Ostatnie okruchy

Dwa oblicza kobiety... pic.twitter.com/UzsP36T4xe

Wszystkie
na Twitterze

Archiwa za okres: Czerwiec, 2012

Dziękuję za listy, które dostaję od Państwa. Wszystko czytam a jeśli nie na wszystko odpowiadam, to tylko z powodu ograniczonych, ludzkich możliwości. Będę się starał te wątki umieszczać w kolejnych rozdziałach Psychobloga.
Ale dziś, jak się rzekło, idealistycznie. Chociaż nie wiem, czy to dobre słowo, bo kojarzy się ono ze słowem „nierealnie”. No cóż, zobaczymy.

Na podstawie moich doświadczeń z psychoterapią i instytucjami, które ją prowadzą, doszedłem do takich oto refleksji. Dominują dziś generalnie trzy mocne oferty dla osób z problemami natury psychicznej. Pierwszy to psychiatria, niekwestionowany lider, szafarz cudownej pigułki na setki zaburzeń, których lista wydłuża się jak Alicja po zjedzeniu muchomora. Reprezentuje ona pewne psychologiczne (ale też polityczne) stanowisko, że ktoś powinien z nami zrobić porządek bo sami nie potrafimy. KTOŚ z zewnątrz, KTOŚ kto wie. Pojawia się tu przerażający mechanizm komercjalizacji wpływu na psychikę, rządzący się podobnie rynkowymi prawami co sprzedaż chociażby wody w butelkach. Czy bardziej opłaca się wyleczyć pacjenta, czy ustabilizować go za pomocą leku, którego będzie potrzebował do końca życia? Ale dziś nie o tym.

Skrajną opozycją w stosunku do zewnątrzsterownej psychiatrii jest obszar psychoterapii, wywodzący się z psychoanalizy i psychologii humanistycznej, gdzie starania idą w kierunku usamodzielnienia pacjenta i uzyskania przez niego kontroli nad swoim życiem oraz satysfakcji z niego. Czyli klasyczna różnica między rybą a wędką.
Trzecia droga wynikła z tego, że czarodziejską pigułką nie da się jednak załatwić wszystkiego, chociażby takiej sytuacji, że kobieta tkwi w związku z mężczyzną, który ją notorycznie bije i upokarza (albo na odwrót). Dotarcie do źródeł takiej bierności jest aktem bardzo trudnym, wymagającym ciężkiej pracy i świadomości swojej odpowiedzialności za życie. Szukamy więc rozwiązań łatwych, np. takich żeby odizolować sprawcę od ofiary. Zasadniczy błąd w rozumowaniu, głoszący że przyczyna jest wyłącznie w bijącym, prowadzi do tego, że ofiara odizolowana od jednego sprawcy, wchodzi w związek z następnym. Taką ma konstrukcję. Potem Państwo płaci kolejne pieniądze za odizolowanie itd. w kółko Macieju. Straty finansowe są ogromne. Można by tę osobę poddać terapii psychodynamicznej ale w oczach urzędników ta terapia ma dwie potężne wady: trwa długo i nie da się kontrolować, co tam ten psychoterapeuta z pacjentem robi. Nawet słowa pacjent już używać nie można, tylko „klient”, żeby podkreślać samoświadomość terapeutyzowanego, co jest kolejną bzdurą, bo taki ktoś tkwi w krzywdzącym związku właśnie dlatego, że żadnej świadomości sytuacji nie ma.

Mamy więc opozycję między gwarantowaną zewnątrzsterownością psychiatrii a mozolnie wypracowywaną wewnątrzsterownością psychoterapii analitycznej. Mamy niechęć polityczną, urzędniczą i kościelną wobec wszystkiego, co kojarzy się z psychoanalizą. Tutaj wkracza wspomniana trzecia droga, czyli terapia behawioralna a potem behawioralno-poznawcza. Ta zmiana zresztą pokazuje całą autoobłudę tego kierunku, bo gdy samo sterowanie zachowaniem nie pomogło, odwołał się on do ośrodka decyzyjnego wewnątrz głowy pacjenta. A potem, gdy to także nie wystarczyło, poszło w stronę „automatycznych założeń” czyli de facto freudowskiej nieświadomości i wszelkich jej konsekwencji. W terapii tej, jak w żadnej innej, istnieje system „poprawek”, po które przychodzi „klient”, który już zdążył zapomnieć, co mu nakładziono do głowy. Jest to więc terapia oparta na planowym oddziaływaniu z zewnątrz na umysł, podobnie zewnątrzsterownie jak psychiatria. Sprawca przemocy, poddany takiej terapii, dostaje coś w rodzaju wzmocnionego, społecznego hamulca agresji – zamiast świadomości, skąd może pochodzić prawdziwa satysfakcja życiowa, jeśli nie z uzyskiwania poczucia ważności przez poniżanie innych. Skuteczność takiego wpływu jest ostatecznie niewielka, wszystko sprowadza się do wysłania „agresora” przez sędziego na połajankę psychologiczną, gdzie „klient” siedzi i cierpliwie czeka na koniec, jeśli nie chce trafić do pierdla. Kolejne pieniądze w błoto.

Zamiast trzech, mamy więc naprawdę dwa proponowane sposoby rozwiązywania problemów psychicznych: pomoc w uzyskaniu wewnątrzsterowności i bezpośrednią zewnątrzsterowność, w którą terapia poznawcza wpisuje się równie dobrze jak psychiatria. Od strony politycznej można by się zastanawiać, jacy obywatele potrzebni są władzy: silni i myślący po swojemu?… czy posłuszni i przekonani że w razie kłopotów muszą u tej władzy szukać ratunku?
Ja jednak na tym trochę chaotycznie zarysowanym tle chcę pokazać, co dzieje się z instytucjami, które oferują ludziom wędkę zamiast ryby. Początek takiej instytucji (np. poradni d/s przemocy w rodzinie) zwykle bywa entuzjastyczny. Spotyka się grupa ludzi, którzy godzą się, żeby coś wspólnie zrobić. Znając się, rozumieją nawzajem swoje podejście, co nie przeszkadza, żeby każdy upiekł jakąś własną pieczeń przy okazji. Potem przychodzą wybory, jedne, drugie – i urzędnicy się zmieniają. Nie ma już zespołu. Przy dzisiejszej agresywnej rywalizacji o stołki urzędnicze taki obszar jak tajemnica gabinetu psychoterapeutycznego może stać się miejscem szukania haków. Więc przestajemy (my, urzędnicy) opierać się na zaufaniu a zaczynamy potrzebować liczb, programów, raportów, ewaluacji. Czyli czegoś, co możemy podetknąć pod nos rywalowi o stołek. To powoduje zastąpienie terapeutów humanistyczno-analitycznych terapeutami behawioralno-poznawczymi, którzy mogą się spokojnie rozliczać z urzędnikami, bo terapie prowadzą w określonym czasie, podług określonych procedur. Pacjenci zaś, zamiast uczestnictwa w ich odzyskiwaniu samodzielności dostają np. wspólne pójście do sądu czy pomoc przy wypełnianiu Niebieskich Kart, co już ostatecznie ich upośledza. Lepsi specjaliści odchodzą do sektora prywatnego, zostają ci, którzy czują, że bez państwowego (czyt. gwarantowanego umową) stanowiska sobie nie poradzą. Jeśli zostało w nich jeszcze trochę przyzwoitości i zdrowego idealizmu, to może przyjść dzień, gdzie będą musieli te cechy sprzedać za pozostanie na swoim stanowisku pracy. I tak ślepy terapeuta zaczyna prowadzić kulawego pacjenta a pieniądze nasze idą w pustkę; służą bardziej uzależnianiu pacjentów od Państwa niż ich usamodzielnianiu. Instytucje państwowe zdobywają przez to ogromną władzę, co zwiększa ich apetyty i prowadzi do „opiekuńczego” modelu skandynawskiego, gdzie nawet nie możesz zdradzić się z tym, że taki gość jak Breivik zwyczajnie cię wkurwia.

Dlaczego ja to wszystko piszę? Jest to pewnie owoc moich własnych refleksji o życiu: jak, z kim, po co. Jesteśmy, chcemy czy nie, częścią systemu, politycznymi i społecznymi cegiełkami, które składają się na większą całość. Decyzja o tym, gdzie i jak pracujesz, jest decyzją polityczną, decyzją o tym, w jakim procederze chcesz wziąć udział (lub umaczać ręce). Piszę więc dla siebie, dla bliższych i dalszych kolegów oraz dla przeszłych i przyszłych pacjentów: dokonując wyboru miejsca pracy, znajomych czy własnej terapii, dokonujesz wyboru szerszego, ważnego nie tylko dla własnego funkcjonowania na co dzień, ale też dla funkcjonowania świata, w którym właśnie żyjesz. Tak, jesteś na tyle ważna/ważny dla tego świata, aby brać to pod uwagę.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook