Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Archiwum dla kategorii ‘recenzja’

Z okazji powstania remake’u „Carrie” uznałem, że warto przy tej okazji napisać parę słów o kobiecym wstydzie. W mojej pracy stykam się z nim na tyle często, że można go traktować jako w miarę stałe zabarwienie relacji męsko-damskich. Jeśli jest wystarczająco silny, staje się tematem bloga o samotności, jako jedna z jej przyczyn. Film jako taki jest trochę plastikowy, pierwowzór z Sissy Spacek zapamiętałem jako lepszy ale kiedy to było.

Poznajemy Carrie jako osobę samotną, zagubioną w fantazjach, odizolowaną od trwającej wokół niej przemiany dzieci w kobiety i mężczyzn. Przyczyną jest jej dewocyjna matka, z jednej strony traktująca córkę jako ukochane dziecko a z drugiej jako żywy dowód jej własnego upadku i grzechu. Ojciec nie istnieje – zresztą podobnie można powiedzieć o wszystkich mężczyznach w tym filmie. Jeśli już istnieją, to jako narzędzia kobiet. Stosunek matki do własnej seksualności jest jednoznaczny – nie powinna istnieć. Ambiwalentne uczucia wobec córki wskazują matce jedyną drogę, by móc ją (córkę) mieć i nie chcieć jednocześnie jej zniszczyć: trzymać ją w stanie „niewinności”, na poziomie świadomości dziecka. Sprawa jest z góry skazana na porażkę – dość spojrzeć na płomienne, długie włosy Carrie i podobne, choć już przyblakłe, jej matki. Są jak strzelba, wisząca na ścianie w pierwszym akcie. Są symbolem tego, że problem „opracowania” własnej seksualności jest nie do uniknięcia. Nie można przestać być kobietą. Koleżanki szkolne Carrie angażują się w erotyczne związki, wypracowując przy okazji swój „styl” społecznego wyrażania seksualności. Tutaj plastikowość filmu nawet pomaga, podkreślając banalność i kiczowatą schematyczność nastoletnich miłości. Ale właśnie ta kiczowatość jest uspołecznieniem seksualności, przyjęciem reguł gry, akceptacją wszystkim znanych, seksualnych kodów, poczynając od nieśmiertelnego pójścia „na kawę”. Na subtelności przyjdzie czas później. W tym czasie seksualność Carrie pozostaje bez zmian, w stanie uśpionego wulkanu, można rzec. Można też powiedzieć, że jej kobiecość jest w stanie surowym, nieopracowanym a w dodatku jest nieświadoma. Przez to staje się niebezpieczna dla niej samej. Jeśli mężczyźni będą na nią reagować (a będą), nie będzie w stanie się tym cieszyć – raczej odbierze to jako zagrożenie. Tutaj w filmową rzeczywistość zaczyna wkradać się sfera fantazji Carrie, w postaci zdolności telekinetycznych. Jest to między innymi zakamuflowana agresja, bo swych nowych zdolności Carrie będzie używać wyłącznie w celu niszczenia. To są jaskółki psychozy Carrie: pozostawiona sama sobie nie jest w stanie włączyć swoich przeżyć w relacje z ludźmi. Jest to dobry przykład na to, że trauma do pewnego momentu jest w stanie wirtualnym – realizuje się dopiero w konfrontacji ze społeczną rzeczywistością.

carrieTutaj na scenę wchodzi wstyd. Na zajęciach samoobrony dla kobiet, które kiedyś współprowadziłem, jedna z uczestniczek opowiedziała pewną historię. Była biernym świadkiem, jak w autobusie mężczyzna wkładał rękę pod sukienkę niczego nieświadomej dziewczynie, zajętej rozmową z przyjaciółmi. Padają pytania od grupy, czemu nic nie zrobiła, dlaczego jej nie ostrzegła. Opowiadająca mówi: „Nie chciałam jej zawstydzić przy ludziach.”. Po chwili sypią się kolejne historie, m. in. o ankieterze spisu powszechnego, który onanizował się podczas wspólnego wypełniania ankiety. Komentarz: „Nie mogłam nic powiedzieć, byłam jak sparaliżowana. Byłam sama w domu. Dokończył swoje i wyszedł.”. Te przykłady pokazują, że ich uczestniczki nie mogły bezpośrednio odnieść się do sprawcy, bo tym samym przyznałyby, że to ich jakoś dotyczy, w dodatku z uwikłaną weń przemocą. Skuteczna obrona w takiej sytuacji wymagałaby dużej pewności siebie jako kobiety. Alternatywą jest paraliżujący wstyd, mini-psychoza. A co za tym zwykle idzie: wzięcie na siebie odpowiedzialności za zachowanie mężczyzny. W przypadku Carrie wstyd został uruchomiony w momencie pierwszej miesiączki, na którą koleżanki reagują z początku śmiechem, potem, w wyniku nasilającego się wstydu Carrie, otwartą agresją. Gdyby Carrie była świadomą seksualnie osobą, powiedziałaby: „Zachowujecie się jak dzieci.” – w ten sposób wstyd zostałby zwrócony koleżankom, prawowitym właścicielkom. Bo oczywiste jest, że agresja wobec Carrie jest przeniesioną agresją wobec ich własnej, nie do końca ugruntowanej seksualności. Jednak Carrie dorosła nie jest, więc zachowanie koleżanek tylko potwierdza jej, że jest „w niej” coś złego. Ciekawa jest w tym kontekście reakcja dyrektora szkoły, który sam jest zawstydzony do tego stopnia, że nie jest w stanie powiedzieć na głos słowa „miesiączka”. Jeszcze jeden ojciec, którego nie ma.

Scena zawstydzenia Carrie jest kalką relacji z matką – też dobry przykład na odtwarzanie traumatycznego zdarzenia. Psychoza pogłębia się – wstyd jest rodzajem okrutnego samooskarżenia i prześladowania, na które zdrowa (w jakimś stopniu) część Carrie reaguje coraz większą wściekłością. Można by tu analizować role koleżanek (blondynki i brunetki) jako części wewnętrznego świata Carrie ale to już zostawiam Państwu. W każdym razie im większy napór niczym nie powstrzymanego wstydu, tym silniejsza tłumiona furia – Carrie może już podnosić siłą woli spore przedmioty. Jedyną osobą, która wstyd Carrie tonuje, jest nauczycielka, jedyna po matczynemu sprawna postać w filmie – zostaje dzięki temu w finale przez Carrie oszczędzona.

Finał filmu to, jakby rzekł diagnosta, obraz psychotycznej dekompensacji Carrie. Aby przełamać wstyd i upokorzenie, Carrie musi rozstać się z matką, dokonać separacji, do której nie jest zdolna – matka zostaje zamknięta w komórce. Sam wstyd można tu (w pewnych granicach) rozumieć jako „wewnętrzną matkę” Carrie albo, w innych kategoriach, jako wierność matce, co w sumie wychodzi na jedno. Nie jest to prawdziwa separacja (dorośnięcie) – to tylko przesycenie furią umożliwia chwilowe zawieszenie wstydu. Uwięziona seksualność może się nareszcie wydostać na zewnątrz – ale bez gorsetu uspołecznienia tylko jako destrukcyjny wybuch, szał niszczenia. W świecie wewnętrznym odpowiada to zalaniu przez chaotyczne, przerażające uczucia i fantazje. Potem przychodzi odpowiedź chwilowo nieobecnej matki – wyrzut sumienia prowadzący do autodestrukcji. Zabicie matki jest de facto aktem samobójczym a wewnętrznie oznacza rozpad osobowości, co łopatologicznie symbolizuje walący się dom, w którym obie mieszkały.

Niszcząca siła wstydu jest oczywiście względna – obraz całkowitej destrukcji w filmie jest skrajnością. W lżejszym natężeniu może sprawiać rozmaite kłopoty w relacjach, jak zahamowania seksualne, traktowanie siebie jako „kusicielki” niewinnych mężczyzn, „paraliż” w sytuacjach zagrożenia seksualną przemocą. Może to być permanentne poczucie winy lub, dalej idące, próby samokarania za „nieczyste” impulsy. „Nieopracowanie” własnej seksualności może też powodować wiązanie się z mężczyznami niedojrzałymi, których można zatrzymać poprzez matkowanie im, co pozwala trzymać się z daleka od seksualnych impulsów. Niestety, zwykle wyjaławia to erotyczną sferę związku i kończy się np. zdradą partnera (patrz: Męski pampers).

Aby nie kończyć pesymistycznie: poprawne opracowanie własnej seksualności polega na stopniowym wprowadzaniu jej w przestrzeń społeczną, przy pomocy rodziców, w takim stopniu, w jakim dziecko na danym etapie rozwoju jest zdolne. Samotna matka o ugruntowanej kobiecości da sobie oczywiście z tym radę ale Wielki Nieobecny tego filmu to oczywiście ojciec, który poprzez swoją akceptację seksualności córki ale też stawianie granic sobie i jej w odpowiednich miejscach, może pomóc jej łagodnie wycofać się ze świata fantazji i wejść w świat realnych związków. Ale to już całkiem inna historia.

Dyskusja na Forum Samotnia o życiu w fantazjach przywołała mi na myśl hit (jak dotąd) wszech czasów Camerona – Avatar. Można oczywiście traktować ten film jako piękną bajkę, ale można też rozumieć go jako obraz naszej wewnętrznej relacji między realnością a fantazją. Dotykalność (3D) tej fantazji, jej intensywność i rozmach oraz kontrast z militarno-korporacyjną nędzą realności właściwie nie pozostawia widzowi wyboru: fantazja jest lepsza. Nie sądzę jednak, żeby Cameron musiał nas do tego jakoś specjalnie przekonywać – gdzieś wewnątrz tęsknimy za światem fantazji. Niektórzy w nim pozostają na zawsze, jak bohater filmu – Jake. Podczas gdy w Avatarze jest to moment totalnego spełnienia, to jednak głosy z dyskusji mówią coś innego: życie w fantazjach jest życiem wyobcowanym i męczącym.

Dlaczego tęsknimy za fantazją? Ponieważ jest nieograniczona (patrz artykuł o Zwieraczu) – ani w czasie, ani w przestrzeni, ani w żaden inny sposób. Możemy wymarzyć sobie wszystko i zrealizować to natychmiast. Świat zabaw dziecka jest światem fantazji a jego odpowiedź na wołanie matki – „jeszcze chwilkę!” – pokazuje, że do „realu” wracamy bardzo niechętnie. A już najlepiej, gdy ktoś nas do tego zmusi, bo wtedy nie musimy tego robić sami. W rzeczy samej, powiedzenie samemu sobie „a teraz odstawiam na bok fantazję i wracam do świata, gdzie nie wszystko i nie od razu” jest chyba jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie i przerasta wielu z nas. Jako przykład można przypomnieć sobie decyzję o pójściu na studia albo do pracy: mimo, że jest to nasza osobista decyzja, bardzo szybko o niej zapominamy i traktujemy studia/pracę jako coś upierdliwego, do czego jesteśmy zmuszani przez wykładowców/pracodawcę/zły świat. Irracjonalna złość na ten świat pokazuje, jak wielka jest w nas niezgoda na realność.

Oczywiście ta niezgoda może być jeszcze większa. Jest wiele osób (więcej niż sądzisz), które przebywanie w fantazjach traktują jako główny nurt swojego życia. Realność jest dla nich niemiłym zgrzytem lub w najlepszym razie smutną rutyną – a wszelkie doznane w tym niedobrym świecie urazy są rekompensowane po powrocie do domu, w fantazjach. W pracy szef mnie opieprzył – w domu ja opieprzam jego. Wyśmiała mnie jakaś panna – wystarczy żebym zamknął oczy, aby pokonać tego czy tamtego smoka i uzyskać oczarowane oczy księżniczki. O pół królestwa już mniejsza, doprawdy. Gdy realność ugryzie mocniej, spędzę całą noc na produkowaniu scen, w których wygrywam wojny, zadziwiam elokwencją, udowadniam wszystkim swoją wartość. Chciałoby się pozostać w takim świecie, szczególnie rano, gdy trzeba się zwlec z łóżka i wyjrzeć przez okno na szarą rzeczywistość. Avatar przekonuje nas, że to możliwe.

Już krótka scena z realnego życia Jacka, kiedy w barze walczy o godność pobitej przez jakiegoś brutala kobiety, pokazuje że żyje on bardziej w fantazjach niż w rzeczywistości – za chwilę bowiem okładają go oboje, brutal i kobieta. Żebyśmy nie mieli wątpliwości, że realny świat oferuje tylko ból, Cameron okalecza swego bohatera. Inwalidzki wózek Jacka dla każdego z nas symbolizuje coś innego: za mało zarabiam, jestem brzydka, jestem za mało inteligentny, rodzice zepsuli mi życie, mieszkam w okropnym kraju itd. Gdyby nie to, byłbym szczęśliwy. Potem zresztą Jack dostaję szansę wyleczenia nóg, ale jest już za późno – już zasmakował siły wyfantazjowanego świata. Czyli nie trzeba być szczególnie nieszczęśliwym, by chcieć żyć w marzeniach. Można powiedzieć, że leżąc pobity w rynsztoku, Jack zamyka oczy i właśnie w tym momencie odlatuje w świat fantazji – na Pandorę. I tu ważna kwestia: fantazja nie jest po prostu szczęśliwym miejscem – jest raczej opowieścią. Jack musi być najpierw niechcianym przez nikogo wyrzutkiem – dopiero swoją odwagą i uczciwością przekonuje do siebie świat tak skutecznie, że zostaje jego królem (podobny schemat rządzi światem Harry’ego Pottera – też bezdyskusyjny hit). To właśnie jest historia-fantazmat, której Jack pragnie doświadczyć. Której my pragniemy doświadczyć. Dlatego tak tłumnie wchłaniamy fantazję, którą na nasze skryte zamówienie wyprodukował dla nas Cameron. Jego okrzyk „Jestem królem świata!” na rozdaniu Oscarów nie jest pozbawiony sensu – przecież właśnie zapanował nad naszymi fantazjami (i kieszeniami jednocześnie).

Co Jack chce zostawić za sobą? Przede wszystkim agresję, chciwość, żądzę itp. – kolekcję naszych grzechów głównych. Gdy dowódca oskarża go o zdradę, wierzymy razem z Jackiem, że to nonsensowne oskarżenie. To jest kunszt Camerona. Bo przecież uciekając w świat fantazji zaprzeczamy sobie samemu – temu, że zdarza nam kierować się agresją, zawiścią i chciwością. Ciemne strony widzimy raczej w innych. Nasz wyfantazjowany świat, świat Pandory, jest światem harmonii z naturą, współpracy, miłości i sprawiedliwości. Światem, gdzie za poświęcenie i oddanie przychodzi wielka nagroda. Światem, gdzie istnienie Boga nie zależy od trudów wiary – ono jest namacalnym faktem.

Jedynym minusem (a jednocześnie sensem) fantazji jest to, że działa na nas tylko wtedy, gdy jest niespełniona – gdy budzi pragnienia a ich nie zaspokaja. Można by zadać sobie pytanie, co też Jack będzie porabiał, gdy ostatecznie rozstanie się ze swoją „złą” częścią i przeniesie się całkowicie w świat Pandory? Będzie siedział na tronie i wydawał rozkazy? Czy raczej weźmie się wspólnie z braćmi i siostrami za uprawę tamtejszych buraków lub czegoś podobnego? Przecież plemię musi coś jeść. Czy wiedza pochodząca z Ziemi mu nie zaszkodzi? Przecież będzie przerastał pod tym względem swoich „współplemieńców” ogromnie. Co prawda wszyscy podziwialiśmy ich tatuaże, smukłe ciała (niektórzy mówią że anorektyczne) i wrodzoną uczciwość – ale trudno nie zauważyć, że byli przedstawieni jako sympatyczni w swej impulsywności prostaczkowie (niektórzy nazwą to rasizmem z ludzką twarzą). W fantazjach mam nad wszystkimi przewagę, co pozwala mi być dobrym człowiekiem. Tych kwestii Cameron przytomnie nie podejmuje, kończąc film w momencie otwarcia oczu przez Jacka, już w nowej postaci.

Z punktu widzenia psychologii Jack zagłębia się w fantazjach w sposób patologiczny, wierząc, że może stać się czystym duchem. Według mnie to jest właśnie prawdziwa puszka Pandory. Psychoterapia w jego wypadku najprawdopodobniej szłaby w stronę umiejętności radzenia sobie z kalectwem i wykluczeniem społecznym (raczej tym drugim). Czyli raczej w stronę dostrzegania stanu rzeczy niż ucieczki w fantazje. Osoby, które żyją fantazjami, mają duże opory przed psychoterapią, ponieważ ujawnienie tych fantazji wywołuje zwykle wiele wstydu. Ten wstyd jednak jest zwykle pierwszym krokiem do realistycznego spojrzenia na siebie. Wielka fantazja oznacza wielki głód. Jednak sama fantazja go nie zaspokoi, wręcz przeciwnie. Wyfantazjowany kotlet schabowy spowoduje wydzielanie śliny tak jak prawdziwy, ale zjeść się go nie da. W psychoterapii można identyfikować ten głód, szukać historii, którą pisze fantazja i sprawdzać, jaki kawałek tego kotleta jest realny. Zwykle niewielki, co budzi złość i poczucie straty. Ale zawsze chyba lepiej zjeść kawałek kotleta niż nic. Prawda?…

Jeszcze kilka słów na zakończenie o zakończeniu. Zamiast napisu The End mamy tam ponownie tytuł filmu, jakby Cameron trzymał się z daleka od każdej sugestii, że coś się kończy. A kończy się. W otwartych ponownie oczach Jacka widzę dwa zakończenia. Jedno tragiczne – Jack uwierzył, że można przenieść się w fantazje całkowicie. W ten sposób, niestety, w realnym świecie zakwalifikował się do szpitala psychiatrycznego, gdzie ktoś będzie musiał go karmić i myć, aby Jack mógł dalej śnić. Drugie, prozaiczne – Jack obudził się w rynsztoku, tam, gdzie go wyrzucono po bójce w barze. Według mnie, tylko to drugie zakończenie daje nadzieję – niewielką, ale daje. Cameron uwodzi nas jednak tą inną nadzieją – że w fantazjach można żyć a szpital psychiatryczny nie istnieje.  Którą nadzieję wybierzesz?

...powiedz mi wszystko...o wszystkim...

...powiedz mi wszystko... o wszystkim...

Czytaj więcej »

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook