Ostatnie okruchy

Blade Runner 2049. Krótka recenzja fana oryginału. Wielka, parująca, sentymentalna kupa. Odradzam.

Wszystkie
na Twitterze

Archiwum dla kategorii ‘psychoterapia’

Do czego się mogą przydać powyższe rozważania o sprzecznościach ludzkiej natury? Widzę dwa rodzaje wniosków: jedne odnoszące się do wpływu ducha czasów na cel i kształt psychoterapii i drugie, dotyczące sensowności polityczno-społecznych sporów i możliwości ich konstruktywnego rozwiązywania. Oczywiście przenoszenie wniosków z obserwacji wewnętrznego rozwoju człowieka na możliwości rozwoju społeczeństwa to ryzykowne zadanie ale zawsze warto spróbować – było nie było jest to jakaś propozycja metody myślenia na ten temat, w opozycji do myślenia „bo takie jest moje najgłębsze przeświadczenie”.

Jeśli chodzi o psychoterapię, to dzisiaj, mocniej niż kiedykolwiek należałoby zwrócić uwagę na możliwą nieświadomą ideologiczną indoktrynację pacjenta. Jeśli struktura osobowości jest jakkolwiek skorelowana z polityczną orientacją, to w gabinecie terapeuty, obok procesu terapeutycznego może iść równolegle zmaganie światopoglądowe (albo wzajemne utwierdzanie się w określonych przekonaniach). Zadanie, które tu stoi przed terapeutą, polega na uświadomieniu sobie, w jakim obszarze politycznego spektrum sytuują go jego poglądy i sposób działania,  szczególnie wtedy, gdy polityką zainteresowany nie jest. Następnie należałoby uświadomić sobie, w jakim stopniu punkt, do którego zmierza pacjent, jest jego (pacjenta) pomysłem a na ile pomysłem terapeuty i jaki jest w tym udział ideologicznego przekonania o tym, czym jest psychiczne zdrowie. Trzeba pamiętać, że właśnie tym argumentem (o psychicznej chorobie) posługują się często przedstawiciele zwaśnionych obozów, co znów oznacza, że w obowiązującej definicji psychicznego zdrowia jest spory udział polityki.

Druga sprawa to fakt, że wybór metody pracy terapeuty jest często mocno związany z jego osobowością. W przypadku „pacjenta konserwatywnego” lekkie przesunięcie terapeuty w kierunku liberalnym prawdopodobnie ułatwi mu pracę, podobnie będzie w pracy z „pacjentem liberalnym” w przypadku przesunięcia terapeuty w kierunku konserwatywnym. Niestety (a może stety) do gabinetu trafiają bardzo różne osoby i dlatego dzisiaj, gdy społeczeństwo jest mocno podzielone, terapeuta musi być gotowy na dużą elastyczność w doborze metod pracy. Odzwierciedlający terapeuta ze szkoły humanistycznej pomoże „pacjentowi konserwatywnemu”, (bo ten poprzez samo poczucie akceptacji zaakceptuje swe stłumione impulsy) ale „pacjentowi liberalnemu”, który potrzebuje pomocy w akceptacji społecznych reguł, może mocno zaszkodzić, potęgując poczucie chaosu. Podobnie terapeuta poznawczo-behawioralny pomoże w budowaniu struktury „pacjentowi liberalnemu” ale nacisk na rozumienie i planowanie w przypadku osoby, która sama wciąż myśli i planuje, żeby nie doświadczać impulsów, może pogorszyć sprawę. Jeśli społeczeństwo jest w miarę jednolite (czyli konserwatywne), do zawodu terapeuty mogą trafiać osoby z określoną, podobną osobowością, która będzie powodować, że „wystarczy być” obok pacjenta, żeby mu pomóc (pewnie dlatego większość terapeutów, których poznałem, jest raczej liberalna). Jeśli jednak społeczeństwo jest mocno spolaryzowane, jak dziś u nas, samo bycie nie wystarczy.

Druga grupa wniosków dotyczy społecznych sporów i możliwości ich diagnozowania powyższą metodą psychologiczną. Jeśli byłoby to możliwe, można by wtedy pokusić się o przybliżone prognozy, w jakim to wszystko zmierza kierunku: czy Europa rzeczywiście upada, czy właśnie wystrzela ku świetlanej przyszłości. U pacjenta zaczynamy od wywiadu, w przypadku społeczeństwa cały wywiad mamy zawarty w podręcznikach historii (aby nie komplikować za bardzo, pomińmy kwestię, kto je pisze). Historia uczy, że grupy społeczne powstają wokół idei, totemów, bogów. Bez nich po prostu kręcimy się tu i ówdzie obgryzając korzonki i poddając się innym, przypadkowym impulsom. Gdy gromadzimy się wokół idei czy bóstwa, część swojego widzimisię albo chcemisię musimy ograniczyć na rzecz grupy, która za to nas broni, nagradza i nadaje sens życiu. Im mocniej wierzymy w proponowaną ideę, tym więcej chcemy grupie poświęcić – ale co bardziej istotne (a często pomijane), im więcej poświęcamy grupie, tym mocniej wierzymy. Dosadnie wyraził to dawny myśliciel: „jeśli położysz patyk na kredensie i będziesz się do niego modlił przez miesiąc a potem jednego dnia tego nie zrobisz, będziesz miał poczucie popełnienia grzechu”. Grupy aby przeżyć muszą eliminować inne grupy. Im więcej zbrodni popełnimy w imię naszego bóstwa, tym mocniej musimy w to bóstwo wierzyć, aby nadać im sens – inaczej przywali nas ich ogrom. W tym sensie każda grupa, naród czy cywilizacja ufundowana jest częściowo na takiej wypartej zbrodni a częściowo na wszelakich dobrach, jakie członkowie grupy sobie wzajemnie oferują. Najbardziej jaskrawy przykład (bo z niedawnej, obserwowalnej przeszłości) to Amerykanie, którzy wytępili Indian a na pobojowisku zatknęli sztandar z hasłami wolności i swobód obywatelskich. Z jednej strony może to hipokryzja ale z drugiej strony może właśnie dlatego Stany Zjednoczone stały się kolebką nowoczesnego liberalizmu, bo dokonanej zbrodni nie dało się upchnąć w niepamięci.

W każdym razie, konserwatywny Zachód coraz częściej zaczął mieć do czynienia z ateistycznym liberałem, podważającym chrześcijańskie kamienie węgielne, pytającym: w co my właściwie wierzymy i dlaczego? Tutaj można przywołać teorię rozwoju moralnego jednostki Kohlberga: przeminęła dawno faza prekonwencjonalna, kiedy ludzie słuchali się autorytetów bo musieli, ustaliła swe panowanie faza konwencjonalna, gdzie ludzie słuchają autorytetów, bo w nie prawdziwie wierzą – zaczęła się jednak faza postkonwencjonalna, gdzie ludzie przestają brać rzeczy na wiarę, a zaczynają zadawać trudne pytania. Te pytania wg teorii Kohlberga mają na celu zweryfikowanie nadanych z góry autorytetów i określenie, jaki jest mój osobisty do nich stosunek. Pojedynczy człowiek takie fazy oczywiście przechodzi – nie ma wobec tej teorii specjalnych sprzeciwów, za wyjątkiem jej ostatnich faz. Zwolennicy mówią, że zwycięża w nich rozsądek i refleksyjne, dojrzałe myślenie, krytycy uważają, że zwycięża egoizm i „róbta co chceta”. Ta niezgoda wynika prawdopodobnie z tego, że właśnie w takim aktualnie punkcie dziejów się znajdujemy i historia jeszcze nie miała czasu tego „ateistycznego zwrotu” osądzić.

Diagnoza, która przed nami stoi, polegałaby więc na zdecydowaniu, czy Europa jest na tyle dojrzałym osobnikiem, że może zdecydować, co z obowiązujących autorytetów ma sens a co jest tylko niepotrzebnym zniewoleniem – czy raczej jest znękanym przez wymagających rodziców szesnastolatkiem, który pewnego dnia się zbuntował i teraz pławi się w zakazanych do tej pory przez rodziców przyjemnościach, z których największą jest obserwowanie ich bezsilnej wściekłości. Jeśli zachodzi pierwsza możliwość, to obie strony mają trudne zadanie: konserwatyści muszą uznać że „jajko mądrzejsze od kury” i usunąć się na bok sceny a liberałowie (a właściwie lewica) stanąć na własnych nogach i udowodnić że potrafią być „głową rodziny” (lepszą niż Stalin). Jeśli jednak zachodzi ta druga możliwość, że mamy do czynienia z krnąbrnym szesnastolatkiem, to zadanie dla obu stron jest równie trudne: bo właściwie po czyjej stronie leży odpowiedzialność za te nieprzyzwoite harce młodziana? Po jego, bo jest zbyt krnąbrny? Czy po stronie rodziców, bo byli przesadnie restrykcyjni?

 

Poprzedni wpis nie oznacza, że chciałbym upolityczniać psychologię, raczej odwrotnie: zastanawiam się, na ile światopoglądowy dialog może odzwierciedlać wewnętrzny dialog pojedynczego człowieka. A jeśli można godzić wewnętrzne sprzeczności w procesie terapeutycznym, to na ile wiedza o tym procesie daje podstawy do diagnozowania społeczeństwa i przewidywania jego dróg rozwoju lub regresu. Opinie na temat tego, co się dzieje dziś w Europie wahają się od ściany do ściany: jedni mówią że Europa to najwyższy stan rozwoju społeczeństwa, inni, że widać wyraźne symptomy jej zupełnego upadku. Kto ma rację? Albo inne pytanie: dlaczego tak różnie można widzieć rzeczywistość? Które z tych dwóch pytań jest bardziej zasadne?

Jak wspomniałem wcześniej, w moim odczuciu człowiek/obywatel Europy przeszedł na swej drodze transformację, która w gabinecie terapeutycznym odzwierciedla się w wewnętrznej relacji pacjenta między jego impulsami a społecznymi regułami. W społeczeństwie konserwatywnym czyli patriarchalnym impulsy seksualne podlegają silnej kontroli – skrajnie w islamie, gdzie kobieta musi chodzić w czymś w rodzaju worka, żeby obie płcie były w stanie panować nad swym podnieceniem. Pokazuje to, jak wielka jest siła impulsu. Pokazuje to też, jak słabo kontrola impulsu jest uwewnętrzniona w pojedynczej osobie (jako jej osobista umiejętność): kontrolą musi zająć się zewnętrzne prawo wyrażone między innymi w regułach zachowania czy ubierania się. Zbiór zasad kontroli impulsu jest bazą dla poczucia tożsamości całej społecznej grupy. Określa przedmioty wiary i wartości, codzienne nawyki i lokalny koloryt grup społecznych. Dekalog jest zbiorem głównie zakazów – pokazują one, gdzie impuls agresywny lub seksualny ma być powstrzymany. Oznacza to, że próba dokonania zmian w podejściu do kontroli impulsywności będzie traktowana jako zamach na tożsamość i sens istnienia grupy, na przykład chrześcijaństwa w ogóle. Dlatego tak spornym tematem jest chociażby wychowanie seksualne w szkołach.

Na poziomie jednostkowych relacji międzyludzkich silna kontrola impulsu odzwierciedla się więc w konserwatywnej spoistości grupy ale też, jak się rzekło, w konkretnych zaburzeniach czy patologiach, tworząc zadanie dla terapeuty. Gwałt, przemoc w rodzinie, kazirodztwo – to pierwsze z brzegu przykłady, które łączy fakt wyrwania się impulsu spod kontroli. Można pewnie do tego dodać ogólnie wojny czy przestępstwa z agresją w tle. Na co dzień możemy to obserwować choćby na drodze – w formie niestosowania się do ograniczeń prędkości, co kosztuje nas wiele żyć. W każdym razie, im bardziej impuls jest zduszony przez zewnętrzny nacisk a nie wewnętrzne poczucie sensu, tym bardziej destrukcyjnie się objawi, jeśli system kontroli zawiedzie.

Silna kontrola seksualności bez jednoczesnej wewnętrznej zgody na to ograniczenie przejawia się w gabinecie terapeutycznym np. jako obsesja, z jej kompulsywnymi myślami i zachowaniami. Mają one na celu zapełnienie wewnętrznego świata w całości aktywnością w praktycznym wymiarze bezsensowną, ale dzięki temu nie pozostawiającą żadnej szczeliny na przyjemność – bo wtedy impuls mógłby zawładnąć człowiekiem i pozbawić go kontroli totalnie. Jak jednak wynika z obserwacji, jest to pacjent coraz rzadszy, ponieważ społeczeństwo nie jest już tak kontrolujące w sprawach seksu jak kiedyś.

Pomysł społeczeństwcomeina liberalnego na kwestie impulsywności jest odmienny. Impuls ma prawo bytu, jest dozwolony a wręcz nawet pożądany. Dobrze widziana jest różnorodność impulsu seksualnego, bo to dowodzi jego wolności i szczerości. Ograniczenie jest łatwo kojarzone z autorytaryzmem i zaściankowością. Tożsamość takiego społeczeństwa jest więc ufundowana na zupełnie innej bazie. Zamachem na taką tożsamość jest próba kanalizowania impulsów, tworzenia hierarchii i moralności. Róbmy cokolwiek, dopóki nie dostaniemy sygnału, że komuś to szkodzi. Jasne, że mówimy tu o realnie zwiększonej wolności jednostki ale z drugiej strony taki światopogląd łatwo może zostać użyty do usprawiedliwienia swej niechęci do wysiłku ograniczenia się w czymkolwiek. Reguły współżycia są jednak niezbędne, co powoduje, że zaczynają być opierane na jednostkowych odczuciach w konkretnej sytuacji, co znów skutkuje zwiększoną ilością oburzonych i urażonych. Jeśli dziewczynka bardzo chce być chłopcem, to czemu nie. Jeśli tego nie dostanie, będzie urażona. Konsekwencją takiego światopoglądu jest też zmniejszenie różnic między narodami i ich wewnętrznej spoistości, co znów uruchamia wrogość w konserwatystach. Można powiedzieć, że liberalizm jest równie bezradny wobec impulsu co konserwatyzm, tylko próbuje to zignorować, wywyższając impuls do roli kreatora prawa. Jest to duże niebezpieczeństwo, bo impuls w swej zachłanności łatwo może stać się okrutny.

Skutki psychologiczne dla jednostek, jak już wspominałem, są takie, że trudno wiązać się z kimkolwiek na dłużej, bo prędzej czy później trzeba będzie wziąć pod uwagę jego odmienność i w jakimś stopniu dostosować się do niej – o ile nam na kimś zależy. Brak konserwatywnego treningu w akceptowaniu reguł powoduje jednak, że szybko je porzucamy jako nieprzyjemne, czytaj: wrogie. To z kolei pozbawia nas możliwości doświadczania, jak ważne są w związkach wzajemne poświęcenia, jak wielkie to ma znaczenie dla poczucia, że jesteśmy ważni i kochani. Stąd moje przekonanie, że samotność jest najgorszym wirusem XXI wieku. Powstaje też całkiem nowy obszar trudności i zaburzeń interpersonalnych, gdzie spotykają się osoby z przeciwnymi sobie światopoglądami. Ale to osobny temat (zawierający np. pytanie, co wyniknie ze związku konserwatystki z liberałem, albo też czy islam i Europa mogą współistnieć).

Powyższe rozważania, mam nadzieję, dają podstawy do próby odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak różnie można spostrzegać rzeczywistość? Obsesyjny pacjent, który zaczyna terapię, skoncentrowany jest na kontroli. To jest nasz „pacjent konserwatywny”. Mówiąc żargonem psychologicznym, identyfikuje się całkowicie z tą częścią siebie, która kontroluje impuls, natomiast sam impuls spostrzega jako coś zewnętrznego, wrogiego i przerażającego. Podczas dobrze poprowadzonej terapii pacjent zaczyna dopuszczać impulsy, coraz częściej traktując je jako część siebie, która ma prawo istnieć i dostarczać spontanicznych przyjemności. Coraz częściej mówi: „chciałbym dać sobie więcej luzu, ale czuję, że coś mnie powstrzymuje”. Takie zdanie oznacza, że pacjent identyfikuje się dla odmiany ze swoim impulsem. Zaczyna w tym przypominać „pacjenta liberalnego”, który od tego punktu zaczyna terapię. „Pacjent liberalny” z kolei jest dumny z siebie, jeśli uda mu się sensownie zapanować nad impulsem, czyli zidentyfikować się z wewnętrznym ośrodkiem kontroli („nie zrobiłem tego, mimo pokusy”). Co więc jest prawdą? Czy jestem swym impulsem, czy jego kontrolerem? Czy może jednym i drugim? Czy w takim razie chcę być biernym polem walki tych sprzecznych sił, czekając, która zwycięży? Tak chyba wygląda dziś duża część „światopoglądowego dyskursu”. Powyżej starałem się jednak wykazać, co się dzieje, gdy jedna z tych sił zwycięży w naszym wewnętrznym świecie. Terapeuta ma wtedy pełne ręce roboty. Czy zatem istnieje alternatywa? Jak mogłaby wyglądać? Jest się nad czym zastanawiać. I może nie być wiele czasu, bo przecież ktoś coraz mocniej puka do drzwi.

Obserwowanie potężnych, ścierających się światopoglądów, które wzajemnie się wykluczają, skłania do zastanowienia: czy oglądamy oto dążenia ku prawdzie, którą każda ze stron rezerwuje dla siebie, czy raczej dążenie do samej walki i wzajemnego wykluczania? Która z powyższych możliwości lepiej oddaje naturę człowieka? Cóż, jeśli chodzi o naturę człowieka, to gabinet terapeutyczny jest jednym z lepszych miejsc do szukania odpowiedzi.

Oczywiście, samo postawienie kwestii w ten sposób jest już zajęciem pewnej pozycji w dyskusji. Pozycji, która zawiesza pytanie „jaka jest prawda?” na rzecz pytania „dlaczego jeden człowiek myśli, że prawda jest taka a drugi, że inna?”. Według mnie, taka postawa jest niezbędna w byciu psychologiem, chociaż potrafiłbym wskazać wiele przykładów, gdzie psycholog jest czymś w rodzaju bullteriera na usługach określonej grupy, przekonanej o swoim monopolu na prawdę.

Ale do rzeczy: początków gabinetowych obserwacji można szukać w psychoanalizie. Epoka wiktoriańska stworzyła pewien typ pacjenta (a raczej pacjentki), na którym Freud oparł swoją teorię i metodę leczenia. Mówiąc w skrócie, objawy pacjentek były reakcją na zahamowanie seksualnych impulsów, zahamowanie tak silne, że zaczęło wyrażać się w taki sposób, żeby nie można było go skojarzyć z przyczyną. Brzmi logicznie. Można powiedzieć, że była to konsekwencja życia w społeczeństwie o mocno zaznaczonych zasadach, które pomagały to społeczeństwo spajać i dosyć szybko decydować, kto postępuje źle, a kto dobrze. Czy były to zasady wynikające z „prawdziwych” przekonań? Być może odpowiedzią na to pytanie jest fakt, że do purytanizmu raczej mało kto chce dziś wracać. W każdym razie, zadaniem terapeuty było spowodowanie, by pacjentka poluzowała nieco swe zahamowania i na powrót „zaprzyjaźniła się” ze swoimi impulsami, co skutkowało wycofaniem objawów. Mamy tu więc do czynienia z „pacjentem konserwatywnym” w tym sensie, że wzorzec zachowań jest bardzo sztywny, niepodatny na zmiany a w dodatku uzasadniany różnymi racjonalizacjami.

Paradoksalnie, oparty natam i z powrotem takich zaburzeniach freudyzm odegrał niemałą rolę w seksualnej rewolucji, która wydatnie zmniejszyła ilość tego typu pacjentów. Skoro wszyscy o seksie zaczynają mówić, to nie ma sensu zaprzeczanie czemukolwiek, wręcz przeciwnie, będę wydawał się dziwakiem, gdy będę się w tej sferze nadmiernie ograniczał. Impulsy (nie tylko seksualne) zaczęły być ukochanym dzieckiem psychologii i taka była w sumie reakcja na ortodoksyjną psychoanalizę, że terapeuci zajęli się zachęcaniem pacjentów do wyrażania i akceptowania wszelkich impulsów, traktując to jako drogę do „prawdziwego ja” lub „prawdziwej natury człowieka”. W wyniku tego w gabinetach psychoterapeutów zaczął pojawiać się „pacjent liberalny”, który co prawda nie miał już żadnych zahamowań, tyle że był wydany na pastwę swoich impulsów, z których każdy wiódł go w innym kierunku, powodując chaos i paraliż działania. Skrajnym przykładem takiego pacjenta jest „pacjent libertariański”, który mocno wierzy w to, że „jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka”, co skutkuje tym, że taki pacjent przestaje wychodzić z domu i powoli popada w osamotnienie. Liberalne gazety, w swoim umiłowaniu wolności impulsu, szybko nazwą to „cocooningiem”, co zredefiniuje zjawisko jako jeden z równoprawnych stylów życia. W tym kontekście łatwo zrozumieć dzisiejszy problem wielu osób ze stworzeniem trwałego związku – jest to po prostu zamach na moją wolność.

Oczywiste jest, że stosowanie ortodoksyjnej psychoanalizy do „pacjenta liberalnego” jest skazane na klęskę. Nie ma czego interpretować czy odszyfrowywać, ponieważ wszystko jest niejako „na wierzchu”. Psychoterapia doszła w ten sposób do ściany i ma trudności z odwrotem, bo nieśmiertelne pytanie „co czujesz?” mocno fetyszyzuje uczucia jako przewodnika w społecznych działaniach. W przypadku takich pacjentów praca powinna jednak iść w stronę stopniowego budowania struktury, która umożliwi rozsądne poruszanie się pacjenta w obszarze, gdzie społeczne reguły stykają się z wewnętrznym rezerwuarem impulsów. Jest to prawdziwie polityczny, wewnętrzny dialog: „na ile mam zrezygnować ze swojej wolności i właściwie w imię czego?”. Wewnętrzny liberał reaguje bardzo źle na każde ograniczenie swobody. A każda zasada czy reguła ogranicza. Przyjmie więc takie ograniczenie tylko wtedy, kiedy będzie miał pewność, że on sam jest tego ograniczenia autorem i że absolutnie nie było żadnego innego wyjścia.

Psychoanalityk freudowski był „umiarkowanym liberałem” w stosunku do „pacjenta konserwatywnego” i to w zasadzie wystarczało do sukcesu. Zadanie dzisiejszego terapeuty jest trudniejsze. Jeśli będzie zbyt liberalny, nie pomoże „pacjentowi liberalnemu” w budowaniu struktury. Jeśli będzie zbyt konserwatywny, zaszczepi takiemu pacjentowi własne wzorce, przeciwko którym ów pacjent się zbuntuje, traktując je jako obce, autorytarne twory. Dlatego tak ważna wydaje mi się pozycja terapeuty, która szuka odpowiedzi na pytanie: „dlaczego jeden myśli tak, a drugi inaczej?” a nie „jak jest naprawdę?”.

Trud wewnętrznego dialogu, który podejmuje wyżej opisany pacjent, można porównać do trudu naszego społeczeństwa w dialogu światopoglądowym. Konserwatysta nie ustąpi ze swojej pozycji, dopóki nie zauważy, że sztywność odcina go od przyjemności a wolność niekoniecznie prowadzi na bezdroża impulsów. Z kolei liberał nie odda swojej wolności, jeśli nie zauważy, że ograniczenia mogą wynikać z własnych decyzji, podjętych dla własnego dobra. Silne napieranie obu opcji na siebie pozwala uniknąć obu tych dróg, które są zwyczajnie trudne, bo wymagają autorefleksji i wewnętrznej pracy. Konserwatysta boi się swojego wewnętrznego liberała, którego uważa za diabła, a liberał boi się swego wewnętrznego konserwatysty, którego uważa za tyrana. Przedstawiciele obu opcji, koncentrując się na najgorszych przejawach aktywności wroga, udowadniają sami sobie, że trzeba trzymać się od niego z daleka. A pod spodem lęk pogania lękiem.

Męski pampers jest jednym ze zjawisk, które krystalizują się w mojej psychologicznej głowie w kontakcie z wieloma pacjentami jako częsty refren, przewijający się motyw ludzkich niepowodzeń w tej najtrudniejszej z trudnych rzeczy, jaką jest umiejętność życia ze sobą pod jednym dachem. Najprostsza definicja takiego pampersa: są to problemy, którymi mężczyzna obciąża swoją kobietę, chociaż poradzenie sobie z nimi jest tylko w jego gestii. Czemu pampers? Bo kojarzy mi się to zjawisko (trochę freudowsko) z takim etapem w życiu dziecka, kiedy jego kupa (a także cały proces jej produkowania) jest obiektem zachwytów jego mamy oraz bliższej i dalszej rodziny. Nie nabijam się – na tym etapie dziecku na pewno wsparcie w tej kwestii się przydaje. Ale spójrzmy na to psychologicznym okiem: wszystko, co do ciebie należy, to uwolnić się od napięcia, NIE POWSTRZYMYWAĆ SIĘ – a będzie się za to jeszcze nagrodzonym. Aż chciałoby się tę transakcję przenieść w dorosłe życie.
No i czasem się przenosi. Dorastanie to ciężki proces oswajania z ograniczeniami realnego świata. Wystarczająco dobrzy rodzice zwiększają wymagania dziecku zgodnie z jego możliwościami, aby na koniec zdolne było poradzić sobie z trudami życia. Zauważmy, że jest to ogólnie nauka WSTRZYMYWANIA SIĘ od natychmiastowych przyjemności (najpierw lekcje, potem zabawa, najpierw obiad, potem deser itp.). Patrząc głębiej, jest to nauka myślenia. Zapełnienie pampersa myślenia nie wymaga. Czasem w tym procesie odpępowiania przeszkadza CHCĘ rodzica. Czasem jest to CHCĘ ojca, który raczej się kumpluje z synem niż go wychowuje. Czasem jest to CHCĘ matki, która rozczarowana słabym lub znikającym mężem, kieruje swe uczucia ku synowi, kontrolując jego emocjonalne życie i oferując mu miejsce na jego słabości i jego niewytrzymywanie.
Odmian takiego scenariusza jest mnóstwo. Przykład: 30-letni syn mieszka z matką, rzadko wychodzi, przed ludźmi czuje lęk. Jednocześnie wewnątrz czuje błąkające się kłucie bezwartościowości, wywołujące co jakiś czas wyzwoleńczy zryw w postaci np. nowej pasji, która szybko się kończy. Mama jednak zawsze ma dla niego obiad i swą bezbrzeżną akceptację. Kobiety budzą największy lęk – nie życzą sobie (przeważnie) oglądać jego pampersa wypełnionego lękiem i biernością. I tak sytuacja się konserwuje. 30-letni chłopiec nie jest przygotowany do WYTRZYMYWANIA wyzwań losu. Jego bunty ograniczają się do „nie będę jadł dziś obiadu, nie rób”. Mama jednak robi „na wszelki wypadek” – a on w końcu robi się głodny i je. Jedyne co może pomyśleć to: „gdyby nie matka, zdolny byłbym do wielkich czynów”.
Jasne jest, że na dzisiejszym matrymonialnym rynku dosyć szybko znajdzie się kobieta, która podejmie się adopcji takiego wyrośniętego bobasa. Nazwie to ślubem, ale w praktyce będzie to adopcja. Ten pomysł czasem jest świadomy, czasem nie. Współczesne „psychologiczne mądrości” kolportowane przez wszechobecną mgr Jadzię często taką adopcję pochwalają, bo przecież mężczyzna powinien przyznawać się do swoich słabości a płaczący facet to w ogóle widok niezwykle uroczy. Ktoś w to w ogóle wierzy?
Dalej scenariusz układa się mniej więcej tak: kobieta zaczyna wspierać swego mężczyznę-bobasa, motywuje go do szukania pracy, doradza mu w kwestiach psychologicznych. Związek się zacieśnia. Tak by się przynajmniej wydawało. Jednak potem mężczyzna wypływa na szerokie wody i powoli zaczyna tracić zainteresowanie swoją partnerką, szczególnie zainteresowanie seksualne. I w końcu odchodzi, ku zdumieniu i przerażeniu kobiety, której świat wali się w gruzy czasem z dnia na dzień. Co się właściwie stało, nie wie nikt. On oskarża ją o zbytnią kontrolę, ona jego o nieodpowiedzialność (chociaż częściej samą siebie o to, że nie była wystarczająco dobra, by go zatrzymać przy sobie).
Co natomiast widzi nasze psychologiczne oko? Widzi to, że kobieta przyjęła rolę matki, zajmując się uważnie męskim pampersem. Przeprowadziła partnera ze świata dziecka do świata dorosłych, wypełniając rolę, w której zawiedli rodzice. I tak została potraktowana, jak są traktowani rodzice: gdy czuję się samodzielny, odchodzę od nich, bo mnie krępują. A już na pewno nie sypiam z kimś, kto przez długi czas zaglądał do mojego pampersa. Taki ktoś przestaje być atrakcyjny seksualnie. Oczywiście scenariusze są różne. Związek może trwać, bo mężczyźnie potrzebna jest zarówno kobieta jak i miejsce do wyładowania pampersa. Samo wyładowanie go też może różnie przebiegać. Może polegać na niekończących się narzekaniach – na szefa, na rząd, na życie. Inna wersja to ciągłe zarzuty pod adresem kobiety, że za bardzo myśli o sobie, nie o nim. No i wersja XXL, czyli fizyczna przemoc. Sprowokowała mnie i NIE WYTRZYMAŁEM. Znajome, prawda?

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook