Archiwum dla kategorii ‘relacje’


Być może nigdy nie poznamy prawdy o wirusie, ale niewątpliwie coś wyszło na jaw. Prawda o nas samych. I trochę kłopotliwych pytań, które trzeba sobie zadać.

Rozmawia Krystyna Romanowska

Czy pytanie: „Powiedz mi, jak reagujesz na koronawirusa, a powiem ci, kim jesteś?” jest zasadne?  
W jakimś sensie tak. Mam wrażenie, że nasze wnuki poznają prawdę absolutną o koronawirusie – w oderwaniu od obecnych politycznych opinii. Dzisiaj trudno tej prawdy dotknąć. Można natomiast spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o sobie samym w odniesieniu do tego, jak reaguje się na wirusa. Psychologowie do postawienia diagnozy używają tzw. testów projekcyjnych – obrazka, który każdy może interpretować na swój sposób. Ta interpretacja niewiele mówi o samym obrazku, natomiast sporo może powiedzieć o widzu, który snuje swą opowieść. Tak jest z koronawirusem, który zajął dziś miejsce poprzedniego testu projekcyjnego czyli klimatycznej apokalipsy.

Jakie więc prawdy opowiada o nas wirus? Wydobył nasze największe strachy? Podsumował dotychczasowe zycie? Uświadomił, bez czego nie możemy żyć? A może wszystko naraz?

Niewątpliwie dokonał brutalnego wyłomu w tkance otaczającej nas znanej i bezpiecznej rzeczywistości. Nie mamy na to gotowej odpowiedzi, nie możemy z niczym porównać. Nasze zachowanie przypomina reakcję zaskoczonego zwierzaka, który miota się w różne strony, nie znajdując swojej bezpiecznej norki. Psychologicznie efekt jest podobny do szoku powypadkowego, w wyniku porwania, tragicznej śmierci lub innej traumatycznej sytuacji, która wywraca znany nam świat na lewą stronę. Z tą różnicą, że w tym pandemicznym szoku udział bierze całe społeczeństwo. Nie można więc nawet „zrobić to, co wszyscy”, co zwykle robimy w razie niewiedzy. „Wszyscy” są podobnie zdezorientowani, więc zamykamy lasy, żeby po dwóch tygodniach z powrotem je otworzyć. Jednego dnia maseczki szkodzą, innego pomagają. Wynika to z faktu, że tuż obok nas wciąż zieje wyrwa w rzeczywistości, która wprowadza chaos, podważa oczywiste dotychczas prawdy i reguły. Chcemy wiedzieć coś „na pewno”. W ten sposób niektórzy np. „wiedzą na pewno” że wirus nie istnieje. Wielu z nas będzie próbować tę wyrwę pośpiesznie zafastrygować, bo w niej czają się wszystkie nasze psychotyczne lęki. W gabinecie słucham o fali telefonów lub maili od osób nie widzianych od wieków –  wiele z tych osób ma pomysł, żeby kontynuować relację „od punktu, gdzie wtedy przerwaliśmy”. Zaszyć dziurę, ot co. Wiele z obecnych reguł postępowania z pandemią prawdopodobnie jest daleka od adekwatności, ale dzisiaj nie mamy szans ocenić tego właściwie. Nie możemy przecież badać rzeczywistości, którą przecież sami pośpiesznie, z dnia na dzień sztukujemy i jednocześnie wierzyć w swój obiektywizm.

Wiemy, że jesteśmy podzieleni? Ale to wiedzieliśmy już wcześniej. Na tych, co zyskują i tych, co tracą. Na tych, co korzystają z koronowirusowego podziemia i tych, którzy nadal boją się wystawić nos poza mieszkanie….
Subtelne wcześniej podziały społeczne zaczynają się dziś zaznaczać mocniej, wyciągając na wierzch kolejne prawdy. Część z nas istnienia wirusa w ogóle nie uznaje, tak jak wcześniej nie uznawała innych zagrożeń, w postaci burning outu, wypadków samochodowych, cholesterolu, grypy czy marskości wątroby. Świetnym symbolem może być filmik, który obiegł niedawno media, na którym rozpędzony samochód przelatuje na sporej wysokości na wprost przez puste rondo – w dobie ogólnego zwolnienia tempa. Nie będzie rzeczywistość pluła nam w twarz. „There is no spoon”. Będziemy pędzić bezrefleksyjnie jak szybko się da, aż trafimy na wystarczająco twardą ścianę, która pozbawi nas wszelkiej refleksji już raz na zawsze.

Przeciwna reakcja polega na tym, że wpadamy w stan ciągłego, najwyższego zagrożenia. Wirus czai się na każdym kroku, na każdej klamce czy poręczy a odkażanie musimy przeprowadzać na sobie i bliskich co dziesięć sekund, najlepiej odkażaczem, który został dodatkowo odkażony. O wyjściu na dwór w ogóle mowy nie ma, do zakupów ostatecznie możemy użyć tego członka rodziny, który i tak nigdy specjalnie nie rokował. Taka obsesja może mieć różne przyczyny. Najczęściej dotyka tych z nas, którzy i tak już wcześniej bali się życia, tylko w sposób bardziej subtelny, co w konsekwencji stworzyło niejasne poczucie przegapienia czegoś ważnego, stracenia najlepszych lat na rzeczy nieistotne. Wirus ostrzega: tyle jest jeszcze do zrobienia a już jutro mogę objawić się w twojej krwi i w twoich płucach – chroń życie, bo może ci się jeszcze przydać. Po krótkiej refleksji można dojść do wniosku, że niektórzy z nas na tyle boją się, że życie „pełną gębą” jest niebezpieczne i prowadzi do śmierci, że zdecydowali się do życia w ogóle nie przystąpić. Paradoksalnie różnica między takim stanem a faktyczną śmiercią jest niewielka, polega głównie na tym że w takiej izolacji też się nie żyje, tylko się o tym nie wie.

Co mówią ludzie na terapii?

Wielu z nich, być może nawet większość, jest z obecności wirusa i  konsekwencji całkiem zadowolona. Nie zliczę już, ile razy usłyszałem w moim – zdalnym oczywiście – gabinecie wyznane z lekkim poczuciem winy: „nareszcie mam spokój, nigdzie nie muszę chodzić i nikt nic ode mnie nie chce. Jeżeli nawet chce, to zawsze mam argument, że zdrowy rozsądek mi na to nie pozwala”. Co to mówi o człowieku? Przede wszystkim to, że jego życie polega na braniu udziału w czymś, do czego często czuje sporą niechęć, jeśli nie odrazę – i nie bardzo wie, jak się z tego wyplątać. Gra/gramy w grę, której nie lubi/my i w którą przegrywa/my, ale z jakiegoś powodu gra/my w nią nadal. Argumenty, że to niszczy albo że nie mam/y na to ochoty nie wystarczają – dlatego wirus i związana z nim izolacja staje się paradoksalnie wybawieniem.

No dobrze. Jesteśmy leniwi czy nadwrażliwi?
Ilu z nas jest wdzięcznych w skrytości wirusowi, że dzięki niemu nareszcie nikt nie leży nam na plecach w kolejce do kasy w supermarkecie? Część z nas po prostu nie daje sobie rady z ludźmi, z ich żądaniami, z ich agresją i rozpychaniem się łokciami. Nie umiemy stawiać granic, nie umiemy odmawiać – i z każdej interakcji wychodzimy jakby kolejny raz troszkę bardziej okradzeni. „Piekło to inni” – mówił filozof i to stwierdzenie urzeczywistnia się dziś, w dobie dystansu i podejrzliwego patrzenia na siebie nawzajem.

Należę do tej grupy.

Inni doświadczają z kolei uwolnienia od galopującej konsumpcji i gorączkowego zarabiania na własne nienasycenie. W tej pandemicznej, przymusowej izolacji można nagle usłyszeć własne myśli, podoświadczać błogiego lenistwa, bez poczucia winy, że właśnie traci się coś niewyobrażalnie wartościowego. Można odetchnąć z ulgą, bo w tym roku nie będziemy musieli prezentować na Fejsie swych zdjęć z hotelu w Hiszpanii czy na Kanarach – możemy zamieścić fotkę z Jazgarzewa Dolnego i nikt nie ma prawa powiedzieć złego słowa na ten temat, a nawet możemy zebrać punkty za odpowiedzialne trzymanie się z daleka od ludzkich zbiegowisk.

Także się z tym utożsamiam. Ja na przykład odkryłam: kocham moją pracę oraz mam w sobie niebywałą potrzebę wolności. Nikt i nic nie było mnie w stanie utrzymać w domu.

Nie wszyscy doświadczają euforii związanej z odosobnieniem. Dla niektórych kwarantanna oznacza zagęszczenie wielu bliskich osób na małej powierzchni mieszkania. Może być to oczywiście ziszczeniem długo oczekiwanego raju na ziemi, ale równie dobrze wirus może pokazać, jak bardzo dalecy i nieznani są ci nasi bliscy. Wielu z nas na przykład doświadcza właśnie skoncentrowanej na sobie energii własnych dzieci, które przed wirusem mogły tę energię kierować na kogoś innego, komu za to płacą.

Być może wirus pomoże nam przyznać, że płacą im grubo za mało?

Niewykluczone. Mamy też szansę przyjrzeć się naszym małym przyszłym dorosłym, które po tygodniu bliskości jesteśmy gotowi zamordować albo przynajmniej zamknąć w piwnicy. Czy naprawdę chcemy wypuścić je w tej formie w świat, w objęcia innej, bliskiej im osoby, która będzie prawdopodobnie doświadczać czegoś podobnego, co my teraz?

Czyli stajemy oko w oko z naszą rodzicielską porażką?

Może tak być. Ale też bywa jeszcze bardziej skomplikowanie. Przed wielką niewiadomą stoją pary, które wytrzymywały ze sobą tylko dlatego, że przez większą część dnia mogły ze sobą nie przebywać. Jakiś poważny brak w związku mógł być nie brany pod uwagę lub nawet niezauważany tylko dlatego, że był wyprowadzany na zewnątrz, w formie pracoholizmu albo erotycznej zdrady. Surowy nauczyciel-wirus pozbawia nas tych zewnętrznych zaworów bezpieczeństwa, przez co istniejący już wcześniej brak jest brutalnie wyciągnięty na światło dzienne. Okazuje się, że nie mamy już na siebie ochoty albo wręcz nie możemy już na siebie patrzeć. Całe szczęście, że możemy teraz przynajmniej o tym porozmawiać i dowiedzieć się, czy problem da się załatwić w małym mieszkaniu między nagle wspólnym pokojem i nagle wspólną kuchnią. Niestety, wirus w tej rozmowie nam już nie pomoże, musimy ją przeprowadzić sami.
Mogę podać przykład zdominowanego przez żonę męża, który nigdy nie miał odwagi zaznaczyć swojego zdania wobec rodziny i żył w niejasnym poczuciu zniewolenia. W epoce pandemii dostał do ręki paragraf od rządowego autorytetu, którym teraz może walić na prawo i lewo w poczuciu absolutnej słuszności. Dręczy więc siebie i bliskich surowymi rygorami dystansu i sterylności. Czerpie z tego przyjemność używania władzy i siły, których z jakichś powodów zabrakło wcześniej. Ma więc dziś szansę wsłuchać się w cichy głos wirusa, który szepcze: „uważaj, wraz z pandemią może skończyć się twoja siła”. Czy w związku z tym będzie miał chęć wrócić do swego poddaństwa?

Kwarantanna ma swoją dynamikę.
Po początkowej euforii wynikającej ze świętego spokoju zaczyna pojawiać się uczucie marazmu i nudy oraz nikłe z początku przekonanie, że jednak coś ważnego tracimy, i że przyjemność wynikająca z tego, że „nikt nic od nas nie chce” szybko się kończy.
Zaczynamy zadawać sobie pytania: co dalej? Co po wirusie? Czy czeka nas nowy świat i jak będzie wyglądać? Czy będziemy chcieli się zaadaptować, czy raczej się zbuntujemy i będziemy chcieli po staremu? Znów takie pytanie traci sens, gdy zadamy je całemu społeczeństwu. Staje się natomiast bardzo istotne, gdy zadamy je samemu sobie albo bliskiej osobie. Jest takie zdanie w buddyjskich naukach, że twój najgorszy wróg jest jednocześnie twoim najlepszym nauczycielem.

Czego nas więc uczy wrogi wirus i czy jesteśmy gotowi z tej wiedzy skorzystać?

W sytuacji pogłębiającego się poczucia marazmu, zapychanego ciastem i drinkami własnej roboty, mamy trzy opcje:

1. Możemy nadal pławić się beztrosko w domowym kokonie, aż rzeczywistość w postaci braku pieniędzy, narastającej lawinowo otyłości albo poczucia ogólnego zdziczenia, siłą wykopie nas z domu. W sumie, jeśli kontakty z ludźmi są ograniczone to równie dobrze kąpać możemy się raz na tydzień a pożywiać się prosto z puszki. Górą koszula i krawat do wideokonferencji, dołem piżama, kapcie i piwko. Przyjemność ze stopniowej degrengolady potrafi być naprawdę spora. Rząd informuje, że pandemia potrwa jeszcze dwa lata, więc mamy całkiem rozsądny argument na usprawiedliwienie swojego stanu. W tej opcji logiczne jest zresztą zażądanie od rządu odszkodowania za szkody na ciele i umyśle.

2. Możemy zatęsknić do stanu poprzedniej gotowości na żądania szefa lub znajomych i tego gorączkowego haju, który jednak daje energię i nie pozwala depresji nas dopaść. Być może ujawni się kolejna prawda o nas, która mówi że nasze poprzednie zagonienie nie było dziełem przypadku, ale naszego wewnętrznego przekonania, że lepiej być chcianym nawet przez pijawki, które przywierają tylko w celu zaspokojenia własnego głodu, niż nie chcianym przez absolutnie nikogo.

3. Najtrudniejsza opcja to wyciągnięcie wniosków ze skutków tego chwilowego przestoju i zastanowienie się, czy moje życie musi być koniecznie odpowiedzią na żądania otoczenia, czy to w formie odmowy (opcja nr 1) czy podporządkowania (opcja 2). Być może nie jest najważniejsze, czego chcą inni, ale czego ja sam chcę od siebie i od własnego życia. Jaki jest mój oryginalny projekt na świat po wirusie? Czego nauczył mnie dotykalny przez chwilę fakt, że świat nie jest uporządkowany raz na zawsze i że z dnia na dzień może się po prostu skończyć? Co mam zrobić z jutrzejszym dniem, skoro wiem już, że pojutrze jakie znam, może nigdy nie nadejść?

Przyznaję, że to trudne pytania, zwłaszcza dotyczące świata, który skończył się w ciągu dwóch dni.

Mówią, że siła pandemii opada, więc rady i podszepty koronawirusa niedługo stracą na znaczeniu. Możemy z nich wyciągnąć wnioski i zadecydować o przyszłości albo nie – wtedy wzburzone fale powoli się wygładzą i będzie znów tak jak było. Gdy sto pięćdziesiąt lat temu zbudowano pierwszy samochód, nie mógł on jeździć szybciej niż pieszy, a przed nim musiał kroczyć człowiek z czerwoną chorągiewką. Krowy na jego widok przestawały dawać mleko a kury znosić jajka. Dzisiaj kwestia tego zagrożenia została głęboko zepchnięta do naszej nieświadomości, bo inaczej świat nie mógłby pędzić do przodu. Wsiadamy rano dziarsko do samochodu, chociaż wiemy, że cztery tysiące z nas już wieczorem do domu nie wróci i to często nie ze swojej winy. Wiemy, a jakby nie wiemy. Wsiadamy, bo inaczej nie dałoby się żyć. Z wirusem będzie podobnie. Do nas należy wybór, czy będziemy chcieli pamiętać o jego krótkiej wizycie, czy zepchniemy go w mroki tej dziwnej wiedzy-niewiedzy. Jeśli zepchniemy go całkiem, będzie jak było. Może nawet trzeba będzie przyspieszyć nasz pęd, bo wyparcie istnienia śmierci wymaga energii i bycia na haju. Możemy też zapamiętać niektóre lekcje i z jednej strony trochę się opamiętać i zwolnić, a z drugiej zastanowić się, zrobić z pozostałym bogactwem w postaci własnego życia, które, jak wirus uczy, może mieć swój rychły kres.

Koronawirus, jak widać, wyciąga na światło dzienne czasem naprawdę poważne tematy, więc może to stąd wynika narastająca zewsząd presja, żeby „już było normalnie”. Może to nie wirusa chcemy się pozbyć: może raczej ciężkich pytań, które on podsuwa. Dlatego chcemy jak najszybciej zakończyć lekcję z tym surowym i wymagającym nauczycielem i iść już pograć w piłkę.

Najważniejsza lekcja z koronawirusa?

Traumatyczna wyrwa, która dziś nie daje nam spokoju, jest nam też niezbędna do życia. Nie ma czegoś takiego jak ostateczny, przyklepany porządek i odpowiedzi na wszystkie pytania, jak wcześniej o tym myśleliśmy. „Trzeba mieć chaos w sobie, by urodzić tańczącą gwiazdę.” – mówi filozof. Ta ziejąca dziura nigdy nie da się zaszyć do końca, zawsze zostanie nam jakiś nadmiarowy guzik, do którego zabrakło dziurki. Wielu z nas szuka tego miejsca, szczególnie artyści, podróżnicy – wszyscy ci, którym niezbędne jest ryzyko twórczego chaosu, którzy chcą osobiście zajrzeć pod podszewkę rzeczywistości (chociażby za pomocą psychodelików) i mieć tę szansę, by ustosunkować się do niej na swój własny, oryginalny i specyficzny sposób. Każdy ma swoją osobistą tolerancję na te chwilowe „zawieszenia rzeczywistości”, jedni nie znoszą żadnych reguł, co czyni ich outsiderami i wyrzutkami, inni nie życzą sobie żadnych wątpliwości i preferują świat ostatecznie uporządkowany – tych z kolei najbardziej wysadza z siodła nagły brak reguł i właściwych odpowiedzi. Czy jest jakaś droga środka, która chroniłaby nas przed obiema skrajnościami? Być może trzeba być po prostu gotowym – ani unikać chaosu, ani się w nim nurzać. Być gotowym na wirusa, na klimatyczne zmiany, na przelatujące komety i na to że od jutra wszyscy będą chodzić tyłem. Nie decydować pochopnie, czy to dobrze, czy źle i czy to w ogóle prawda. Po prostu być na tę prawdę gotowym. I może właśnie to jest ta ostatnia, najważniejsza lekcja od wirusa.

Poniższy tekst jest fragmentem książki „Mężczyzna bez winy i wstydu”, którą napisałem wspólnie z Krystyną Romanowską dla wydawnictwa Muza. Premiera w maju 2019.

Czy mamy dziś do czynienia z kryzysem męskości? To pytanie wraca w prasie w różnych odmianach, powodując już u niektórych objawy znudzenia i irytacji. Nasz opis osobowości Mężczyzny Bez Winy i Wstydu mógłby sugerować, że przyłączamy się do ogólnego narzekania w tej sprawie. Tak jednak nie jest. Jednym z celów tej książki była próba uchwycenia światopoglądowych przemian, które czasem wychodzą nam na dobre a czasem znajdują swoją kontynuację w gabinecie psychoterapeuty. Nie na każdą zmianę jesteśmy od razu gotowi i rzadko która zmiana przynosi tylko dobre efekty. W wielu przypadkach wytyczamy swe ścieżki na terenie kompletnie nieznanym, więc ryzykownym. Taka jednak nasza natura, żeby nie stać w miejscu. Dobrze więc próbować zrozumieć konsekwencje tych przemian oraz proporcje ich zysków i strat. Nasza książka jest propozycją takiego rozumienia w wybranym przez nas, bardzo wrażliwym obszarze relacji międzyludzkich. Nie próbujemy tu autorytatywnie określać, jak „naprawdę” wygląda sytuacja, nie chcemy też antagonizować kobiet i mężczyzn lub szukać winnych – raczej staramy się zrozumieć nowe, społeczne mechanizmy i przewidzieć choć trochę ich przyszłość, która tak osobiście nas dotyczy. Chcemy być jednym z głosów w dyskusji.

