Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Archiwum dla kategorii ‘relacje z obiektem’

Z okazji powstania remake’u „Carrie” uznałem, że warto przy tej okazji napisać parę słów o kobiecym wstydzie. W mojej pracy stykam się z nim na tyle często, że można go traktować jako w miarę stałe zabarwienie relacji męsko-damskich. Jeśli jest wystarczająco silny, staje się tematem bloga o samotności, jako jedna z jej przyczyn. Film jako taki jest trochę plastikowy, pierwowzór z Sissy Spacek zapamiętałem jako lepszy ale kiedy to było.

Poznajemy Carrie jako osobę samotną, zagubioną w fantazjach, odizolowaną od trwającej wokół niej przemiany dzieci w kobiety i mężczyzn. Przyczyną jest jej dewocyjna matka, z jednej strony traktująca córkę jako ukochane dziecko a z drugiej jako żywy dowód jej własnego upadku i grzechu. Ojciec nie istnieje – zresztą podobnie można powiedzieć o wszystkich mężczyznach w tym filmie. Jeśli już istnieją, to jako narzędzia kobiet. Stosunek matki do własnej seksualności jest jednoznaczny – nie powinna istnieć. Ambiwalentne uczucia wobec córki wskazują matce jedyną drogę, by móc ją (córkę) mieć i nie chcieć jednocześnie jej zniszczyć: trzymać ją w stanie „niewinności”, na poziomie świadomości dziecka. Sprawa jest z góry skazana na porażkę – dość spojrzeć na płomienne, długie włosy Carrie i podobne, choć już przyblakłe, jej matki. Są jak strzelba, wisząca na ścianie w pierwszym akcie. Są symbolem tego, że problem „opracowania” własnej seksualności jest nie do uniknięcia. Nie można przestać być kobietą. Koleżanki szkolne Carrie angażują się w erotyczne związki, wypracowując przy okazji swój „styl” społecznego wyrażania seksualności. Tutaj plastikowość filmu nawet pomaga, podkreślając banalność i kiczowatą schematyczność nastoletnich miłości. Ale właśnie ta kiczowatość jest uspołecznieniem seksualności, przyjęciem reguł gry, akceptacją wszystkim znanych, seksualnych kodów, poczynając od nieśmiertelnego pójścia „na kawę”. Na subtelności przyjdzie czas później. W tym czasie seksualność Carrie pozostaje bez zmian, w stanie uśpionego wulkanu, można rzec. Można też powiedzieć, że jej kobiecość jest w stanie surowym, nieopracowanym a w dodatku jest nieświadoma. Przez to staje się niebezpieczna dla niej samej. Jeśli mężczyźni będą na nią reagować (a będą), nie będzie w stanie się tym cieszyć – raczej odbierze to jako zagrożenie. Tutaj w filmową rzeczywistość zaczyna wkradać się sfera fantazji Carrie, w postaci zdolności telekinetycznych. Jest to między innymi zakamuflowana agresja, bo swych nowych zdolności Carrie będzie używać wyłącznie w celu niszczenia. To są jaskółki psychozy Carrie: pozostawiona sama sobie nie jest w stanie włączyć swoich przeżyć w relacje z ludźmi. Jest to dobry przykład na to, że trauma do pewnego momentu jest w stanie wirtualnym – realizuje się dopiero w konfrontacji ze społeczną rzeczywistością.

carrieTutaj na scenę wchodzi wstyd. Na zajęciach samoobrony dla kobiet, które kiedyś współprowadziłem, jedna z uczestniczek opowiedziała pewną historię. Była biernym świadkiem, jak w autobusie mężczyzna wkładał rękę pod sukienkę niczego nieświadomej dziewczynie, zajętej rozmową z przyjaciółmi. Padają pytania od grupy, czemu nic nie zrobiła, dlaczego jej nie ostrzegła. Opowiadająca mówi: „Nie chciałam jej zawstydzić przy ludziach.”. Po chwili sypią się kolejne historie, m. in. o ankieterze spisu powszechnego, który onanizował się podczas wspólnego wypełniania ankiety. Komentarz: „Nie mogłam nic powiedzieć, byłam jak sparaliżowana. Byłam sama w domu. Dokończył swoje i wyszedł.”. Te przykłady pokazują, że ich uczestniczki nie mogły bezpośrednio odnieść się do sprawcy, bo tym samym przyznałyby, że to ich jakoś dotyczy, w dodatku z uwikłaną weń przemocą. Skuteczna obrona w takiej sytuacji wymagałaby dużej pewności siebie jako kobiety. Alternatywą jest paraliżujący wstyd, mini-psychoza. A co za tym zwykle idzie: wzięcie na siebie odpowiedzialności za zachowanie mężczyzny. W przypadku Carrie wstyd został uruchomiony w momencie pierwszej miesiączki, na którą koleżanki reagują z początku śmiechem, potem, w wyniku nasilającego się wstydu Carrie, otwartą agresją. Gdyby Carrie była świadomą seksualnie osobą, powiedziałaby: „Zachowujecie się jak dzieci.” – w ten sposób wstyd zostałby zwrócony koleżankom, prawowitym właścicielkom. Bo oczywiste jest, że agresja wobec Carrie jest przeniesioną agresją wobec ich własnej, nie do końca ugruntowanej seksualności. Jednak Carrie dorosła nie jest, więc zachowanie koleżanek tylko potwierdza jej, że jest „w niej” coś złego. Ciekawa jest w tym kontekście reakcja dyrektora szkoły, który sam jest zawstydzony do tego stopnia, że nie jest w stanie powiedzieć na głos słowa „miesiączka”. Jeszcze jeden ojciec, którego nie ma.

Scena zawstydzenia Carrie jest kalką relacji z matką – też dobry przykład na odtwarzanie traumatycznego zdarzenia. Psychoza pogłębia się – wstyd jest rodzajem okrutnego samooskarżenia i prześladowania, na które zdrowa (w jakimś stopniu) część Carrie reaguje coraz większą wściekłością. Można by tu analizować role koleżanek (blondynki i brunetki) jako części wewnętrznego świata Carrie ale to już zostawiam Państwu. W każdym razie im większy napór niczym nie powstrzymanego wstydu, tym silniejsza tłumiona furia – Carrie może już podnosić siłą woli spore przedmioty. Jedyną osobą, która wstyd Carrie tonuje, jest nauczycielka, jedyna po matczynemu sprawna postać w filmie – zostaje dzięki temu w finale przez Carrie oszczędzona.

Finał filmu to, jakby rzekł diagnosta, obraz psychotycznej dekompensacji Carrie. Aby przełamać wstyd i upokorzenie, Carrie musi rozstać się z matką, dokonać separacji, do której nie jest zdolna – matka zostaje zamknięta w komórce. Sam wstyd można tu (w pewnych granicach) rozumieć jako „wewnętrzną matkę” Carrie albo, w innych kategoriach, jako wierność matce, co w sumie wychodzi na jedno. Nie jest to prawdziwa separacja (dorośnięcie) – to tylko przesycenie furią umożliwia chwilowe zawieszenie wstydu. Uwięziona seksualność może się nareszcie wydostać na zewnątrz – ale bez gorsetu uspołecznienia tylko jako destrukcyjny wybuch, szał niszczenia. W świecie wewnętrznym odpowiada to zalaniu przez chaotyczne, przerażające uczucia i fantazje. Potem przychodzi odpowiedź chwilowo nieobecnej matki – wyrzut sumienia prowadzący do autodestrukcji. Zabicie matki jest de facto aktem samobójczym a wewnętrznie oznacza rozpad osobowości, co łopatologicznie symbolizuje walący się dom, w którym obie mieszkały.

Niszcząca siła wstydu jest oczywiście względna – obraz całkowitej destrukcji w filmie jest skrajnością. W lżejszym natężeniu może sprawiać rozmaite kłopoty w relacjach, jak zahamowania seksualne, traktowanie siebie jako „kusicielki” niewinnych mężczyzn, „paraliż” w sytuacjach zagrożenia seksualną przemocą. Może to być permanentne poczucie winy lub, dalej idące, próby samokarania za „nieczyste” impulsy. „Nieopracowanie” własnej seksualności może też powodować wiązanie się z mężczyznami niedojrzałymi, których można zatrzymać poprzez matkowanie im, co pozwala trzymać się z daleka od seksualnych impulsów. Niestety, zwykle wyjaławia to erotyczną sferę związku i kończy się np. zdradą partnera (patrz: Męski pampers).

Aby nie kończyć pesymistycznie: poprawne opracowanie własnej seksualności polega na stopniowym wprowadzaniu jej w przestrzeń społeczną, przy pomocy rodziców, w takim stopniu, w jakim dziecko na danym etapie rozwoju jest zdolne. Samotna matka o ugruntowanej kobiecości da sobie oczywiście z tym radę ale Wielki Nieobecny tego filmu to oczywiście ojciec, który poprzez swoją akceptację seksualności córki ale też stawianie granic sobie i jej w odpowiednich miejscach, może pomóc jej łagodnie wycofać się ze świata fantazji i wejść w świat realnych związków. Ale to już całkiem inna historia.

Z trójcy „zdobyć, trafić, utrzymać” wybrałem dziś pewien problem z kategorii „utrzymać”, który wydaje mi się zasadniczy dla przetrwania związku. Przenikanie się miłości i nienawiści (bo o tym mowa) zajmuje pewnie większą część światowej literatury i jest tematem wielu banalnych i mniej banalnych stwierdzeń. Jak więc ten czarno-biały supeł wygląda z pozycji psychoterapeuty i czym są tytułowe Czarne Oceany?

Jak większość z nas wie, początek związku jest zwykle dosyć przyjemny i lokuje się w okolicach barwy różowej. Ożywia nas „nowa nadzieja”, życiowe soki zaczynają mocniej krążyć, poziom energii skacze pod niebo. Można to oczywiście tłumaczyć hormonami i wielu „naukowców” tak robi. Tylko że hormony nie wyjaśniają tej emocjonalnej huśtawki, w którą wpada duża dziś część par. Ale po kolei. Fakt, że nasze pragnienie sięga zenitu przy osobie, którą znamy czasem od tygodnia a obniża się w trakcie poznawania tej osoby można rozumieć tak, że niewiedza na jej temat jest wielką białą plamą, którą możemy wypełniać swoimi najpiękniejszymi marzeniami. Im szybciej trafia nas „piorun”, tym pewniej możemy powiedzieć, że zakochaliśmy się nie w konkretnej osobie ale we własnych fantazjach na jej temat. Proces narasta lawinowo, bo im więcej marzeń w niej ulokujemy, tym mocniej się zakochujemy – a im bardziej się zakochujemy, tym bardziej szukamy w tej osobie spełnienia marzeń. Widać to najbardziej przy pierwszym zakochaniu, po którym zwykle trochę trzeźwiejemy i wydaje się nam, że teraz jesteśmy dorośli i patrzymy na sprawy obiektywnie. Niestety, jesteśmy w błędzie.

Gdy za mąż wychodzi (po raz szesnasty) gwiazda filmowa, wszyscy prawie jesteśmy w stanie przytomnie ocenić, jak i kiedy to się zakończy. No ale gwiazdy żyją z fantazją na co dzień, więc dajmy im spokój. Jak działanie fantazjji objawia się w bardziej realistycznym związku? Dla jednych będzie to oznaczać, że któregoś dnia zauważą, że ich partner ma kłopoty z pryszczami, za krótkie nogi, lekkiego zeza albo że nie zrobił matury – i jakoś trzeba się będzie z tym pogodzić. Rzeczywistość wyłazi na wierzch spod naszych różowych okularów. My też już nie jesteśmy tacy zachwycający dla drugiej strony, co więcej, nie chce się nam w to zachwycanie całej energii wkładać, zwłaszcza po naszych niewesołych spostrzeżeniach przy oglądaniu ukochanej podczas nitkowania zębów. No ale cóż, krok po kroku się do siebie przyzwyczajamy i jakoś to idzie, lepiej lub gorzej. Ale dziś nie o takich relacjach. Dziś o takich, gdzie po dostrzeżeniu realnej osoby zaczynamy jej po trochu nienawidzić. Wady fizyczne nie są tu oczywiście takie istotne: najpoważniejszy problem jest taki, że ten ktoś myśli czasem zupełnie inaczej niż ja i ma inne pomysły na załatwianie wspólnych spraw albo inną ocenę tego, co się między nami wydarza (nieśmiertelna „czyja wina”). W takim związku emocje przepływają inaczej: wspólny czas dzieli się na taki, w którym kochamy się zupełnie tak, jak na początku relacji i taki, w którym chcemy się nawzajem pomordować, głównie w myślach, ale też często całkiem realnie. Taki czas właśnie, w którym najbliższa osoba staje się naszym największym wrogiem, nazywam po dukajowsku Czarnym Oceanem.

Czarne Oceany są traumatycznymi przerwami, wyrwami w relacji, w których czujemy, że świat się wali, ogarnia nas przemożny strach i wściekłość, poczucie niesprawiedliwego potraktowania lub odrzucenia przez osobę, która obiecywała raj a zgotowała piekło na ziemi. W przypadkach skrajnych jest to np. patologiczna zazdrość, której wystarczy ulotne spojrzenie ukochanego na inna kobietę, abyś poczuła wzbierającą chęć niszczenia jej i jego. Takie właśnie przypadki prowadzą do prawdziwych zabójstw i samobójstw, przekradając się potem do literatury i budząc nasze fantazje na temat: „jak to się kiedyś kochało”. W mniejszym natężeniu Czarne Oceany przejawiają się w walce o dominację: np. gdzie pojedziemy na urlop, do której matki pójdziemy w święta najpierw albo na której półce mają stać kubki i w którą stronę mają mieć zwrócone uszka. Możliwości jest tu mnóstwo ale ich sens jej podobny: skoro nie robisz tego, co ja chcę, to znaczy że nie bierzesz pod uwagę moich potrzeb, ergo jestem dla ciebie kawałkiem gówna. No to jak tak, to ty dla mnie też. Z wielu powodów osobowości tego rodzaju przyciągają się, więc nie trzeba długo czekać na ripostę drugiej strony. Skutkiem jest eskalacja wzajemnej nienawiści, prowadząca często do realnych zranień, czasem takich, których już wybaczyć się nie da. Czasem jednak się da i wtedy następuje okres wyrzutów sumienia, przepraszania i wzajemnych, często przesadnych ustępstw, które prowadzą znów do poczucia zdominowania i w efekcie powtórzenia całego cyklu od nowa.

Przyczyn tego rodzaju problemów upatruje się zwykle we wczesnodziecięcych doświadczeniach i praktyka terapeutyczna to potwierdza. Czasem jest to zaniedbanie przez rodziców, czasem specyficzna relacja z rodzicem, który robi z dziecka pojemnik na swoje problemy, traktując jak spowiednika i jedyne wsparcie. Czasem też jest to relacja z rodzicami, z których jedno pozwala na wszystko a drugie jest surowe i karzące. Dziecko wiąże się wtedy narcystycznie z tym permisywnym rodzicem i nie ma szans na pomoc tego drugiego w trudach akceptacji różnic między ludźmi i walki o swoje miejsce w dorosłej relacji. Wspólnym doświadczeniem tych konfiguracji jest przeżywanie nieobecności rodzica nie jako szansy na realizowanie własnych pomysłów ale jako zagrożenia dla własnej tożsamości albo nawet dla życia. Mówiąc prosto, osoba która cię nie chce, nie jest wtedy po prostu pustym miejscem w życiu – jest niebezpiecznym agresorem. Pierwszym odruchem jest więc zwykle usunięcie takiej osoby ze swego życia. Takie właśnie może być podłoże powtarzających się, nieudanych związków, w których wytrzymujesz ile możesz a potem nagle zrywasz z partnerem na zawsze. Nie ma dialogu, bo nie ma wiedzy, że to w ogóle możliwe. Przy okazji, tutaj muszę przeprosić kilka osób, którym nie odpowiedziałem na listy w rodzaju: „w każdym związku ludzie mnie rozczarowują i zawodzą, świat jest zły i nie chcę mieć z nim do czynienia”. Ten tekst jest próbą odpowiedzi na ich zapotrzebowanie.

Jak zwykle, pojawia się pytanie, co z tym zrobić? Teoretycznie odpowiedź jest dosyć prosta, w praktyce jest to raczej mozolna praca nad sobą i relacją. Tajemnicą jest sposób, w jaki traktujemy konflikt. Dla wielu osób, a szczególnie dla dziś opisywanych, konflikt jest czymś jednoznacznie złym. Zaistnienie konfliktu oznacza dla nich, że związek właśnie się wali. Że trafiliśmy (znowu) na nieodpowiednią osobę. Albo (w najlepszym razie) że właśnie znaleźliśmy się w wysoce niestosownej i żenującej sytuacji, którą trzeba jak najszybciej przerwać i nigdy więcej do niej nie wracać. W rzeczywistości konflikt jest źródłem informacji o różnicy między dwoma osobami i otwarciem pola na dogadanie się, w jaki sposób będziemy tę różnicę brać pod uwagę w związku. Niestety, samo emocjonalne zaakceptowanie tej różnicy jest dla wielu z nas zadaniem bardzo trudnym. Z powodów wyżej wymienionych wiele osób uważa, że dobry związek to taki, w którym nie ma konfliktów. Dla tych osób odważę się zaproponować definicję odwrotną: o jakości związku (i jego szansach na trwanie) świadczy przede wszystkim umiejętność radzenia sobie z konfliktami. Jeśli takie konflikty stają się podstawą do skrywanej lecz narastającej urazy, to związek w końcu się rozpadnie a obie osoby, jak w piosence Ciechowskiego zajmą się wycinaniem jego/jej twarzy ze wspólnych zdjęć. Jeśli jednak dwoje ludzi jest w stanie porozmawiać o tym, co się przed chwilą wydarzyło, otworzyć przed drugą stroną cały ten wstyd, który nierozerwalnie z taką sytuacją się wiąże, to oznacza to wejście na drogę ku akceptacji prawdziwego, żywego człowieka w naszym życiu i zdecydowania, czy chcemy kochać go takim, jaki jest. Czego sobie i Państwu życzę.

Męski pampers jest jednym ze zjawisk, które krystalizują się w mojej psychologicznej głowie w kontakcie z wieloma pacjentami jako częsty refren, przewijający się motyw ludzkich niepowodzeń w tej najtrudniejszej z trudnych rzeczy, jaką jest umiejętność życia ze sobą pod jednym dachem. Najprostsza definicja takiego pampersa: są to problemy, którymi mężczyzna obciąża swoją kobietę, chociaż poradzenie sobie z nimi jest tylko w jego gestii. Czemu pampers? Bo kojarzy mi się to zjawisko (trochę freudowsko) z takim etapem w życiu dziecka, kiedy jego kupa (a także cały proces jej produkowania) jest obiektem zachwytów jego mamy oraz bliższej i dalszej rodziny. Nie nabijam się – na tym etapie dziecku na pewno wsparcie w tej kwestii się przydaje. Ale spójrzmy na to psychologicznym okiem: wszystko, co do ciebie należy, to uwolnić się od napięcia, NIE POWSTRZYMYWAĆ SIĘ – a będzie się za to jeszcze nagrodzonym. Aż chciałoby się tę transakcję przenieść w dorosłe życie.
No i czasem się przenosi. Dorastanie to ciężki proces oswajania z ograniczeniami realnego świata. Wystarczająco dobrzy rodzice zwiększają wymagania dziecku zgodnie z jego możliwościami, aby na koniec zdolne było poradzić sobie z trudami życia. Zauważmy, że jest to ogólnie nauka WSTRZYMYWANIA SIĘ od natychmiastowych przyjemności (najpierw lekcje, potem zabawa, najpierw obiad, potem deser itp.). Patrząc głębiej, jest to nauka myślenia. Zapełnienie pampersa myślenia nie wymaga. Czasem w tym procesie odpępowiania przeszkadza CHCĘ rodzica. Czasem jest to CHCĘ ojca, który raczej się kumpluje z synem niż go wychowuje. Czasem jest to CHCĘ matki, która rozczarowana słabym lub znikającym mężem, kieruje swe uczucia ku synowi, kontrolując jego emocjonalne życie i oferując mu miejsce na jego słabości i jego niewytrzymywanie.
Odmian takiego scenariusza jest mnóstwo. Przykład: 30-letni syn mieszka z matką, rzadko wychodzi, przed ludźmi czuje lęk. Jednocześnie wewnątrz czuje błąkające się kłucie bezwartościowości, wywołujące co jakiś czas wyzwoleńczy zryw w postaci np. nowej pasji, która szybko się kończy. Mama jednak zawsze ma dla niego obiad i swą bezbrzeżną akceptację. Kobiety budzą największy lęk – nie życzą sobie (przeważnie) oglądać jego pampersa wypełnionego lękiem i biernością. I tak sytuacja się konserwuje. 30-letni chłopiec nie jest przygotowany do WYTRZYMYWANIA wyzwań losu. Jego bunty ograniczają się do „nie będę jadł dziś obiadu, nie rób”. Mama jednak robi „na wszelki wypadek” – a on w końcu robi się głodny i je. Jedyne co może pomyśleć to: „gdyby nie matka, zdolny byłbym do wielkich czynów”.
Jasne jest, że na dzisiejszym matrymonialnym rynku dosyć szybko znajdzie się kobieta, która podejmie się adopcji takiego wyrośniętego bobasa. Nazwie to ślubem, ale w praktyce będzie to adopcja. Ten pomysł czasem jest świadomy, czasem nie. Współczesne „psychologiczne mądrości” kolportowane przez wszechobecną mgr Jadzię często taką adopcję pochwalają, bo przecież mężczyzna powinien przyznawać się do swoich słabości a płaczący facet to w ogóle widok niezwykle uroczy. Ktoś w to w ogóle wierzy?
Dalej scenariusz układa się mniej więcej tak: kobieta zaczyna wspierać swego mężczyznę-bobasa, motywuje go do szukania pracy, doradza mu w kwestiach psychologicznych. Związek się zacieśnia. Tak by się przynajmniej wydawało. Jednak potem mężczyzna wypływa na szerokie wody i powoli zaczyna tracić zainteresowanie swoją partnerką, szczególnie zainteresowanie seksualne. I w końcu odchodzi, ku zdumieniu i przerażeniu kobiety, której świat wali się w gruzy czasem z dnia na dzień. Co się właściwie stało, nie wie nikt. On oskarża ją o zbytnią kontrolę, ona jego o nieodpowiedzialność (chociaż częściej samą siebie o to, że nie była wystarczająco dobra, by go zatrzymać przy sobie).
Co natomiast widzi nasze psychologiczne oko? Widzi to, że kobieta przyjęła rolę matki, zajmując się uważnie męskim pampersem. Przeprowadziła partnera ze świata dziecka do świata dorosłych, wypełniając rolę, w której zawiedli rodzice. I tak została potraktowana, jak są traktowani rodzice: gdy czuję się samodzielny, odchodzę od nich, bo mnie krępują. A już na pewno nie sypiam z kimś, kto przez długi czas zaglądał do mojego pampersa. Taki ktoś przestaje być atrakcyjny seksualnie. Oczywiście scenariusze są różne. Związek może trwać, bo mężczyźnie potrzebna jest zarówno kobieta jak i miejsce do wyładowania pampersa. Samo wyładowanie go też może różnie przebiegać. Może polegać na niekończących się narzekaniach – na szefa, na rząd, na życie. Inna wersja to ciągłe zarzuty pod adresem kobiety, że za bardzo myśli o sobie, nie o nim. No i wersja XXL, czyli fizyczna przemoc. Sprowokowała mnie i NIE WYTRZYMAŁEM. Znajome, prawda?

Piszą Państwo ostatnio o samotności we dwoje, więc zdecydowałem się trochę ugryźć ten temat. Jest rozległy i trudny, więc proszę wziąć pod uwagę, że opisać można jeden wycinek tej kwestii na raz. Istnieje jednak pewien schemat samotności we dwoje, który pojawia się dosyć często.

Zacząć trzeba od tego, że nasz wzorzec wchodzenia w relacje pochodzi w dużym stopniu od rodziców. To truizm, oczywiście, nasze spsychologizowane społeczeństwo już to wie. Przyglądając się jednak bliżej, okazuje się, że nie tyle chodzi o naukę przez obserwację, co stosunek do CHCĘ rodzica. Nazwałem to tak, żeby nie robić terminologicznego zamieszania. CHCĘ rodzica to, mówiąc krótko, jego własne, prywatne potrzeby i popędy, ukierunkowane na własną satysfakcję a nie na satysfakcję dziecka. Przykład z tych często przytaczanych: rodzice każą dziecku pić mleko, ono mleka nie znosi, rodzice tłumaczą, że to dla jego dobra, dziecko nie pojmuje, jak taka męka może być dla jego dobra. No i tu jest punkt, w którym dziecko „zdecyduje się”, jak będzie traktować CHCĘ rodzica. Bo chyba nie mamy wątpliwości, że jest granica, za którą dziecko zmuszane jest do picia mleka nie dlatego, że to zdrowe, tylko dlatego, że rodzic tak CHCE i nie znosi sprzeciwu. Satysfakcja rodzica wynika w tym przypadku nie z dobra dziecka ale z przyjemności dominacji nad nim. Żeby sprawę skomplikować, 99% rodziców nigdy się do tego nie przyzna, także (a może zwłaszcza) przed sobą. To jest w jakimś sensie „genialność” naszego umysłu: możemy doznać (my, rodzice, szefowie, nauczyciele, księża, politycy itd.) sadystycznej przyjemności, jednocześnie wierząc, że robimy to dla dobra drugiej osoby. Jeśli ktoś wątpi w to, co napisałem, niech dobrze poszuka we własnej pamięci.

Jak więc reagujemy na CHCĘ rodzica? Opiszę tu dwa sposoby, komplementarne w stosunku do siebie, co (jak już zaznaczyłem) nie wyczerpuje tematu. Pierwszy sposób: „Wypiję to mleko, bo skoro rodzic tego chce, to musi być dla mnie dobre. Sprawię mu tym przyjemność a efekcie sobie.”. Trochę upraszczam, ale chodzi o to, by w skrócie pokazać, jak uczymy się czerpać przyjemność z przyjemności innych osób, gdy nasza własna przyjemność jest zakazana. Od razu powiem, że ten sposób wybierają częściej dziewczynki. W dorosłym życiu czerpią często satysfakcję np. w życiu seksualnego z tego, że zaspokojony jest mężczyzna. Drugi sposób: „Nie wypiję, żeby nie wiem co. I skoro tak gramy, to nie uwierzę już nigdy, że jakieś twoje (rodzicu) CHCĘ ma na celu moje dobro.”. Takie rozwiązanie skutkuje ostatecznie wyrugowaniem ze swego życia wszelkich, zewnętrznych CHCĘ. Ten sposób wybierają częściej chłopcy (zostawmy na razie w spokoju przyczyny). Dla równowagi znów podam konsekwencje w życiu seksualnym: brak podniecenia u mężczyzny wobec kobiety, której na nim wyraźnie zależy. Jej CHCĘ mężczyzna traktuje jako kolejną próbę inwazji i jego ciało stawia opór, chociaż (w lżejszych przypadkach) zdroworozsądkowo to by może i chciał. Albo chce tylko wtedy, gdy warunki to uniemożliwiają (np. jest w pracy, dzieci są w pokoju itp.).

W wieku Viagry kłopoty seksualne można przeskoczyć, co nie znaczy, że ogólny schemat zniknie. Wyobraźmy więc sobie, co stanie się, kiedy zetkną się ze sobą dwie opisane wyżej osobowości, a dzieje się to często. Wszyscy pewnie kojarzymy sytuacje, kiedy kobieta domaga się od swego mężczyzny, żeby posprzątał a on uchyla się od tego, jak tylko może. Albo żeby opuszczał klapę od sedesu, co on notorycznie zapomina zrobić. Albo naprawił cieknący od wieków kran itp. Miliony dowcipów i poradników psychologicznych na ten temat powstało, co zaświadcza o skali występowania tego schematu. Idąc krok dalej, zgodzimy się chyba, że kobiecie nie tyle zależy na wykonaniu samej czynności, co na tym, żeby mężczyźnie CHCIAŁO SIĘ tę czynność wykonać. Jest to oczywiście jakiś dowód dla niej, że temu facetowi w ogóle na niej zależy. Natomiast on nie robi tego nie dlatego, że to trudne, ale dokładnie dlatego, że wie, że ona tego CHCE. Jeśli więc on, zgodnie ze swoim schematem, nawet wykona tę czynność, ale bez zapału i w dokładnie określonych przez nią granicach, jej głęboka potrzeba nie zostanie zaspokojona, co automatycznie wywoła kolejne domaganie, na co on zareaguje jeszcze mocniejszym wycofaniem i tak do całkowitej obcości i samotności we dwoje. Wersje tej samotności są oczywiście różne, często pojawia się tu „ta druga” na boku, która po prostu nie chce aż tyle (dopóki nie stanie się „tą jedną”).

Dramat tej sytuacji polega między innymi na tym, że na początku związku to zwykle mężczyzna wykazuje inicjatywę a kobieta jakoś reaguje na jego CHCĘ, co zbliża obie osoby, ale nie wyzwala opisanego efektu. Dopiero wtedy, kiedy kobieta „też zacznie chcieć”, czyli związek zostanie w jakiś sposób obopólnie potwierdzony, pojawiają się kłopoty. W mojej pracy niejednokrotnie spotykam historie par, które żyją ze sobą całkiem dobrze i długo, broniąc się jednak instynktownie nawet przed nazwaniem tego układu związkiem. Bo oboje zdają sobie sprawę, że wtedy ona zacznie mieć większe oczekiwania a on zacznie się mocniej przed nimi bronić. Małżeństwo w takiej sytuacji ze zrozumiałych względów działa jeszcze bardziej paraliżująco.

Czy jest jakiś sposób na wyjście z tego błędnego koła? Nic tu nie dzieje się szybko. W ogromnym skrócie kobieta może próbować hamować swoje CHCĘ a mężczyzna może dla niej robić różne rzeczy miłe, których nie traktuje jako coś, czego skrycie CHCE ona. Ale to łatwo brzmi a w praktyce może trwać długo i niekoniecznie z jednym partnerem. No i można o całej sprawie rozmawiać, bo im częściej rozmawiamy, tym rzadziej nawiedzają nas duchy przeszłości. Przy okazji, łatwo mi w tym momencie wytłumaczyć, czemu w niektórych sprawach nie da się nic doradzić. Bo przecież, gdyby doradzić kobiecie, żeby o tym porozmawiała z mężczyzną, to dorzucimy jej kolejne domaganie się od mężczyzny, na które on zareaguje… jak?

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook