Ostatnie okruchy

Blade Runner 2049. Krótka recenzja fana oryginału. Wielka, parująca, sentymentalna kupa. Odradzam.

Wszystkie
na Twitterze

Archiwa za okres: Sierpień, 2010

Wznowienie „Wirusa samotności” wywołało falę listów od Państwa, z którą nie bardzo mogę sobie poradzić, za co przepraszam. Pytanie, które pojawia się najczęściej, to: jak kogoś poznać, dlaczego poznaję niewłaściwe osoby, jak zakończyć samotność, która boli coraz bardziej. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego pojedyncza odpowiedź raczej nic nie załatwi oraz co ma do zaoferowania w tej sprawie psychoterapeuta. Czyli ja.

Zacznijmy od przykładu. Jednym z częściej zadawanych pytań przez kobiety jest: dlaczego poznaję tylko żonatych mężczyzn? Najczęściej poszukiwania odpowiedzi polegają na zmianie otoczenia, wyglądu, ogólnie na szukaniu pewnego „sposobu”, czy sztuczki, która zapewni sukces. Często też panie odpowiadają sobie na to pytanie w sposób mniej więcej taki: coś jest ze mną nie tak. Nie mam jakiejś umiejętności, może jestem za brzydka, za głupia itd. Od takiej myśli już niedaleko do coraz większego izolowania się. Skoro myślę o sobie „jestem żałosny”, to odezwanie się do kogoś nieznajomego budzi lęk, że ktoś tę żałosność odkryje. Lęk paraliżuje, coś tam dukamy, sukcesu nie ma – i jest kolejny powód, żeby powiedzieć sobie: no rzeczywiście, jestem jednak żałosny. Błędne koło, coraz trudniejsze do rozerwania.

Tajemnicą są uczucia. O uczuciach mówimy zwykle punktowo: tego lubię, tamtego kocham, ten mnie drażni. Dla mnie, w mojej pracy, uczucia są jak ciągła substancja, trochę jak woda, która przelewa się wewnątrz człowieka, objawiając się w różnych stanach: płynu, pary, lodu, wilgoci itp. Ma swoją objętość, swoje ciśnienie. Gdy w jednym miejscu człowieka coś z uczuciami zrobimy, w innych miejscach też coś się pozmienia. Natomiast samotny człowiek, gdy prosi o radę, najczęściej mówi: zrób tak, żebym kogoś poznał, ale nic innego nie ruszaj.

Wróćmy do przykładu. W jakim kierunku może iść praca terapeutyczna z kobietą, która skarży się, że przyciąga tylko żonatych? Oczekiwanie pacjentki zwykle jest takie, że będziemy szukać wyżej wspomnianych sztuczek.  Zadziałać więc na wodę w jednym miejscu. To niestety trochę tak, jakby podgrzewać grzałką ocean. Gdyby przyjrzeć się całości obiegu uczuć, może okazać się na przykład, że gdzieś w środku pacjentki tkwi ogromny lęk przed opuszczeniem. I że ten lęk staje się tym większy, im bardziej pacjentka kocha, im bliżej jest mężczyzny. Im więcej mam, tym bardziej boję się to stracić, krótko mówiąc. Gdy więc spotykam kogoś wyśnionego, wolnego i chętnego, lęk urasta do rozmiarów paniki: za chwilę coś takiego zrobię, że go stracę! Albo przejedzie go samochód, albo zabierze go inna kobieta. A tego nie zniosę, umrę. Wobec takiego lęku wszelkie inne uczucia bledną, stają się nieodczuwalne, pomijalne. Oddalam się więc od niego, a lęk znika. Smutny paradoks. Odpycha mnie od kogoś, kogo bardzo chcę. Stuprocentowa recepta na samotność.

Ale to nie wszystko. Gdy doświadczymy takich przypływów i odpływów wiele razy, zaczynamy rozpoznawać już typ ludzi, przy których lęk jest największy. Co więc zrobić, aby uniknąć lęku? Trzymać się od nich z daleka. Na tym etapie już nie uciekamy od lęku, który się „przydarza”. Na tym etapie konstruujemy strategie, które pozwolą nam lęku nie czuć w ogóle. Czy żonaty mężczyzna może być źródłem takiego lęku? Oczywiście nie, bo wiadomo, że będzie bywał rzadko, a potem i tak odejdzie. Otrzymamy chwilę bliskości bez przeżywania panicznego lęku przed opuszczeniem.

Sęk w tym, że to tylko jedno z wielu możliwych wyjaśnień tej sytuacji. Może być zupełnie inaczej, może być np. tak, że mężczyzna jest w tym wypadku mniej ważny, a romans z żonatym służy dosięgnięciu jego partnerki. W tym wypadku woda miałaby postać skrywanej chęci zemsty na kobietach, które zabierają mężczyzn „z rynku”. Zawiść jest wodą stęchłą, może nawet radioaktywną – w każdym razie działanie ma zabójcze. Niestety dla nas, prawdą jest, że zniszczenie komuś czegoś, czego sam (jak sądzę) mieć nie mogę, daje ulgę. Fajnie może nie jest, ale przynajmniej inni mają tak samo źle.

Jeszcze inne wyjaśnienie problemu: kobieta wybiera żonatych, bo była przez ojca (mniej lub bardziej świadomie) uwodzona. Jeśli nie pogodziła się z faktem, że ojciec zawsze będzie poza jej zasięgiem, romans z żonatym mężczyzną jest okazją do odtworzenia emocjonalnej konfiguracji z tamtego czasu. Wtedy nie udało mi się odebrać ojca matce, ale teraz mi się uda – i dzięki temu nie będę musiała przeżywać „odrzucenia na zawsze”. Dowodem na miłość mężczyzny nie jest tu bliskość, ale odrzucenie „tej drugiej”.

Pewnie to i smutne, ale widać z tych przykładów, że pod powierzchniową motywacją „chcę faceta, ale mi się nie udaje” może kryć się o wiele skuteczniejsza, silniejsza i nieświadoma motywacja w rodzaju „nie będę przeżywać straty”, „zemszczę się na złodziejkach mężczyzn”, „zachowam ojca na zawsze”.  Dlatego już chyba jasne jest, dlaczego tak trudno jest coś sensownego odpowiedzieć w jednym mailu osobie, która naprawdę cierpi i nie widzi z tej pułapki wyjścia.

Psychoterapia to nic przyjemnego. Odkrywanie wyżej wymienionych motywacji zaznajamia nas z ciemniejszymi stronami naszej osoby. Jednak tu właśnie jest realna szansa na zmianę dotychczasowych zachowań. Jeśli jesteś świadoma tych ukrytych, podziemnych cyrkulacji twoich własnych uczuć, zadawanie się z żonatym staje się kompletnie bezsensowne. Jesteś bowiem w stanie powiedzieć sobie „przecież i tak strata mnie dopada, bo jestem samotna”, „zemsta nie zmieni faktu, że brak mi bliskości”, „ojciec odszedł (umarł)”. Wtedy otrzymujesz możliwość świadomego wyboru, co dalej. I to jest zwykle moment, kiedy widzimy się po raz ostatni.

Każdy prawie dziś stara się coś sensownego o krzyżu na Krakowskim powiedzieć – i chyba też uległem tej pokusie. Niebezpieczeństwo mówienia o krzyżu polega na tym, że cokolwiek by nie rzec, jest to dolewanie oliwy do ognia, zajęcie pozycji w sporze i jednocześnie udawanie, że mówimy o krzyżu, gdy tak naprawdę wcale o krzyżu nie mówimy. Spróbuję coś więc spojrzeć okiem życzliwego obserwatora, co pewnie i tak się nie uda, zgodnie z tym co wyżej napisałem o niebezpieczeństwach.