Wiadomo, że książka ani zdecydowanie postępowa, ani zdecydowanie konserwatywna może być obiektem ataku ideologów obu opcji. Przywoływanie obu światopoglądów nie ma tu służyć określeniu, który jest lepszy lub który ma rację – takie pomysły w praktyce prowadzą do wzajemnej nienawiści. W moim odczuciu człowiek jest zlepkiem tendencji zarówno postępowych jak i konserwatywnych, ponieważ potrzebujemy w życiu zarówno rozwoju i sięgania w nieznane jak poczucia bezpieczeństwa i norm, które pozwolą nam się orientować w społeczeństwie, w tym co jest dobre a co złe. Postawa polityczna wynika więc w dużym stopniu z proporcji tych psychologicznych potrzeb w każdym z nas. Gdy spojrzymy na to w ten sposób, być może łatwiej nam przyjdzie nie traktować inności jako wyłącznie zagrożenia. Podobnie w opisywanych przez nas związkach inność niekoniecznie musi być zaprzeczona – może też być źródłem wzajemnej inspiracji, pod warunkiem rezygnacji z pomysłu, że partner musi czuć i myśleć identycznie jak my. Jestem głęboko przekonany, że każda dobrze ze sobą dogadana para zmniejsza ilość agresji na świecie, bo musi w swym mikrokosmosie rozwiązać problem inności. Wydaje mi się więc rozsądnym pomysłem, aby najpierw uporządkować swoje intymne relacje a dopiero potem brać się za urządzanie świata.

Wróćmy więc do pytania: czy mamy dziś do czynienia z kryzysem męskości? Myślę, że ten kryzys istniał zawsze, bo od zawsze mieliśmy w swych marzeniach postać idealnego rodzica-ojca, który nauczy nas jak sobie radzić ze światem – i który oczywiście nigdy się nie pojawia, zawsze nas zawodzi. Zostajemy wtedy sami w społecznej dżungli i tylko na siebie możemy w niej liczyć. W każdym z nas jest jakaś mała część obrażona na taki stan rzeczy. Z drugiej strony, w dużym stopniu zrzuciliśmy z tronu skompromitowanego władcę-patriarchę, w nieustannym poszukiwaniu wolności i prawa decydowania o własnym losie. Jedyny więc kandydat na tę katedrę, z której dowiemy się jak żyć, nie przetrwał weryfikacji – staliśmy się więc wolni ale jeszcze bardziej samotni. Dlatego to nie męskość czy ojcostwo przeżywa kryzys: to my, prawie dorosłe dzieci, przeżywamy kryzys osamotnienia w wieloznacznym świecie, który nie da się pojąć jednym umysłem, gdzie wciąż instynktownie szukamy kogoś, kto powie nam w którą stronę iść.

Z okazji powstania remake’u „Carrie” uznałem, że warto przy tej okazji napisać parę słów o kobiecym wstydzie. W mojej pracy stykam się z nim na tyle często, że można go traktować jako w miarę stałe zabarwienie relacji męsko-damskich. Jeśli jest wystarczająco silny, staje się tematem bloga o samotności, jako jedna z jej przyczyn. Film jako taki jest trochę plastikowy, pierwowzór z Sissy Spacek zapamiętałem jako lepszy ale kiedy to było.

Poznajemy Carrie jako osobę samotną, zagubioną w fantazjach, odizolowaną od trwającej wokół niej przemiany dzieci w kobiety i mężczyzn. Przyczyną jest jej dewocyjna matka, z jednej strony traktująca córkę jako ukochane dziecko a z drugiej jako żywy dowód jej własnego upadku i grzechu. Ojciec nie istnieje – zresztą podobnie można powiedzieć o wszystkich mężczyznach w tym filmie. Jeśli już istnieją, to jako narzędzia kobiet. Stosunek matki do własnej seksualności jest jednoznaczny – nie powinna istnieć. Ambiwalentne uczucia wobec córki wskazują matce jedyną drogę, by móc ją (córkę) mieć i nie chcieć jednocześnie jej zniszczyć: trzymać ją w stanie „niewinności”, na poziomie świadomości dziecka. Sprawa jest z góry skazana na porażkę – dość spojrzeć na płomienne, długie włosy Carrie i podobne, choć już przyblakłe, jej matki. Są jak strzelba, wisząca na ścianie w pierwszym akcie. Są symbolem tego, że problem „opracowania” własnej seksualności jest nie do uniknięcia. Nie można przestać być kobietą. Koleżanki szkolne Carrie angażują się w erotyczne związki, wypracowując przy okazji swój „styl” społecznego wyrażania seksualności. Tutaj plastikowość filmu nawet pomaga, podkreślając banalność i kiczowatą schematyczność nastoletnich miłości. Ale właśnie ta kiczowatość jest uspołecznieniem seksualności, przyjęciem reguł gry, akceptacją wszystkim znanych, seksualnych kodów, poczynając od nieśmiertelnego pójścia „na kawę”. Na subtelności przyjdzie czas później. W tym czasie seksualność Carrie pozostaje bez zmian, w stanie uśpionego wulkanu, można rzec. Można też powiedzieć, że jej kobiecość jest w stanie surowym, nieopracowanym a w dodatku jest nieświadoma. Przez to staje się niebezpieczna dla niej samej. Jeśli mężczyźni będą na nią reagować (a będą), nie będzie w stanie się tym cieszyć – raczej odbierze to jako zagrożenie. Tutaj w filmową rzeczywistość zaczyna wkradać się sfera fantazji Carrie, w postaci zdolności telekinetycznych. Jest to między innymi zakamuflowana agresja, bo swych nowych zdolności Carrie będzie używać wyłącznie w celu niszczenia. To są jaskółki psychozy Carrie: pozostawiona sama sobie nie jest w stanie włączyć swoich przeżyć w relacje z ludźmi. Jest to dobry przykład na to, że trauma do pewnego momentu jest w stanie wirtualnym – realizuje się dopiero w konfrontacji ze społeczną rzeczywistością.

carrieTutaj na scenę wchodzi wstyd. Na zajęciach samoobrony dla kobiet, które kiedyś współprowadziłem, jedna z uczestniczek opowiedziała pewną historię. Była biernym świadkiem, jak w autobusie mężczyzna wkładał rękę pod sukienkę niczego nieświadomej dziewczynie, zajętej rozmową z przyjaciółmi. Padają pytania od grupy, czemu nic nie zrobiła, dlaczego jej nie ostrzegła. Opowiadająca mówi: „Nie chciałam jej zawstydzić przy ludziach.”. Po chwili sypią się kolejne historie, m. in. o ankieterze spisu powszechnego, który onanizował się podczas wspólnego wypełniania ankiety. Komentarz: „Nie mogłam nic powiedzieć, byłam jak sparaliżowana. Byłam sama w domu. Dokończył swoje i wyszedł.”. Te przykłady pokazują, że ich uczestniczki nie mogły bezpośrednio odnieść się do sprawcy, bo tym samym przyznałyby, że to ich jakoś dotyczy, w dodatku z uwikłaną weń przemocą. Skuteczna obrona w takiej sytuacji wymagałaby dużej pewności siebie jako kobiety. Alternatywą jest paraliżujący wstyd, mini-psychoza. A co za tym zwykle idzie: wzięcie na siebie odpowiedzialności za zachowanie mężczyzny. W przypadku Carrie wstyd został uruchomiony w momencie pierwszej miesiączki, na którą koleżanki reagują z początku śmiechem, potem, w wyniku nasilającego się wstydu Carrie, otwartą agresją. Gdyby Carrie była świadomą seksualnie osobą, powiedziałaby: „Zachowujecie się jak dzieci.” – w ten sposób wstyd zostałby zwrócony koleżankom, prawowitym właścicielkom. Bo oczywiste jest, że agresja wobec Carrie jest przeniesioną agresją wobec ich własnej, nie do końca ugruntowanej seksualności. Jednak Carrie dorosła nie jest, więc zachowanie koleżanek tylko potwierdza jej, że jest „w niej” coś złego. Ciekawa jest w tym kontekście reakcja dyrektora szkoły, który sam jest zawstydzony do tego stopnia, że nie jest w stanie powiedzieć na głos słowa „miesiączka”. Jeszcze jeden ojciec, którego nie ma.

Scena zawstydzenia Carrie jest kalką relacji z matką – też dobry przykład na odtwarzanie traumatycznego zdarzenia. Psychoza pogłębia się – wstyd jest rodzajem okrutnego samooskarżenia i prześladowania, na które zdrowa (w jakimś stopniu) część Carrie reaguje coraz większą wściekłością. Można by tu analizować role koleżanek (blondynki i brunetki) jako części wewnętrznego świata Carrie ale to już zostawiam Państwu. W każdym razie im większy napór niczym nie powstrzymanego wstydu, tym silniejsza tłumiona furia – Carrie może już podnosić siłą woli spore przedmioty. Jedyną osobą, która wstyd Carrie tonuje, jest nauczycielka, jedyna po matczynemu sprawna postać w filmie – zostaje dzięki temu w finale przez Carrie oszczędzona.

Finał filmu to, jakby rzekł diagnosta, obraz psychotycznej dekompensacji Carrie. Aby przełamać wstyd i upokorzenie, Carrie musi rozstać się z matką, dokonać separacji, do której nie jest zdolna – matka zostaje zamknięta w komórce. Sam wstyd można tu (w pewnych granicach) rozumieć jako „wewnętrzną matkę” Carrie albo, w innych kategoriach, jako wierność matce, co w sumie wychodzi na jedno. Nie jest to prawdziwa separacja (dorośnięcie) – to tylko przesycenie furią umożliwia chwilowe zawieszenie wstydu. Uwięziona seksualność może się nareszcie wydostać na zewnątrz – ale bez gorsetu uspołecznienia tylko jako destrukcyjny wybuch, szał niszczenia. W świecie wewnętrznym odpowiada to zalaniu przez chaotyczne, przerażające uczucia i fantazje. Potem przychodzi odpowiedź chwilowo nieobecnej matki – wyrzut sumienia prowadzący do autodestrukcji. Zabicie matki jest de facto aktem samobójczym a wewnętrznie oznacza rozpad osobowości, co łopatologicznie symbolizuje walący się dom, w którym obie mieszkały.

Niszcząca siła wstydu jest oczywiście względna – obraz całkowitej destrukcji w filmie jest skrajnością. W lżejszym natężeniu może sprawiać rozmaite kłopoty w relacjach, jak zahamowania seksualne, traktowanie siebie jako „kusicielki” niewinnych mężczyzn, „paraliż” w sytuacjach zagrożenia seksualną przemocą. Może to być permanentne poczucie winy lub, dalej idące, próby samokarania za „nieczyste” impulsy. „Nieopracowanie” własnej seksualności może też powodować wiązanie się z mężczyznami niedojrzałymi, których można zatrzymać poprzez matkowanie im, co pozwala trzymać się z daleka od seksualnych impulsów. Niestety, zwykle wyjaławia to erotyczną sferę związku i kończy się np. zdradą partnera (patrz: Męski pampers).

Aby nie kończyć pesymistycznie: poprawne opracowanie własnej seksualności polega na stopniowym wprowadzaniu jej w przestrzeń społeczną, przy pomocy rodziców, w takim stopniu, w jakim dziecko na danym etapie rozwoju jest zdolne. Samotna matka o ugruntowanej kobiecości da sobie oczywiście z tym radę ale Wielki Nieobecny tego filmu to oczywiście ojciec, który poprzez swoją akceptację seksualności córki ale też stawianie granic sobie i jej w odpowiednich miejscach, może pomóc jej łagodnie wycofać się ze świata fantazji i wejść w świat realnych związków. Ale to już całkiem inna historia.

Z trójcy „zdobyć, trafić, utrzymać” wybrałem dziś pewien problem z kategorii „utrzymać”, który wydaje mi się zasadniczy dla przetrwania związku. Przenikanie się miłości i nienawiści (bo o tym mowa) zajmuje pewnie większą część światowej literatury i jest tematem wielu banalnych i mniej banalnych stwierdzeń. Jak więc ten czarno-biały supeł wygląda z pozycji psychoterapeuty i czym są tytułowe Czarne Oceany?

Jak większość z nas wie, początek związku jest zwykle dosyć przyjemny i lokuje się w okolicach barwy różowej. Ożywia nas „nowa nadzieja”, życiowe soki zaczynają mocniej krążyć, poziom energii skacze pod niebo. Można to oczywiście tłumaczyć hormonami i wielu „naukowców” tak robi. Tylko że hormony nie wyjaśniają tej emocjonalnej huśtawki, w którą wpada duża dziś część par. Ale po kolei. Fakt, że nasze pragnienie sięga zenitu przy osobie, którą znamy czasem od tygodnia a obniża się w trakcie poznawania tej osoby można rozumieć tak, że niewiedza na jej temat jest wielką białą plamą, którą możemy wypełniać swoimi najpiękniejszymi marzeniami. Im szybciej trafia nas „piorun”, tym pewniej możemy powiedzieć, że zakochaliśmy się nie w konkretnej osobie ale we własnych fantazjach na jej temat. Proces narasta lawinowo, bo im więcej marzeń w niej ulokujemy, tym mocniej się zakochujemy – a im bardziej się zakochujemy, tym bardziej szukamy w tej osobie spełnienia marzeń. Widać to najbardziej przy pierwszym zakochaniu, po którym zwykle trochę trzeźwiejemy i wydaje się nam, że teraz jesteśmy dorośli i patrzymy na sprawy obiektywnie. Niestety, jesteśmy w błędzie.

Gdy za mąż wychodzi (po raz szesnasty) gwiazda filmowa, wszyscy prawie jesteśmy w stanie przytomnie ocenić, jak i kiedy to się zakończy. No ale gwiazdy żyją z fantazją na co dzień, więc dajmy im spokój. Jak działanie fantazjji objawia się w bardziej realistycznym związku? Dla jednych będzie to oznaczać, że któregoś dnia zauważą, że ich partner ma kłopoty z pryszczami, za krótkie nogi, lekkiego zeza albo że nie zrobił matury – i jakoś trzeba się będzie z tym pogodzić. Rzeczywistość wyłazi na wierzch spod naszych różowych okularów. My też już nie jesteśmy tacy zachwycający dla drugiej strony, co więcej, nie chce się nam w to zachwycanie całej energii wkładać, zwłaszcza po naszych niewesołych spostrzeżeniach przy oglądaniu ukochanej podczas nitkowania zębów. No ale cóż, krok po kroku się do siebie przyzwyczajamy i jakoś to idzie, lepiej lub gorzej. Ale dziś nie o takich relacjach. Dziś o takich, gdzie po dostrzeżeniu realnej osoby zaczynamy jej po trochu nienawidzić. Wady fizyczne nie są tu oczywiście takie istotne: najpoważniejszy problem jest taki, że ten ktoś myśli czasem zupełnie inaczej niż ja i ma inne pomysły na załatwianie wspólnych spraw albo inną ocenę tego, co się między nami wydarza (nieśmiertelna „czyja wina”). W takim związku emocje przepływają inaczej: wspólny czas dzieli się na taki, w którym kochamy się zupełnie tak, jak na początku relacji i taki, w którym chcemy się nawzajem pomordować, głównie w myślach, ale też często całkiem realnie. Taki czas właśnie, w którym najbliższa osoba staje się naszym największym wrogiem, nazywam po dukajowsku Czarnym Oceanem.

Czarne Oceany są traumatycznymi przerwami, wyrwami w relacji, w których czujemy, że świat się wali, ogarnia nas przemożny strach i wściekłość, poczucie niesprawiedliwego potraktowania lub odrzucenia przez osobę, która obiecywała raj a zgotowała piekło na ziemi. W przypadkach skrajnych jest to np. patologiczna zazdrość, której wystarczy ulotne spojrzenie ukochanego na inna kobietę, abyś poczuła wzbierającą chęć niszczenia jej i jego. Takie właśnie przypadki prowadzą do prawdziwych zabójstw i samobójstw, przekradając się potem do literatury i budząc nasze fantazje na temat: „jak to się kiedyś kochało”. W mniejszym natężeniu Czarne Oceany przejawiają się w walce o dominację: np. gdzie pojedziemy na urlop, do której matki pójdziemy w święta najpierw albo na której półce mają stać kubki i w którą stronę mają mieć zwrócone uszka. Możliwości jest tu mnóstwo ale ich sens jej podobny: skoro nie robisz tego, co ja chcę, to znaczy że nie bierzesz pod uwagę moich potrzeb, ergo jestem dla ciebie kawałkiem gówna. No to jak tak, to ty dla mnie też. Z wielu powodów osobowości tego rodzaju przyciągają się, więc nie trzeba długo czekać na ripostę drugiej strony. Skutkiem jest eskalacja wzajemnej nienawiści, prowadząca często do realnych zranień, czasem takich, których już wybaczyć się nie da. Czasem jednak się da i wtedy następuje okres wyrzutów sumienia, przepraszania i wzajemnych, często przesadnych ustępstw, które prowadzą znów do poczucia zdominowania i w efekcie powtórzenia całego cyklu od nowa.

Przyczyn tego rodzaju problemów upatruje się zwykle we wczesnodziecięcych doświadczeniach i praktyka terapeutyczna to potwierdza. Czasem jest to zaniedbanie przez rodziców, czasem specyficzna relacja z rodzicem, który robi z dziecka pojemnik na swoje problemy, traktując jak spowiednika i jedyne wsparcie. Czasem też jest to relacja z rodzicami, z których jedno pozwala na wszystko a drugie jest surowe i karzące. Dziecko wiąże się wtedy narcystycznie z tym permisywnym rodzicem i nie ma szans na pomoc tego drugiego w trudach akceptacji różnic między ludźmi i walki o swoje miejsce w dorosłej relacji. Wspólnym doświadczeniem tych konfiguracji jest przeżywanie nieobecności rodzica nie jako szansy na realizowanie własnych pomysłów ale jako zagrożenia dla własnej tożsamości albo nawet dla życia. Mówiąc prosto, osoba która cię nie chce, nie jest wtedy po prostu pustym miejscem w życiu – jest niebezpiecznym agresorem. Pierwszym odruchem jest więc zwykle usunięcie takiej osoby ze swego życia. Takie właśnie może być podłoże powtarzających się, nieudanych związków, w których wytrzymujesz ile możesz a potem nagle zrywasz z partnerem na zawsze. Nie ma dialogu, bo nie ma wiedzy, że to w ogóle możliwe. Przy okazji, tutaj muszę przeprosić kilka osób, którym nie odpowiedziałem na listy w rodzaju: „w każdym związku ludzie mnie rozczarowują i zawodzą, świat jest zły i nie chcę mieć z nim do czynienia”. Ten tekst jest próbą odpowiedzi na ich zapotrzebowanie.

Jak zwykle, pojawia się pytanie, co z tym zrobić? Teoretycznie odpowiedź jest dosyć prosta, w praktyce jest to raczej mozolna praca nad sobą i relacją. Tajemnicą jest sposób, w jaki traktujemy konflikt. Dla wielu osób, a szczególnie dla dziś opisywanych, konflikt jest czymś jednoznacznie złym. Zaistnienie konfliktu oznacza dla nich, że związek właśnie się wali. Że trafiliśmy (znowu) na nieodpowiednią osobę. Albo (w najlepszym razie) że właśnie znaleźliśmy się w wysoce niestosownej i żenującej sytuacji, którą trzeba jak najszybciej przerwać i nigdy więcej do niej nie wracać. W rzeczywistości konflikt jest źródłem informacji o różnicy między dwoma osobami i otwarciem pola na dogadanie się, w jaki sposób będziemy tę różnicę brać pod uwagę w związku. Niestety, samo emocjonalne zaakceptowanie tej różnicy jest dla wielu z nas zadaniem bardzo trudnym. Z powodów wyżej wymienionych wiele osób uważa, że dobry związek to taki, w którym nie ma konfliktów. Dla tych osób odważę się zaproponować definicję odwrotną: o jakości związku (i jego szansach na trwanie) świadczy przede wszystkim umiejętność radzenia sobie z konfliktami. Jeśli takie konflikty stają się podstawą do skrywanej lecz narastającej urazy, to związek w końcu się rozpadnie a obie osoby, jak w piosence Ciechowskiego zajmą się wycinaniem jego/jej twarzy ze wspólnych zdjęć. Jeśli jednak dwoje ludzi jest w stanie porozmawiać o tym, co się przed chwilą wydarzyło, otworzyć przed drugą stroną cały ten wstyd, który nierozerwalnie z taką sytuacją się wiąże, to oznacza to wejście na drogę ku akceptacji prawdziwego, żywego człowieka w naszym życiu i zdecydowania, czy chcemy kochać go takim, jaki jest. Czego sobie i Państwu życzę.