Archiwa za okres: Październik, 2015

Do czego się mogą przydać powyższe rozważania o sprzecznościach ludzkiej natury? Widzę dwa rodzaje wniosków: jedne odnoszące się do wpływu ducha czasów na cel i kształt psychoterapii i drugie, dotyczące sensowności polityczno-społecznych sporów i możliwości ich konstruktywnego rozwiązywania. Oczywiście przenoszenie wniosków z obserwacji wewnętrznego rozwoju człowieka na możliwości rozwoju społeczeństwa to ryzykowne zadanie ale zawsze warto spróbować – było nie było jest to jakaś propozycja metody myślenia na ten temat, w opozycji do myślenia „bo takie jest moje najgłębsze przeświadczenie”.

Jeśli chodzi o psychoterapię, to dzisiaj, mocniej niż kiedykolwiek należałoby zwrócić uwagę na możliwą nieświadomą ideologiczną indoktrynację pacjenta. Jeśli struktura osobowości jest jakkolwiek skorelowana z polityczną orientacją, to w gabinecie terapeuty, obok procesu terapeutycznego może iść równolegle zmaganie światopoglądowe (albo wzajemne utwierdzanie się w określonych przekonaniach). Zadanie, które tu stoi przed terapeutą, polega na uświadomieniu sobie, w jakim obszarze politycznego spektrum sytuują go jego poglądy i sposób działania,  szczególnie wtedy, gdy polityką zainteresowany nie jest. Następnie należałoby uświadomić sobie, w jakim stopniu punkt, do którego zmierza pacjent, jest jego (pacjenta) pomysłem a na ile pomysłem terapeuty i jaki jest w tym udział ideologicznego przekonania o tym, czym jest psychiczne zdrowie. Trzeba pamiętać, że właśnie tym argumentem (o psychicznej chorobie) posługują się często przedstawiciele zwaśnionych obozów, co znów oznacza, że w obowiązującej definicji psychicznego zdrowia jest spory udział polityki.

Druga sprawa to fakt, że wybór metody pracy terapeuty jest często mocno związany z jego osobowością. W przypadku „pacjenta konserwatywnego” lekkie przesunięcie terapeuty w kierunku liberalnym prawdopodobnie ułatwi mu pracę, podobnie będzie w pracy z „pacjentem liberalnym” w przypadku przesunięcia terapeuty w kierunku konserwatywnym. Niestety (a może stety) do gabinetu trafiają bardzo różne osoby i dlatego dzisiaj, gdy społeczeństwo jest mocno podzielone, terapeuta musi być gotowy na dużą elastyczność w doborze metod pracy. Odzwierciedlający terapeuta ze szkoły humanistycznej pomoże „pacjentowi konserwatywnemu”, (bo ten poprzez samo poczucie akceptacji zaakceptuje swe stłumione impulsy) ale „pacjentowi liberalnemu”, który potrzebuje pomocy w akceptacji społecznych reguł, może mocno zaszkodzić, potęgując poczucie chaosu. Podobnie terapeuta poznawczo-behawioralny pomoże w budowaniu struktury „pacjentowi liberalnemu” ale nacisk na rozumienie i planowanie w przypadku osoby, która sama wciąż myśli i planuje, żeby nie doświadczać impulsów, może pogorszyć sprawę. Jeśli społeczeństwo jest w miarę jednolite (czyli konserwatywne), do zawodu terapeuty mogą trafiać osoby z określoną, podobną osobowością, która będzie powodować, że „wystarczy być” obok pacjenta, żeby mu pomóc (pewnie dlatego większość terapeutów, których poznałem, jest raczej liberalna). Jeśli jednak społeczeństwo jest mocno spolaryzowane, jak dziś u nas, samo bycie nie wystarczy.

Druga grupa wniosków dotyczy społecznych sporów i możliwości ich diagnozowania powyższą metodą psychologiczną. Jeśli byłoby to możliwe, można by wtedy pokusić się o przybliżone prognozy, w jakim to wszystko zmierza kierunku: czy Europa rzeczywiście upada, czy właśnie wystrzela ku świetlanej przyszłości. U pacjenta zaczynamy od wywiadu, w przypadku społeczeństwa cały wywiad mamy zawarty w podręcznikach historii (aby nie komplikować za bardzo, pomińmy kwestię, kto je pisze). Historia uczy, że grupy społeczne powstają wokół idei, totemów, bogów. Bez nich po prostu kręcimy się tu i ówdzie obgryzając korzonki i poddając się innym, przypadkowym impulsom. Gdy gromadzimy się wokół idei czy bóstwa, część swojego widzimisię albo chcemisię musimy ograniczyć na rzecz grupy, która za to nas broni, nagradza i nadaje sens życiu. Im mocniej wierzymy w proponowaną ideę, tym więcej chcemy grupie poświęcić – ale co bardziej istotne (a często pomijane), im więcej poświęcamy grupie, tym mocniej wierzymy. Dosadnie wyraził to dawny myśliciel: „jeśli położysz patyk na kredensie i będziesz się do niego modlił przez miesiąc a potem jednego dnia tego nie zrobisz, będziesz miał poczucie popełnienia grzechu”. Grupy aby przeżyć muszą eliminować inne grupy. Im więcej zbrodni popełnimy w imię naszego bóstwa, tym mocniej musimy w to bóstwo wierzyć, aby nadać im sens – inaczej przywali nas ich ogrom. W tym sensie każda grupa, naród czy cywilizacja ufundowana jest częściowo na takiej wypartej zbrodni a częściowo na wszelakich dobrach, jakie członkowie grupy sobie wzajemnie oferują. Najbardziej jaskrawy przykład (bo z niedawnej, obserwowalnej przeszłości) to Amerykanie, którzy wytępili Indian a na pobojowisku zatknęli sztandar z hasłami wolności i swobód obywatelskich. Z jednej strony może to hipokryzja ale z drugiej strony może właśnie dlatego Stany Zjednoczone stały się kolebką nowoczesnego liberalizmu, bo dokonanej zbrodni nie dało się upchnąć w niepamięci.

W każdym razie, konserwatywny Zachód coraz częściej zaczął mieć do czynienia z ateistycznym liberałem, podważającym chrześcijańskie kamienie węgielne, pytającym: w co my właściwie wierzymy i dlaczego? Tutaj można przywołać teorię rozwoju moralnego jednostki Kohlberga: przeminęła dawno faza prekonwencjonalna, kiedy ludzie słuchali się autorytetów bo musieli, ustaliła swe panowanie faza konwencjonalna, gdzie ludzie słuchają autorytetów, bo w nie prawdziwie wierzą – zaczęła się jednak faza postkonwencjonalna, gdzie ludzie przestają brać rzeczy na wiarę, a zaczynają zadawać trudne pytania. Te pytania wg teorii Kohlberga mają na celu zweryfikowanie nadanych z góry autorytetów i określenie, jaki jest mój osobisty do nich stosunek. Pojedynczy człowiek takie fazy oczywiście przechodzi – nie ma wobec tej teorii specjalnych sprzeciwów, za wyjątkiem jej ostatnich faz. Zwolennicy mówią, że zwycięża w nich rozsądek i refleksyjne, dojrzałe myślenie, krytycy uważają, że zwycięża egoizm i „róbta co chceta”. Ta niezgoda wynika prawdopodobnie z tego, że właśnie w takim aktualnie punkcie dziejów się znajdujemy i historia jeszcze nie miała czasu tego „ateistycznego zwrotu” osądzić.

Diagnoza, która przed nami stoi, polegałaby więc na zdecydowaniu, czy Europa jest na tyle dojrzałym osobnikiem, że może zdecydować, co z obowiązujących autorytetów ma sens a co jest tylko niepotrzebnym zniewoleniem – czy raczej jest znękanym przez wymagających rodziców szesnastolatkiem, który pewnego dnia się zbuntował i teraz pławi się w zakazanych do tej pory przez rodziców przyjemnościach, z których największą jest obserwowanie ich bezsilnej wściekłości. Jeśli zachodzi pierwsza możliwość, to obie strony mają trudne zadanie: konserwatyści muszą uznać że „jajko mądrzejsze od kury” i usunąć się na bok sceny a liberałowie (a właściwie lewica) stanąć na własnych nogach i udowodnić że potrafią być „głową rodziny” (lepszą niż Stalin). Jeśli jednak zachodzi ta druga możliwość, że mamy do czynienia z krnąbrnym szesnastolatkiem, to zadanie dla obu stron jest równie trudne: bo właściwie po czyjej stronie leży odpowiedzialność za te nieprzyzwoite harce młodziana? Po jego, bo jest zbyt krnąbrny? Czy po stronie rodziców, bo byli przesadnie restrykcyjni?

 

Poprzedni wpis nie oznacza, że chciałbym upolityczniać psychologię, raczej odwrotnie: zastanawiam się, na ile światopoglądowy dialog może odzwierciedlać wewnętrzny dialog pojedynczego człowieka. A jeśli można godzić wewnętrzne sprzeczności w procesie terapeutycznym, to na ile wiedza o tym procesie daje podstawy do diagnozowania społeczeństwa i przewidywania jego dróg rozwoju lub regresu. Opinie na temat tego, co się dzieje dziś w Europie wahają się od ściany do ściany: jedni mówią że Europa to najwyższy stan rozwoju społeczeństwa, inni, że widać wyraźne symptomy jej zupełnego upadku. Kto ma rację? Albo inne pytanie: dlaczego tak różnie można widzieć rzeczywistość? Które z tych dwóch pytań jest bardziej zasadne?

Jak wspomniałem wcześniej, w moim odczuciu człowiek/obywatel Europy przeszedł na swej drodze transformację, która w gabinecie terapeutycznym odzwierciedla się w wewnętrznej relacji pacjenta między jego impulsami a społecznymi regułami. W społeczeństwie konserwatywnym czyli patriarchalnym impulsy seksualne podlegają silnej kontroli – skrajnie w islamie, gdzie kobieta musi chodzić w czymś w rodzaju worka, żeby obie płcie były w stanie panować nad swym podnieceniem. Pokazuje to, jak wielka jest siła impulsu. Pokazuje to też, jak słabo kontrola impulsu jest uwewnętrzniona w pojedynczej osobie (jako jej osobista umiejętność): kontrolą musi zająć się zewnętrzne prawo wyrażone między innymi w regułach zachowania czy ubierania się. Zbiór zasad kontroli impulsu jest bazą dla poczucia tożsamości całej społecznej grupy. Określa przedmioty wiary i wartości, codzienne nawyki i lokalny koloryt grup społecznych. Dekalog jest zbiorem głównie zakazów – pokazują one, gdzie impuls agresywny lub seksualny ma być powstrzymany. Oznacza to, że próba dokonania zmian w podejściu do kontroli impulsywności będzie traktowana jako zamach na tożsamość i sens istnienia grupy, na przykład chrześcijaństwa w ogóle. Dlatego tak spornym tematem jest chociażby wychowanie seksualne w szkołach.

Na poziomie jednostkowych relacji międzyludzkich silna kontrola impulsu odzwierciedla się więc w konserwatywnej spoistości grupy ale też, jak się rzekło, w konkretnych zaburzeniach czy patologiach, tworząc zadanie dla terapeuty. Gwałt, przemoc w rodzinie, kazirodztwo – to pierwsze z brzegu przykłady, które łączy fakt wyrwania się impulsu spod kontroli. Można pewnie do tego dodać ogólnie wojny czy przestępstwa z agresją w tle. Na co dzień możemy to obserwować choćby na drodze – w formie niestosowania się do ograniczeń prędkości, co kosztuje nas wiele żyć. W każdym razie, im bardziej impuls jest zduszony przez zewnętrzny nacisk a nie wewnętrzne poczucie sensu, tym bardziej destrukcyjnie się objawi, jeśli system kontroli zawiedzie.

Silna kontrola seksualności bez jednoczesnej wewnętrznej zgody na to ograniczenie przejawia się w gabinecie terapeutycznym np. jako obsesja, z jej kompulsywnymi myślami i zachowaniami. Mają one na celu zapełnienie wewnętrznego świata w całości aktywnością w praktycznym wymiarze bezsensowną, ale dzięki temu nie pozostawiającą żadnej szczeliny na przyjemność – bo wtedy impuls mógłby zawładnąć człowiekiem i pozbawić go kontroli totalnie. Jak jednak wynika z obserwacji, jest to pacjent coraz rzadszy, ponieważ społeczeństwo nie jest już tak kontrolujące w sprawach seksu jak kiedyś.

Pomysł społeczeństwcomeina liberalnego na kwestie impulsywności jest odmienny. Impuls ma prawo bytu, jest dozwolony a wręcz nawet pożądany. Dobrze widziana jest różnorodność impulsu seksualnego, bo to dowodzi jego wolności i szczerości. Ograniczenie jest łatwo kojarzone z autorytaryzmem i zaściankowością. Tożsamość takiego społeczeństwa jest więc ufundowana na zupełnie innej bazie. Zamachem na taką tożsamość jest próba kanalizowania impulsów, tworzenia hierarchii i moralności. Róbmy cokolwiek, dopóki nie dostaniemy sygnału, że komuś to szkodzi. Jasne, że mówimy tu o realnie zwiększonej wolności jednostki ale z drugiej strony taki światopogląd łatwo może zostać użyty do usprawiedliwienia swej niechęci do wysiłku ograniczenia się w czymkolwiek. Reguły współżycia są jednak niezbędne, co powoduje, że zaczynają być opierane na jednostkowych odczuciach w konkretnej sytuacji, co znów skutkuje zwiększoną ilością oburzonych i urażonych. Jeśli dziewczynka bardzo chce być chłopcem, to czemu nie. Jeśli tego nie dostanie, będzie urażona. Konsekwencją takiego światopoglądu jest też zmniejszenie różnic między narodami i ich wewnętrznej spoistości, co znów uruchamia wrogość w konserwatystach. Można powiedzieć, że liberalizm jest równie bezradny wobec impulsu co konserwatyzm, tylko próbuje to zignorować, wywyższając impuls do roli kreatora prawa. Jest to duże niebezpieczeństwo, bo impuls w swej zachłanności łatwo może stać się okrutny.

Skutki psychologiczne dla jednostek, jak już wspominałem, są takie, że trudno wiązać się z kimkolwiek na dłużej, bo prędzej czy później trzeba będzie wziąć pod uwagę jego odmienność i w jakimś stopniu dostosować się do niej – o ile nam na kimś zależy. Brak konserwatywnego treningu w akceptowaniu reguł powoduje jednak, że szybko je porzucamy jako nieprzyjemne, czytaj: wrogie. To z kolei pozbawia nas możliwości doświadczania, jak ważne są w związkach wzajemne poświęcenia, jak wielkie to ma znaczenie dla poczucia, że jesteśmy ważni i kochani. Stąd moje przekonanie, że samotność jest najgorszym wirusem XXI wieku. Powstaje też całkiem nowy obszar trudności i zaburzeń interpersonalnych, gdzie spotykają się osoby z przeciwnymi sobie światopoglądami. Ale to osobny temat (zawierający np. pytanie, co wyniknie ze związku konserwatystki z liberałem, albo też czy islam i Europa mogą współistnieć).

Powyższe rozważania, mam nadzieję, dają podstawy do próby odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak różnie można spostrzegać rzeczywistość? Obsesyjny pacjent, który zaczyna terapię, skoncentrowany jest na kontroli. To jest nasz „pacjent konserwatywny”. Mówiąc żargonem psychologicznym, identyfikuje się całkowicie z tą częścią siebie, która kontroluje impuls, natomiast sam impuls spostrzega jako coś zewnętrznego, wrogiego i przerażającego. Podczas dobrze poprowadzonej terapii pacjent zaczyna dopuszczać impulsy, coraz częściej traktując je jako część siebie, która ma prawo istnieć i dostarczać spontanicznych przyjemności. Coraz częściej mówi: „chciałbym dać sobie więcej luzu, ale czuję, że coś mnie powstrzymuje”. Takie zdanie oznacza, że pacjent identyfikuje się dla odmiany ze swoim impulsem. Zaczyna w tym przypominać „pacjenta liberalnego”, który od tego punktu zaczyna terapię. „Pacjent liberalny” z kolei jest dumny z siebie, jeśli uda mu się sensownie zapanować nad impulsem, czyli zidentyfikować się z wewnętrznym ośrodkiem kontroli („nie zrobiłem tego, mimo pokusy”). Co więc jest prawdą? Czy jestem swym impulsem, czy jego kontrolerem? Czy może jednym i drugim? Czy w takim razie chcę być biernym polem walki tych sprzecznych sił, czekając, która zwycięży? Tak chyba wygląda dziś duża część „światopoglądowego dyskursu”. Powyżej starałem się jednak wykazać, co się dzieje, gdy jedna z tych sił zwycięży w naszym wewnętrznym świecie. Terapeuta ma wtedy pełne ręce roboty. Czy zatem istnieje alternatywa? Jak mogłaby wyglądać? Jest się nad czym zastanawiać. I może nie być wiele czasu, bo przecież ktoś coraz mocniej puka do drzwi.