Archiwa za okres: Czerwiec, 2020


Być może nigdy nie poznamy prawdy o wirusie, ale niewątpliwie coś wyszło na jaw. Prawda o nas samych. I trochę kłopotliwych pytań, które trzeba sobie zadać.

Rozmawia Krystyna Romanowska

Czy pytanie: „Powiedz mi, jak reagujesz na koronawirusa, a powiem ci, kim jesteś?” jest zasadne?  
W jakimś sensie tak. Mam wrażenie, że nasze wnuki poznają prawdę absolutną o koronawirusie – w oderwaniu od obecnych politycznych opinii. Dzisiaj trudno tej prawdy dotknąć. Można natomiast spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o sobie samym w odniesieniu do tego, jak reaguje się na wirusa. Psychologowie do postawienia diagnozy używają tzw. testów projekcyjnych – obrazka, który każdy może interpretować na swój sposób. Ta interpretacja niewiele mówi o samym obrazku, natomiast sporo może powiedzieć o widzu, który snuje swą opowieść. Tak jest z koronawirusem, który zajął dziś miejsce poprzedniego testu projekcyjnego czyli klimatycznej apokalipsy.

Jakie więc prawdy opowiada o nas wirus? Wydobył nasze największe strachy? Podsumował dotychczasowe zycie? Uświadomił, bez czego nie możemy żyć? A może wszystko naraz?

Niewątpliwie dokonał brutalnego wyłomu w tkance otaczającej nas znanej i bezpiecznej rzeczywistości. Nie mamy na to gotowej odpowiedzi, nie możemy z niczym porównać. Nasze zachowanie przypomina reakcję zaskoczonego zwierzaka, który miota się w różne strony, nie znajdując swojej bezpiecznej norki. Psychologicznie efekt jest podobny do szoku powypadkowego, w wyniku porwania, tragicznej śmierci lub innej traumatycznej sytuacji, która wywraca znany nam świat na lewą stronę. Z tą różnicą, że w tym pandemicznym szoku udział bierze całe społeczeństwo. Nie można więc nawet „zrobić to, co wszyscy”, co zwykle robimy w razie niewiedzy. „Wszyscy” są podobnie zdezorientowani, więc zamykamy lasy, żeby po dwóch tygodniach z powrotem je otworzyć. Jednego dnia maseczki szkodzą, innego pomagają. Wynika to z faktu, że tuż obok nas wciąż zieje wyrwa w rzeczywistości, która wprowadza chaos, podważa oczywiste dotychczas prawdy i reguły. Chcemy wiedzieć coś „na pewno”. W ten sposób niektórzy np. „wiedzą na pewno” że wirus nie istnieje. Wielu z nas będzie próbować tę wyrwę pośpiesznie zafastrygować, bo w niej czają się wszystkie nasze psychotyczne lęki. W gabinecie słucham o fali telefonów lub maili od osób nie widzianych od wieków –  wiele z tych osób ma pomysł, żeby kontynuować relację „od punktu, gdzie wtedy przerwaliśmy”. Zaszyć dziurę, ot co. Wiele z obecnych reguł postępowania z pandemią prawdopodobnie jest daleka od adekwatności, ale dzisiaj nie mamy szans ocenić tego właściwie. Nie możemy przecież badać rzeczywistości, którą przecież sami pośpiesznie, z dnia na dzień sztukujemy i jednocześnie wierzyć w swój obiektywizm.

Wiemy, że jesteśmy podzieleni? Ale to wiedzieliśmy już wcześniej. Na tych, co zyskują i tych, co tracą. Na tych, co korzystają z koronowirusowego podziemia i tych, którzy nadal boją się wystawić nos poza mieszkanie….
Subtelne wcześniej podziały społeczne zaczynają się dziś zaznaczać mocniej, wyciągając na wierzch kolejne prawdy. Część z nas istnienia wirusa w ogóle nie uznaje, tak jak wcześniej nie uznawała innych zagrożeń, w postaci burning outu, wypadków samochodowych, cholesterolu, grypy czy marskości wątroby. Świetnym symbolem może być filmik, który obiegł niedawno media, na którym rozpędzony samochód przelatuje na sporej wysokości na wprost przez puste rondo – w dobie ogólnego zwolnienia tempa. Nie będzie rzeczywistość pluła nam w twarz. „There is no spoon”. Będziemy pędzić bezrefleksyjnie jak szybko się da, aż trafimy na wystarczająco twardą ścianę, która pozbawi nas wszelkiej refleksji już raz na zawsze.

Przeciwna reakcja polega na tym, że wpadamy w stan ciągłego, najwyższego zagrożenia. Wirus czai się na każdym kroku, na każdej klamce czy poręczy a odkażanie musimy przeprowadzać na sobie i bliskich co dziesięć sekund, najlepiej odkażaczem, który został dodatkowo odkażony. O wyjściu na dwór w ogóle mowy nie ma, do zakupów ostatecznie możemy użyć tego członka rodziny, który i tak nigdy specjalnie nie rokował. Taka obsesja może mieć różne przyczyny. Najczęściej dotyka tych z nas, którzy i tak już wcześniej bali się życia, tylko w sposób bardziej subtelny, co w konsekwencji stworzyło niejasne poczucie przegapienia czegoś ważnego, stracenia najlepszych lat na rzeczy nieistotne. Wirus ostrzega: tyle jest jeszcze do zrobienia a już jutro mogę objawić się w twojej krwi i w twoich płucach – chroń życie, bo może ci się jeszcze przydać. Po krótkiej refleksji można dojść do wniosku, że niektórzy z nas na tyle boją się, że życie „pełną gębą” jest niebezpieczne i prowadzi do śmierci, że zdecydowali się do życia w ogóle nie przystąpić. Paradoksalnie różnica między takim stanem a faktyczną śmiercią jest niewielka, polega głównie na tym że w takiej izolacji też się nie żyje, tylko się o tym nie wie.

Co mówią ludzie na terapii?

Wielu z nich, być może nawet większość, jest z obecności wirusa i  konsekwencji całkiem zadowolona. Nie zliczę już, ile razy usłyszałem w moim – zdalnym oczywiście – gabinecie wyznane z lekkim poczuciem winy: „nareszcie mam spokój, nigdzie nie muszę chodzić i nikt nic ode mnie nie chce. Jeżeli nawet chce, to zawsze mam argument, że zdrowy rozsądek mi na to nie pozwala”. Co to mówi o człowieku? Przede wszystkim to, że jego życie polega na braniu udziału w czymś, do czego często czuje sporą niechęć, jeśli nie odrazę – i nie bardzo wie, jak się z tego wyplątać. Gra/gramy w grę, której nie lubi/my i w którą przegrywa/my, ale z jakiegoś powodu gra/my w nią nadal. Argumenty, że to niszczy albo że nie mam/y na to ochoty nie wystarczają – dlatego wirus i związana z nim izolacja staje się paradoksalnie wybawieniem.

No dobrze. Jesteśmy leniwi czy nadwrażliwi?
Ilu z nas jest wdzięcznych w skrytości wirusowi, że dzięki niemu nareszcie nikt nie leży nam na plecach w kolejce do kasy w supermarkecie? Część z nas po prostu nie daje sobie rady z ludźmi, z ich żądaniami, z ich agresją i rozpychaniem się łokciami. Nie umiemy stawiać granic, nie umiemy odmawiać – i z każdej interakcji wychodzimy jakby kolejny raz troszkę bardziej okradzeni. „Piekło to inni” – mówił filozof i to stwierdzenie urzeczywistnia się dziś, w dobie dystansu i podejrzliwego patrzenia na siebie nawzajem.

Należę do tej grupy.

Inni doświadczają z kolei uwolnienia od galopującej konsumpcji i gorączkowego zarabiania na własne nienasycenie. W tej pandemicznej, przymusowej izolacji można nagle usłyszeć własne myśli, podoświadczać błogiego lenistwa, bez poczucia winy, że właśnie traci się coś niewyobrażalnie wartościowego. Można odetchnąć z ulgą, bo w tym roku nie będziemy musieli prezentować na Fejsie swych zdjęć z hotelu w Hiszpanii czy na Kanarach – możemy zamieścić fotkę z Jazgarzewa Dolnego i nikt nie ma prawa powiedzieć złego słowa na ten temat, a nawet możemy zebrać punkty za odpowiedzialne trzymanie się z daleka od ludzkich zbiegowisk.

Także się z tym utożsamiam. Ja na przykład odkryłam: kocham moją pracę oraz mam w sobie niebywałą potrzebę wolności. Nikt i nic nie było mnie w stanie utrzymać w domu.

Nie wszyscy doświadczają euforii związanej z odosobnieniem. Dla niektórych kwarantanna oznacza zagęszczenie wielu bliskich osób na małej powierzchni mieszkania. Może być to oczywiście ziszczeniem długo oczekiwanego raju na ziemi, ale równie dobrze wirus może pokazać, jak bardzo dalecy i nieznani są ci nasi bliscy. Wielu z nas na przykład doświadcza właśnie skoncentrowanej na sobie energii własnych dzieci, które przed wirusem mogły tę energię kierować na kogoś innego, komu za to płacą.

Być może wirus pomoże nam przyznać, że płacą im grubo za mało?

Niewykluczone. Mamy też szansę przyjrzeć się naszym małym przyszłym dorosłym, które po tygodniu bliskości jesteśmy gotowi zamordować albo przynajmniej zamknąć w piwnicy. Czy naprawdę chcemy wypuścić je w tej formie w świat, w objęcia innej, bliskiej im osoby, która będzie prawdopodobnie doświadczać czegoś podobnego, co my teraz?

Czyli stajemy oko w oko z naszą rodzicielską porażką?

Może tak być. Ale też bywa jeszcze bardziej skomplikowanie. Przed wielką niewiadomą stoją pary, które wytrzymywały ze sobą tylko dlatego, że przez większą część dnia mogły ze sobą nie przebywać. Jakiś poważny brak w związku mógł być nie brany pod uwagę lub nawet niezauważany tylko dlatego, że był wyprowadzany na zewnątrz, w formie pracoholizmu albo erotycznej zdrady. Surowy nauczyciel-wirus pozbawia nas tych zewnętrznych zaworów bezpieczeństwa, przez co istniejący już wcześniej brak jest brutalnie wyciągnięty na światło dzienne. Okazuje się, że nie mamy już na siebie ochoty albo wręcz nie możemy już na siebie patrzeć. Całe szczęście, że możemy teraz przynajmniej o tym porozmawiać i dowiedzieć się, czy problem da się załatwić w małym mieszkaniu między nagle wspólnym pokojem i nagle wspólną kuchnią. Niestety, wirus w tej rozmowie nam już nie pomoże, musimy ją przeprowadzić sami.
Mogę podać przykład zdominowanego przez żonę męża, który nigdy nie miał odwagi zaznaczyć swojego zdania wobec rodziny i żył w niejasnym poczuciu zniewolenia. W epoce pandemii dostał do ręki paragraf od rządowego autorytetu, którym teraz może walić na prawo i lewo w poczuciu absolutnej słuszności. Dręczy więc siebie i bliskich surowymi rygorami dystansu i sterylności. Czerpie z tego przyjemność używania władzy i siły, których z jakichś powodów zabrakło wcześniej. Ma więc dziś szansę wsłuchać się w cichy głos wirusa, który szepcze: „uważaj, wraz z pandemią może skończyć się twoja siła”. Czy w związku z tym będzie miał chęć wrócić do swego poddaństwa?

Kwarantanna ma swoją dynamikę.
Po początkowej euforii wynikającej ze świętego spokoju zaczyna pojawiać się uczucie marazmu i nudy oraz nikłe z początku przekonanie, że jednak coś ważnego tracimy, i że przyjemność wynikająca z tego, że „nikt nic od nas nie chce” szybko się kończy.
Zaczynamy zadawać sobie pytania: co dalej? Co po wirusie? Czy czeka nas nowy świat i jak będzie wyglądać? Czy będziemy chcieli się zaadaptować, czy raczej się zbuntujemy i będziemy chcieli po staremu? Znów takie pytanie traci sens, gdy zadamy je całemu społeczeństwu. Staje się natomiast bardzo istotne, gdy zadamy je samemu sobie albo bliskiej osobie. Jest takie zdanie w buddyjskich naukach, że twój najgorszy wróg jest jednocześnie twoim najlepszym nauczycielem.

Czego nas więc uczy wrogi wirus i czy jesteśmy gotowi z tej wiedzy skorzystać?

W sytuacji pogłębiającego się poczucia marazmu, zapychanego ciastem i drinkami własnej roboty, mamy trzy opcje:

1. Możemy nadal pławić się beztrosko w domowym kokonie, aż rzeczywistość w postaci braku pieniędzy, narastającej lawinowo otyłości albo poczucia ogólnego zdziczenia, siłą wykopie nas z domu. W sumie, jeśli kontakty z ludźmi są ograniczone to równie dobrze kąpać możemy się raz na tydzień a pożywiać się prosto z puszki. Górą koszula i krawat do wideokonferencji, dołem piżama, kapcie i piwko. Przyjemność ze stopniowej degrengolady potrafi być naprawdę spora. Rząd informuje, że pandemia potrwa jeszcze dwa lata, więc mamy całkiem rozsądny argument na usprawiedliwienie swojego stanu. W tej opcji logiczne jest zresztą zażądanie od rządu odszkodowania za szkody na ciele i umyśle.

2. Możemy zatęsknić do stanu poprzedniej gotowości na żądania szefa lub znajomych i tego gorączkowego haju, który jednak daje energię i nie pozwala depresji nas dopaść. Być może ujawni się kolejna prawda o nas, która mówi że nasze poprzednie zagonienie nie było dziełem przypadku, ale naszego wewnętrznego przekonania, że lepiej być chcianym nawet przez pijawki, które przywierają tylko w celu zaspokojenia własnego głodu, niż nie chcianym przez absolutnie nikogo.

3. Najtrudniejsza opcja to wyciągnięcie wniosków ze skutków tego chwilowego przestoju i zastanowienie się, czy moje życie musi być koniecznie odpowiedzią na żądania otoczenia, czy to w formie odmowy (opcja nr 1) czy podporządkowania (opcja 2). Być może nie jest najważniejsze, czego chcą inni, ale czego ja sam chcę od siebie i od własnego życia. Jaki jest mój oryginalny projekt na świat po wirusie? Czego nauczył mnie dotykalny przez chwilę fakt, że świat nie jest uporządkowany raz na zawsze i że z dnia na dzień może się po prostu skończyć? Co mam zrobić z jutrzejszym dniem, skoro wiem już, że pojutrze jakie znam, może nigdy nie nadejść?

Przyznaję, że to trudne pytania, zwłaszcza dotyczące świata, który skończył się w ciągu dwóch dni.

Mówią, że siła pandemii opada, więc rady i podszepty koronawirusa niedługo stracą na znaczeniu. Możemy z nich wyciągnąć wnioski i zadecydować o przyszłości albo nie – wtedy wzburzone fale powoli się wygładzą i będzie znów tak jak było. Gdy sto pięćdziesiąt lat temu zbudowano pierwszy samochód, nie mógł on jeździć szybciej niż pieszy, a przed nim musiał kroczyć człowiek z czerwoną chorągiewką. Krowy na jego widok przestawały dawać mleko a kury znosić jajka. Dzisiaj kwestia tego zagrożenia została głęboko zepchnięta do naszej nieświadomości, bo inaczej świat nie mógłby pędzić do przodu. Wsiadamy rano dziarsko do samochodu, chociaż wiemy, że cztery tysiące z nas już wieczorem do domu nie wróci i to często nie ze swojej winy. Wiemy, a jakby nie wiemy. Wsiadamy, bo inaczej nie dałoby się żyć. Z wirusem będzie podobnie. Do nas należy wybór, czy będziemy chcieli pamiętać o jego krótkiej wizycie, czy zepchniemy go w mroki tej dziwnej wiedzy-niewiedzy. Jeśli zepchniemy go całkiem, będzie jak było. Może nawet trzeba będzie przyspieszyć nasz pęd, bo wyparcie istnienia śmierci wymaga energii i bycia na haju. Możemy też zapamiętać niektóre lekcje i z jednej strony trochę się opamiętać i zwolnić, a z drugiej zastanowić się, zrobić z pozostałym bogactwem w postaci własnego życia, które, jak wirus uczy, może mieć swój rychły kres.

Koronawirus, jak widać, wyciąga na światło dzienne czasem naprawdę poważne tematy, więc może to stąd wynika narastająca zewsząd presja, żeby „już było normalnie”. Może to nie wirusa chcemy się pozbyć: może raczej ciężkich pytań, które on podsuwa. Dlatego chcemy jak najszybciej zakończyć lekcję z tym surowym i wymagającym nauczycielem i iść już pograć w piłkę.

Najważniejsza lekcja z koronawirusa?

Traumatyczna wyrwa, która dziś nie daje nam spokoju, jest nam też niezbędna do życia. Nie ma czegoś takiego jak ostateczny, przyklepany porządek i odpowiedzi na wszystkie pytania, jak wcześniej o tym myśleliśmy. „Trzeba mieć chaos w sobie, by urodzić tańczącą gwiazdę.” – mówi filozof. Ta ziejąca dziura nigdy nie da się zaszyć do końca, zawsze zostanie nam jakiś nadmiarowy guzik, do którego zabrakło dziurki. Wielu z nas szuka tego miejsca, szczególnie artyści, podróżnicy – wszyscy ci, którym niezbędne jest ryzyko twórczego chaosu, którzy chcą osobiście zajrzeć pod podszewkę rzeczywistości (chociażby za pomocą psychodelików) i mieć tę szansę, by ustosunkować się do niej na swój własny, oryginalny i specyficzny sposób. Każdy ma swoją osobistą tolerancję na te chwilowe „zawieszenia rzeczywistości”, jedni nie znoszą żadnych reguł, co czyni ich outsiderami i wyrzutkami, inni nie życzą sobie żadnych wątpliwości i preferują świat ostatecznie uporządkowany – tych z kolei najbardziej wysadza z siodła nagły brak reguł i właściwych odpowiedzi. Czy jest jakaś droga środka, która chroniłaby nas przed obiema skrajnościami? Być może trzeba być po prostu gotowym – ani unikać chaosu, ani się w nim nurzać. Być gotowym na wirusa, na klimatyczne zmiany, na przelatujące komety i na to że od jutra wszyscy będą chodzić tyłem. Nie decydować pochopnie, czy to dobrze, czy źle i czy to w ogóle prawda. Po prostu być na tę prawdę gotowym. I może właśnie to jest ta ostatnia, najważniejsza lekcja od wirusa.