjent, jest jego (pacjenta) pomysłem a na ile pomysłem terapeuty i jaki jest w tym udział ideologicznego przekonania o tym, czym jest psychiczne zdrowie. Trzeba pamiętać, że właśnie tym argumentem (o psychicznej chorobie) posługują się często przedstawiciele zwaśnionych obozów, co znów oznacza, że w obowiązującej definicji psychicznego zdrowia jest spory udział polityki.

Druga sprawa to fakt, że wybór metody pracy terapeuty jest często mocno związany z jego osobowością. W przypadku „pacjenta konserwatywnego” lekkie przesunięcie terapeuty w kierunku liberalnym prawdopodobnie ułatwi mu pracę, podobnie będzie w pracy z „pacjentem liberalnym” w przypadku przesunięcia terapeuty w kierunku konserwatywnym. Niestety (a może stety) do gabinetu trafiają bardzo różne osoby i dlatego dzisiaj, gdy społeczeństwo jest mocno podzielone, terapeuta musi być gotowy na dużą elastyczność w doborze metod pracy. Odzwierciedlający terapeuta ze szkoły humanistycznej pomoże „pacjentowi konserwatywnemu”, (bo ten poprzez samo poczucie akceptacji zaakceptuje swe stłumione impulsy) ale „pacjentowi liberalnemu”, który potrzebuje pomocy w akceptacji społecznych reguł, może mocno zaszkodzić, potęgując poczucie chaosu. Podobnie terapeuta poznawczo-behawioralny pomoże w budowaniu struktury „pacjentowi liberalnemu” ale nacisk na rozumienie i planowanie w przypadku osoby, która sama wciąż myśli i planuje, żeby nie doświadczać impulsów, może pogorszyć sprawę. Jeśli społeczeństwo jest w miarę jednolite (czyli konserwatywne), do zawodu terapeuty mogą trafiać osoby z określoną, podobną osobowością, która będzie powodować, że „wystarczy być” obok pacjenta, żeby mu pomóc (pewnie dlatego większość terapeutów, których poznałem, jest raczej liberalna). Jeśli jednak społeczeństwo jest mocno spolaryzowane, jak dziś u nas, samo bycie nie wystarczy.

Druga grupa wniosków dotyczy społecznych sporów i możliwości ich diagnozowania powyższą metodą psychologiczną. Jeśli byłoby to możliwe, można by wtedy pokusić się o przybliżone prognozy, w jakim to wszystko zmierza kierunku: czy Europa rzeczywiście upada, czy właśnie wystrzela ku świetlanej przyszłości. U pacjenta zaczynamy od wywiadu, w przypadku społeczeństwa cały wywiad mamy zawarty w podręcznikach historii (aby nie komplikować za bardzo, pomińmy kwestię, kto je pisze). Historia uczy, że grupy społeczne powstają wokół idei, totemów, bogów. Bez nich po prostu kręcimy się tu i ówdzie obgryzając korzonki i poddając się innym, przypadkowym impulsom. Gdy gromadzimy się wokół idei czy bóstwa, część swojego widzimisię albo chcemisię musimy ograniczyć na rzecz grupy, która za to nas broni, nagradza i nadaje sens życiu. Im mocniej wierzymy w proponowaną ideę, tym więcej chcemy grupie poświęcić – ale co bardziej istotne (a często pomijane), im więcej poświęcamy grupie, tym mocniej wierzymy. Dosadnie wyraził to dawny myśliciel: „jeśli położysz patyk na kredensie i będziesz się do niego modlił przez miesiąc a potem jednego dnia tego nie zrobisz, będziesz miał poczucie popełnienia grzechu”. Grupy aby przeżyć muszą eliminować inne grupy. Im więcej zbrodni popełnimy w imię naszego bóstwa, tym mocniej musimy w to bóstwo wierzyć, aby nadać im sens – inaczej przywali nas ich ogrom. W tym sensie każda grupa, naród czy cywilizacja ufundowana jest częściowo na takiej wypartej zbrodni a częściowo na wszelakich dobrach, jakie członkowie grupy sobie wzajemnie oferują. Najbardziej jaskrawy przykład (bo z niedawnej, obserwowalnej przeszłości) to Amerykanie, którzy wytępili Indian a na pobojowisku zatknęli sztandar z hasłami wolności i swobód obywatelskich. Z jednej strony może to hipokryzja ale z drugiej strony może właśnie dlatego Stany Zjednoczone stały się kolebką nowoczesnego liberalizmu, bo dokonanej zbrodni nie dało się upchnąć w niepamięci.

W każdym razie, konserwatywny Zachód coraz częściej zaczął mieć do czynienia z ateistycznym liberałem, podważającym chrześcijańskie kamienie węgielne, pytającym: w co my właściwie wierzymy i dlaczego? Tutaj można przywołać teorię rozwoju moralnego jednostki Kohlberga: przeminęła dawno faza prekonwencjonalna, kiedy ludzie słuchali się autorytetów bo musieli, ustaliła swe panowanie faza konwencjonalna, gdzie ludzie słuchają autorytetów, bo w nie prawdziwie wierzą – zaczęła się jednak faza postkonwencjonalna, gdzie ludzie przestają brać rzeczy na wiarę, a zaczynają zadawać trudne pytania. Te pytania wg teorii Kohlberga mają na celu zweryfikowanie nadanych z góry autorytetów i określenie, jaki jest mój osobisty do nich stosunek. Pojedynczy człowiek takie fazy oczywiście przechodzi – nie ma wobec tej teorii specjalnych sprzeciwów, za wyjątkiem jej ostatnich faz. Zwolennicy mówią, że zwycięża w nich rozsądek i refleksyjne, dojrzałe myślenie, krytycy uważają, że zwycięża egoizm i „róbta co chceta”. Ta niezgoda wynika prawdopodobnie z tego, że właśnie w takim aktualnie punkcie dziejów się znajdujemy i historia jeszcze nie miała czasu tego „ateistycznego zwrotu” osądzić.

Diagnoza, która przed nami stoi, polegałaby więc na zdecydowaniu, czy Europa jest na tyle dojrzałym osobnikiem, że może zdecydować, co z obowiązujących autorytetów ma sens a co jest tylko niepotrzebnym zniewoleniem – czy raczej jest znękanym przez wymagających rodziców szesnastolatkiem, który pewnego dnia się zbuntował i teraz pławi się w zakazanych do tej pory przez rodziców przyjemnościach, z których największą jest obserwowanie ich bezsilnej wściekłości. Jeśli zachodzi pierwsza możliwość, to obie strony mają trudne zadanie: konserwatyści muszą uznać że „jajko mądrzejsze od kury” i usunąć się na bok sceny a liberałowie (a właściwie lewica) stanąć na własnych nogach i udowodnić że potrafią być „głową rodziny” (lepszą niż Stalin). Jeśli jednak zachodzi ta druga możliwość, że mamy do czynienia z krnąbrnym szesnastolatkiem, to zadanie dla obu stron jest równie trudne: bo właściwie po czyjej stronie leży odpowiedzialność za te nieprzyzwoite harce młodziana? Po jego, bo jest zbyt krnąbrny? Czy po stronie rodziców, bo byli przesadnie restrykcyjni?

 

Poprzedni wpis nie oznacza, że chciałbym upolityczniać psychologię, raczej odwrotnie: zastanawiam się, na ile światopoglądowy dialog może odzwierciedlać wewnętrzny dialog pojedynczego człowieka. A jeśli można godzić wewnętrzne sprzeczności w procesie terapeutycznym, to na ile wiedza o tym procesie daje podstawy do diagnozowania społeczeństwa i przewidywania jego dróg rozwoju lub regresu. Opinie na temat tego, co się dzieje dziś w Europie wahają się od ściany do ściany: jedni mówią że Europa to najwyższy stan rozwoju społeczeństwa, inni, że widać wyraźne symptomy jej zupełnego upadku. Kto ma rację? Albo inne pytanie: dlaczego tak różnie można widzieć rzeczywistość? Które z tych dwóch pytań jest bardziej zasadne?

Jak wspomniałem wcześniej, w moim odczuciu człowiek/obywatel Europy przeszedł na swej drodze transformację, która w gabinecie terapeutycznym odzwierciedla się w wewnętrznej relacji pacjenta między jego impulsami a społecznymi regułami. W społeczeństwie konserwatywnym czyli patriarchalnym impulsy seksualne podlegają silnej kontroli – skrajnie w islamie, gdzie kobieta musi chodzić w czymś w rodzaju worka, żeby obie płcie były w stanie panować nad swym podnieceniem. Pokazuje to, jak wielka jest siła impulsu. Pokazuje to też, jak słabo kontrola impulsu jest uwewnętrzniona w pojedynczej osobie (jako jej osobista umiejętność): kontrolą musi zająć się zewnętrzne prawo wyrażone między innymi w regułach zachowania czy ubierania się. Zbiór zasad kontroli impulsu jest bazą dla poczucia tożsamości całej społecznej grupy. Określa przedmioty wiary i wartości, codzienne nawyki i lokalny koloryt grup społecznych. Dekalog jest zbiorem głównie zakazów – pokazują one, gdzie impuls agresywny lub seksualny ma być powstrzymany. Oznacza to, że próba dokonania zmian w podejściu do kontroli impulsywności będzie traktowana jako zamach na tożsamość i sens istnienia grupy, na przykład chrześcijaństwa w ogóle. Dlatego tak spornym tematem jest chociażby wychowanie seksualne w szkołach.

Na poziomie jednostkowych relacji międzyludzkich silna kontrola impulsu odzwierciedla się więc w konserwatywnej spoistości grupy ale też, jak się rzekło, w konkretnych zaburzeniach czy patologiach, tworząc zadanie dla terapeuty. Gwałt, przemoc w rodzinie, kazirodztwo – to pierwsze z brzegu przykłady, które łączy fakt wyrwania się impulsu spod kontroli. Można pewnie do tego dodać ogólnie wojny czy przestępstwa z agresją w tle. Na co dzień możemy to obserwować choćby na drodze – w formie niestosowania się do ograniczeń prędkości, co kosztuje nas wiele żyć. W każdym razie, im bardziej impuls jest zduszony przez zewnętrzny nacisk a nie wewnętrzne poczucie sensu, tym bardziej destrukcyjnie się objawi, jeśli system kontroli zawiedzie.

Silna kontrola seksualności bez jednoczesnej wewnętrznej zgody na to ograniczenie przejawia się w gabinecie terapeutycznym np. jako obsesja, z jej kompulsywnymi myślami i zachowaniami. Mają one na celu zapełnienie wewnętrznego świata w całości aktywnością w praktycznym wymiarze bezsensowną, ale dzięki temu nie pozostawiającą żadnej szczeliny na przyjemność – bo wtedy impuls mógłby zawładnąć człowiekiem i pozbawić go kontroli totalnie. Jak jednak wynika z obserwacji, jest to pacjent coraz rzadszy, ponieważ społeczeństwo nie jest już tak kontrolujące w sprawach seksu jak kiedyś.

Pomysł społeczeństwcomeina liberalnego na kwestie impulsywności jest odmienny. Impuls ma prawo bytu, jest dozwolony a wręcz nawet pożądany. Dobrze widziana jest różnorodność impulsu seksualnego, bo to dowodzi jego wolności i szczerości. Ograniczenie jest łatwo kojarzone z autorytaryzmem i zaściankowością. Tożsamość takiego społeczeństwa jest więc ufundowana na zupełnie innej bazie. Zamachem na taką tożsamość jest próba kanalizowania impulsów, tworzenia hierarchii i moralności. Róbmy cokolwiek, dopóki nie dostaniemy sygnału, że komuś to szkodzi. Jasne, że mówimy tu o realnie zwiększonej wolności jednostki ale z drugiej strony taki światopogląd łatwo może zostać użyty do usprawiedliwienia swej niechęci do wysiłku ograniczenia się w czymkolwiek. Reguły współżycia są jednak niezbędne, co powoduje, że zaczynają być opierane na jednostkowych odczuciach w konkretnej sytuacji, co znów skutkuje zwiększoną ilością oburzonych i urażonych. Jeśli dziewczynka bardzo chce być chłopcem, to czemu nie. Jeśli tego nie dostanie, będzie urażona. Konsekwencją takiego światopoglądu jest też zmniejszenie różnic między narodami i ich wewnętrznej spoistości, co znów uruchamia wrogość w konserwatystach. Można powiedzieć, że liberalizm jest równie bezradny wobec impulsu co konserwatyzm, tylko próbuje to zignorować, wywyższając impuls do roli kreatora prawa. Jest to duże niebezpieczeństwo, bo impuls w swej zachłanności łatwo może stać się okrutny.

Skutki psychologiczne dla jednostek, jak już wspominałem, są takie, że trudno wiązać się z kimkolwiek na dłużej, bo prędzej czy później trzeba będzie wziąć pod uwagę jego odmienność i w jakimś stopniu dostosować się do niej – o ile nam na kimś zależy. Brak konserwatywnego treningu w akceptowaniu reguł powoduje jednak, że szybko je porzucamy jako nieprzyjemne, czytaj: wrogie. To z kolei pozbawia nas możliwości doświadczania, jak ważne są w związkach wzajemne poświęcenia, jak wielkie to ma znaczenie dla poczucia, że jesteśmy ważni i kochani. Stąd moje przekonanie, że samotność jest najgorszym wirusem XXI wieku. Powstaje też całkiem nowy obszar trudności i zaburzeń interpersonalnych, gdzie spotykają się osoby z przeciwnymi sobie światopoglądami. Ale to osobny temat (zawierający np. pytanie, co wyniknie ze związku konserwatystki z liberałem, albo też czy islam i Europa mogą współistnieć).

Powyższe rozważania, mam nadzieję, dają podstawy do próby odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak różnie można spostrzegać rzeczywistość? Obsesyjny pacjent, który zaczyna terapię, skoncentrowany jest na kontroli. To jest nasz „pacjent konserwatywny”. Mówiąc żargonem psychologicznym, identyfikuje się całkowicie z tą częścią siebie, która kontroluje impuls, natomiast sam impuls spostrzega jako coś zewnętrznego, wrogiego i przerażającego. Podczas dobrze poprowadzonej terapii pacjent zaczyna dopuszczać impulsy, coraz częściej traktując je jako część siebie, która ma prawo istnieć i dostarczać spontanicznych przyjemności. Coraz częściej mówi: „chciałbym dać sobie więcej luzu, ale czuję, że coś mnie powstrzymuje”. Takie zdanie oznacza, że pacjent identyfikuje się dla odmiany ze swoim impulsem. Zaczyna w tym przypominać „pacjenta liberalnego”, który od tego punktu zaczyna terapię. „Pacjent liberalny” z kolei jest dumny z siebie, jeśli uda mu się sensownie zapanować nad impulsem, czyli zidentyfikować się z wewnętrznym ośrodkiem kontroli („nie zrobiłem tego, mimo pokusy”). Co więc jest prawdą? Czy jestem swym impulsem, czy jego kontrolerem? Czy może jednym i drugim? Czy w takim razie chcę być biernym polem walki tych sprzecznych sił, czekając, która zwycięży? Tak chyba wygląda dziś duża część „światopoglądowego dyskursu”. Powyżej starałem się jednak wykazać, co się dzieje, gdy jedna z tych sił zwycięży w naszym wewnętrznym świecie. Terapeuta ma wtedy pełne ręce roboty. Czy zatem istnieje alternatywa? Jak mogłaby wyglądać? Jest się nad czym zastanawiać. I może nie być wiele czasu, bo przecież ktoś coraz mocniej puka do drzwi.

Obserwowanie potężnych, ścierających się światopoglądów, które wzajemnie się wykluczają, skłania do zastanowienia: czy oglądamy oto dążenia ku prawdzie, którą każda ze stron rezerwuje dla siebie, czy raczej dążenie do samej walki i wzajemnego wykluczania? Która z powyższych możliwości lepiej oddaje naturę człowieka? Cóż, jeśli chodzi o naturę człowieka, to gabinet terapeutyczny jest jednym z lepszych miejsc do szukania odpowiedzi.

Oczywiście, samo postawienie kwestii w ten sposób jest już zajęciem pewnej pozycji w dyskusji. Pozycji, która zawiesza pytanie „jaka jest prawda?” na rzecz pytania „dlaczego jeden człowiek myśli, że prawda jest taka a drugi, że inna?”. Według mnie, taka postawa jest niezbędna w byciu psychologiem, chociaż potrafiłbym wskazać wiele przykładów, gdzie psycholog jest czymś w rodzaju bullteriera na usługach określonej grupy, przekonanej o swoim monopolu na prawdę.

Ale do rzeczy: początków gabinetowych obserwacji można szukać w psychoanalizie. Epoka wiktoriańska stworzyła pewien typ pacjenta (a raczej pacjentki), na którym Freud oparł swoją teorię i metodę leczenia. Mówiąc w skrócie, objawy pacjentek były reakcją na zahamowanie seksualnych impulsów, zahamowanie tak silne, że zaczęło wyrażać się w taki sposób, żeby nie można było go skojarzyć z przyczyną. Brzmi logicznie. Można powiedzieć, że była to konsekwencja życia w społeczeństwie o mocno zaznaczonych zasadach, które pomagały to społeczeństwo spajać i dosyć szybko decydować, kto postępuje źle, a kto dobrze. Czy były to zasady wynikające z „prawdziwych” przekonań? Być może odpowiedzią na to pytanie jest fakt, że do purytanizmu raczej mało kto chce dziś wracać. W każdym razie, zadaniem terapeuty było spowodowanie, by pacjentka poluzowała nieco swe zahamowania i na powrót „zaprzyjaźniła się” ze swoimi impulsami, co skutkowało wycofaniem objawów. Mamy tu więc do czynienia z „pacjentem konserwatywnym” w tym sensie, że wzorzec zachowań jest bardzo sztywny, niepodatny na zmiany a w dodatku uzasadniany różnymi racjonalizacjami.

Paradoksalnie, oparty natam i z powrotem takich zaburzeniach freudyzm odegrał niemałą rolę w seksualnej rewolucji, która wydatnie zmniejszyła ilość tego typu pacjentów. Skoro wszyscy o seksie zaczynają mówić, to nie ma sensu zaprzeczanie czemukolwiek, wręcz przeciwnie, będę wydawał się dziwakiem, gdy będę się w tej sferze nadmiernie ograniczał. Impulsy (nie tylko seksualne) zaczęły być ukochanym dzieckiem psychologii i taka była w sumie reakcja na ortodoksyjną psychoanalizę, że terapeuci zajęli się zachęcaniem pacjentów do wyrażania i akceptowania wszelkich impulsów, traktując to jako drogę do „prawdziwego ja” lub „prawdziwej natury człowieka”. W wyniku tego w gabinetach psychoterapeutów zaczął pojawiać się „pacjent liberalny”, który co prawda nie miał już żadnych zahamowań, tyle że był wydany na pastwę swoich impulsów, z których każdy wiódł go w innym kierunku, powodując chaos i paraliż działania. Skrajnym przykładem takiego pacjenta jest „pacjent libertariański”, który mocno wierzy w to, że „jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka”, co skutkuje tym, że taki pacjent przestaje wychodzić z domu i powoli popada w osamotnienie. Liberalne gazety, w swoim umiłowaniu wolności impulsu, szybko nazwą to „cocooningiem”, co zredefiniuje zjawisko jako jeden z równoprawnych stylów życia. W tym kontekście łatwo zrozumieć dzisiejszy problem wielu osób ze stworzeniem trwałego związku – jest to po prostu zamach na moją wolność.

Oczywiste jest, że stosowanie ortodoksyjnej psychoanalizy do „pacjenta liberalnego” jest skazane na klęskę. Nie ma czego interpretować czy odszyfrowywać, ponieważ wszystko jest niejako „na wierzchu”. Psychoterapia doszła w ten sposób do ściany i ma trudności z odwrotem, bo nieśmiertelne pytanie „co czujesz?” mocno fetyszyzuje uczucia jako przewodnika w społecznych działaniach. W przypadku takich pacjentów praca powinna jednak iść w stronę stopniowego budowania struktury, która umożliwi rozsądne poruszanie się pacjenta w obszarze, gdzie społeczne reguły stykają się z wewnętrznym rezerwuarem impulsów. Jest to prawdziwie polityczny, wewnętrzny dialog: „na ile mam zrezygnować ze swojej wolności i właściwie w imię czego?”. Wewnętrzny liberał reaguje bardzo źle na każde ograniczenie swobody. A każda zasada czy reguła ogranicza. Przyjmie więc takie ograniczenie tylko wtedy, kiedy będzie miał pewność, że on sam jest tego ograniczenia autorem i że absolutnie nie było żadnego innego wyjścia.

Psychoanalityk freudowski był „umiarkowanym liberałem” w stosunku do „pacjenta konserwatywnego” i to w zasadzie wystarczało do sukcesu. Zadanie dzisiejszego terapeuty jest trudniejsze. Jeśli będzie zbyt liberalny, nie pomoże „pacjentowi liberalnemu” w budowaniu struktury. Jeśli będzie zbyt konserwatywny, zaszczepi takiemu pacjentowi własne wzorce, przeciwko którym ów pacjent się zbuntuje, traktując je jako obce, autorytarne twory. Dlatego tak ważna wydaje mi się pozycja terapeuty, która szuka odpowiedzi na pytanie: „dlaczego jeden myśli tak, a drugi inaczej?” a nie „jak jest naprawdę?”.

Trud wewnętrznego dialogu, który podejmuje wyżej opisany pacjent, można porównać do trudu naszego społeczeństwa w dialogu światopoglądowym. Konserwatysta nie ustąpi ze swojej pozycji, dopóki nie zauważy, że sztywność odcina go od przyjemności a wolność niekoniecznie prowadzi na bezdroża impulsów. Z kolei liberał nie odda swojej wolności, jeśli nie zauważy, że ograniczenia mogą wynikać z własnych decyzji, podjętych dla własnego dobra. Silne napieranie obu opcji na siebie pozwala uniknąć obu tych dróg, które są zwyczajnie trudne, bo wymagają autorefleksji i wewnętrznej pracy. Konserwatysta boi się swojego wewnętrznego liberała, którego uważa za diabła, a liberał boi się swego wewnętrznego konserwatysty, którego uważa za tyrana. Przedstawiciele obu opcji, koncentrując się na najgorszych przejawach aktywności wroga, udowadniają sami sobie, że trzeba trzymać się od niego z daleka. A pod spodem lęk pogania lękiem.

Z trójcy „zdobyć, trafić, utrzymać” wybrałem dziś pewien problem z kategorii „utrzymać”, który wydaje mi się zasadniczy dla przetrwania związku. Przenikanie się miłości i nienawiści (bo o tym mowa) zajmuje pewnie większą część światowej literatury i jest tematem wielu banalnych i mniej banalnych stwierdzeń. Jak więc ten czarno-biały supeł wygląda z pozycji psychoterapeuty i czym są tytułowe Czarne Oceany?

Jak większość z nas wie, początek związku jest zwykle dosyć przyjemny i lokuje się w okolicach barwy różowej. Ożywia nas „nowa nadzieja”, życiowe soki zaczynają mocniej krążyć, poziom energii skacze pod niebo. Można to oczywiście tłumaczyć hormonami i wielu „naukowców” tak robi. Tylko że hormony nie wyjaśniają tej emocjonalnej huśtawki, w którą wpada duża dziś część par. Ale po kolei. Fakt, że nasze pragnienie sięga zenitu przy osobie, którą znamy czasem od tygodnia a obniża się w trakcie poznawania tej osoby można rozumieć tak, że niewiedza na jej temat jest wielką białą plamą, którą możemy wypełniać swoimi najpiękniejszymi marzeniami. Im szybciej trafia nas „piorun”, tym pewniej możemy powiedzieć, że zakochaliśmy się nie w konkretnej osobie ale we własnych fantazjach na jej temat. Proces narasta lawinowo, bo im więcej marzeń w niej ulokujemy, tym mocniej się zakochujemy – a im bardziej się zakochujemy, tym bardziej szukamy w tej osobie spełnienia marzeń. Widać to najbardziej przy pierwszym zakochaniu, po którym zwykle trochę trzeźwiejemy i wydaje się nam, że teraz jesteśmy dorośli i patrzymy na sprawy obiektywnie. Niestety, jesteśmy w błędzie.

Gdy za mąż wychodzi (po raz szesnasty) gwiazda filmowa, wszyscy prawie jesteśmy w stanie przytomnie ocenić, jak i kiedy to się zakończy. No ale gwiazdy żyją z fantazją na co dzień, więc dajmy im spokój. Jak działanie fantazjji objawia się w bardziej realistycznym związku? Dla jednych będzie to oznaczać, że któregoś dnia zauważą, że ich partner ma kłopoty z pryszczami, za krótkie nogi, lekkiego zeza albo że nie zrobił matury – i jakoś trzeba się będzie z tym pogodzić. Rzeczywistość wyłazi na wierzch spod naszych różowych okularów. My też już nie jesteśmy tacy zachwycający dla drugiej strony, co więcej, nie chce się nam w to zachwycanie całej energii wkładać, zwłaszcza po naszych niewesołych spostrzeżeniach przy oglądaniu ukochanej podczas nitkowania zębów. No ale cóż, krok po kroku się do siebie przyzwyczajamy i jakoś to idzie, lepiej lub gorzej. Ale dziś nie o takich relacjach. Dziś o takich, gdzie po dostrzeżeniu realnej osoby zaczynamy jej po trochu nienawidzić. Wady fizyczne nie są tu oczywiście takie istotne: najpoważniejszy problem jest taki, że ten ktoś myśli czasem zupełnie inaczej niż ja i ma inne pomysły na załatwianie wspólnych spraw albo inną ocenę tego, co się między nami wydarza (nieśmiertelna „czyja wina”). W takim związku emocje przepływają inaczej: wspólny czas dzieli się na taki, w którym kochamy się zupełnie tak, jak na początku relacji i taki, w którym chcemy się nawzajem pomordować, głównie w myślach, ale też często całkiem realnie. Taki czas właśnie, w którym najbliższa osoba staje się naszym największym wrogiem, nazywam po dukajowsku Czarnym Oceanem.

Czarne Oceany są traumatycznymi przerwami, wyrwami w relacji, w których czujemy, że świat się wali, ogarnia nas przemożny strach i wściekłość, poczucie niesprawiedliwego potraktowania lub odrzucenia przez osobę, która obiecywała raj a zgotowała piekło na ziemi. W przypadkach skrajnych jest to np. patologiczna zazdrość, której wystarczy ulotne spojrzenie ukochanego na inna kobietę, abyś poczuła wzbierającą chęć niszczenia jej i jego. Takie właśnie przypadki prowadzą do prawdziwych zabójstw i samobójstw, przekradając się potem do literatury i budząc nasze fantazje na temat: „jak to się kiedyś kochało”. W mniejszym natężeniu Czarne Oceany przejawiają się w walce o dominację: np. gdzie pojedziemy na urlop, do której matki pójdziemy w święta najpierw albo na której półce mają stać kubki i w którą stronę mają mieć zwrócone uszka. Możliwości jest tu mnóstwo ale ich sens jej podobny: skoro nie robisz tego, co ja chcę, to znaczy że nie bierzesz pod uwagę moich potrzeb, ergo jestem dla ciebie kawałkiem gówna. No to jak tak, to ty dla mnie też. Z wielu powodów osobowości tego rodzaju przyciągają się, więc nie trzeba długo czekać na ripostę drugiej strony. Skutkiem jest eskalacja wzajemnej nienawiści, prowadząca często do realnych zranień, czasem takich, których już wybaczyć się nie da. Czasem jednak się da i wtedy następuje okres wyrzutów sumienia, przepraszania i wzajemnych, często przesadnych ustępstw, które prowadzą znów do poczucia zdominowania i w efekcie powtórzenia całego cyklu od nowa.

Przyczyn tego rodzaju problemów upatruje się zwykle we wczesnodziecięcych doświadczeniach i praktyka terapeutyczna to potwierdza. Czasem jest to zaniedbanie przez rodziców, czasem specyficzna relacja z rodzicem, który robi z dziecka pojemnik na swoje problemy, traktując jak spowiednika i jedyne wsparcie. Czasem też jest to relacja z rodzicami, z których jedno pozwala na wszystko a drugie jest surowe i karzące. Dziecko wiąże się wtedy narcystycznie z tym permisywnym rodzicem i nie ma szans na pomoc tego drugiego w trudach akceptacji różnic między ludźmi i walki o swoje miejsce w dorosłej relacji. Wspólnym doświadczeniem tych konfiguracji jest przeżywanie nieobecności rodzica nie jako szansy na realizowanie własnych pomysłów ale jako zagrożenia dla własnej tożsamości albo nawet dla życia. Mówiąc prosto, osoba która cię nie chce, nie jest wtedy po prostu pustym miejscem w życiu – jest niebezpiecznym agresorem. Pierwszym odruchem jest więc zwykle usunięcie takiej osoby ze swego życia. Takie właśnie może być podłoże powtarzających się, nieudanych związków, w których wytrzymujesz ile możesz a potem nagle zrywasz z partnerem na zawsze. Nie ma dialogu, bo nie ma wiedzy, że to w ogóle możliwe. Przy okazji, tutaj muszę przeprosić kilka osób, którym nie odpowiedziałem na listy w rodzaju: „w każdym związku ludzie mnie rozczarowują i zawodzą, świat jest zły i nie chcę mieć z nim do czynienia”. Ten tekst jest próbą odpowiedzi na ich zapotrzebowanie.

Jak zwykle, pojawia się pytanie, co z tym zrobić? Teoretycznie odpowiedź jest dosyć prosta, w praktyce jest to raczej mozolna praca nad sobą i relacją. Tajemnicą jest sposób, w jaki traktujemy konflikt. Dla wielu osób, a szczególnie dla dziś opisywanych, konflikt jest czymś jednoznacznie złym. Zaistnienie konfliktu oznacza dla nich, że związek właśnie się wali. Że trafiliśmy (znowu) na nieodpowiednią osobę. Albo (w najlepszym razie) że właśnie znaleźliśmy się w wysoce niestosownej i żenującej sytuacji, którą trzeba jak najszybciej przerwać i nigdy więcej do niej nie wracać. W rzeczywistości konflikt jest źródłem informacji o różnicy między dwoma osobami i otwarciem pola na dogadanie się, w jaki sposób będziemy tę różnicę brać pod uwagę w związku. Niestety, samo emocjonalne zaakceptowanie tej różnicy jest dla wielu z nas zadaniem bardzo trudnym. Z powodów wyżej wymienionych wiele osób uważa, że dobry związek to taki, w którym nie ma konfliktów. Dla tych osób odważę się zaproponować definicję odwrotną: o jakości związku (i jego szansach na trwanie) świadczy przede wszystkim umiejętność radzenia sobie z konfliktami. Jeśli takie konflikty stają się podstawą do skrywanej lecz narastającej urazy, to związek w końcu się rozpadnie a obie osoby, jak w piosence Ciechowskiego zajmą się wycinaniem jego/jej twarzy ze wspólnych zdjęć. Jeśli jednak dwoje ludzi jest w stanie porozmawiać o tym, co się przed chwilą wydarzyło, otworzyć przed drugą stroną cały ten wstyd, który nierozerwalnie z taką sytuacją się wiąże, to oznacza to wejście na drogę ku akceptacji prawdziwego, żywego człowieka w naszym życiu i zdecydowania, czy chcemy kochać go takim, jaki jest. Czego sobie i Państwu życzę.