Archiwum dla kategorii ‘relacje’

Męski pampers jest jednym ze zjawisk, które krystalizują się w mojej psychologicznej głowie w kontakcie z wieloma pacjentami jako częsty refren, przewijający się motyw ludzkich niepowodzeń w tej najtrudniejszej z trudnych rzeczy, jaką jest umiejętność życia ze sobą pod jednym dachem. Najprostsza definicja takiego pampersa: są to problemy, którymi mężczyzna obciąża swoją kobietę, chociaż poradzenie sobie z nimi jest tylko w jego gestii. Czemu pampers? Bo kojarzy mi się to zjawisko (trochę freudowsko) z takim etapem w życiu dziecka, kiedy jego kupa (a także cały proces jej produkowania) jest obiektem zachwytów jego mamy oraz bliższej i dalszej rodziny. Nie nabijam się – na tym etapie dziecku na pewno wsparcie w tej kwestii się przydaje. Ale spójrzmy na to psychologicznym okiem: wszystko, co do ciebie należy, to uwolnić się od napięcia, NIE POWSTRZYMYWAĆ SIĘ – a będzie się za to jeszcze nagrodzonym. Aż chciałoby się tę transakcję przenieść w dorosłe życie.
No i czasem się przenosi. Dorastanie to ciężki proces oswajania z ograniczeniami realnego świata. Wystarczająco dobrzy rodzice zwiększają wymagania dziecku zgodnie z jego możliwościami, aby na koniec zdolne było poradzić sobie z trudami życia. Zauważmy, że jest to ogólnie nauka WSTRZYMYWANIA SIĘ od natychmiastowych przyjemności (najpierw lekcje, potem zabawa, najpierw obiad, potem deser itp.). Patrząc głębiej, jest to nauka myślenia. Zapełnienie pampersa myślenia nie wymaga. Czasem w tym procesie odpępowiania przeszkadza CHCĘ rodzica. Czasem jest to CHCĘ ojca, który raczej się kumpluje z synem niż go wychowuje. Czasem jest to CHCĘ matki, która rozczarowana słabym lub znikającym mężem, kieruje swe uczucia ku synowi, kontrolując jego emocjonalne życie i oferując mu miejsce na jego słabości i jego niewytrzymywanie.
Odmian takiego scenariusza jest mnóstwo. Przykład: 30-letni syn mieszka z matką, rzadko wychodzi, przed ludźmi czuje lęk. Jednocześnie wewnątrz czuje błąkające się kłucie bezwartościowości, wywołujące co jakiś czas wyzwoleńczy zryw w postaci np. nowej pasji, która szybko się kończy. Mama jednak zawsze ma dla niego obiad i swą bezbrzeżną akceptację. Kobiety budzą największy lęk – nie życzą sobie (przeważnie) oglądać jego pampersa wypełnionego lękiem i biernością. I tak sytuacja się konserwuje. 30-letni chłopiec nie jest przygotowany do WYTRZYMYWANIA wyzwań losu. Jego bunty ograniczają się do „nie będę jadł dziś obiadu, nie rób”. Mama jednak robi „na wszelki wypadek” – a on w końcu robi się głodny i je. Jedyne co może pomyśleć to: „gdyby nie matka, zdolny byłbym do wielkich czynów”.
Jasne jest, że na dzisiejszym matrymonialnym rynku dosyć szybko znajdzie się kobieta, która podejmie się adopcji takiego wyrośniętego bobasa. Nazwie to ślubem, ale w praktyce będzie to adopcja. Ten pomysł czasem jest świadomy, czasem nie. Współczesne „psychologiczne mądrości” kolportowane przez wszechobecną mgr Jadzię często taką adopcję pochwalają, bo przecież mężczyzna powinien przyznawać się do swoich słabości a płaczący facet to w ogóle widok niezwykle uroczy. Ktoś w to w ogóle wierzy?
Dalej scenariusz układa się mniej więcej tak: kobieta zaczyna wspierać swego mężczyznę-bobasa, motywuje go do szukania pracy, doradza mu w kwestiach psychologicznych. Związek się zacieśnia. Tak by się przynajmniej wydawało. Jednak potem mężczyzna wypływa na szerokie wody i powoli zaczyna tracić zainteresowanie swoją partnerką, szczególnie zainteresowanie seksualne. I w końcu odchodzi, ku zdumieniu i przerażeniu kobiety, której świat wali się w gruzy czasem z dnia na dzień. Co się właściwie stało, nie wie nikt. On oskarża ją o zbytnią kontrolę, ona jego o nieodpowiedzialność (chociaż częściej samą siebie o to, że nie była wystarczająco dobra, by go zatrzymać przy sobie).
Co natomiast widzi nasze psychologiczne oko? Widzi to, że kobieta przyjęła rolę matki, zajmując się uważnie męskim pampersem. Przeprowadziła partnera ze świata dziecka do świata dorosłych, wypełniając rolę, w której zawiedli rodzice. I tak została potraktowana, jak są traktowani rodzice: gdy czuję się samodzielny, odchodzę od nich, bo mnie krępują. A już na pewno nie sypiam z kimś, kto przez długi czas zaglądał do mojego pampersa. Taki ktoś przestaje być atrakcyjny seksualnie. Oczywiście scenariusze są różne. Związek może trwać, bo mężczyźnie potrzebna jest zarówno kobieta jak i miejsce do wyładowania pampersa. Samo wyładowanie go też może różnie przebiegać. Może polegać na niekończących się narzekaniach – na szefa, na rząd, na życie. Inna wersja to ciągłe zarzuty pod adresem kobiety, że za bardzo myśli o sobie, nie o nim. No i wersja XXL, czyli fizyczna przemoc. Sprowokowała mnie i NIE WYTRZYMAŁEM. Znajome, prawda?

Piszą Państwo ostatnio o samotności we dwoje, więc zdecydowałem się trochę ugryźć ten temat. Jest rozległy i trudny, więc proszę wziąć pod uwagę, że opisać można jeden wycinek tej kwestii na raz. Istnieje jednak pewien schemat samotności we dwoje, który pojawia się dosyć często.

Zacząć trzeba od tego, że nasz wzorzec wchodzenia w relacje pochodzi w dużym stopniu od rodziców. To truizm, oczywiście, nasze spsychologizowane społeczeństwo już to wie. Przyglądając się jednak bliżej, okazuje się, że nie tyle chodzi o naukę przez obserwację, co stosunek do CHCĘ rodzica. Nazwałem to tak, żeby nie robić terminologicznego zamieszania. CHCĘ rodzica to, mówiąc krótko, jego własne, prywatne potrzeby i popędy, ukierunkowane na własną satysfakcję a nie na satysfakcję dziecka. Przykład z tych często przytaczanych: rodzice każą dziecku pić mleko, ono mleka nie znosi, rodzice tłumaczą, że to dla jego dobra, dziecko nie pojmuje, jak taka męka może być dla jego dobra. No i tu jest punkt, w którym dziecko „zdecyduje się”, jak będzie traktować CHCĘ rodzica. Bo chyba nie mamy wątpliwości, że jest granica, za którą dziecko zmuszane jest do picia mleka nie dlatego, że to zdrowe, tylko dlatego, że rodzic tak CHCE i nie znosi sprzeciwu. Satysfakcja rodzica wynika w tym przypadku nie z dobra dziecka ale z przyjemności dominacji nad nim. Żeby sprawę skomplikować, 99% rodziców nigdy się do tego nie przyzna, także (a może zwłaszcza) przed sobą. To jest w jakimś sensie „genialność” naszego umysłu: możemy doznać (my, rodzice, szefowie, nauczyciele, księża, politycy itd.) sadystycznej przyjemności, jednocześnie wierząc, że robimy to dla dobra drugiej osoby. Jeśli ktoś wątpi w to, co napisałem, niech dobrze poszuka we własnej pamięci.

Jak więc reagujemy na CHCĘ rodzica? Opiszę tu dwa sposoby, komplementarne w stosunku do siebie, co (jak już zaznaczyłem) nie wyczerpuje tematu. Pierwszy sposób: „Wypiję to mleko, bo skoro rodzic tego chce, to musi być dla mnie dobre. Sprawię mu tym przyjemność a efekcie sobie.”. Trochę upraszczam, ale chodzi o to, by w skrócie pokazać, jak uczymy się czerpać przyjemność z przyjemności innych osób, gdy nasza własna przyjemność jest zakazana. Od razu powiem, że ten sposób wybierają częściej dziewczynki. W dorosłym życiu czerpią często satysfakcję np. w życiu seksualnego z tego, że zaspokojony jest mężczyzna. Drugi sposób: „Nie wypiję, żeby nie wiem co. I skoro tak gramy, to nie uwierzę już nigdy, że jakieś twoje (rodzicu) CHCĘ ma na celu moje dobro.”. Takie rozwiązanie skutkuje ostatecznie wyrugowaniem ze swego życia wszelkich, zewnętrznych CHCĘ. Ten sposób wybierają częściej chłopcy (zostawmy na razie w spokoju przyczyny). Dla równowagi znów podam konsekwencje w życiu seksualnym: brak podniecenia u mężczyzny wobec kobiety, której na nim wyraźnie zależy. Jej CHCĘ mężczyzna traktuje jako kolejną próbę inwazji i jego ciało stawia opór, chociaż (w lżejszych przypadkach) zdroworozsądkowo to by może i chciał. Albo chce tylko wtedy, gdy warunki to uniemożliwiają (np. jest w pracy, dzieci są w pokoju itp.).

W wieku Viagry kłopoty seksualne można przeskoczyć, co nie znaczy, że ogólny schemat zniknie. Wyobraźmy więc sobie, co stanie się, kiedy zetkną się ze sobą dwie opisane wyżej osobowości, a dzieje się to często. Wszyscy pewnie kojarzymy sytuacje, kiedy kobieta domaga się od swego mężczyzny, żeby posprzątał a on uchyla się od tego, jak tylko może. Albo żeby opuszczał klapę od sedesu, co on notorycznie zapomina zrobić. Albo naprawił cieknący od wieków kran itp. Miliony dowcipów i poradników psychologicznych na ten temat powstało, co zaświadcza o skali występowania tego schematu. Idąc krok dalej, zgodzimy się chyba, że kobiecie nie tyle zależy na wykonaniu samej czynności, co na tym, żeby mężczyźnie CHCIAŁO SIĘ tę czynność wykonać. Jest to oczywiście jakiś dowód dla niej, że temu facetowi w ogóle na niej zależy. Natomiast on nie robi tego nie dlatego, że to trudne, ale dokładnie dlatego, że wie, że ona tego CHCE. Jeśli więc on, zgodnie ze swoim schematem, nawet wykona tę czynność, ale bez zapału i w dokładnie określonych przez nią granicach, jej głęboka potrzeba nie zostanie zaspokojona, co automatycznie wywoła kolejne domaganie, na co on zareaguje jeszcze mocniejszym wycofaniem i tak do całkowitej obcości i samotności we dwoje. Wersje tej samotności są oczywiście różne, często pojawia się tu „ta druga” na boku, która po prostu nie chce aż tyle (dopóki nie stanie się „tą jedną”).

Dramat tej sytuacji polega między innymi na tym, że na początku związku to zwykle mężczyzna wykazuje inicjatywę a kobieta jakoś reaguje na jego CHCĘ, co zbliża obie osoby, ale nie wyzwala opisanego efektu. Dopiero wtedy, kiedy kobieta „też zacznie chcieć”, czyli związek zostanie w jakiś sposób obopólnie potwierdzony, pojawiają się kłopoty. W mojej pracy niejednokrotnie spotykam historie par, które żyją ze sobą całkiem dobrze i długo, broniąc się jednak instynktownie nawet przed nazwaniem tego układu związkiem. Bo oboje zdają sobie sprawę, że wtedy ona zacznie mieć większe oczekiwania a on zacznie się mocniej przed nimi bronić. Małżeństwo w takiej sytuacji ze zrozumiałych względów działa jeszcze bardziej paraliżująco.

Czy jest jakiś sposób na wyjście z tego błędnego koła? Nic tu nie dzieje się szybko. W ogromnym skrócie kobieta może próbować hamować swoje CHCĘ a mężczyzna może dla niej robić różne rzeczy miłe, których nie traktuje jako coś, czego skrycie CHCE ona. Ale to łatwo brzmi a w praktyce może trwać długo i niekoniecznie z jednym partnerem. No i można o całej sprawie rozmawiać, bo im częściej rozmawiamy, tym rzadziej nawiedzają nas duchy przeszłości. Przy okazji, łatwo mi w tym momencie wytłumaczyć, czemu w niektórych sprawach nie da się nic doradzić. Bo przecież, gdyby doradzić kobiecie, żeby o tym porozmawiała z mężczyzną, to dorzucimy jej kolejne domaganie się od mężczyzny, na które on zareaguje… jak?

Jedna z dużych gazet napisała o problemie agresji uczniów wobec nauczycieli. Przytoczono relację katechetki, która usłyszała od ucznia: „Chodź to cię zerżnę”. Jak sama mówi, przerażona była swoją odpowiedzią: „To chodź, pokaż czy masz czym” a jednocześnie zdziwiona reakcją ucznia i reszty grupy, bo położyli uszy po sobie i zajęli się tym, czym powinni zajmować się na lekcji.

Zostawmy na chwilę katechetkę z jej przerażeniem i przyjrzyjmy się reakcji Pana Psychologa, który powiedział, że reakcja katechetki była agresywna i niewłaściwa z wychowawczego punktu widzenia. Jednocześnie nie zaprzeczył, że katechetka osiągnęła to, co chciała i od tej pory uczeń będzie jej słuchał. Zarzutem Pana Psychologa było to, że w nieobecności katechetki uczeń będzie robił to samo co przedtem, czyli nie nastąpi korygujące oddziaływanie wychowawcze. Co należałoby zrobić w takiej sytuacji wg Pana Psychologa? „Otworzyć drzwi od klasy, agresor od razu zacznie się czuć mniej pewnie.”.

No, teraz to ja jestem przerażony. Dlaczego? Czy otwarcie drzwi spowoduje ów korygujący wychowawczo, długotrwały efekt zmiany zachowania u ucznia? Komunikat wysłany przez katechetkę w opisanej na początku sytuacji był taki: „Nie jestem taka słaba, jak ci się wydaje i to ty będziesz zawstydzony, jeśli się nie wycofasz ze swojego chamstwa”. Jeśli katechetka otwiera drzwi, to sygnał, który wysyła jest mniej więcej taki: „Co prawda, ja jestem za słaba by się przed twoim chamstwem obronić ale tam za drzwiami jest ktoś, kto to z pewnością zrobi”. Kto to jest? Dyrektor? Psycholog szkolny? Czy rzeczywiście są to instancje, wobec których chamski uczeń dokona refleksji i zmieni trwale zachowanie? Zdaniem Pana Psychologa takimi instancjami powinny być swoiste zespoły problemowe, które będą pracować z uczniem i katechetką nad konstruktywną komunikacją a jeśli to nie pomoże, zawsze można oddać sprawę do sądu.

W całej tej historii następuje zbiorowe zaprzeczenie faktu, że jesteśmy jako gatunek wyposażeni w agresję, która służy nam do samoobrony. Najpierw zaprzeczenie a potem delegacja tej agresji na instytucje, w których nie będziemy już nazywać agresji agresją, tylko Sprawiedliwością albo Prawem. Ewentualnie Diagnozą. Nie musisz już, Obywatelu, bronić sam siebie, bo obroni cię Państwo poprzez swoje instytucje. Brzmi wspaniale, zachęcająco i na pierwszy rzut oka nie powinniśmy się takiej kuszącej ofercie opierać. I też rzadko to robimy. Rzadko też pytamy samych siebie, kto nas wtedy obroni przed Państwem.

Dlaczego więc jestem przerażony? Z kilku powodów. Problem, który może być załatwiony na miejscu, między nauczycielem a uczniem, zostaje wyniesiony w sferę urzędów publicznych, gdzie zajmie się nim grupa osób, którym trzeba będzie za to zapłacić. Oznacza to uzależnienie naszego bezpieczeństwa od urzędników, czyli de facto oddanie w ich ręce potężnej władzy, w tym władzy nie tylko wychowawczej ale i rodzicielskiej, bo następny krok jest taki, że rodzic też ma się odwoływać do instytucji w razie wychowawczych problemów – broń Boże klapsy. Czyli niebezpieczeństwo jest takie, że nie będziemy mogli kształtować dziecka zgodnie z  własnymi przekonaniami, tylko z przekonaniami Państwa. Wystarczy spojrzeć na model skandynawski. Dlaczego Breivik objawił się właśnie w takim systemie? Destrukcyjna agresywność została wyrugowana z mentalnej przestrzeni publicznej razem z agresywnością zdrową. Jeśli nie mam z tą częścią siebie kontaktu, to nie jestem w stanie przewidzieć ataku na siebie, bo przecież to „przechodzi ludzkie pojęcie”. Nawet policja w tym systemie została wykastrowana z broni i potrzebowała mnóstwa czasu, by oprzytomnieć, podczas gdy Breivik robił swoje. I dalej zresztą robi, bawiąc się wyśmienicie na koszt opiekuńczego państwa, torując drogę kolejnym psychopatycznym „celebrytom”. Początek tej drogi to właśnie oskarżanie katechetki o agresję, która była odruchową, naturalną reakcją na atak, a mówiąc precyzyjniej, na próbę dowiedzenia się przez ucznia, gdzie są dopuszczalne granice jego egoistycznej uciechy. Pan Psycholog oczywiście ubolewa, że granice te są dziś słabe i że ludzie biorą sobie agresywnie to, czego w danym momencie chcą, ale nie zauważa, że swoją diagnozą pogłębia i pieczętuje ten stan rzeczy. Zgadzam się, że ta jedna reakcja katechetki nie zmieni ucznia trwale, ale gdyby spotykał się z takimi reakcjami zawsze, zarówno w szkole jak i w domu, dosyć szybko nauczyłby się, gdzie są granice jego egoizmu (czytaj: psychopatyczności). Wszak jedną z miar kultury współżycia jest zdolność do hamowania swoich popędów.

Przesadzam? Oby. Ale na innej stronie tej samej gazety widzę informację, że rodzina chłopca, który poparzył się środkiem czyszczącym, pozywa producenta tego środka. Nasze społeczeństwo szybko się uczy. To właśnie nazywam zależnością i delegacją rodzicielskiej władzy w ręce instytucji. To jest po prostu wygodniejsze niż wzięcie odpowiedzialności za jakość swego rodzicielstwa. Na innej znów stronie widzę informację o chamstwie w tramwaju, gdzie grupka wyrostków terroryzuje dorosłe otoczenie. Otoczenie jednak dostało lekcję od Pana Psychologa i innych Instytucji, że nie można reagować agresją, trzeba wychowawczo i „adekwatnie do zagrożenia”. A najlepiej otworzyć drzwi, bo to powstrzyma chamstwo. Tylko że to już nie szkoła i napastnicy nie boją się Pana Dyrektora. Już wiedzą, że za drzwiami nikogo nie ma. No i drzwi w tramwaju trudno otworzyć.

PS. Z ostatniej chwili: „Klient pobity w Ikea. Nikt nie reagował” – no właśnie, czemu ktoś miałby reagować? Przecież drzwi były otwarte.

Poniższy tekst jest fragmentem większej całości, która pod tytułem „Samotność uleczalna i nieuleczalna” ukaże się w publikacji Wydawnictwa Naukowego UAM w Poznaniu pt. „Dialektyka samotności i wspólnotowości”.

Wyrazistym przykładem postawy „błąd jest na zewnątrz” jest osoba zwana mizantropem. Wielu wśród nich światłych osób i wielkie nasze korzyści z ich przemyśleń. Jednak kim innym jest człowiek, który w drugiej połowie życia chce odpocząć od zgiełku, zajmując się pielęgnowaniem ogrodu z dobrotliwym uśmiechem na twarzy, a kim innym jest ktoś, kto z odrazą zanurza się w ludzkim tłumie, pilnie łowiąc ludzkie przywary, by postawić je przed własną, jednoosobową ławą przysięgłych. W psychologii teoretycznej (i nie tylko) taką strategię nazwiemy redukowaniem dysonansu poznawczego poprzez kolekcjonowanie jednostronnych argumentów, czyli inaczej mówiąc, dopasowywaniem faktów do hipotezy.  W gabinecie psychoterapeuty można powiedzieć bardziej szczerze: jest to zabijanie bólu samotności. Jest to wzbudzanie w sobie wstrętu do czegoś, czego bardzo pragniemy, ale boimy się lub nie umiemy po to sięgnąć. Dochodzimy tu do kwestii kluczowej dla psychoterapii, czyli wewnętrznego konfliktu. Opisany przed chwilą zgorzkniały mizantrop jak każdy z nas potrzebuje miłości i ciepła bliskiej osoby. Z jakichś jednak powodów takie relacje mu się nie udają. Z jakich, to kwestia złożona, zależna od struktury osobowości i osadzonego w niej problemu. To jest pole dla diagnozy. Diagnozy funkcjonalnej, podkreślam, bo etykietki w rodzaju „agorafobii” czy „lęku społecznego” raczej zaciemniają obraz niż cokolwiek wyjaśniają (dając jednak złudne poczucie wiedzy). Dla celów niniejszych rozważań można założyć, że opisywana tu osoba w bliskich kontaktach z ludźmi traci spoistość osobowości, przestaje jasno myśleć, zalewają ją niezrozumiałe i silne emocje, które trudno znieść – jednym słowem ma wrażenie rozpadania się. Nie jest to wcale taka rzadka przypadłość, jak można by pomyśleć. Analizowanie tych przeżyć prowadzi do wniosku, że nasz pacjent posiada deficyty w zakresie ustanawiania dorosłych relacji, czyli mówiąc w skrócie takich, gdzie można przeżywać bliskość z drugą osobą, jednocześnie zachowując (i lubiąc) świadomość swojej odrębności. Poczucie rozpadania się jest tutaj patologiczną reakcją na nawiązanie bliskiej relacji, gdzie podmiot spontanicznie oddaje kontrolę nad sobą drugiej osobie, która od tej pory ma za zadanie przejąć tę konsolidacyjną rolę – trochę jak dziecko, którego przeżycia muszą być monitorowane, interpretowane i w razie potrzeby substytuowane przez rodziców. Można więc powiedzieć, że taka osoba potrzebuje bliskości wręcz zachłannie, pod warunkiem wcześniejszego uruchomienia tychże potrzeb (miłości i bliskości). Taka zachłanność nie dosyć, że powoduje ogromny lęk (bo rzadko kto jest w stanie jej sprostać), to jeszcze prowadzi do opłakanych życiowo skutków. Nawet w razie nawiązania relacji z osobą, która będzie próbowała sprostać takim wielkim potrzebom, nasz pacjent nie jest w stanie normalnie funkcjonować bez tej osoby, staje się zazdrosny, zaborczy i niezwykle wrażliwy na sygnały zdystansowania – do myśli samobójczych włącznie. Mówimy więc o skrajności postaw – albo krańcowa niezależność albo krańcowa zależność.

Konstruktywne rozwiązanie konfliktu zależność-niezależność polega na utrzymaniu się w złotym środku, a mówiąc poważniej, na rozwinięciu umiejętności ambiwalencji uczuciowej, czyli przeżywania różnych uczuć jednocześnie. Nasz mizantrop tego konfliktu nie rozwiązuje – raczej go obchodzi. Zanurzając się w tłum i wzbudzając wybiórczą percepcję, wzbudza swoją złość, pozwalającą dewaluować pożądane obiekty w sposób absolutny – po to, by uwolnić się od ich pragnienia. Argumenty wyrosłe na tej dewaluacji służą następnie do ferowania sądów egzystencjalnych. Te sądy to jakby dodatkowe wieko zatrzaśnięte nad potrzebą miłości, aby nie słyszeć jej stukania. Świat (ludzie) jest wrogi, jest dżunglą, przed którą broni tylko lodowa pustynia (metafory autentyczne). Piekło to inni. Życie nie ma więc większego sensu a jedyny akt woli, pozwalający odzyskać kontrolę to samobójstwo.

Opisywany przypadek jest skrajny – po to, by łatwo było prześledzić dryfowanie logiki i racjonalności w stronę irracjonalnych mechanizmów obronnych. Zmiana jest płynna i dla podmiotu czasem zupełnie niezauważalna. Taka osoba przeżywa siebie jako niezmiennie racjonalną – błąd nabrzmiewa na zewnątrz. Oczywiście, zamknięte w krypcie uczucia dobijają się do głosu, ale na tym etapie są natychmiast interpretowane jako lęk egzystencjalny albo stają się sygnałem do poszukania nowych wad u bliźnich. Z takiego błędnego koła samodzielnie raczej się nie wychodzi.

Na podstawie dotychczasowych rozważań zadanie terapeuty wydaje się już chyba jasne. Należy skompensować deficyty w osobowości pacjenta: otworzyć go na własne potrzeby i nauczyć ich zaspokajania w stopniu adekwatnym do rzeczywistości. To oczywiście oznacza też wykształcenie w osobowości pewnych przykrych granic, odporności na własny głód miłości i akceptacji nieuniknionego braku. Tu właśnie samotność interpersonalna splata się z samotnością egzystencjalną. Sprawa bowiem nie wygląda tak prosto, że uporanie się z samotnością interpersonalną czyni nas gotowymi na stawienie czoła egzystencji. Pacjent mierzy się z troskami egzystencjalnymi od samego początku psychoterapii, a im dalej znajduje się w tym procesie, tym wyraźniej ich doświadcza. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy, jasny, jest taki, że widzi rzeczywistość bardziej adekwatnie. Drugi, bardziej skomplikowany, jest taki, że w świadomości tego rodzaju pacjenta świat jawi się jako niezróżnicowany obiekt (jako osoba). Wobec tego obiektu są potajemnie żywione wielkie, zachłanne potrzeby, jak to było widać w przykładzie z mizantropem. Każdy z nas doświadcza czasem potrzeb skierowanych do świata jako obiektu, chociażby marząc o sławie. Podczas psychoterapii pacjent powoli rozstaje się z takim obiektem, niezależnie od tego, czy widzi go w całym świecie, czy w pojedynczej osobie. W praktyce łączy się to z zawodem, bólem – cały proces jest bardzo podobny do żałoby. Utrwala się świadomość, że nie dostanie się wszystkiego, że proces decyzji i wyboru jest jednocześnie rezygnowaniem z innych możliwości, że porozumienie z drugim człowiekiem jest możliwe tylko do pewnego stopnia. Że mamy ograniczony czas i zasoby.

Ta zasadnicza zmiana w relacjach interpersonalnych jest w naturalny sposób transponowana na naszą relację ze światem i podejście do trosk egzystencjalnych. Jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować częściowy brak znaczącej osoby, to o wiele łatwiej będzie zaakceptować własną skończoność. Wspomnianego mizantropa strach paraliżuje i z tego powodu ucieka on od życia, tłumacząc to sobie jako zysk. Przekładając to na język danych egzystencjalnych, można powiedzieć, że akceptacja istnienia śmierci pozwala dostrzec pozostałą część życia nie jako zagrożenie i kolejny krok ku nicości, ale jako spadłe z nieba bogactwo, z którego możemy korzystać pełnymi rękami, nadając tym samym życiu sens.