Archiwum dla kategorii ‘psychoterapia’

Dziękuję za listy, które dostaję od Państwa. Wszystko czytam a jeśli nie na wszystko odpowiadam, to tylko z powodu ograniczonych, ludzkich możliwości. Będę się starał te wątki umieszczać w kolejnych rozdziałach Psychobloga.
Ale dziś, jak się rzekło, idealistycznie. Chociaż nie wiem, czy to dobre słowo, bo kojarzy się ono ze słowem „nierealnie”. No cóż, zobaczymy.

Na podstawie moich doświadczeń z psychoterapią i instytucjami, które ją prowadzą, doszedłem do takich oto refleksji. Dominują dziś generalnie trzy mocne oferty dla osób z problemami natury psychicznej. Pierwszy to psychiatria, niekwestionowany lider, szafarz cudownej pigułki na setki zaburzeń, których lista wydłuża się jak Alicja po zjedzeniu muchomora. Reprezentuje ona pewne psychologiczne (ale też polityczne) stanowisko, że ktoś powinien z nami zrobić porządek bo sami nie potrafimy. KTOŚ z zewnątrz, KTOŚ kto wie. Pojawia się tu przerażający mechanizm komercjalizacji wpływu na psychikę, rządzący się podobnie rynkowymi prawami co sprzedaż chociażby wody w butelkach. Czy bardziej opłaca się wyleczyć pacjenta, czy ustabilizować go za pomocą leku, którego będzie potrzebował do końca życia? Ale dziś nie o tym.

Skrajną opozycją w stosunku do zewnątrzsterownej psychiatrii jest obszar psychoterapii, wywodzący się z psychoanalizy i psychologii humanistycznej, gdzie starania idą w kierunku usamodzielnienia pacjenta i uzyskania przez niego kontroli nad swoim życiem oraz satysfakcji z niego. Czyli klasyczna różnica między rybą a wędką.
Trzecia droga wynikła z tego, że czarodziejską pigułką nie da się jednak załatwić wszystkiego, chociażby takiej sytuacji, że kobieta tkwi w związku z mężczyzną, który ją notorycznie bije i upokarza (albo na odwrót). Dotarcie do źródeł takiej bierności jest aktem bardzo trudnym, wymagającym ciężkiej pracy i świadomości swojej odpowiedzialności za życie. Szukamy więc rozwiązań łatwych, np. takich żeby odizolować sprawcę od ofiary. Zasadniczy błąd w rozumowaniu, głoszący że przyczyna jest wyłącznie w bijącym, prowadzi do tego, że ofiara odizolowana od jednego sprawcy, wchodzi w związek z następnym. Taką ma konstrukcję. Potem Państwo płaci kolejne pieniądze za odizolowanie itd. w kółko Macieju. Straty finansowe są ogromne. Można by tę osobę poddać terapii psychodynamicznej ale w oczach urzędników ta terapia ma dwie potężne wady: trwa długo i nie da się kontrolować, co tam ten psychoterapeuta z pacjentem robi. Nawet słowa pacjent już używać nie można, tylko „klient”, żeby podkreślać samoświadomość terapeutyzowanego, co jest kolejną bzdurą, bo taki ktoś tkwi w krzywdzącym związku właśnie dlatego, że żadnej świadomości sytuacji nie ma.

Mamy więc opozycję między gwarantowaną zewnątrzsterownością psychiatrii a mozolnie wypracowywaną wewnątrzsterownością psychoterapii analitycznej. Mamy niechęć polityczną, urzędniczą i kościelną wobec wszystkiego, co kojarzy się z psychoanalizą. Tutaj wkracza wspomniana trzecia droga, czyli terapia behawioralna a potem behawioralno-poznawcza. Ta zmiana zresztą pokazuje całą autoobłudę tego kierunku, bo gdy samo sterowanie zachowaniem nie pomogło, odwołał się on do ośrodka decyzyjnego wewnątrz głowy pacjenta. A potem, gdy to także nie wystarczyło, poszło w stronę „automatycznych założeń” czyli de facto freudowskiej nieświadomości i wszelkich jej konsekwencji. W terapii tej, jak w żadnej innej, istnieje system „poprawek”, po które przychodzi „klient”, który już zdążył zapomnieć, co mu nakładziono do głowy. Jest to więc terapia oparta na planowym oddziaływaniu z zewnątrz na umysł, podobnie zewnątrzsterownie jak psychiatria. Sprawca przemocy, poddany takiej terapii, dostaje coś w rodzaju wzmocnionego, społecznego hamulca agresji – zamiast świadomości, skąd może pochodzić prawdziwa satysfakcja życiowa, jeśli nie z uzyskiwania poczucia ważności przez poniżanie innych. Skuteczność takiego wpływu jest ostatecznie niewielka, wszystko sprowadza się do wysłania „agresora” przez sędziego na połajankę psychologiczną, gdzie „klient” siedzi i cierpliwie czeka na koniec, jeśli nie chce trafić do pierdla. Kolejne pieniądze w błoto.

Zamiast trzech, mamy więc naprawdę dwa proponowane sposoby rozwiązywania problemów psychicznych: pomoc w uzyskaniu wewnątrzsterowności i bezpośrednią zewnątrzsterowność, w którą terapia poznawcza wpisuje się równie dobrze jak psychiatria. Od strony politycznej można by się zastanawiać, jacy obywatele potrzebni są władzy: silni i myślący po swojemu?… czy posłuszni i przekonani że w razie kłopotów muszą u tej władzy szukać ratunku?
Ja jednak na tym trochę chaotycznie zarysowanym tle chcę pokazać, co dzieje się z instytucjami, które oferują ludziom wędkę zamiast ryby. Początek takiej instytucji (np. poradni d/s przemocy w rodzinie) zwykle bywa entuzjastyczny. Spotyka się grupa ludzi, którzy godzą się, żeby coś wspólnie zrobić. Znając się, rozumieją nawzajem swoje podejście, co nie przeszkadza, żeby każdy upiekł jakąś własną pieczeń przy okazji. Potem przychodzą wybory, jedne, drugie – i urzędnicy się zmieniają. Nie ma już zespołu. Przy dzisiejszej agresywnej rywalizacji o stołki urzędnicze taki obszar jak tajemnica gabinetu psychoterapeutycznego może stać się miejscem szukania haków. Więc przestajemy (my, urzędnicy) opierać się na zaufaniu a zaczynamy potrzebować liczb, programów, raportów, ewaluacji. Czyli czegoś, co możemy podetknąć pod nos rywalowi o stołek. To powoduje zastąpienie terapeutów humanistyczno-analitycznych terapeutami behawioralno-poznawczymi, którzy mogą się spokojnie rozliczać z urzędnikami, bo terapie prowadzą w określonym czasie, podług określonych procedur. Pacjenci zaś, zamiast uczestnictwa w ich odzyskiwaniu samodzielności dostają np. wspólne pójście do sądu czy pomoc przy wypełnianiu Niebieskich Kart, co już ostatecznie ich upośledza. Lepsi specjaliści odchodzą do sektora prywatnego, zostają ci, którzy czują, że bez państwowego (czyt. gwarantowanego umową) stanowiska sobie nie poradzą. Jeśli zostało w nich jeszcze trochę przyzwoitości i zdrowego idealizmu, to może przyjść dzień, gdzie będą musieli te cechy sprzedać za pozostanie na swoim stanowisku pracy. I tak ślepy terapeuta zaczyna prowadzić kulawego pacjenta a pieniądze nasze idą w pustkę; służą bardziej uzależnianiu pacjentów od Państwa niż ich usamodzielnianiu. Instytucje państwowe zdobywają przez to ogromną władzę, co zwiększa ich apetyty i prowadzi do „opiekuńczego” modelu skandynawskiego, gdzie nawet nie możesz zdradzić się z tym, że taki gość jak Breivik zwyczajnie cię wkurwia.

Dlaczego ja to wszystko piszę? Jest to pewnie owoc moich własnych refleksji o życiu: jak, z kim, po co. Jesteśmy, chcemy czy nie, częścią systemu, politycznymi i społecznymi cegiełkami, które składają się na większą całość. Decyzja o tym, gdzie i jak pracujesz, jest decyzją polityczną, decyzją o tym, w jakim procederze chcesz wziąć udział (lub umaczać ręce). Piszę więc dla siebie, dla bliższych i dalszych kolegów oraz dla przeszłych i przyszłych pacjentów: dokonując wyboru miejsca pracy, znajomych czy własnej terapii, dokonujesz wyboru szerszego, ważnego nie tylko dla własnego funkcjonowania na co dzień, ale też dla funkcjonowania świata, w którym właśnie żyjesz. Tak, jesteś na tyle ważna/ważny dla tego świata, aby brać to pod uwagę.

Poniższy tekst jest fragmentem większej całości, która pod tytułem „Samotność uleczalna i nieuleczalna” ukaże się w publikacji Wydawnictwa Naukowego UAM w Poznaniu pt. „Dialektyka samotności i wspólnotowości”.

Wyrazistym przykładem postawy „błąd jest na zewnątrz” jest osoba zwana mizantropem. Wielu wśród nich światłych osób i wielkie nasze korzyści z ich przemyśleń. Jednak kim innym jest człowiek, który w drugiej połowie życia chce odpocząć od zgiełku, zajmując się pielęgnowaniem ogrodu z dobrotliwym uśmiechem na twarzy, a kim innym jest ktoś, kto z odrazą zanurza się w ludzkim tłumie, pilnie łowiąc ludzkie przywary, by postawić je przed własną, jednoosobową ławą przysięgłych. W psychologii teoretycznej (i nie tylko) taką strategię nazwiemy redukowaniem dysonansu poznawczego poprzez kolekcjonowanie jednostronnych argumentów, czyli inaczej mówiąc, dopasowywaniem faktów do hipotezy.  W gabinecie psychoterapeuty można powiedzieć bardziej szczerze: jest to zabijanie bólu samotności. Jest to wzbudzanie w sobie wstrętu do czegoś, czego bardzo pragniemy, ale boimy się lub nie umiemy po to sięgnąć. Dochodzimy tu do kwestii kluczowej dla psychoterapii, czyli wewnętrznego konfliktu. Opisany przed chwilą zgorzkniały mizantrop jak każdy z nas potrzebuje miłości i ciepła bliskiej osoby. Z jakichś jednak powodów takie relacje mu się nie udają. Z jakich, to kwestia złożona, zależna od struktury osobowości i osadzonego w niej problemu. To jest pole dla diagnozy. Diagnozy funkcjonalnej, podkreślam, bo etykietki w rodzaju „agorafobii” czy „lęku społecznego” raczej zaciemniają obraz niż cokolwiek wyjaśniają (dając jednak złudne poczucie wiedzy). Dla celów niniejszych rozważań można założyć, że opisywana tu osoba w bliskich kontaktach z ludźmi traci spoistość osobowości, przestaje jasno myśleć, zalewają ją niezrozumiałe i silne emocje, które trudno znieść – jednym słowem ma wrażenie rozpadania się. Nie jest to wcale taka rzadka przypadłość, jak można by pomyśleć. Analizowanie tych przeżyć prowadzi do wniosku, że nasz pacjent posiada deficyty w zakresie ustanawiania dorosłych relacji, czyli mówiąc w skrócie takich, gdzie można przeżywać bliskość z drugą osobą, jednocześnie zachowując (i lubiąc) świadomość swojej odrębności. Poczucie rozpadania się jest tutaj patologiczną reakcją na nawiązanie bliskiej relacji, gdzie podmiot spontanicznie oddaje kontrolę nad sobą drugiej osobie, która od tej pory ma za zadanie przejąć tę konsolidacyjną rolę – trochę jak dziecko, którego przeżycia muszą być monitorowane, interpretowane i w razie potrzeby substytuowane przez rodziców. Można więc powiedzieć, że taka osoba potrzebuje bliskości wręcz zachłannie, pod warunkiem wcześniejszego uruchomienia tychże potrzeb (miłości i bliskości). Taka zachłanność nie dosyć, że powoduje ogromny lęk (bo rzadko kto jest w stanie jej sprostać), to jeszcze prowadzi do opłakanych życiowo skutków. Nawet w razie nawiązania relacji z osobą, która będzie próbowała sprostać takim wielkim potrzebom, nasz pacjent nie jest w stanie normalnie funkcjonować bez tej osoby, staje się zazdrosny, zaborczy i niezwykle wrażliwy na sygnały zdystansowania – do myśli samobójczych włącznie. Mówimy więc o skrajności postaw – albo krańcowa niezależność albo krańcowa zależność.

Konstruktywne rozwiązanie konfliktu zależność-niezależność polega na utrzymaniu się w złotym środku, a mówiąc poważniej, na rozwinięciu umiejętności ambiwalencji uczuciowej, czyli przeżywania różnych uczuć jednocześnie. Nasz mizantrop tego konfliktu nie rozwiązuje – raczej go obchodzi. Zanurzając się w tłum i wzbudzając wybiórczą percepcję, wzbudza swoją złość, pozwalającą dewaluować pożądane obiekty w sposób absolutny – po to, by uwolnić się od ich pragnienia. Argumenty wyrosłe na tej dewaluacji służą następnie do ferowania sądów egzystencjalnych. Te sądy to jakby dodatkowe wieko zatrzaśnięte nad potrzebą miłości, aby nie słyszeć jej stukania. Świat (ludzie) jest wrogi, jest dżunglą, przed którą broni tylko lodowa pustynia (metafory autentyczne). Piekło to inni. Życie nie ma więc większego sensu a jedyny akt woli, pozwalający odzyskać kontrolę to samobójstwo.

Opisywany przypadek jest skrajny – po to, by łatwo było prześledzić dryfowanie logiki i racjonalności w stronę irracjonalnych mechanizmów obronnych. Zmiana jest płynna i dla podmiotu czasem zupełnie niezauważalna. Taka osoba przeżywa siebie jako niezmiennie racjonalną – błąd nabrzmiewa na zewnątrz. Oczywiście, zamknięte w krypcie uczucia dobijają się do głosu, ale na tym etapie są natychmiast interpretowane jako lęk egzystencjalny albo stają się sygnałem do poszukania nowych wad u bliźnich. Z takiego błędnego koła samodzielnie raczej się nie wychodzi.

Na podstawie dotychczasowych rozważań zadanie terapeuty wydaje się już chyba jasne. Należy skompensować deficyty w osobowości pacjenta: otworzyć go na własne potrzeby i nauczyć ich zaspokajania w stopniu adekwatnym do rzeczywistości. To oczywiście oznacza też wykształcenie w osobowości pewnych przykrych granic, odporności na własny głód miłości i akceptacji nieuniknionego braku. Tu właśnie samotność interpersonalna splata się z samotnością egzystencjalną. Sprawa bowiem nie wygląda tak prosto, że uporanie się z samotnością interpersonalną czyni nas gotowymi na stawienie czoła egzystencji. Pacjent mierzy się z troskami egzystencjalnymi od samego początku psychoterapii, a im dalej znajduje się w tym procesie, tym wyraźniej ich doświadcza. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy, jasny, jest taki, że widzi rzeczywistość bardziej adekwatnie. Drugi, bardziej skomplikowany, jest taki, że w świadomości tego rodzaju pacjenta świat jawi się jako niezróżnicowany obiekt (jako osoba). Wobec tego obiektu są potajemnie żywione wielkie, zachłanne potrzeby, jak to było widać w przykładzie z mizantropem. Każdy z nas doświadcza czasem potrzeb skierowanych do świata jako obiektu, chociażby marząc o sławie. Podczas psychoterapii pacjent powoli rozstaje się z takim obiektem, niezależnie od tego, czy widzi go w całym świecie, czy w pojedynczej osobie. W praktyce łączy się to z zawodem, bólem – cały proces jest bardzo podobny do żałoby. Utrwala się świadomość, że nie dostanie się wszystkiego, że proces decyzji i wyboru jest jednocześnie rezygnowaniem z innych możliwości, że porozumienie z drugim człowiekiem jest możliwe tylko do pewnego stopnia. Że mamy ograniczony czas i zasoby.

Ta zasadnicza zmiana w relacjach interpersonalnych jest w naturalny sposób transponowana na naszą relację ze światem i podejście do trosk egzystencjalnych. Jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować częściowy brak znaczącej osoby, to o wiele łatwiej będzie zaakceptować własną skończoność. Wspomnianego mizantropa strach paraliżuje i z tego powodu ucieka on od życia, tłumacząc to sobie jako zysk. Przekładając to na język danych egzystencjalnych, można powiedzieć, że akceptacja istnienia śmierci pozwala dostrzec pozostałą część życia nie jako zagrożenie i kolejny krok ku nicości, ale jako spadłe z nieba bogactwo, z którego możemy korzystać pełnymi rękami, nadając tym samym życiu sens.

Czas chyba na rozwinięcie sloganu „świat potrzebuje terapii„, który umieściłem w nagłówku Psychobloga. Zwłaszcza, że w jednym z komentarzy pojawił się zarzut, że to wynik mojego samozachwytu. Ten slogan przyszedł mi do głowy w dziwnych okolicznościach: stałem na czerwonym świetle przed jednym z warszawskich rond, na pasie dla skręcających w lewo. Przede mną stał samochód z włączonym lewym kierunkowskazem a na sąsiednim pasie, dla tych co jadą prosto, stało tylko jedno auto. Czysta sytuacja, codzienna rutyna kierowcy. I co się stało, gdy zapaliło się zielone? Ano samochód przede mną pojechał prosto a samochód ze środkowego pasa skręcił w lewo. Jak im udało się nie zderzyć, tego już nie wiem – obaj bardzo się spieszyli.

Niby nic, ale pomyślałem wtedy, że coś dziwnego dzieje się ze światem a zdarzenie zostało mi w głowie w sposób niemalże traumatyczny, jako sygnał przesady, przekroczenia bezpiecznej granicy zawartości chaosu i głupoty w powietrzu. Na pewno było w tym przestrachu trochę tej świadomości, że niezależnie od tego, jak rozsądnie będę się zachowywał na drodze, to i tak ktoś może mnie zabić. Ale to chyba nie wszystko.

Pierwsza, głębsza refleksja dotyczyła wzorców i zasad – tego, jaki mamy dziś do nich stosunek. W krótkim czasie zasady współżycia w naszym kraju zmieniły się diametralnie, z autorytarnego określania zasad przez nibykomunistów do, było nie było, demokracji. Chociaż przyznam się, że gdy używam słowa demokracja, to coraz częściej mam takie wrażenie jak przy używaniu zmywaka do naczyń, który czasy świetności ma już dawno za sobą. Już sam kierunek przemian generuje pewien luz samorządności, zakładaną elastyczność prawa, które przestało być nadaniem boskim a stało się kwestią społecznych umów. Ale myślę też, że rewolucyjne tempo tych zmian jeszcze mocniej uwydatniło relatywność wszelkich państwowych zasad, ich przemijalny charakter – w tym także zasad ruchu drogowego. Zwłaszcza że posłowie wciąż rozkoszują się rozważaniem wyższości włączonych świateł mijania w dzień nad wyłączonymi. Takie przepychanki dotyczą też o wiele istotniejszych spraw, włącznie z prawem decydowania o czyimś życiu lub śmierci (a także czym to życie zasadniczo jest i kiedy się zaczyna). Pozwala nam to wciąż doświadczać kruchości wzorców i zasad, które organizują nasze życie.

Wracając więc do przykładu z kierowcami, można powiedzieć, że ich zachowanie jest objawem przesycenia społecznej świadomości przekonaniem, że zasady można spokojnie naginać, zgodnie ze swoimi jednostkowymi potrzebami czy nawet kaprysami. Tutaj będę zawracał szerokim łukiem w stronę psychologii. Pół biedy byłoby, gdyby naginanie zasad służyło tylko partykularnym celom jednostek, ich osobistym, ale bardzo konkretnym korzyściom. Na przykład obaj pędziliby w stronę jakiegoś korzystnego interesu. Być może było tak na początku ustrojowych przemian, w czasie obłąkanego handlu ulicznego z wykorzystaniem łóżek polowych. Myślę jednak, że w trakcie podważania i przekraczania ugruntowanych zasad, ludzie zaczęli coraz mocniej (może nawet z pewnym zaskoczeniem) odczuwać przyjemność z samego złamania zasady (przekroczenia tabu). Pędzący trzema pasami naraz pirat drogowy raczej nie wiezie rodzącej żony do szpitala ani nie spieszy się do dzieci, by odrobić z nimi lekcje. W przeważającej większości przypadków robi to dla własnej, naiwnie amoralnej przyjemności, wynikającej z chwilowego zawieszenia wszelkich zakazów i nakazów.

Teraz zestawmy ten wniosek z założeniami potocznie rozumianego liberalizmu. Jego celem jest jak najmniejszy kompromis między wolnością własną a ograniczeniami prawa i innych społecznych zasad. W tym punkcie nie sposób nie zadać sobie pytania, jak wielu ludzi, którzy szumnie zwą się liberałami, w skrytości ducha zwyczajnie rajcuje się łamaniem wszelkich, dostępnych zakazów i nakazów?

Żeby nie było, że uprawiam tu jakąś politykę, zajrzę na chwilę w czeluści niejawnych, a sprośnych przyjemności, którymi zajmują się pozorni konserwatyści. W fanatycznej postawie moralności i wierności zasadom naprawdę nietrudno wychwycić ten szczególny rodzaj rozgorączkowania (pobudzenia), który niewiele ma wspólnego z wzniosłymi, głoszonymi przy okazji celami. Ograniczanie własnych i cudzych popędów (z zasady uznanych za złe/niskie/grzeszne) może być potężnym środkiem sprawiania sobie przyjemności. Skąpiec nie oszczędza po to, by wydawać pieniądze na rozsądne cele. On oszczędza, by się tym oszczędzaniem skrycie rajcować. Jest w tym między innymi poczucie mocy, odczuwane tym silniej, im potężniejszy impuls udało się zahamować. Niedaleko stąd do definicji masochizmu.

Podczas tych rozmyślań przypomniałem sobie Rudolfa Steinera, twórcę dosyć dziwacznej kosmologii zwanej antropozofią. Tym, co mnie w niej zafrapowało, było ujęcie Dobra i Zła, Boga i Diabła. Europejczycy (i nie tylko oni) zwykle traktują te pojęcia jako statyczne przeciwieństwa – można podążać w jedną albo drugą stronę, dzięki czemu sądy moralne są dosyć proste. Steiner zaproponował układ dwóch statycznych, skrajnych postaci Zła, z których jedna jest stagnacją a druga chaosem – oraz takiego Dobra, które jest dynamicznym punktem równowagi pomiędzy jednym diabłem (Lucyferem) a drugim (Arymanem). Pozostawiając na boku kwestię, jak ten świat naprawdę jest zbudowany, można powiedzieć, że jest to koncepcja odpowiadająca dzisiejszemu pojęciu homeostazy, lub bardziej precyzyjnie homeodynamiki. Wyjaśnia znakomicie funkcjonowanie różnych mechanizmów fizjologicznych. W psychologii używana jest do wyjaśniania mechanizmów adaptacji w społeczeństwie, ale ja sądzę, że z dobrym skutkiem można ją też zastosować do opisu zdrowia i „niezdrowia” psychicznego. O ile bowiem dosyć łatwo jest opisać różne formy zaburzeń psychicznych, o tyle niezwykle trudno (na szczęście) opisać, czym jest psychiczne zdrowie. Moim zdaniem jest tak dlatego, że patologia jest zawsze zapędzeniem w pewną skrajność (i przy okazji ślepą uliczkę), natomiast zdrowie jest stanem dynamicznym, regulującym się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, w zależności od wewnętrznych i zewnętrznych warunków. Czym innym będzie zdrowie psychiczne w górskiej chatce na odludziu, a czym innym na taktycznym zwiadzie w Iraku lub Afganistanie. Przyjęcie tego faktu przez osobę, która leczy się w psychoterapii, często jest bardzo trudnym zadaniem. Pacjenci (szczególnie na początku terapii) wolą wierzyć, że zdrowie jest takim miłym, cieplutkim miejscem, w którym wystarczy sobie usiąść i niczego nie zmieniać.

Chyba już mniej więcej wiadomo, do czego zmierzam. Nasza wewnętrzna, psychiczna równowaga jest także dynamiczną równowagą między stagnacją a chaosem (czyli podlega stałym fluktuacjom w ramach dobrze rozumianej „normalności”). Jako przykład stagnacji można wyobrazić sobie osobę, która z lęku przed ludźmi wyrzeka się związków i siedzi w domu, powtarzając wciąż te same czynności czy rytuały. Bezpieczeństwo takiej osoby jest prawie doskonałe – niestety, cierpi ona na poczucie pustki i martwoty. Na drugim krańcu lokuje się np. osoba, która jest niewolnikiem własnych impulsów. Sprzeczne potrzeby własne i wymagania otoczenia wprowadzają chaos, który nie pozwala zarządzać swoim życiem. Możliwe konsekwencje to destrukcyjne zachowania, krańcowa zależność od innych, uzależnienia. Od razu można zaznaczyć, że skrajności te odpowiadają dwóm formom samotności, tej z daleka od ludzi i tej wśród ludzi. Jakby tego było mało, o wiele łatwiej jest przeskoczyć z jednej skrajności w drugą, niż utrzymać tę dynamiczną równowagę między jednym a drugim diabłem. Jedną z przyczyn, o której już wspomniałem, jest fakt, że jedna i druga skrajność związana jest z jakąś formą ukrytej satysfakcji, powiedziałbym nawet lubieżności, którą łaskoczemy się w tajemnicy przed innymi a czasem także przed sobą. Opisany odludek może lubować się mściwym „mam was wszystkich w dupie i spróbujcie mi coś zrobić”. Człowiek ogarnięty impulsami zwykle lubuje się raz tu, raz tam, czerpiąc dodatkową meta-frajdę z tego, że nie musi się niczym (sam) ograniczać.

Zmierzam do końcowych wniosków. Zaobserwowany na ulicy „podwójny wybryk” jest (symbolicznie) częścią większej całości. Społeczeństwo można także rozpatrywać jako organizm homeodynamiczny, tym łatwiej, że składa się z naszych jednostkowych konserwatyzmów i liberalizmów, wyrażanych chociażby praktycznie dwupartyjnym systemem. Patologia, jak się rzekło, jest przekroczeniem subtelnej granicy, poza którą nie ma już dynamicznej równowagi, a zaczyna się ciążenie w kierunku jednej ze skrajności. Patologia to wzajemne wyszydzanie się i oblewanie gównem przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Jeśli ludzie, którzy rządzą (lub mają bezpośredni wpływ na rządzących) będą dążyć do skrajności sądów i zachowań, to tym samym będą zwiększać ilość takich wyznawców, których nie będzie interesować rozsądek i pragmatyzm – będą ich bardziej interesować skrywane satysfakcje czy lubieżności, które opisałem wcześniej. Niestety, to się może szybko wyrwać spod jakiejkolwiek kontroli i zacząć żyć własnym, anarchistycznym życiem. Homeostaza, po przekroczeniu punktu granicznego jej zdolności samoregulacyjnych, może zdegenerować się w wybuchowym tempie. W psychologii (i nie tylko) nazywamy to kryzysem. Nie wiem, czy w ogóle warto wspominać, że odpowiedzialność za akty przemocy towarzyszące sporom „na górze” spada na obie strony dokładnie po połowie. Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że do rządzenia biorą się osoby szczególnie zrównoważone psychicznie i dzięki temu predestynowane do bycia wzorem w tej sprawie. Jest raczej odwrotnie, to walka o władzę przyciąga ludzi z tendencją do podziałów. Zresztą, sam model polityki jako walki o władzę już jest zaproszeniem do podziałów. Tak czy inaczej, całkiem możliwe jest, że tam, na górze, obie strony nie tyle dążą do czegoś konstruktywnego, co raczej zajmują się zaspokajaniem swoich nieprzyzwoitych lubieżności. Sygnalizuje to m.in. fakt, że publiczne spory są w większości niemerytoryczne, a dotyczą raczej specyficznych, zasadniczych (i konstytutywnych) hierarchii wartości obu stron. A my siedzimy przed telewizorami i patrząc na to, zaczynamy powoli im zazdrościć, że mogą to tak bezwstydnie robić na naszych oczach. Aż korci, żeby poszukać jakiejś dostępnej, zakazanej przyjemności. Znacie to uczucie, gdy w zapchanym supermarkecie otwiera się nowa kasa a my jesteśmy na tyle blisko, że dopadamy jej pierwsi? Wiem, że znacie. I wiem też, że wy z kolei wiecie doskonale, że te parę sekund euforii nie wynika z zaoszczędzenia kilkunastu minut. Aby nie być całkiem pesymistycznym w tej sprawie, zostawię końcowe pytania otwarte: czy widząc psucie się rybiej głowy, będziemy na tyle odporni, by się temu nie poddać? I czy świat potrzebuje terapii?

Słuchając Państwa pytań i wypowiedzi na Forum Samotnia doszedłem do wniosku, że opisywane trudności w relacjach są bardzo różne i przydałoby się wprowadzić jakiś klucz, umożliwiający odpowiedź na pytanie: gdzie kryje się problem? Klucz ten zawarłem w tytule wpisu. Widzę trzy wyraźne grupy trudności w relacjach opisywanych przez Państwa.

Pierwsza: zdobyć.

Ta trudność dotyczy osób, które cierpią na samotność rozumianą jako izolacja od ludzi. Jestem sam, w kontaktach czuję się niepewnie, denerwuję się, nie wiem co powiedzieć, boję się że wyjdę na idiotę… Poziom lęku może być różny i mieć różne konsekwencje: od zaszycia się w domu i rezygnacji, poprzez chaos i paraliż w obecności osoby, na której mi zależy (czyli często: każdej osoby), aż po całkiem odważne zachowania, które mają na celu zbliżenie się do ludzi ale powodują konsekwencje wręcz przeciwne. W każdym razie skutek jest ten sam, czyli w sobotę wieczorem znowu siedzę samotnie w domu i robię dobrą minę, chociaż wychodzi mi tylko dziwny grymas, którego wolę nie oglądać w lustrze.

O tego typu trudnościach słyszę najczęściej w ten sposób: wie pan, po prostu nie wiem jak się zachować, co bym nie zrobił to mam wrażenie, że dziwnie się na mnie patrzą. Nie umiem podtrzymać rozmowy, jestem chyba jakiś inny. Im dłużej to trwa, tym bardziej czuję narastającą złość, że oni się tak dobrze bawią, podczas gdy ja staram się tylko dopasować, żeby nie wydało się, jak bardzo jestem spanikowany. To jedna wielka męka, więc siedzę w domu – ostatnio próbuje ułożyć moje książki w jak najlepszym porządku, ciągle od nowa i nie mogę znaleźć najlepszej metody. A jak się wkurzam, gdy ktoś mi coś poprzestawia – tak jakbym tylko czekał, aż ktoś podejdzie za blisko – żeby go ugryźć.

W psychoterapii taka osoba zwykle uczy się otwartości i płynących z niej korzyści. Często ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że ludzi zbliżają nie tylko ich zalety, ale też (często bardziej) wspólne słabości, o których można rozmawiać i nie być odrzuconym. Że nie musi błyszczeć, by ktoś ją zauważył. Że po prostu może mówić, co myśli i czuje – i że właśnie to jest dla innych najciekawsze. Stąd wynika maksyma, którą staram się puszczać w obieg: jak nie wiesz, co mówić, to mów prawdę.

Druga trudność: trafić.

Tu zaliczam te osoby, które związują się z nieodpowiednim partnerem (zwykle trudno go nazwać partnerem). Są wykorzystywane, ignorowane, zdradzane. Może być to ciąg nieudanych związków ale też może być jeden, długi związek, gdzie najbliższa osoba jest obca, daleka, czasem groźna. Znów wiele typów ludzkich staje mi przed oczyma. Jednym z lepszych przykładów z tej grupy są kobiety trafiające na agresywnych mężczyzn albo mężczyzn-uwodzicieli, z tego typu co żadnej nie przepuści.

Smutnym paradoksem takich historii jest fakt, że ból w takim związku pochodzi z czegoś, co na początku dawało najwięcej satysfakcji, czyli z rozmiarów zaangażowania, z silnej reakcji mężczyzny na atrakcyjność partnerki. Niska samoocena kobiety może w takim momencie podjechać ostro w górę, aż w rejestry euforyczne, z których bardzo boleśnie się spada, kiedy ten jedyny i wybrany zareaguje identycznie na kolejny obiekt w swojej kolekcji. Wtedy jaśniejsze się staje, że jego wcześniejsze zainteresowanie nie tyle było dowodem na atrakcyjność kobiety, co wyrazem trudności w hamowaniu impulsu. A ktoś, kto ma z tym problem, będzie skłonny do zdrady i agresji. Sytuację taką komplikuje fakt, że kobiety całkiem świadomie wybierają takich mężczyzn, w nadziei, że swoją atrakcyjnością będą ich dobrze kontrolować. Niestety, może pojawić się ktoś atrakcyjniejszy. Można też chcieć mieć dziecko, które zrujnuje urodę albo zwyczajnie się zestarzeć. Tak przy okazji, to autentycznie zdumiony jestem, jak wiele kobiet jest przeświadczonych, że każdy mężczyzna pójdzie za impulsem, co prowadzi do kolejnego przeświadczenia, że mężczyźni nie są zdolni do tworzenia więzi. Co takie kobiety sądzą o rozumie mężczyzny, łatwo wywnioskować.

Trzecia trudność: utrzymać.

W odróżnieniu od poprzedniej kategorii, tutaj chodzi mi o osoby, które trafiają na przyzwoitych partnerów, ale nie są w stanie ich przy sobie zatrzymać. Tu znowu jest mnóstwo różnych możliwości – jako pierwsza przychodzi mi do głowy taka sytuacja, gdzie boimy się tego kogoś stracić i zaczynamy go kontrolować. Trochę jak w poprzednim przykładzie, z taką różnicą, że facet ma rozum i potrafi opanować impuls. Jeśli kobieta nie będzie w to wierzyć (albo czuje się mało wartościowa), to będzie używać różnych sposobów na trzymanie go blisko, co często kończy się syndromem ściśniętego, mokrego mydła. Jeśli (załóżmy) ja mam rozum i umiem trzymać na wodzy swoje chucie, a słyszę od partnerki ciągłe: nie patrz się na nią, nie pij tyle, nie wyjedziesz na szkolenie, pokaż swoją historię przeglądarki, to prędzej czy później poczuję się jak półdebil i zapragnę wolności. Patologiczna zazdrość może zabić każdy związek.

Innym sposobem sprawowania kontroli jest odgadywanie życzeń i próby ich spełniania. Dopasowywanie się do partnera jest świetnym sposobem na zniszczenie jego pragnienia. Związek dorosłych ludzi zawsze jest jakimś rodzajem umowy, która jednostronnie może zostać zerwana. Świadomość tego faktu powoduje lęk, opisany częściowo w poprzednim artykule o samotności egzystencjalnej. Jeśli słabo znosimy ten lęk, to będziemy go próbować usunąć wyżej opisanymi sposobami – albo tysiącem innych. Zadziała to jednak w sposób odwrotny do zamierzonego. Boję się, więc jestem, można powiedzieć. Pogódź się z tym.

Podane wyżej przykłady oczywiście nie wyczerpują tematu. Myślę jednak, że odnalezienie siebie w którejś z tych trzech kategorii może być pierwszym krokiem do autodiagnozy i określenia planu działania. Odpowiadając przy okazji na jeden z komentarzy, nie sądzę wcale, że tylko psychoterapia zapewnia sukces w tej sprawie. Prawie wszyscy przeżywamy kryzysy i prawie wszyscy własnymi siłami (lub z pomocą bliskich) możemy się z nich wydostawać, ucząc się na własnych i cudzych błędach. Czasem jednak do wydostania się z kryzysu potrzebna jest druga osoba a w przypadku wielu osób wyizolowanych lub samotnych pozostaje odwołać się do psychoterapeuty. Co nie zmienia mojego przekonania, że psychologa w życiu powinno być jak najmniej – tylko tyle, ile jest niezbędne, by pójść dalej o własnych siłach.

I na koniec odwołam się znów do komentarzy, w których powtarza się pytanie, co zrobić, jeśli już tyle razy zaufało się ludziom i zostało przez nich zdradzonym. Można zacząć od odpowiedzi, czy chodzi o problem z trafieniem, czy z utrzymaniem. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że tak czy inaczej dojdziemy do pytania, czyje potrzeby (w jakiej proporcji) zaspokajam w związku – moje czy partnera? Czy moje zaufanie do niego wzięło się stąd, że mogłem na niego wielokrotnie liczyć w kwestii moich potrzeb? – czy raczej moje zaufanie było rodzajem nieograniczonego kredytu, udzielonego na podstawie „motyli w moim brzuchu”? Chcesz sprawdzić, czy komuś na tobie naprawdę zależy? Poproś go o coś, co będzie wymagało trochę poświęcenia z jego strony. Czy odda swoją ostatnią kanapkę, czy podwiezie mimo nadłożenia drogi, czy stanie po twojej stronie, mimo że jego/jej mama/tata myśli inaczej? Boimy się to sprawdzać. Niestety, przez to często żyjemy z kimś, o kim sądzimy że nas kocha, a w rzeczywistości jest to ktoś, komu po prostu jest z nami wygodnie. Wprowadź do gry swoje pragnienie, zobacz co zrobi z nim partner. Inaczej niewiele się o nim dowiesz i będziesz żyć fantazjami. Miałem kiedyś dwóch przyjaciół i z obu zrezygnowałem – z jednego dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o sobie, a z drugim dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o mnie.