O czym mówimy, skoro nie mówimy o krzyżu? Przykładem podobnym z psychologicznego podwórka jest często przytaczany przykład konfliktu małżeńskiego o sposób, w jaki będziemy wyciskać tubkę pasty do zębów. Jedna strona preferuje wyciskanie na chybił-trafił a druga wyciskanie metodyczne, od dna tubki do wylotu. Małżeńscy tyrani załatwiają sprawę nakręcaniem tubki na ołówek, co z góry eliminuje wysiłki drugiej strony, ale o nich nie mówimy. Mówimy o sytuacjach, w których uczestnikom zależy na podtrzymywaniu konfliktu i rozłożeniu sił mniej więcej po równo. Jak w ostatnich wyborach prezydenckich. Rozłożenie głosów w taki sposób sugeruje, że głosowaliśmy nie tyle na kogoś, co przeciwko komuś. Zamachanie kartką z wynikami wyborów w PKW spowodowało tajfun na Krakowskim Przedmieściu.

O co więc kłócą się małżonkowie, skoro nie kłócą się o tubkę z pastą? Odpowiedzi pewnie jest wiele, najprostsze to takie, że kłócą się o to, kto będzie rządził, kto jest głupszy, kto bardziej zraniony i ignorowany. Pasuje? Na razie chyba tak. Ale drążmy głębiej. Dlaczego swoją rację trzeba zatwierdzić przy pomocy zwycięstwa w łazience lub na ulicy? Podejrzewam,  że nasza racja jest w tym przypadku krucha i potrzebujemy przekonanego (pokonanego) oponenta, który swoją zmianą postawy zaprzeczy swojej prawdzie, tym samym potwierdzając moją. Czyli nie wystarczy mi moje własne przekonanie o słuszności – wszelkie inne racje mają zniknąć. Do tego celu nie nadaje się ktoś zbyt słaby. Nie udowodnię swojej racji przekonując do niej sześciolatka. Nie nadaje się też ktoś zbyt silny, bo mogłoby się okazać, że sam zostałem przekonany (pokonany). Musi to być ktoś, kto sprawi nam pewien kłopot, będzie się opierał, ale w końcu przegra. Dopiero to zaświadczy o sile moich argumentów. Rozłożenie sił po równo w sporze o krzyż (władzę) pokazuje, że zainteresowani w tej grze szukają wroga, którego pokonanie będzie wystarczającym dowodem na to, że ich wizja świata jest zgodna z prawdą. Mniejsza z tym, po której są stronie. Jest to nieistotne, jak nieistotny jest sposób wyciskania tubki – jeden i drugi prowadzi do tego samego celu.

Jakie światy konkurują ze sobą? Możliwa odpowiedź to: zacofany, ksenofobiczny konserwatyzm i postępowy, pluralistyczny liberalizm. Albo, używając drugiego dyskursu, tradycja, patriotyzm i wierność zasadom przeciwko moralnemu relatywizmowi i degrengoladzie. Jeśli jestem słuchaczem Radia Maryja, to wierzę w sąd ostateczny i powstrzymuję się od grzechu w lepszej sprawie. Ale wokół mnie krążą ludzie, którzy używają wszelkich, możliwych otworów do sprawiania sobie nawzajem (i w pojedynkę) przyjemności, a w dodatku mówią że to nic nie kosztuje bo po śmierci nic nie ma i że ostatnia okazja. A jeśli to prawda? Jeśli strawiłem życie na odmawianiu sobie jedynych dostępnych dóbr? Połowa Polski nie może być ot tak, w błędzie. A co, jeśli jest w tym szczypta prawdy? No cóż, wtedy jestem tylko i wyłącznie sfrustrowanym bankrutem, który nawet nie pochędożył jak trzeba. A co wtedy, jeśli Polska to nie Ojczyzna, tylko rodzaj dużego przedsiębiorstwa i że potworne straty w ludziach służyły i służą ochronie interesów finansowej elity? Jeśli Boga nie ma, to jakiż ze mnie kapitan? O tym aż trudno myśleć.

Z drugiej strony, jeśli jestem czytelnikiem Wyborczej, skłaniam się ku poglądowi, że sam określam granice swej moralności i że każdy światopogląd jest równie dobry, jak inny. Ale co wtedy, jeśli tak nie jest? Co jeśli jednak jest jakiś wspólny porządek i każdy dostanie kiedyś to, na co zasłużył? Połowa Polski nie może być ot tak, w błędzie. Swoje częste zmiany partnerów nazywam przezornością i zbieraniem doświadczeń przed „poważnym” związkiem – a co wtedy, jeśli jest to dowodem decyzyjnej impotencji i rozmienianiem się na drobne a wizja przyszłego, poważnego związku jest tylko oszukiwaniem samego siebie? Może jest jednak jakieś „naturalne” prawo, którego łamanie jest łamaniem samego siebie? A może Polska to jedyna ostoja, która definiuje moją tożsamość i deklarując światłe bycie Europejczykiem staję się zwykłym tchórzem i zdrajcą? Co wtedy? Lepiej o tym nie myśleć. Może lepiej zostać wyznawcą rycerzy Jedi i demonstrować swą obecnością katolikom, że to, w co wierzą, na czym opierają swoje życie to średniowieczny komiks?

Wczesny rozwojowo, dwójkowy typ relacji między ludźmi oparty jest na swego rodzaju symbiozie emocjonalnej, która w praktyce wygląda tak, że oczekujemy od partnera, że będzie czuł i myślał tak samo jak my. Jeśli tego nie robi, jest przeżywany jako ktoś kto rani i odrzuca. Jako wróg. W przypadku skrajnym, jakim jest np. struktura osobowości borderline, osoba odmawiająca symbiozy budzi wręcz mordercze instynkty. Jej odmienne zdanie, jej niedopasowanie ma siłę unicestwiającą nasze poczucie istnienia. Zostają wtedy tylko dwie opcje: zniszczę albo będę zniszczony.

Myślę, że na Krakowskim Przedmieściu ścierają się co najmniej dwie grupy  ludzi pełnych wątpliwości co do swej wizji świata, co do słuszności swych wyborów i skali ich konsekwencji. Ludzi, którzy spotykając się z innym poglądem czują że ich świat jest zagrożony a wartości zdewaluowane. Ludzi, którym tak wielką trudność sprawia utrzymanie poczucia tożsamości, że  jedyną, dostępną drogę jej zachowania widzą w jej akceptacji przez wszystkich oponentów. Oczywiście staną się ofiarami tych, którzy w podkręcaniu afery zwietrzą swój polityczny czy finansowy interes. Ale to inna historia.

Pozostała jedna kwestia: kim są gapie? Ludźmi, którzy przyszli dla zabawy? Dla krwi? Obiektywnymi obserwatorami? Dwójkowy typ relacji i rozwiązywania problemów jest kuszący: a może lepiej i wygodniej znaleźć wroga i go pokonać niż zadawać sobie trudne pytania? Ile jest we mnie liberała a ile konserwatysty? Ile potrzebuję indywidualizmu i wolności a ile bezpieczeństwa, stałości i lidera? A może nie męczyć się z odpowiedzią? Może poczekać, kto wygra i się przyłączyć.

Niestety, nikt nie wygra. Tak naprawdę gra polega nie na pokonaniu (przekonaniu)  przeciwnika, ale na pokonywaniu (przekonywaniu). Czuję, że mam rację, dopóki kogoś do niej przekonuję. Czuję, że mam rację, dopóki uważam, że ktoś nie ma racji. Czuję, że jestem mądry, dopóki mieszkam z kimś, kogo uważam za głupiego. Czuję, że mógłbym mieć wpływ na swoje życie, dopóki żyję z kimś, kto moim zdaniem mi je spieprzył. Takie ludzkie perpetuum mobile. Jeszcze nie słyszałem o małżeństwie, które wpadło na pomysł kupienia dwóch tubek pasty, żeby każdy mógł wyciskać po swojemu.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook