Ostatnie okruchy

"Za rozsądną zapłatę każdy rozsądny człowiek zdecyduje się na wykonanie trzech fikołków." - Chryzyp, 250 p. n. e.

Wszystkie
na Twitterze

Archiwa za okres: Październik, 2010

Porządków ciąg dalszy.

Zadają Państwo pytania, jak skończyć z samotnością w swoim życiu. Bardzo praktyczne pytania, w których słyszę potrzebę praktycznej porady. Na takie pytania zawsze w pierwszym momencie reaguję bezradnością i smutkiem, bo z jednej strony czuję pokusę powiedzenia: „zrób to i tamto”, a z drugiej strony wiem, że takie doradzanie prawie zawsze kończy się źle. Z wielu powodów. Najczęstszy jest taki, że gdy zaczynam doradzać, natychmiast słyszę mnóstwo argumentów typu „to już robiłem”, „to się nie uda”, „jestem zbyt słaba” itd. Pytający zastawił na mnie pułapkę, w którą wpadłem. Pułapka polega na tym, by udowodnić mi, że sytuacja, w której on/ona się znajduje jest beznadziejna. Po co miałby to robić?

Najprostsza odpowiedź jest dosyć brutalna: pytający, mimo że deklaruje chęć zmiany, tak naprawdę nie chce niczego zmieniać w swoim życiu. Chce tylko zobaczyć moją bezradność w doradzaniu, dzięki której będzie mógł sobie powiedzieć: „no tak, widać mam rację – nic się nie da zrobić”. Z Państwa listów wynika, że samotność jest często wynikiem rozczarowań i bólu w kontakcie z ludźmi. Mamy więc dylemat: pozostać samotnym i cierpieć z braku ludzi albo próbować być z nimi i ryzykować cierpienie przez nich. Można założyć, że osoby samotne wybrały pierwszą opcję. Niestety, potrzeba bliskości doskwiera. Trwa wewnętrzny konflikt. I tu ujawnia się ciemniejsza strona ludzkiej natury: zamiast konflikt rozwiązać i podjąć własną decyzję szukamy pomysłu, żeby tej decyzji nie musieć podejmować. Jeden ze sposobów polega na wykasowaniu z psychiki alternatywy, jednej ze stron konfliktu. Czyli w tym przypadku pomysłu, że może warto jeszcze raz spróbować. W tym celu znajdujemy kogoś, kto posłuży jako „pojemnik” na jedną ze stron naszego konfliktu. Może to być znajomy, psycholog, prawnik. Pytamy go: powiedz, co mam zrobić? On, starając się pomóc, podrzuca różne pomysły, a my znajdujemy w nich braki, trudności, niemożności. Po jakimś czasie nasz „doradca” wymięka, traci siły, ogarnia go bezradność. My natomiast czujemy, że skoro on nie poradził sobie z problemem, to i my nie poradzimy. I tak osiągamy swój cel: brak wewnętrznego konfliktu. Zwykle tylko na jakiś czas, bo potem potrzeba bliskości się budzi i znów trzeba ją obezwładnić, zgasić.

W tę pułapkę wpada bardzo wielu psychologów, szczególnie ci, którzy nazywają siebie „pomagaczami”. Wyżej wspomniana strategia ma też odwrotną wersję: dajemy się komuś przekonać, przyjmujemy jego radę, stosujemy ją i wpadamy w kłopoty, za które obwiniamy „doradzacza” – no bo kogo innego? Bardziej wyrafinowana odmiana tej wersji polega na tym, że słuchamy i stosujemy się do rad „doradzacza” przez całe życie. Poddajemy się adopcji, można powiedzieć. Jest mnóstwo ludzi, którzy chcą poczuć się mądrzy i ważni, trzymając przy sobie kogoś, kogo uważają za głupszego i zależnego. Wyrafinowanie takiej strategii polega na tym, że uzależniając się od „doradzacza”, przestajemy cierpieć na samotność. Cierpimy (bardzo) na inne rzeczy, ale na samotność już nie.

W psychoterapeutycznym świecie wygląda to tak, że pacjent zostaje u terapeuty „na zawsze”. Wspólnie zastanawiają się, jak też pomóc pacjentowi wyjść z samotności. Pacjent z uprzejmości bierze w tym udział, ale on swoją sprawę już załatwił – ma przecież kogoś, kto się wciąż o niego troszczy. Bywa nawet tak, że gdy terapeuta w chwili przytomności wrzuca temat zakończenia terapii, pacjentowi „pogarsza się” na tyle, że rozmowę o kończeniu odkłada się na czas nieokreślony. Jeśli komuś wydaje się, że są to odosobnione przypadki, to się grubo myli.

Ilość poradników psychologicznych na rynku jest taka, że gdyby one działały, mielibyśmy społeczeństwo ze wszech miar uszczęśliwione. Czemu tak nie jest? Rada zwykle jest czymś zewnętrznym, co trzeba sztucznie w sobie podtrzymywać. Nie wynika ze zrozumienia, z wewnętrznego doświadczenia i przekonania. Dlatego nie doradzam. W to miejsce próbuję uświadomić pytającemu, przed jakim dylematem stoi i jak go unika. Próbuję oddać mu do rąk odpowiedzialność za jego życie i jego decyzje. Przestało mnie już zaskakiwać, że bardzo często ludzie bronią się przed tym rękami i nogami.

Aby nie być gołosłownym, zajmę się dalej porządkami. Czułem się jednak w obowiązku uprzedzić, że będziemy odsuwać meble i wymiatać piętnastoletnie pajęczyny, a nie tylko ogarniać po wierzchu.

Po wakacyjnym lenistwie czas na porządki w zgłaszanych przez Państwa pytaniach.  „Czy możliwe jest opisanie pojedynczych symptomów obecności wirusa u dzieci?” – pytanie bardzo ważne i mądre, ale po długim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że na wyczerpującą odpowiedź potrzebna byłaby kolejna książka.

Jest jednak kilka podstawowych wątpliwości, czy w ogóle taką książkę warto pisać. Odbiorcą miałby być przecież rodzic, ten sam rodzic, który z dużym prawdopodobieństwem jest także ofiarą wirusa samotności. Obawiam się, że taka książka mogłaby służyć do „programowania” dziecka, oczywiście w dobrych intencjach, ale ze skutkiem raczej opłakanym. Do poradni rodzinnej, gdzie m. in. pracuję przychodzi dosyć dużo matek, które zgłaszają „kłopot z dzieckiem” i domagają się „naprawienia” tego dziecka przez terapeutę lub przynajmniej podania konkretnych, cudownych metod wychowawczych. Zwykle kończy się to tak, że na konsultacji zostaje rozpoznany jakiś konkretny problem psychologiczny matki, który utrudnia lub uniemożliwia bycie wystarczająco dobrym rodzicem.

Najczęstszy przykład: matka samotna lub z nieodpowiedzialnym partnerem, który czasem pije, czasem bije, każe się obsługiwać a syna musztruje albo jest dla niego bardziej kumplem niż ojcem. Syn w wieku dorastania zaczyna naśladować ojca i traktuje matkę per noga. Ona widzi go jako pyskatego i krnąbrnego a sama czuje się bezradna, bo gdy tylko zaczyna czegoś wymagać, słyszy zarzuty, że jest zła, niedobra, że ojciec lepszy. Czasem zresztą ojca już nie ma, bo miał ważniejsze sprawy niż bycie głową rodziny. Syn wyrasta na domowego tyrana, często większego niż ojciec, bo jeśli ojca czasem daje się przepędzić z domu, to z własnym dzieckiem trudno zrobić coś podobnego. Efekt jest taki, że syn siedzi w domu albo na ulicy, szkołę olał, trwa z głową w komputerze albo w narkotykach i dawno już nauczył się, że gdy matka w nielicznych momentach determinacji wymaga od niego, żeby przynajmniej się umył, może ją zasypać gradem oskarżeń, jak to ona zmarnowała mu życie wychodząc za ojca (albo od niego odchodząc, opcje są wymienne). Na tego typu matkę taki argument działa jak rażenie piorunem. „Ma rację, byłam złą matką, muszę mu to wynagrodzić”. Więc chucha na „maleństwo” nadal, robiąc z niego psychicznego inwalidę, który nie zdobędzie żadnej pracy ani żadnej kobiety. Oczywiście jest to jakaś postać zarażania wirusem samotności.

Co zmieni w relacji z synem taka matka, dostając do ręki podręcznik do ochrony dziecka przed samotnością? Odpowiadam: absolutnie nic. Oskarży tylko samą siebie jeszcze mocniej o nieudolność. Jedyną drogą dla takiej matki jest własna psychoterapia, która pozwoli tolerować złość dziecka, które nie dostaje natychmiast tego, czego chce. Niestety, jest to smutna prawda, którą stosuję także wobec siebie: jeśli z twoim dzieckiem jest coś nie tak, to zacznij naprawę sytuacji od własnej osoby.

Druga wątpliwość jest taka, że trudno jednoznacznie prorokować, czy dany objaw wyjdzie dziecku na dobre czy złe w przyszłości. Załóżmy, że takim wczesnym objawem wirusa jest unikanie rówieśników i namiętne czytanie książek. Bardzo prawdopodobne, że takie dziecko w przyszłości zderzy się bardzo boleśnie z rzeczywistością i odwróci się od niej w samotność. Możliwe też jednak, że przyspieszony w ten sposób rozwój intelektualny wyniesie dziecko w przyszłości na fascynujące naukowe stanowisko, które z kolei przyniesie uznanie u ludzi, ich akceptację w dobrym tego słowa znaczeniu. Czyli słabości przekute na siłę. Jak z tego wynika, każdy człowiek musi być traktowany indywidualnie – ewentualna prognoza musi dotyczyć konkretnego dziecka w jego konkretnej sytuacji.

Oczywiście, nie jest aż tak strasznie, że przyszłość dziecka to całkowita niewiadoma. Można pewnie wychwycić jakieś w miarę obiektywne sygnały zagrożenia, ale myślę, że najtrudniej wychwycić je będzie rodzicowi. Dlatego sądzę, że przyszłość dziecka jest uzależniona w dużej mierze od tego, co ja zrobię sam ze sobą, na ile jestem zdolny do dobrego współżycia z innymi ludźmi, na ile dbam o swój rozwój intelektualny i duchowy. Np. ile czasu dziennie poświęcam na kreatywne działanie, a ile na bierne wchłanianie papki z TV. Może to i banały, ale jestem przekonany, że jeśli uda się nam zrozumieć swoje własne demony, to tym łatwiej zauważymy, że zbierają się nad głowami naszych dzieci.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook