Ostatnie okruchy

"Za rozsądną zapłatę każdy rozsądny człowiek zdecyduje się na wykonanie trzech fikołków." - Chryzyp, 250 p. n. e.

Wszystkie
na Twitterze

Archiwa za okres: Luty, 2012

Breivik nadal robi swoje, bawiąc się wyśmienicie na koszt opiekuńczego państwa, torując drogę kolejnym psychopatycznym „celebrytom”.

Jedna z dużych gazet napisała o problemie agresji uczniów wobec nauczycieli. Przytoczono relację katechetki, która usłyszała od ucznia: „Chodź to cię zerżnę”. Jak sama mówi, przerażona była swoją odpowiedzią: „To chodź, pokaż czy masz czym” a jednocześnie zdziwiona reakcją ucznia i reszty grupy, bo położyli uszy po sobie i zajęli się tym, czym powinni zajmować się na lekcji.

Zostawmy na chwilę katechetkę z jej przerażeniem i przyjrzyjmy się reakcji Pana Psychologa, który powiedział, że reakcja katechetki była agresywna i niewłaściwa z wychowawczego punktu widzenia. Jednocześnie nie zaprzeczył, że katechetka osiągnęła to, co chciała i od tej pory uczeń będzie jej słuchał. Zarzutem Pana Psychologa było to, że w nieobecności katechetki uczeń będzie robił to samo co przedtem, czyli nie nastąpi korygujące oddziaływanie wychowawcze. Co należałoby zrobić w takiej sytuacji wg Pana Psychologa? „Otworzyć drzwi od klasy, agresor od razu zacznie się czuć mniej pewnie.”.

No, teraz to ja jestem przerażony. Dlaczego? Czy otwarcie drzwi spowoduje ów korygujący wychowawczo, długotrwały efekt zmiany zachowania u ucznia? Komunikat wysłany przez katechetkę w opisanej na początku sytuacji był taki: „Nie jestem taka słaba, jak ci się wydaje i to ty będziesz zawstydzony, jeśli się nie wycofasz ze swojego chamstwa”. Jeśli katechetka otwiera drzwi, to sygnał, który wysyła jest mniej więcej taki: „Co prawda, ja jestem za słaba by się przed twoim chamstwem obronić ale tam za drzwiami jest ktoś, kto to z pewnością zrobi”. Kto to jest? Dyrektor? Psycholog szkolny? Czy rzeczywiście są to instancje, wobec których chamski uczeń dokona refleksji i zmieni trwale zachowanie? Zdaniem Pana Psychologa takimi instancjami powinny być swoiste zespoły problemowe, które będą pracować z uczniem i katechetką nad konstruktywną komunikacją a jeśli to nie pomoże, zawsze można oddać sprawę do sądu.

W całej tej historii następuje zbiorowe zaprzeczenie faktu, że jesteśmy jako gatunek wyposażeni w agresję, która służy nam do samoobrony. Najpierw zaprzeczenie a potem delegacja tej agresji na instytucje, w których nie będziemy już nazywać agresji agresją, tylko Sprawiedliwością albo Prawem. Ewentualnie Diagnozą. Nie musisz już, Obywatelu, bronić sam siebie, bo obroni cię Państwo poprzez swoje instytucje. Brzmi wspaniale, zachęcająco i na pierwszy rzut oka nie powinniśmy się takiej kuszącej ofercie opierać. I też rzadko to robimy. Rzadko też pytamy samych siebie, kto nas wtedy obroni przed Państwem.

Dlaczego więc jestem przerażony? Z kilku powodów. Problem, który może być załatwiony na miejscu, między nauczycielem a uczniem, zostaje wyniesiony w sferę urzędów publicznych, gdzie zajmie się nim grupa osób, którym trzeba będzie za to zapłacić. Oznacza to uzależnienie naszego bezpieczeństwa od urzędników, czyli de facto oddanie w ich ręce potężnej władzy, w tym władzy nie tylko wychowawczej ale i rodzicielskiej, bo następny krok jest taki, że rodzic też ma się odwoływać do instytucji w razie wychowawczych problemów – broń Boże klapsy. Czyli niebezpieczeństwo jest takie, że nie będziemy mogli kształtować dziecka zgodnie z  własnymi przekonaniami, tylko z przekonaniami Państwa. Wystarczy spojrzeć na model skandynawski. Dlaczego Breivik objawił się właśnie w takim systemie? Destrukcyjna agresywność została wyrugowana z mentalnej przestrzeni publicznej razem z agresywnością zdrową. Jeśli nie mam z tą częścią siebie kontaktu, to nie jestem w stanie przewidzieć ataku na siebie, bo przecież to „przechodzi ludzkie pojęcie”. Nawet policja w tym systemie została wykastrowana z broni i potrzebowała mnóstwa czasu, by oprzytomnieć, podczas gdy Breivik robił swoje. I dalej zresztą robi, bawiąc się wyśmienicie na koszt opiekuńczego państwa, torując drogę kolejnym psychopatycznym „celebrytom”. Początek tej drogi to właśnie oskarżanie katechetki o agresję, która była odruchową, naturalną reakcją na atak, a mówiąc precyzyjniej, na próbę dowiedzenia się przez ucznia, gdzie są dopuszczalne granice jego egoistycznej uciechy. Pan Psycholog oczywiście ubolewa, że granice te są dziś słabe i że ludzie biorą sobie agresywnie to, czego w danym momencie chcą, ale nie zauważa, że swoją diagnozą pogłębia i pieczętuje ten stan rzeczy. Zgadzam się, że ta jedna reakcja katechetki nie zmieni ucznia trwale, ale gdyby spotykał się z takimi reakcjami zawsze, zarówno w szkole jak i w domu, dosyć szybko nauczyłby się, gdzie są granice jego egoizmu (czytaj: psychopatyczności). Wszak jedną z miar kultury współżycia jest zdolność do hamowania swoich popędów.

Przesadzam? Oby. Ale na innej stronie tej samej gazety widzę informację, że rodzina chłopca, który poparzył się środkiem czyszczącym, pozywa producenta tego środka. Nasze społeczeństwo szybko się uczy. To właśnie nazywam zależnością i delegacją rodzicielskiej władzy w ręce instytucji. To jest po prostu wygodniejsze niż wzięcie odpowiedzialności za jakość swego rodzicielstwa. Na innej znów stronie widzę informację o chamstwie w tramwaju, gdzie grupka wyrostków terroryzuje dorosłe otoczenie. Otoczenie jednak dostało lekcję od Pana Psychologa i innych Instytucji, że nie można reagować agresją, trzeba wychowawczo i „adekwatnie do zagrożenia”. A najlepiej otworzyć drzwi, bo to powstrzyma chamstwo. Tylko że to już nie szkoła i napastnicy nie boją się Pana Dyrektora. Już wiedzą, że za drzwiami nikogo nie ma. No i drzwi w tramwaju trudno otworzyć.

PS. Z ostatniej chwili: „Klient pobity w Ikea. Nikt nie reagował” – no właśnie, czemu ktoś miałby reagować? Przecież drzwi były otwarte.

Jeśli ktoś chce przeżyć życie bez strat, nie będzie miał też zbyt wiele zysków, ale trudno mu tego zabronić.

Dorosły człowiek pozostający w bierności wysyła sygnał: „dajcie mi wszyscy spokój”. I tak jest odbierany, chce czy nie.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook