Ostatnie okruchy
Wszystkie
na Twitterze

Duża część listów które otrzymuję, listów z prośbą o radę, zawiera mniej więcej taką oto treść: ” Jestem 50-letnią kobietą, do tej pory zajmowałam się rodziną ale teraz dzieci się wyprowadziły a mąż znalazł sobie młodszą kobietę. Dla mnie to dramat. Runęło poczucie bezpieczeństwa, dom. Popycham każdy dzień, nic mnie nie cieszy. Nie mam przyjaciół, nikogo. Jak mam żyć?”. Od razu powiem, że to jedno z najtrudniejszych pytań, jakie dostaję i nie będzie na nie prostej odpowiedzi. Podobną trudność miałbym, gdyby np. cukiernik zadał mi pytanie: „Piekłem na zamówienie sernik ale wyszedł mi makowiec. Klient przyjdzie za pięć minut. Co mam zrobić?”.

Pierwsze pytanie, jakie nam przyjdzie do głowy w sprawie cukiernika jest takie: „Gdzie on miał głowę, piekąc ten sernik?”. Drugie: „Czy w ogóle powinien być cukiernikiem?”. Niestety, pytania, które należy zadać w przypadku opuszczonej kobiety, są podobne. Mówiąc twardo, dzisiejszy mój i twój stan jest konsekwencją naszych wcześniejszych decyzji. Im bardziej automatycznie i bezrefleksyjnie są one podejmowane, tym większa szansa, że któregoś dnia poczujemy że ktoś bez naszej wiedzy poukładał nam życie i to w taki sposób, który nam zupełnie nie odpowiada. Niestety, człowiek musi sobie radzić z bardzo dziwną sytuacją, w której najważniejsze życiowe decyzje podejmuje nie mając jeszcze pojęcia o życiu, a gdy ma już wystarczające o nim pojęcie i jest gotów do rozsądnych decyzji, to właśnie wtedy już czas umierać. Pierwsza więc część odpowiedzi na główne pytanie wygląda tak, że twój stan nie zaczął się z chwilą odejścia najważniejszych osób – on krok po kroku dojrzewał w wyniku o wiele wcześniejszych decyzji. Oczywistą reakcją na taką sytuację jest poczucie krzywdy albo winy – jednak poprzestanie na nich zabetonuje twój stan do końca życia a w gorszych przypadkach wpędzi cię w depresję. Poczucie krzywdy lub winy to stany kuszące, bo jasno i prosto rozdzielają wyroki za stan rzeczy: „Ja dobra, on zły, niech go piekło pochłonie” albo „On dobry, ja zła, zasłużyłam sobie”. Kropka, dalej myśleć nie trzeba. Z perspektywy psychoterapeuty do tego właśnie te stany służą: żeby nie myśleć a tylko rozdzielić winę i karę. A tylko myślenie o tym jaka jest twoja część odpowiedzialności za własną sytuację może dać ci szansę poprawienia swojego stanu. Jeśli uwierzysz, że miałaś ster w ręku wtedy i zaprowadziłaś statek w kiepskim dla siebie kierunku, to szybciej uwierzysz też w to, że masz ten ster w ręku także dziś i możesz płynąć do ciekawszych krajów.

lonelyOczywiście nie wszystkie konsekwencje swoich decyzji da się przewidzieć. Jeden z powodów wspomniałem wyżej – podejmujemy je, niewiele wiedząc o życiu. Drugi, równie istotny powód wynika z dziejących się wokół przemian światopoglądowych a głównie liberalizacji i laicyzacji życia. Nie chcę tu oceniać tego czy innego światopoglądu, tylko pokazać, że na ich styku powstaje zamieszanie, które może utrudniać nam ocenę własnych decyzji. Nawet w kwestii samego małżeństwa można raz usłyszeć, że jest to oznaka dorosłości i odpowiedzialności a innym razem, że jest to chęć uwiązania kogoś przy sobie na siłę albo wręcz zabijanie prawdziwych uczuć niepotrzebnym dokumentem. Co jest prawdą? Te różne podejścia mogą nam zamącić osąd ale mogą też umożliwić zastanowienie się, jakie są moje osobiste motywacje, do której grupy należą, w jakich proporcjach? W każdym razie pewne jest, że dziś małżeństwo nie jest tym samym, czym było 30 lat temu i trudno się dziwić, że nasza 50-latka będąc 20-latką miała poczucie pewności, że wchodzi w związek „póki śmierć nas nie rozłączy”. Gwałtowny wysyp opuszczonych 50-latek z całą pewnością po części jest konsekwencją światopoglądowych przemian.

