Archiwa za okres: Grudzień, 2010

W czasie Świąt mamy okazję spotkać się oko w oko z nakazem „raduj się„. Bożonarodzeniowe Święta są tak mocno wdrukowane w nasz świat, że musimy się tak czy inaczej do tego nakazu ustosunkować. Jedni zasiądą za stołem, dokładnie wypełniając instrukcję „jak się radować w święta”, inni wyjadą gdzie pieprz rośnie, by skrupulatnie uniknąć każdego punktu z tej instrukcji. Co najdziwniejsze, trudno powiedzieć, kto będzie miał więcej radości ze swojej decyzji. Oczywiście, jedni i drudzy mogą zwyczajnie cieszyć się tym, co wybrali, jednak łatwo sobie wyobrazić, że jedni będą drugim zazdrościć (i vice versa).

Nie wiem, jak Państwo, ale ja przed Świętami natykałem się głównie na dwa typy osób:

  • pierwszy:  osoby, które w jakiś sposób zamierzały instrukcję „jak radować się w święta” podważyć. „Nie będę się objadała”, „nie daję w tym roku prezentów”, „nie gotuję”, „zostaję w domu”, „nie sprzątam” – to tylko niektóre z reakcji na „raduj się”.
  • drugi: osoby, które wkurzały się bezsilnie na swój los. „O rany, znowu trzeba będzie się objadać”, „co ja mam tym ludziom kupić (i za ile)?”, „to gotowanie/sprzątanie mnie wykończy”, „k…, znowu trzeba będzie wykonywać te puste/udawane gesty” itp.

Co się takiego dzieje, że czas przeznaczony na radowanie się staje się czasem buntu i kontestacji? Najprostsza odpowiedź jest pewnie taka, że kontakt z wizją idealnych Świąt, gdzie wszyscy się kochamy i życzymy sobie jak najlepiej, uzmysławia nam wyraźnie, jak wiele nam do tego ideału brakuje. Jak wiele gestów, które trzeba będzie wykonać, będzie dokładnym przeciwieństwem tego, co w głębi siebie czujemy i wiemy. Można powiedzieć, że jeśli są między nami a najbliższymi jakieś ukryte konflikty czy niezałatwione sprawy, to w Święta mocno poczujemy ich intensywność. Poczujemy w jakiś dziwny, bezradny sposób – bo przecież Święta to „czas radowania” a nie załatwiania trudnych spraw. Siedzenie więc przy stole i robienie dobrej miny przy jednoczesnej wewnętrznej niezgodzie może być dla niektórych najtrudniejszym dniem w roku. I często jest.

Wychodzi na to, że nakaz „raduj się” nie jest czymś, wobec czego można przejść obojętnie. O powyższym przykładzie można nawet powiedzieć, że tylko wtedy możemy poczuć i uzmysłowić sobie własne smutki i problemy z bliskimi, gdy mamy absolutny zakaz ich wyrażania – właśnie poprzez absolutny nakaz „raduj się„.

Skoro tak jest, może warto zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie jesteśmy w mocy tego nakazu na co dzień. Czy nie jest tak, że czujemy się zmuszeni radować nie tym, co cieszy nas, tylko tym, co będzie cieszyć inne, ważne dla nas osoby/autorytety. Można tu przywołać banalny do bólu przykład syna, który został lekarzem/prawnikiem, bo tak chciał ojciec, który mógł wtedy pęcznieć z dumy, patrząc na swego dziedzica, na swe idealne przedłużenie. Syn staje przed wewnętrznym konfliktem: radować się po swojemu i stracić miłość ojca albo nauczyć się radować tym, czym raduje się ojciec (nawet po jego śmierci). Dwa typy ludzkie, które wyróżniłem wcześniej, w jakimś stopniu odzwierciedlają konsekwencje dokonania wyboru w takiej sytuacji – czyli albo zbuntować się i udawać, że się nie tęskni, albo poddać się i zgrzytać zębami.

Aby obraz był pełniejszy, trzeba wspomnieć o innych rozwiązaniach nakazu „raduj się„, na przykład:

  • Samotni wśród ludzi. Osoby, które są tak głodne jakiegokolwiek ciepła ze strony bliskich osób, że nie zwracają uwagi, kto im każe się radować i dlaczego. Liczy się tylko to, że „przez chwilę będziemy się zachowywać jak prawdziwa rodzina”, co dla nich znaczy „przez chwilę będziemy prawdziwą rodziną”. Reszta jest nieważna.
  • Samotni z dala od ludzi. Ci, którzy bliskich nie mają w ogóle. Dla nich nawet reklama „szczęśliwej rodziny przy świątecznym stole” będzie obiektem tęsknoty – i albo będą tej rodzinie zazdrościć, albo będą ją nienawidzić.

Oba powyższe typy ludzkie można opisać jako takie, które rozpaczliwie tęsknią za kimś, kto by im nakazał „raduj się”, nieważne w jaki sposób i nieważne, czy będzie to dla nich ograniczające. Jest to zgodne z psychologią rozwoju człowieka: najpierw niezbędny jest nam ktoś, kto nas nauczy jak i czym się radować – jednak potem, w trakcie dojrzewania potrzebny jest nam ktoś, kto pozwoli nam, byśmy nauczyli się radować na swój osobisty i niepowtarzalny sposób. Dlatego na koniec trzeba wspomnieć o tych, dla których Święta z rodziną są zwyczajnie przyjemne i niewiele różnią się jakością od kontaktów na co dzień. Z dużym prawdopodobieństwem można o takich rodzinach powiedzieć, że nie istnieje w nich żaden ukryty nakaz radowania się, który utrudniałby albo uniemożliwiał cieszenie się Świętami.

Czego więc Państwu i sobie życzyć? Chyba tego, żeby Święta były okazją do zastanowienia się, co się dzieje z moją możliwością cieszenia się i radowania życiem – czy wiem, co lubię a czego nie lubię – i czy robię to dla innych, czy dla siebie. I nie chodzi o to, co lepsze (dla innych czy dla siebie) – chodzi bardziej o to, by mieć świadomość i możliwość wyboru w tej sprawie. Myślę bowiem, że bycie nieświadomym zakładnikiem czyjegoś „raduj się” jest jedną z najważniejszych przyczyn samotności i niezadowolenia z życia.

Przykro mi, ale tym razem będzie o zwieraczu. To było nieuniknione. Bez tego nie pójdziemy ani kroku dalej w rozumieniu przyczyn samotności (i nie tylko). Czym jest zwieracz? Pierwsze skojarzenie: to taki mięsień, pozwalający nie wypuszczać ze środka nas rzeczy brzydkich i śmierdzących. Odpadów. Dodajmy od razu, zgodnie z wcześniejszymi rozważaniami, że jest to też mięsień, za pomocą którego możemy pozbawić się przyjemności opróżnienia – w imię wyższych celów. Jak estetyka, przyzwoitość, wierność pewnym społecznym zasadom itp. Więc nawet zwykły, fizjologiczny zwieracz ma ważne funkcje społeczne. Bez niego stajemy się wyrzutkiem, w ten czy inny sposób. Są jeszcze inne rodzaje biologicznych zwieraczy, z których najbardziej interesuje nas zwieracz gardła (przełyku), który z kolei ma za zadanie nie wpuszczać do naszego środka obiektów niepożądanych i jako taki jest dopełnieniem poprzedniego zwieracza. Analogicznie, pozwala nam pozbawić się przyjemności pochłaniania, w celach zdrowotnych i społecznych. Działające w parze oba zwieracze mają za zadanie regulować obecność w naszym organizmie rzeczy, które pochodzą z zewnątrz i służą do przeżycia. Podkreślę jeszcze, że świadome używanie obu rodzajów zwieraczy jest ważnym osiągnięciem rozwojowym w życiu człowieka, zasłużenie będącym powodem dumy obojga jego rodziców.

Pomyślmy teraz o obu zwieraczach w sensie psychologicznym – jako o mechanizmach, które regulują przepływ emocji. Oczywiście znów najłatwiej będzie opisać ich zaburzone działanie – czym jest w tym kontekście zdrowie, pomyślimy później. Rozwojowo wcześniejszy jest niedobór (brak) zwieracza, bo w takim stanie przychodzimy na świat. Czyli dopóki nam się podsuwa jedzenie, to jemy. Gdy zostanie przetworzone, resztki wydalane są w sposób beztroski i spontaniczny. W emocjonalnym sensie, gdy brak zwieracza przełyku, to jesteśmy żarłoczni i dopóki jest w pobliżu upragniona osoba, będziemy brać od niej ile się da. „Zakochanie bez pamięci” jest takim stanem. Ciągła pogoń za bliskością jest takim stanem. Rezygnowanie z własnych potrzeb po to, by ktoś tylko był obok, także jest takim stanem. Przemoc wobec najbliższej osoby niestety też. Można wymieniać jeszcze długo sytuacje, których wspólnym mianownikiem jest emocjonalna zachłanność i niemożność wytrzymania braku. Można w taki sposób stać się samotnym? Można. Nie lubimy osób, które się do nas przyklejają.

Z kolei brak drugiego zwieracza (wydalniczego) jest, mówiąc najprościej, tożsame z nieograniczoną impulsywnością. Jakiekolwiek ciśnienie, pojawiające się wewnątrz nas, zostaje natychmiast wypuszczone na zewnątrz. Myślenie o konsekwencjach przychodzi później albo wcale. Wybuchy złości, napady namiętności, zbrodnie w afekcie – to tylko niektóre, skrajne przykłady. Mówienie prawdy w oczy zawsze i wszędzie. W taki sposób też szybko zapracujemy na samotność. Impulsywność bywa urocza, ale w nadmiarze jest obsceniczna i męcząca.

Przesadne używanie zwieraczy także nam przyjaciół nie przysparza. Nie chcę się nad tym w tej chwili szerzej rozwodzić, bo ten artykuł jest raczej o potrzebie zaistnienia zwieracza. Można jednak wspomnieć, że nie przepadamy za osobami, które zatrzymują wszelkie uczucia wewnątrz – zimne jak głaz (przynajmniej z wierzchu). Za to osoby, których z kolei psychologiczny zwieracz przełyku jest zamknięty na stałe, żyją w przekonaniu, że nie potrzebują nikogo i niczego, oprócz samych siebie – tym sposobem samotność staje się ich sposobem na życie. W jednym z listów od Państwa było pytanie: jak żyć z narcyzem? No właśnie tak – porzucając nadzieję, że kiedykolwiek usłyszymy od niego coś miłego, coś co świadczy o jego zaangażowaniu. Jedynym dopuszczalnym wyrazem miłości narcyza jest fakt, że nie odchodzi od ciebie. Nie licz na więcej. Oczywiście, ciężko żyć w ten sposób, więc praktycznie jedyną właściwą odpowiedzią na pytanie „czy da się żyć z narcyzem” jest: „da się, ale co to za życie”.

Skupienie się na potrzebie istnienia i działania zwieracza zamiast na jego nadmiarze jest zasadne także z tego powodu, że w dzisiejszej rzeczywistości to właśnie brak zwieracza jest patologią dominującą. Nadmiar zwieracza to przeszłość, to czasy stworzenia psychoanalizy przez Freuda – zwykle mówimy „czasy wiktoriańskie” czyli czasy zaciskania zwieraczy. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia psychoanalityków z tamtych czasów (chociaż nie tylko), na ich zaciśnięte surowo twarze, aby doznać współczucia dla ich męki wstrzymywania wszelkich ludzkich odruchów. Dzisiaj można już prawie wszystko, zakazy skurczyły się do niewielkich grup urażonych obrońców moralności, których prawie nikt nie słucha. Od razu przychodzą mi na myśl „Parady Równości”, które można by właśnie nazwać „Paradami Wolności od Zwieracza”. Można na nich rozkoszować się brakiem wszelkich hamulców (było nie było w miejscach, gdzie przecież odbywają się także o wiele bardziej „dostojne” demonstracje) a w razie sprzeciwu zasłonić się wolnością przekonań. Złapani w tę pułapkę politycy, jeśli chcą zatrzymać swoje stołki, to muszą użyć całej siły swych zwieraczy, by wytrzymać te paradujące przed ich twarzami bezwstydne pośladki.

Najbardziej jednak widać kult braku zwieracza w handlu, a dokładniej w czymś, co Marks (pardon le mot) nazywał fetyszyzmem towarowym. Patrząc na różne produkty i ich sposób prezentacji na rynku, doznajemy wrażenia, jakby każdy z nich zmierzał do granicznej, niepodważalnej doskonałości. „Możesz więcej”, „jeszcze bielszy”, „jeszcze bardziej komfortowy” – to niektóre ze sloganów zaprzeczających potrzebie istnienia zwieraczy. Ilość dodatków (poprawiaczy) do podstawowej wersji samochodu sugeruje, że gdy dobierzesz je odpowiednio, to zatopisz się w jakiejś euforycznej nirwanie. Oczywiście, patrząc na historię ewolucji niektórych produktów, zauważymy że nie tyle zmierzają do ideału, co zmieniają się cyklicznie w ramach trendów czy mód – widać to tym wyraźniej w trendach, które wracają (retro). Jednak podstawą reklamy jest przekonanie nas, że nie powinniśmy się ograniczać w swoich potrzebach. Jest to zresztą nie tylko podstawą reklamy, ale podstawą istnienia współczesnego społeczeństwa – bo co by się z nami wszystkimi stało, gdyby chociażby połowa z nas uznała, że te właśnie ubrania/odtwarzacze/meble/telewizory/programy komputerowe/mieszkania, które właśnie mamy, są dla nas zupełnie satysfakcjonujące i innych kupować już nie będziemy? Gdyby nasz opisywany zwieracz zaistniał nagle w ten sposób w świadomości społecznej, w parę tygodni współczesna cywilizacja fiknęłaby katastrofalnego kozła.

Jesteśmy więc w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony brak zwieracza powoduje globalną otyłość, zakupoholizmy, nadymanie finansowych baniek i ciągły, wyczerpujący wyścig a z drugiej trzyma nasz świat w jako takiej równowadze (niektórzy nazywają ją równią pochyłą). Z konsumpcją jest niestety tak, że jeśli w pewnym momencie nie ograniczymy jej sami, to ograniczą ją warunki zewnętrzne. Ilość półmisków na stole zawsze jest ograniczona. Znów powraca mi pytanie: czy ten świat przypadkiem nie potrzebuje terapii? Jakiegoś kosmicznego meta-terapeuty, który spojrzałby na nasz świat całościowo? Niedosyt, brak, pewien poziom niezadowolenia jest wpisany w naszą kondycję, jednak żyjemy tak, jakbyśmy chcieli ten fakt zignorować, unicestwić.

Jak ten promowany i hołubiony brak zwieracza przekłada się na naszą psychologię i w rezultacie relacje z ludźmi? Ano tak, że niezwykle trudno nam wytrzymać różne, niewygodne stany na różnych etapach tych relacji. Stany braku i stany nadmiaru. Stan niepewności, stan chwilowego opuszczenia, stan urazy, stan złości, stan niepohamowanego apetytu… wszystko to nie trwa wiecznie. W podręcznikach psychologicznych tego nie znajdziesz, ale uwierz mi, że emocje mają swój okres połowicznego rozpadu, jak radioaktywne pierwiastki. Po pewnym czasie zanikają, rozpraszają się w powietrzu na tyle, że możliwa staje się refleksja nad tym czy warto za nimi iść albo nad tym, jak je wyrazić w formie strawnej (konstruktywnej) dla partnera.

Na przykład: jesteś w fazie poznawania potencjalnego partnera, bardzo ci zależy a jednocześnie boisz się jak będziesz widziany. To powoduje wewnętrzne napięcie, które prowadzi nas często do nierozsądnych albo nawet destrukcyjnych zachowań. Możesz się wystraszyć i uciec, możesz zacząć coś udawać, może cię sparaliżować tak, że nic nie powiesz itp. Możesz też poczekać, dać sobie czas, zorientować się, co czujesz – to właśnie jest zwieracz. Wtedy np. zamiast małpowania Brada Pitta powiesz coś w rodzaju: „takie robisz na mnie wrażenie, że trudno mi powiedzieć cokolwiek”. Niby przykra prawda, a przecież całkiem znośny komplement. Teraz pytanie, czy po drugiej stronie jest ktoś ze zwieraczem. Jeśli nie, to nie spodoba mu się to otwarte przyznanie do braku – nie wytrzyma tej niedoskonałości. I sobie pójdzie. I bardzo dobrze, że pójdzie, bo masz go z głowy. Masz z głowy granie Brada Pitta do końca życia. Oczywiście, jego odejście to kolejne zadanie dla twojego zwieracza. Tajemnicą zwieracza jest to, że jeśli go używasz, zaczynasz rozsądnie myśleć. W ogóle zaczynasz myśleć.

Był kiedyś taki rysunkowy serial „Porwanie Baltazara Gąbki”. Występował tam tajemniczy i demoniczny Don Pedro, któremu zdarzało się podłożyć bombę pod samochód profesora Gąbki. Na szczęście dla profesora, podróżował z nim Smok Wawelski, który w takich wypadkach (zostały dwie sekundy do wybuchu) połykał bombę, która wybuchała wewnątrz niego. Smok nie rozpadał się, tylko napuczał okropnie – a potem wracał do stanu poprzedniego. I w radosnej atmosferze jechali dalej. Ten to miał zwieracze, prawda? I ty czasem bądź Smokiem Wawelskim. Może się to przydać.

Czas chyba na rozwinięcie sloganu „świat potrzebuje terapii„, który umieściłem w nagłówku Psychobloga. Zwłaszcza, że w jednym z komentarzy pojawił się zarzut, że to wynik mojego samozachwytu. Ten slogan przyszedł mi do głowy w dziwnych okolicznościach: stałem na czerwonym świetle przed jednym z warszawskich rond, na pasie dla skręcających w lewo. Przede mną stał samochód z włączonym lewym kierunkowskazem a na sąsiednim pasie, dla tych co jadą prosto, stało tylko jedno auto. Czysta sytuacja, codzienna rutyna kierowcy. I co się stało, gdy zapaliło się zielone? Ano samochód przede mną pojechał prosto a samochód ze środkowego pasa skręcił w lewo. Jak im udało się nie zderzyć, tego już nie wiem – obaj bardzo się spieszyli.

Niby nic, ale pomyślałem wtedy, że coś dziwnego dzieje się ze światem a zdarzenie zostało mi w głowie w sposób niemalże traumatyczny, jako sygnał przesady, przekroczenia bezpiecznej granicy zawartości chaosu i głupoty w powietrzu. Na pewno było w tym przestrachu trochę tej świadomości, że niezależnie od tego, jak rozsądnie będę się zachowywał na drodze, to i tak ktoś może mnie zabić. Ale to chyba nie wszystko.

Pierwsza, głębsza refleksja dotyczyła wzorców i zasad – tego, jaki mamy dziś do nich stosunek. W krótkim czasie zasady współżycia w naszym kraju zmieniły się diametralnie, z autorytarnego określania zasad przez nibykomunistów do, było nie było, demokracji. Chociaż przyznam się, że gdy używam słowa demokracja, to coraz częściej mam takie wrażenie jak przy używaniu zmywaka do naczyń, który czasy świetności ma już dawno za sobą. Już sam kierunek przemian generuje pewien luz samorządności, zakładaną elastyczność prawa, które przestało być nadaniem boskim a stało się kwestią społecznych umów. Ale myślę też, że rewolucyjne tempo tych zmian jeszcze mocniej uwydatniło relatywność wszelkich państwowych zasad, ich przemijalny charakter – w tym także zasad ruchu drogowego. Zwłaszcza że posłowie wciąż rozkoszują się rozważaniem wyższości włączonych świateł mijania w dzień nad wyłączonymi. Takie przepychanki dotyczą też o wiele istotniejszych spraw, włącznie z prawem decydowania o czyimś życiu lub śmierci (a także czym to życie zasadniczo jest i kiedy się zaczyna). Pozwala nam to wciąż doświadczać kruchości wzorców i zasad, które organizują nasze życie.

Wracając więc do przykładu z kierowcami, można powiedzieć, że ich zachowanie jest objawem przesycenia społecznej świadomości przekonaniem, że zasady można spokojnie naginać, zgodnie ze swoimi jednostkowymi potrzebami czy nawet kaprysami. Tutaj będę zawracał szerokim łukiem w stronę psychologii. Pół biedy byłoby, gdyby naginanie zasad służyło tylko partykularnym celom jednostek, ich osobistym, ale bardzo konkretnym korzyściom. Na przykład obaj pędziliby w stronę jakiegoś korzystnego interesu. Być może było tak na początku ustrojowych przemian, w czasie obłąkanego handlu ulicznego z wykorzystaniem łóżek polowych. Myślę jednak, że w trakcie podważania i przekraczania ugruntowanych zasad, ludzie zaczęli coraz mocniej (może nawet z pewnym zaskoczeniem) odczuwać przyjemność z samego złamania zasady (przekroczenia tabu). Pędzący trzema pasami naraz pirat drogowy raczej nie wiezie rodzącej żony do szpitala ani nie spieszy się do dzieci, by odrobić z nimi lekcje. W przeważającej większości przypadków robi to dla własnej, naiwnie amoralnej przyjemności, wynikającej z chwilowego zawieszenia wszelkich zakazów i nakazów.

Teraz zestawmy ten wniosek z założeniami potocznie rozumianego liberalizmu. Jego celem jest jak najmniejszy kompromis między wolnością własną a ograniczeniami prawa i innych społecznych zasad. W tym punkcie nie sposób nie zadać sobie pytania, jak wielu ludzi, którzy szumnie zwą się liberałami, w skrytości ducha zwyczajnie rajcuje się łamaniem wszelkich, dostępnych zakazów i nakazów?

Żeby nie było, że uprawiam tu jakąś politykę, zajrzę na chwilę w czeluści niejawnych, a sprośnych przyjemności, którymi zajmują się pozorni konserwatyści. W fanatycznej postawie moralności i wierności zasadom naprawdę nietrudno wychwycić ten szczególny rodzaj rozgorączkowania (pobudzenia), który niewiele ma wspólnego z wzniosłymi, głoszonymi przy okazji celami. Ograniczanie własnych i cudzych popędów (z zasady uznanych za złe/niskie/grzeszne) może być potężnym środkiem sprawiania sobie przyjemności. Skąpiec nie oszczędza po to, by wydawać pieniądze na rozsądne cele. On oszczędza, by się tym oszczędzaniem skrycie rajcować. Jest w tym między innymi poczucie mocy, odczuwane tym silniej, im potężniejszy impuls udało się zahamować. Niedaleko stąd do definicji masochizmu.

Podczas tych rozmyślań przypomniałem sobie Rudolfa Steinera, twórcę dosyć dziwacznej kosmologii zwanej antropozofią. Tym, co mnie w niej zafrapowało, było ujęcie Dobra i Zła, Boga i Diabła. Europejczycy (i nie tylko oni) zwykle traktują te pojęcia jako statyczne przeciwieństwa – można podążać w jedną albo drugą stronę, dzięki czemu sądy moralne są dosyć proste. Steiner zaproponował układ dwóch statycznych, skrajnych postaci Zła, z których jedna jest stagnacją a druga chaosem – oraz takiego Dobra, które jest dynamicznym punktem równowagi pomiędzy jednym diabłem (Lucyferem) a drugim (Arymanem). Pozostawiając na boku kwestię, jak ten świat naprawdę jest zbudowany, można powiedzieć, że jest to koncepcja odpowiadająca dzisiejszemu pojęciu homeostazy, lub bardziej precyzyjnie homeodynamiki. Wyjaśnia znakomicie funkcjonowanie różnych mechanizmów fizjologicznych. W psychologii używana jest do wyjaśniania mechanizmów adaptacji w społeczeństwie, ale ja sądzę, że z dobrym skutkiem można ją też zastosować do opisu zdrowia i „niezdrowia” psychicznego. O ile bowiem dosyć łatwo jest opisać różne formy zaburzeń psychicznych, o tyle niezwykle trudno (na szczęście) opisać, czym jest psychiczne zdrowie. Moim zdaniem jest tak dlatego, że patologia jest zawsze zapędzeniem w pewną skrajność (i przy okazji ślepą uliczkę), natomiast zdrowie jest stanem dynamicznym, regulującym się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, w zależności od wewnętrznych i zewnętrznych warunków. Czym innym będzie zdrowie psychiczne w górskiej chatce na odludziu, a czym innym na taktycznym zwiadzie w Iraku lub Afganistanie. Przyjęcie tego faktu przez osobę, która leczy się w psychoterapii, często jest bardzo trudnym zadaniem. Pacjenci (szczególnie na początku terapii) wolą wierzyć, że zdrowie jest takim miłym, cieplutkim miejscem, w którym wystarczy sobie usiąść i niczego nie zmieniać.

Chyba już mniej więcej wiadomo, do czego zmierzam. Nasza wewnętrzna, psychiczna równowaga jest także dynamiczną równowagą między stagnacją a chaosem (czyli podlega stałym fluktuacjom w ramach dobrze rozumianej „normalności”). Jako przykład stagnacji można wyobrazić sobie osobę, która z lęku przed ludźmi wyrzeka się związków i siedzi w domu, powtarzając wciąż te same czynności czy rytuały. Bezpieczeństwo takiej osoby jest prawie doskonałe – niestety, cierpi ona na poczucie pustki i martwoty. Na drugim krańcu lokuje się np. osoba, która jest niewolnikiem własnych impulsów. Sprzeczne potrzeby własne i wymagania otoczenia wprowadzają chaos, który nie pozwala zarządzać swoim życiem. Możliwe konsekwencje to destrukcyjne zachowania, krańcowa zależność od innych, uzależnienia. Od razu można zaznaczyć, że skrajności te odpowiadają dwóm formom samotności, tej z daleka od ludzi i tej wśród ludzi. Jakby tego było mało, o wiele łatwiej jest przeskoczyć z jednej skrajności w drugą, niż utrzymać tę dynamiczną równowagę między jednym a drugim diabłem. Jedną z przyczyn, o której już wspomniałem, jest fakt, że jedna i druga skrajność związana jest z jakąś formą ukrytej satysfakcji, powiedziałbym nawet lubieżności, którą łaskoczemy się w tajemnicy przed innymi a czasem także przed sobą. Opisany odludek może lubować się mściwym „mam was wszystkich w dupie i spróbujcie mi coś zrobić”. Człowiek ogarnięty impulsami zwykle lubuje się raz tu, raz tam, czerpiąc dodatkową meta-frajdę z tego, że nie musi się niczym (sam) ograniczać.

Zmierzam do końcowych wniosków. Zaobserwowany na ulicy „podwójny wybryk” jest (symbolicznie) częścią większej całości. Społeczeństwo można także rozpatrywać jako organizm homeodynamiczny, tym łatwiej, że składa się z naszych jednostkowych konserwatyzmów i liberalizmów, wyrażanych chociażby praktycznie dwupartyjnym systemem. Patologia, jak się rzekło, jest przekroczeniem subtelnej granicy, poza którą nie ma już dynamicznej równowagi, a zaczyna się ciążenie w kierunku jednej ze skrajności. Patologia to wzajemne wyszydzanie się i oblewanie gównem przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Jeśli ludzie, którzy rządzą (lub mają bezpośredni wpływ na rządzących) będą dążyć do skrajności sądów i zachowań, to tym samym będą zwiększać ilość takich wyznawców, których nie będzie interesować rozsądek i pragmatyzm – będą ich bardziej interesować skrywane satysfakcje czy lubieżności, które opisałem wcześniej. Niestety, to się może szybko wyrwać spod jakiejkolwiek kontroli i zacząć żyć własnym, anarchistycznym życiem. Homeostaza, po przekroczeniu punktu granicznego jej zdolności samoregulacyjnych, może zdegenerować się w wybuchowym tempie. W psychologii (i nie tylko) nazywamy to kryzysem. Nie wiem, czy w ogóle warto wspominać, że odpowiedzialność za akty przemocy towarzyszące sporom „na górze” spada na obie strony dokładnie po połowie. Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że do rządzenia biorą się osoby szczególnie zrównoważone psychicznie i dzięki temu predestynowane do bycia wzorem w tej sprawie. Jest raczej odwrotnie, to walka o władzę przyciąga ludzi z tendencją do podziałów. Zresztą, sam model polityki jako walki o władzę już jest zaproszeniem do podziałów. Tak czy inaczej, całkiem możliwe jest, że tam, na górze, obie strony nie tyle dążą do czegoś konstruktywnego, co raczej zajmują się zaspokajaniem swoich nieprzyzwoitych lubieżności. Sygnalizuje to m.in. fakt, że publiczne spory są w większości niemerytoryczne, a dotyczą raczej specyficznych, zasadniczych (i konstytutywnych) hierarchii wartości obu stron. A my siedzimy przed telewizorami i patrząc na to, zaczynamy powoli im zazdrościć, że mogą to tak bezwstydnie robić na naszych oczach. Aż korci, żeby poszukać jakiejś dostępnej, zakazanej przyjemności. Znacie to uczucie, gdy w zapchanym supermarkecie otwiera się nowa kasa a my jesteśmy na tyle blisko, że dopadamy jej pierwsi? Wiem, że znacie. I wiem też, że wy z kolei wiecie doskonale, że te parę sekund euforii nie wynika z zaoszczędzenia kilkunastu minut. Aby nie być całkiem pesymistycznym w tej sprawie, zostawię końcowe pytania otwarte: czy widząc psucie się rybiej głowy, będziemy na tyle odporni, by się temu nie poddać? I czy świat potrzebuje terapii?

Słuchając Państwa pytań i wypowiedzi na Forum Samotnia doszedłem do wniosku, że opisywane trudności w relacjach są bardzo różne i przydałoby się wprowadzić jakiś klucz, umożliwiający odpowiedź na pytanie: gdzie kryje się problem? Klucz ten zawarłem w tytule wpisu. Widzę trzy wyraźne grupy trudności w relacjach opisywanych przez Państwa.

Pierwsza: zdobyć.

Ta trudność dotyczy osób, które cierpią na samotność rozumianą jako izolacja od ludzi. Jestem sam, w kontaktach czuję się niepewnie, denerwuję się, nie wiem co powiedzieć, boję się że wyjdę na idiotę… Poziom lęku może być różny i mieć różne konsekwencje: od zaszycia się w domu i rezygnacji, poprzez chaos i paraliż w obecności osoby, na której mi zależy (czyli często: każdej osoby), aż po całkiem odważne zachowania, które mają na celu zbliżenie się do ludzi ale powodują konsekwencje wręcz przeciwne. W każdym razie skutek jest ten sam, czyli w sobotę wieczorem znowu siedzę samotnie w domu i robię dobrą minę, chociaż wychodzi mi tylko dziwny grymas, którego wolę nie oglądać w lustrze.

O tego typu trudnościach słyszę najczęściej w ten sposób: wie pan, po prostu nie wiem jak się zachować, co bym nie zrobił to mam wrażenie, że dziwnie się na mnie patrzą. Nie umiem podtrzymać rozmowy, jestem chyba jakiś inny. Im dłużej to trwa, tym bardziej czuję narastającą złość, że oni się tak dobrze bawią, podczas gdy ja staram się tylko dopasować, żeby nie wydało się, jak bardzo jestem spanikowany. To jedna wielka męka, więc siedzę w domu – ostatnio próbuje ułożyć moje książki w jak najlepszym porządku, ciągle od nowa i nie mogę znaleźć najlepszej metody. A jak się wkurzam, gdy ktoś mi coś poprzestawia – tak jakbym tylko czekał, aż ktoś podejdzie za blisko – żeby go ugryźć.

W psychoterapii taka osoba zwykle uczy się otwartości i płynących z niej korzyści. Często ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że ludzi zbliżają nie tylko ich zalety, ale też (często bardziej) wspólne słabości, o których można rozmawiać i nie być odrzuconym. Że nie musi błyszczeć, by ktoś ją zauważył. Że po prostu może mówić, co myśli i czuje – i że właśnie to jest dla innych najciekawsze. Stąd wynika maksyma, którą staram się puszczać w obieg: jak nie wiesz, co mówić, to mów prawdę.

Druga trudność: trafić.

Tu zaliczam te osoby, które związują się z nieodpowiednim partnerem (zwykle trudno go nazwać partnerem). Są wykorzystywane, ignorowane, zdradzane. Może być to ciąg nieudanych związków ale też może być jeden, długi związek, gdzie najbliższa osoba jest obca, daleka, czasem groźna. Znów wiele typów ludzkich staje mi przed oczyma. Jednym z lepszych przykładów z tej grupy są kobiety trafiające na agresywnych mężczyzn albo mężczyzn-uwodzicieli, z tego typu co żadnej nie przepuści.

Smutnym paradoksem takich historii jest fakt, że ból w takim związku pochodzi z czegoś, co na początku dawało najwięcej satysfakcji, czyli z rozmiarów zaangażowania, z silnej reakcji mężczyzny na atrakcyjność partnerki. Niska samoocena kobiety może w takim momencie podjechać ostro w górę, aż w rejestry euforyczne, z których bardzo boleśnie się spada, kiedy ten jedyny i wybrany zareaguje identycznie na kolejny obiekt w swojej kolekcji. Wtedy jaśniejsze się staje, że jego wcześniejsze zainteresowanie nie tyle było dowodem na atrakcyjność kobiety, co wyrazem trudności w hamowaniu impulsu. A ktoś, kto ma z tym problem, będzie skłonny do zdrady i agresji. Sytuację taką komplikuje fakt, że kobiety całkiem świadomie wybierają takich mężczyzn, w nadziei, że swoją atrakcyjnością będą ich dobrze kontrolować. Niestety, może pojawić się ktoś atrakcyjniejszy. Można też chcieć mieć dziecko, które zrujnuje urodę albo zwyczajnie się zestarzeć. Tak przy okazji, to autentycznie zdumiony jestem, jak wiele kobiet jest przeświadczonych, że każdy mężczyzna pójdzie za impulsem, co prowadzi do kolejnego przeświadczenia, że mężczyźni nie są zdolni do tworzenia więzi. Co takie kobiety sądzą o rozumie mężczyzny, łatwo wywnioskować.

Trzecia trudność: utrzymać.

W odróżnieniu od poprzedniej kategorii, tutaj chodzi mi o osoby, które trafiają na przyzwoitych partnerów, ale nie są w stanie ich przy sobie zatrzymać. Tu znowu jest mnóstwo różnych możliwości – jako pierwsza przychodzi mi do głowy taka sytuacja, gdzie boimy się tego kogoś stracić i zaczynamy go kontrolować. Trochę jak w poprzednim przykładzie, z taką różnicą, że facet ma rozum i potrafi opanować impuls. Jeśli kobieta nie będzie w to wierzyć (albo czuje się mało wartościowa), to będzie używać różnych sposobów na trzymanie go blisko, co często kończy się syndromem ściśniętego, mokrego mydła. Jeśli (załóżmy) ja mam rozum i umiem trzymać na wodzy swoje chucie, a słyszę od partnerki ciągłe: nie patrz się na nią, nie pij tyle, nie wyjedziesz na szkolenie, pokaż swoją historię przeglądarki, to prędzej czy później poczuję się jak półdebil i zapragnę wolności. Patologiczna zazdrość może zabić każdy związek.

Innym sposobem sprawowania kontroli jest odgadywanie życzeń i próby ich spełniania. Dopasowywanie się do partnera jest świetnym sposobem na zniszczenie jego pragnienia. Związek dorosłych ludzi zawsze jest jakimś rodzajem umowy, która jednostronnie może zostać zerwana. Świadomość tego faktu powoduje lęk, opisany częściowo w poprzednim artykule o samotności egzystencjalnej. Jeśli słabo znosimy ten lęk, to będziemy go próbować usunąć wyżej opisanymi sposobami – albo tysiącem innych. Zadziała to jednak w sposób odwrotny do zamierzonego. Boję się, więc jestem, można powiedzieć. Pogódź się z tym.

Podane wyżej przykłady oczywiście nie wyczerpują tematu. Myślę jednak, że odnalezienie siebie w którejś z tych trzech kategorii może być pierwszym krokiem do autodiagnozy i określenia planu działania. Odpowiadając przy okazji na jeden z komentarzy, nie sądzę wcale, że tylko psychoterapia zapewnia sukces w tej sprawie. Prawie wszyscy przeżywamy kryzysy i prawie wszyscy własnymi siłami (lub z pomocą bliskich) możemy się z nich wydostawać, ucząc się na własnych i cudzych błędach. Czasem jednak do wydostania się z kryzysu potrzebna jest druga osoba a w przypadku wielu osób wyizolowanych lub samotnych pozostaje odwołać się do psychoterapeuty. Co nie zmienia mojego przekonania, że psychologa w życiu powinno być jak najmniej – tylko tyle, ile jest niezbędne, by pójść dalej o własnych siłach.

I na koniec odwołam się znów do komentarzy, w których powtarza się pytanie, co zrobić, jeśli już tyle razy zaufało się ludziom i zostało przez nich zdradzonym. Można zacząć od odpowiedzi, czy chodzi o problem z trafieniem, czy z utrzymaniem. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że tak czy inaczej dojdziemy do pytania, czyje potrzeby (w jakiej proporcji) zaspokajam w związku – moje czy partnera? Czy moje zaufanie do niego wzięło się stąd, że mogłem na niego wielokrotnie liczyć w kwestii moich potrzeb? – czy raczej moje zaufanie było rodzajem nieograniczonego kredytu, udzielonego na podstawie „motyli w moim brzuchu”? Chcesz sprawdzić, czy komuś na tobie naprawdę zależy? Poproś go o coś, co będzie wymagało trochę poświęcenia z jego strony. Czy odda swoją ostatnią kanapkę, czy podwiezie mimo nadłożenia drogi, czy stanie po twojej stronie, mimo że jego/jej mama/tata myśli inaczej? Boimy się to sprawdzać. Niestety, przez to często żyjemy z kimś, o kim sądzimy że nas kocha, a w rzeczywistości jest to ktoś, komu po prostu jest z nami wygodnie. Wprowadź do gry swoje pragnienie, zobacz co zrobi z nim partner. Inaczej niewiele się o nim dowiesz i będziesz żyć fantazjami. Miałem kiedyś dwóch przyjaciół i z obu zrezygnowałem – z jednego dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o sobie, a z drugim dlatego, że nigdy nie rozmawiał ze mną o mnie.