Archiwa za okres: Luty, 2012

Jedna z dużych gazet napisała o problemie agresji uczniów wobec nauczycieli. Przytoczono relację katechetki, która usłyszała od ucznia: „Chodź to cię zerżnę”. Jak sama mówi, przerażona była swoją odpowiedzią: „To chodź, pokaż czy masz czym” a jednocześnie zdziwiona reakcją ucznia i reszty grupy, bo położyli uszy po sobie i zajęli się tym, czym powinni zajmować się na lekcji.

Zostawmy na chwilę katechetkę z jej przerażeniem i przyjrzyjmy się reakcji Pana Psychologa, który powiedział, że reakcja katechetki była agresywna i niewłaściwa z wychowawczego punktu widzenia. Jednocześnie nie zaprzeczył, że katechetka osiągnęła to, co chciała i od tej pory uczeń będzie jej słuchał. Zarzutem Pana Psychologa było to, że w nieobecności katechetki uczeń będzie robił to samo co przedtem, czyli nie nastąpi korygujące oddziaływanie wychowawcze. Co należałoby zrobić w takiej sytuacji wg Pana Psychologa? „Otworzyć drzwi od klasy, agresor od razu zacznie się czuć mniej pewnie.”.

No, teraz to ja jestem przerażony. Dlaczego? Czy otwarcie drzwi spowoduje ów korygujący wychowawczo, długotrwały efekt zmiany zachowania u ucznia? Komunikat wysłany przez katechetkę w opisanej na początku sytuacji był taki: „Nie jestem taka słaba, jak ci się wydaje i to ty będziesz zawstydzony, jeśli się nie wycofasz ze swojego chamstwa”. Jeśli katechetka otwiera drzwi, to sygnał, który wysyła jest mniej więcej taki: „Co prawda, ja jestem za słaba by się przed twoim chamstwem obronić ale tam za drzwiami jest ktoś, kto to z pewnością zrobi”. Kto to jest? Dyrektor? Psycholog szkolny? Czy rzeczywiście są to instancje, wobec których chamski uczeń dokona refleksji i zmieni trwale zachowanie? Zdaniem Pana Psychologa takimi instancjami powinny być swoiste zespoły problemowe, które będą pracować z uczniem i katechetką nad konstruktywną komunikacją a jeśli to nie pomoże, zawsze można oddać sprawę do sądu.

W całej tej historii następuje zbiorowe zaprzeczenie faktu, że jesteśmy jako gatunek wyposażeni w agresję, która służy nam do samoobrony. Najpierw zaprzeczenie a potem delegacja tej agresji na instytucje, w których nie będziemy już nazywać agresji agresją, tylko Sprawiedliwością albo Prawem. Ewentualnie Diagnozą. Nie musisz już, Obywatelu, bronić sam siebie, bo obroni cię Państwo poprzez swoje instytucje. Brzmi wspaniale, zachęcająco i na pierwszy rzut oka nie powinniśmy się takiej kuszącej ofercie opierać. I też rzadko to robimy. Rzadko też pytamy samych siebie, kto nas wtedy obroni przed Państwem.

Dlaczego więc jestem przerażony? Z kilku powodów. Problem, który może być załatwiony na miejscu, między nauczycielem a uczniem, zostaje wyniesiony w sferę urzędów publicznych, gdzie zajmie się nim grupa osób, którym trzeba będzie za to zapłacić. Oznacza to uzależnienie naszego bezpieczeństwa od urzędników, czyli de facto oddanie w ich ręce potężnej władzy, w tym władzy nie tylko wychowawczej ale i rodzicielskiej, bo następny krok jest taki, że rodzic też ma się odwoływać do instytucji w razie wychowawczych problemów – broń Boże klapsy. Czyli niebezpieczeństwo jest takie, że nie będziemy mogli kształtować dziecka zgodnie z  własnymi przekonaniami, tylko z przekonaniami Państwa. Wystarczy spojrzeć na model skandynawski. Dlaczego Breivik objawił się właśnie w takim systemie? Destrukcyjna agresywność została wyrugowana z mentalnej przestrzeni publicznej razem z agresywnością zdrową. Jeśli nie mam z tą częścią siebie kontaktu, to nie jestem w stanie przewidzieć ataku na siebie, bo przecież to „przechodzi ludzkie pojęcie”. Nawet policja w tym systemie została wykastrowana z broni i potrzebowała mnóstwa czasu, by oprzytomnieć, podczas gdy Breivik robił swoje. I dalej zresztą robi, bawiąc się wyśmienicie na koszt opiekuńczego państwa, torując drogę kolejnym psychopatycznym „celebrytom”. Początek tej drogi to właśnie oskarżanie katechetki o agresję, która była odruchową, naturalną reakcją na atak, a mówiąc precyzyjniej, na próbę dowiedzenia się przez ucznia, gdzie są dopuszczalne granice jego egoistycznej uciechy. Pan Psycholog oczywiście ubolewa, że granice te są dziś słabe i że ludzie biorą sobie agresywnie to, czego w danym momencie chcą, ale nie zauważa, że swoją diagnozą pogłębia i pieczętuje ten stan rzeczy. Zgadzam się, że ta jedna reakcja katechetki nie zmieni ucznia trwale, ale gdyby spotykał się z takimi reakcjami zawsze, zarówno w szkole jak i w domu, dosyć szybko nauczyłby się, gdzie są granice jego egoizmu (czytaj: psychopatyczności). Wszak jedną z miar kultury współżycia jest zdolność do hamowania swoich popędów.

Przesadzam? Oby. Ale na innej stronie tej samej gazety widzę informację, że rodzina chłopca, który poparzył się środkiem czyszczącym, pozywa producenta tego środka. Nasze społeczeństwo szybko się uczy. To właśnie nazywam zależnością i delegacją rodzicielskiej władzy w ręce instytucji. To jest po prostu wygodniejsze niż wzięcie odpowiedzialności za jakość swego rodzicielstwa. Na innej znów stronie widzę informację o chamstwie w tramwaju, gdzie grupka wyrostków terroryzuje dorosłe otoczenie. Otoczenie jednak dostało lekcję od Pana Psychologa i innych Instytucji, że nie można reagować agresją, trzeba wychowawczo i „adekwatnie do zagrożenia”. A najlepiej otworzyć drzwi, bo to powstrzyma chamstwo. Tylko że to już nie szkoła i napastnicy nie boją się Pana Dyrektora. Już wiedzą, że za drzwiami nikogo nie ma. No i drzwi w tramwaju trudno otworzyć.

PS. Z ostatniej chwili: „Klient pobity w Ikea. Nikt nie reagował” – no właśnie, czemu ktoś miałby reagować? Przecież drzwi były otwarte.

Krótki wywiad nt. samotności przeprowadzony przez p. Ewelinę Drelę dla portalu Ojców Benedyktynów.

ED: Czym właściwie jest samotność? Co to za uczucie?

WK: Samotność ma wiele twarzy. Jedni przeżywają ją jako rozciągniętą w czasie, bezmierną nudę i miałkość życia, inni jako emocjonalny ból, podobny do żałoby po kimś kochanym. Jeszcze inni jako powolne zamieranie, utratę energii życiowej i niemożność cieszenia się czymkolwiek. Jeszcze inni jako przerażający lęk i obawę przed szaleństwem. Wszystkiemu najczęściej towarzyszy jedno z dwóch przekonań: albo ja jestem kompletnie bezwartościowy albo świat jest miejscem wrogim, popsutym i niewartym zachodu. Najczęściej jedno miesza się z drugim, tworząc dorosłą odmianę choroby sierocej. Ja definiuję samotność jako niemożność wchodzenia w stabilne i satysfakcjonujące związki z ludźmi.

ED: Jaka jest różnica pomiędzy „Byciem samemu” a „byciem samotnym”?

WK: Bycie samemu kojarzę z fizyczną izolacją od ludzi, na własne życzenie albo wskutek wyżej wspomnianej niemożności wiązania się. Natomiast samotność to już przykra konsekwencja tej drugiej sytuacji – kiedy chcemy być blisko z ludźmi ale nie umiemy i cierpimy z tego powodu. Jak z tego wynika, bycie samemu nie musi być tragedią. Jeśli jest to świadomy wybór danej osoby, która zna konsekwencje i akceptuje je, można bycie samemu uznać za styl życia.

ED: Założył Pan stronę internetową o samotności, napisał o niej książkę. Czym właściwie jest wirus samotności? Jak się objawia?

WK: Wirus samotności to zestaw nawyków i cech osobowości, przekazywanych od poprzednich pokoleń, który sprawia określoną trudność w bliskich relacjach z ludźmi. W terapii rodzin dobrze to widać na przykładzie genogramów, które pokazują, jak dysfunkcje w relacjach interpersonalnych przenoszą się między pokoleniami. Przykładem może być samotna matka, skupiająca swoją całą uwagę na córce, która staje się lekiem na jej samotność. Takie dziecko może nie nauczyć się samodzielności, instynktownie wyczuwając, że matka cierpi, gdy ono próbuje stworzyć swoje, odrębne życie. W konsekwencji albo zostaje z matką i nie tworzy istotnych związków z innymi osobami albo tworzy związki, w których nie toleruje braku uwagi ze strony partnera. Takie związki dosyć szybko się kończą i wirus samotności zbiera swoje żniwo. Córka tak wychowana może ostatecznie wpaść na pomysł, żeby „zrobić sobie dziecko”, które będzie wychowywała sama, podobnie jak jej matka. Widać z tego, że wirus może się replikować jako dokładna kopia albo może też mutować.

ED: Dlaczego samotność boli?

WK: A dlaczego boli, gdy włożymy rękę do ognia? Tacy jesteśmy – tworzymy się przez związki z ludźmi, uczymy się świata przez związki z ludźmi i odnawiamy swoją energię poprzez relacje z ludźmi. Gdy ich brak, brak w naszym życiu czegoś istotnego, życiodajnego. Ludziom samotnym zwykle jest zimno.

ED: Czy samotność musi być problemem? Musi boleć?

WK: Brak doświadczenia bycia kochanym i dla kogoś ważnym jest dewastujący dla jakości życia. Samotność bez takiego doświadczenia jest szczególnie bolesna. Gdy w naszej pamięci istnieją takie dobre doświadczenia, o wiele łatwiej jest samotność znosić lub próbować się z niej wyzwolić. Gdy nikt nas nigdy nie kochał, każde kolejne niepowodzenie w relacjach jest tylko kolejnym dowodem na beznadziejność takich prób. To prowadzi do wyuczonej bezradności i postępującego osamotnienia. Wtedy pojawia się bierność, apatia i brak nadziei. Trudno z tego wyjść bez pomocy z zewnątrz.


ED: Jeżeli nie, to co trzeba zrobić, żeby nie bolała, lub bolała trochę mniej?  Czy można się nauczyć z nią żyć?

WK: Samotność jest nieodłączna od kondycji ludzkiej. Dorosłość jest wynikiem konfrontacji z egzystencjalną samotnością w przemijaniu i śmierci. Samotność emocjonalna, jakkolwiek wynika z przeszłych doświadczeń, jest też zwykle obroną przed doświadczeniem samotności egzystencjalnej. Dopóki swój smutek kojarzę z problemami w interpersonalnych relacjach, zawsze mogę próbować coś z tym zrobić, poprawić. Z samotnością wobec przemijania nie mogę zrobić nic – mogę tylko ten fakt zaakceptować i z nim żyć. Paradoksalnie taka akceptacja własnej ograniczoności i skończoności czasu, który dostaliśmy do dyspozycji, pozytywnie wpływa na relacje międzyludzkie. Zamiast się ze sobą użerać, mamy wtedy większą skłonność do niemarnowania czasu, do szukania w naszych związkach tego, co najlepsze.

ED: Bardzo wiele osób cierpi z powodu samotności, chciałyby założyć rodziny, ułożyć sobie życie, mieć u boku żonę lub męża. Pomimo to nie udaje się. Czy są osoby niejako skazane na samotność? Czy jest ona uwarunkowana podejściem, cechami charakteru? Zaszłościami z dzieciństwa? Lękiem?

WK: Człowiek się uczy całe życie, jeśli oczywiście jest gotów przyznać się do błędów. Znana definicja szaleństwa mówi, że jest to powtarzanie w nieskończoność tych samych zachowań, w nadziei że za którymś razem uzyskam inny, pożądany wynik. Jeśli jestem gotów wycofać się ze swojego poczucia nieomylności, to mam szansę na zmianę. Czasem pomaga psychoterapia, rozmowa z kimś bardziej doświadczonym. Mózg ludzki jest elastyczny i potrafi się zaadaptować do nowych sytuacji. Gorzej, gdy poprzestajemy na adaptowaniu otoczenia do siebie. Wiele problemów w relacjach wynika z faktu, że realny świat nie chce się przystosować do naszych marzeń i fantazji a my jesteśmy tym głęboko zawiedzeni i nie dajemy na to przyzwolenia. Dlatego próbujemy jeszcze raz i jeszcze… pozostając w świecie wyobrażeń.

ED: Co myśli Pan o samotności z wyboru – popularnym dzisiaj trendzie bycia „singlem”? Czy to faktycznie sposób na życie, czy raczej próba zamaskowania bólu i przykrości?

WK: Singiel to tylko taka etykietka, łatwa do skonsumowania przez media. W rzeczywistości każdy z deklarujących się jako singiel ma swój własny świat i swoje przeżywanie izolacji. Paradoksalnie definiowanie się jako singiel włącza nas we wspólnotę singli – mamy się już z kim identyfikować, co de facto jest krokiem do ludzi a nie od. Tym ludziom, którzy obawiają się publicznego pręgierza za bycie np. „starą panną”, taka identyfikacja z singlami może pomóc w daniu sobie prawa do wierności własnym wyborom i nieulegania naciskom. Z drugiej strony, wielu z zadeklarowanych singli to ludzie cierpiący samotność, którzy próbują ukryć przed sobą i światem swoje poczucie bezwartościowości i klęski takim dziecinnym „bo ja tak chciałem”.

ED: Czy są osoby, które nie odczuwają samotności? Czy to w ogóle możliwe?

WK: Można wyleczyć się z wirusa samotności, co nie znaczy że nie będziemy samotności przeżywać. Tęsknota za ukochaną albo żałoba po rozstaniu to zjawiska zdrowe, choć przykre – nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się chciał z nich leczyć. Te uczucia dostajemy bowiem w pakiecie z miłością. Im bardziej kochasz i jesteś kochany, tym bardziej cierpisz przy rozłące. Dlatego dzisiaj mnóstwo ludzi (w tym singli) stara się nie ryzykować kochania kogokolwiek, co w założeniu ma chronić przed bólem. Jest to inna wersja neurotycznego przekonania, że aby nie cierpieć w swoim życiu, trzeba po prostu nie żyć.

ED: Czy jako terapeuta, który specjalizuje się w samotności, uważa Pan, że to duży, czy jednak znikomy problem?

WK: Biorąc pod uwagę moją definicję samotności, myślę że problem jest spory. Społeczeństwo rynkowe uczy nas, że ma być szybko i łatwo. Wzajemne dostosowywanie się i uczenie nawzajem siebie w związku łatwe nie jest. Jednak tak naprawdę waga problemu określana jest przez konkretne osoby, które go doświadczają lub nie. Jeśli ktoś chce przeżyć życie bez strat, nie będzie miał też zbyt wiele zysków, ale trudno mu tego zabronić. Byłoby to już ideologią, a psychoterapeuta powinien trzymać się z daleka od wszelkich ideologii.

ED: Samotni są raczej ludzie młodzi, dojrzali czy starsi?

WK: Nie ma reguły. Są to na pewno innego rodzaju samotności. O samotności osób młodych mówi się dużo, jest wiele dla nich propozycji. W średnim wieku zaczynają się kłopoty tych osób, które dotąd broniły się przed bliższymi związkami. Znajomi odchodzą do własnych rodzin i zaczyna się doświadczanie straconego czasu. Czasem wywołuje to bezpłodne zrywy a czasem właśnie w tym wieku przychodzi opamiętanie i chęć pracy nad sobą. Komu się nie uda, stacza się w starczą samotność, która zwykle jest dogorywaniem przed telewizorem. Samotność ludzi starych to tabu równie silne jak tabu śmierci. Nawet mówienie o nich „starsi” jest wyrazem tego tabu. Gdyby młodzi ludzie umieli zobaczyć siebie w tych bezpłodnie zabijających czas starcach, byc może chętniej inwestowaliby czas i uczucia w trwałe związki. Jednak wielu młodych żyje dziś wg formuły „po trzydziestce choćby potop”.

ED: PS-PO to portal tworzony przy Opactwie Benedyktynów. Żyją tam mnisi, którzy świadomie wybierają samotne życie, odcinają się od świata. Jak oni, żyjąc w zamknięciu, mogą poradzić sobie z samotnością?

WK: Mnisi poświęcają swoje doczesne życie czemuś większemu, dla nich ważniejszemu, m. in. relacji z boską osobą. Trudno mi to rozpatrywać jako samotność. Jeśli mnich czuje się samotny, to zadałbym pytanie, co się dzieje z jego wiarą. W przypadku zakonników niezwykle ważny jest moment selekcji do zakonu, która powinna odsiewać osoby wybierające tę drogę po to, by poradzić sobie z emocjonalną samotnością. Jeśli jednak ktoś taki przeszedł przez sito selekcji, to bardzo prawdopodobne że problemy powrócą i wtedy, prędzej czy później przyjdzie czas na powtórne podejście do decyzji o byciu w zakonie.

ED: Czy można jakoś pomóc osobom samotnym? Istnieje jakieś lekarstwo na wirusa samotności?

WK: Wartościowa jest wszelka pomoc, która przeciwdziała bierności osób samotnych. Koniec końców każdy z nas jest autorem swojego życia, mimo że osoby samotne często przeszkody widzą na zewnątrz. Oczywiście takie przeciwdziałanie nie może polegać na braniu odpowiedzialności za kogoś samotnego, bo tym bardziej się go upośledza. Wyważenie takich działań nie jest łatwe. Na założonym przeze mnie forum dla samotnych jest zapisanych około dwustu osób, natomiast odzywa się ktoś raz na dwa tygodnie. Czy to można nazwać sukcesem, sam nie wiem.

ED: Samotność często wynika z lęku przed ludźmi. Zostaliśmy zranieni w przeszłości, teraz się boimy. Jak przełamać lęk, wyjść do ludzi, odważyć się?

WK: Po prostu wyjść, żebyśmy nawet musieli się czołgać. I jutro to samo, i pojutrze. I nie szykować się na szybki sukces. Pozostawanie w bierności jest dziecięcym komunikatem do otoczenia: „niech ktoś się mną zajmie”. Niestety, jesteśmy już dorośli, chcemy czy nie. Od dorosłych oczekuje się odpowiedzialności za swoje życie. Dorosły człowiek pozostający w bierności wysyła więc sygnał: „dajcie mi wszyscy spokój”. I tak jesteś odbierany, chcesz czy nie.