Są jednak też przyczyny bardziej osobiste. Zastanawiamy się bowiem, dlaczego opuszczona 50-latka nie może się niczym cieszyć. Najprawdopodobniej dlatego (pomijając żałobę), że nauczyła się czerpać satysfakcję wyłącznie z dawania i oferowania siebie rodzinie i mężowi. I znów – możemy to rozważać jako altruistyczną, godną pochwały postawę, której nie docenił mąż albo możemy się zastanawiać, dlaczego ta kobieta nie zajmowała się zaspokajaniem także własnych potrzeb, niezwiązanych z członkami rodziny. Niezależnie od światopoglądu, to przecież właśnie ten fakt powoduje dzisiejszy depresyjny stan. Taka ofiarność może wynikać z patriarchalnego wzorca ale też może wynikać z niskiego poczucia wartości kobiety, która nie wierząc, że ktoś może jej pragnąć taką jaka jest, dokłada do tego własną ofiarność, zaniedbując sama siebie – skutek jest ten sam. To jednak trudno nazwać altruizmem – to raczej sposób na podnoszenie własnego, niskiego poczucia wartości: dopóki ktoś cokolwiek ode mnie bierze, to znaczy że jest we mnie coś wartościowego. Dlatego właśnie, gdy biorący odchodzą, kobieta wraca do punktu wyjścia i czuje się kompletnie bezwartościowa. Tylko pytanie: „Czy fakt, że ktoś ode mnie bierze, na pewno jest dowodem na to, że mam coś wartościowego do dania? A może po prostu bierze, bo mu tak wygodnie? A może tym dawaniem inwestuję w interes, który nigdy nie przyniesie owoców?”.

Uczenie się rozpoznawania i zaspokajania własnych potrzeb to dosyć długa droga, chociażby dlatego, że własne potrzeby w dużej części są sprzeczne z potrzebami innych. Czyli jednocześnie jest to nauka konfrontacji a czasem walki. Czerpanie satysfakcji z zaspokajania innych pozwala tego niebezpiecznego świata uniknąć. Jest to też droga bardzo samotna, bo to, że jestem specyficzny, odrębny od innych jest podstawą mojej tożsamości. Mam nadzieję, że teraz bardziej jasne jest, dlaczego odpowiedź na pytanie: „Co mam zrobić?” jest taka trudna – właściwie trzeba się nauczyć żyć od nowa, w wieku, w którym bardziej byśmy chcieli czerpać z tego, co do tej pory już zbudowaliśmy. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to niemożliwe. Jest jednak na tyle trudne, że wiele osób zdecyduje się jednak na te proste rozwiązania – pozostać przy obwinianiu siebie lub innych. Albo zatopić się w smutku po tym, co odeszło. Może więc pierwszym pytaniem, które otworzy furtkę do czegoś nowego będzie: „Czy na pewno to, co straciłam, było tak wartościowe, jak do tej pory uważałam?”.

Udostępnij na FB

Cztery komentarze do “Boczny tor”

  • Dora:

    Witam serdecznie Panie Wojtku :) Równie serdecznie witam wszystkie osoby, które odnalazły tę stronę i zatrzymały się tutaj chwilę. Paręnaście dni temu, przeglądając internet trafiłam na tytuł Pana książki „Wirus samotności”. Pobiegłam do biblioteki, wypożyczyłam, przeczytałam i przyznam, że książka ogromnie mi się spodobała, wprost chłonę ją już drugi raz, bo po pierwszorazowym przeczytaniu czułam potrzebę, aby jeszcze raz do niej wrócić. Jak to zwykle jest z czytaniem książek – przynajmniej u mnie – za drugim razem dostrzegam coś, czego wcześniej nie doczytałam. Czy nie było tego tekstu wcześniej, czy może odwróciłam dwie kartki naraz? 😉 Po raz pierwszy spotkałam się z taką dokładną, wnikliwą i głęboką analizą przyczyn samotności. Tyle odnalazłam siebie samej w treści książki, popełnionych przez siebie błędów… Gorąco polecam wszystkim samotnym do przeczytania. Właściwie jedno w tej książce mnie troszkę zmartwiło i choć nie jest moim zamiarem przekazywanie treści książki, bo trzeba ją przetrawić (o ironio!) w samotności :) to jednak napiszę dwa słówka o tym, co mnie zmartwiło. To, że odnalezienie kogoś takiego, jak sami jesteśmy, jest praktycznie niemożliwe. To fakt, każdy z nas jest inny, ale mimo wszystko szukamy zawsze jakiejś bratniej (mniej lub bardziej) duszyczki. Teraz coś tytułem komentarza do powyższego artykułu – ja również skończyłam 50-tkę i troszkę mnie zaskoczyły słowa Pana Wojtka, nie wiedziałam, że jest tak dużo samotnych osób w tym wieku. Dlaczego zatem jest tak trudno znaleźć kogoś do pogaduszek, do popisania, porozmawiania przez telefon, do ćwiczeń fizycznych, spacerów… Tyle już razy próbowałam… Męża posiadam, ale o fajną koleżankę nie jest łatwo. Znalazłam dwie bratnie duszyczki przez internet i bardzo się z tego cieszę, ale obie mieszkają daleko i nieczęsto się widzimy, dobrze, że możemy przez telefon porozmawiać :)
    Mieszkam na Śląsku, czy znajdzie się może jakaś osoba z moich stron chętna do „zakoleżankowania” się ze mną? Mam nadzieję, że Pan Wojtek nie ma nic przeciwko temu, że tutaj o to pytam?
    Jeszcze raz pozdrawiam i – korzystając z okazji – życzę zdrowych i wesołych Świąt :)

  • wk:

    Jeśli ten blog miałby posłużyć do zmniejszenia populacji wirusa, to czego chcieć więcej? :)

  • ak:

    dziękuję za inspirację :-)

  • Jolikapl:

    Z samotnością jest chyba tak , że według mnie źle interpretujemy rzeczywistość..w młodości jesteśmy podobni do siebie..mamy dość rodziców, pociąga nas świat , chcemy być wszędzie gdzie rówieśnicy..i najlepiej czujemy się z ludźmi…jednak z czasem kiedy się rozwijamy zaczynamy oddalać się od innych ..przez własną , bogatszą osobowość..owszem kiedy ludzie podzielają nasze zainteresowania albo podobnie spostrzegają świat ..stają się nam bliżsi…jednak nie bliscy, bliscy to rodzice, dzieci i mąż ( nie zawsze )..
    Problem chyba według mnie polega na tym , że mamy albo wmówione albo urojone poczucie , że powinniśmy mieć ciągle kogoś do rozmowy lub ,że tylko wtedy „normalnie” żyjemy kiedy mamy kilka osób do miłego gawędzenia..i , że bez tego czujemy się nie szczęśliwi..to jest problem właśnie, prawda jest taka , że każdy z nas jest samowystarczalny i swoje towarzystwo jest najlepsze tylko trzeba się tego nauczyć.
    Ja właśnie mam też 50+ i przez kilkanaście lat żyłam tym przekonaniem..lecz po 40-tce. to się zmieniło..wraz z osobistym rozwojem przestałam potrzebować ludzi a nawet dostrzegłam znudzenie i brak cierpliwości do ludzi…Mąż ode mnie nie odszedł, myślę , że głównie z lenistwa ale ja zawsze miałam mnóstwo zainteresowań i mogłabym tego nawet nie zauważyć ..a już na pewno tym się mocno nie przejąć..
    Oczywiste jest , że człowiek jakieś tam relacje powinien mieć ze światem ale na pewno nie jest tak w drugiej połowie życia jak w pierwszej…i jeszcze jedno człowiek powinien sam też czuć się dobrze..tak dobrze jak z ludźmi.

Zostaw komentarz

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook