Ostatnie okruchy

Blade Runner 2049. Krótka recenzja fana oryginału. Wielka, parująca, sentymentalna kupa. Odradzam.

Wszystkie
na Twitterze

Archiwa za okres: Lipiec, 2010

...powiedz mi wszystko...o wszystkim...

...powiedz mi wszystko... o wszystkim...

Czytaj więcej »

Jednym z najczęstszych pytań w Państwa listach jest takie oto: jak to jest, że jestem dla wszystkich miła, dobra (problem częściej dotyczy Pań), gotowa do poświęceń, nie odmawiam, gdy ktoś prosi, nie złoszczę się – a jakoś tak się dzieje że jestem sama a ludzie (mężczyźni), którym robię przysługi znajdują sobie inne kobiety? Co ze mną jest nie tak? Czy mam się leczyć, czy raczej tak to już jest i zostanie?

Sprawa nie jest wcale prosta, ale rzekłbym że jest fascynująca, chociaż wiem, że osobom zainteresowanym tematem humoru to nie poprawi. Mam wrażenie, że odpowiedź na te pytania w dużym stopniu pokazuje, jak dziwnym, paradoksalnym i nielogicznym zwierzęciem jest człowiek. I jak w tej paradoksalności konsekwentnym.

No bo – wydawać by się mogło, że skoro jestem maksymalnie dobry dla innych, to inni zrobią to też dla mnie, przynajmniej w części odwzajemnią moje uczucia. Praktyka często pokazuje, że jest wręcz odwrotnie – im więcej ludziom dajemy, tym mniej od nich dostajemy. Zamiast przyjaciół pojawiają się pijawki i kleszcze, z których obecności zdajemy sobie sprawę zazwyczaj zbyt późno. Czasem dopiero wtedy, gdy wszyscy znajomi pozakładają rodziny i zajmą się własnymi sprawami – a Ty możesz ewentualnie iść karmić gołębie albo zbłąkane psy, bo na zmysłową miłość zrobiło się tak jakby za późno.

Pierwsza odpowiedź, która ciśnie się na usta, to taka że ludzie to egoistyczne szuje, druga to taka, że ja jestem do niczego i czas umierać. Obie błędne.

Żeby to trochę zrozumieć, trzeba odróżnić od siebie dwa rodzaje związków między ludźmi – nazwijmy je sobie dwójkowe i trójkątne. Dwójkowych uczymy się od rodziców i innych autorytetów: jestem ja i TY – dziecko-rodzic, uczeń-nauczyciel, pacjent-lekarz, podatnik-skarbówka. Ktoś daje, ktoś bierze. Ten kto potrzebuje, jest zależny i kierunek tej zależności się nie zmienia. Hierarchia jest stała. Przykład z podatnikiem i skarbówką jest ciut bardziej skomplikowany, bo zależny jest wysysany. Być może właśnie ten przykład charakteryzuje najlepiej miażdżącą siłę dwójkowej zależności… Ale po kolei.

Świat małego dziecka jest wybitnie dwójkowy – ja malutki i wielka mama/tata, od której/którego płynie wszelkie dobro (i zło). Jeśli dostaję, to jestem bezgranicznie wdzięczny i kocham. Im więcej dostaję, tym więcej i radośniej kocham. Zjem ładnie zupę, jestem mocniej kochany. Proste i logiczne, żadnych paradoksów. W takim świecie chciałoby się żyć. Im więcej i lepiej pracuję, tym więcej zarabiam. Im więcej płacę podatków, tym więcej mam autostrad (bezpłatnych oczywiście). Im jestem uczciwszy, tym rzadziej mnie okradają. Im lepszy jestem dla ludzi, tym oni lepsi są dla mnie. No i jesteśmy w domu.  Jeśli chcesz zrobić wszystkim dobrze, to chcesz, żeby wszyscy zrobili dobrze Tobie. Jeśli za mało robią Ci dobrze, to zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Jeśli mimo to nie robią Ci lepiej, albo wręcz robią gorzej, to uznajesz, że coś głupio zrobiłaś i zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Jeśli zrobią Ci dobrze, to uznajesz, że to tylko dlatego że Ty dobrze zrobiłaś im dobrze i zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Co by się nie stało, zwiększasz swoje wysiłki w robieniu dobrze im. Błędne koło.

Teraz coś przykrego: Nie jesteś Dalaj-Lamą. Twoje robienie dobrze im jest sposobem wpływu na nich, żeby oni zrobili dobrze Tobie. Niestety, działa to, dopóki jesteś dzieckiem i to przy założeniu, że masz dobrych rodziców. Jeżeli masz kiepskich rodziców, to jako dziecko przyjmiesz założenie, że Ty sama jesteś kiepska, bo nic, co zrobisz, nie jest na tyle dobre, żeby Cię kochano. Ale sama zasada jest ochroniona niezależnie od poziomu kiepskości rodziców: zrób dobrze innym dobrze, a oni zrobią dobrze Tobie. To sprowadzi na Ciebie dręczący głód bliskości.

Jak widać (mam nadzieję) problem robienia wszystkim dobrze zgłaszają osoby mocno osadzone w relacji dwójkowej. Idąc krok dalej: problem robienia wszystkim dobrze zgłaszają osoby, które starają się w dorosłym świecie realizować zasady relacji dwójkowej, czyli przypisanej raczej do relacji dziecięcych.

Teraz chyba czas na wprowadzenie pojęcia relacji trójkątnej. Najprościej można powiedzieć tak: jeśli w relacji są trzy (różne) osoby, to robiąc jednej dobrze, często zrobię niedobrze drugiej. Jeśli oddam Basi ostatniego cukierka, to Kasia się obrazi. Jeśli znajdę dobrą pracę to odbiorę ją innym. Jeśli zdobędę fajnego faceta, to koleżanki będą na mój widok zgrzytać zębami. Przestaje być tak prosto i logicznie. Nie istnieje sposób, żeby wszyscy mnie lubili. Nie mam sposobu, żeby wszyscy zrobili mi dobrze! Ok, to ja dziękuję bardzo, wracam do relacji dwójkowej. Postaram się wszystkim zrobić dobrze, tym sposobem, że nie będę niczego chciała. Gdy nie będę niczego chciała, to nikomu się nie narażę. A po cichu będę liczyć, że się odwdzięczą. A po jakimś czasie, gdy jasne się stanie, że to bzdura, będę pocieszać się myślą, że przynajmniej pozostały we mnie jakieś ludzkie wartości wśród całej tej bandy egoistycznych świń.

Już sam lęk przed rywalizacją może powodować pozostanie w iluzjach relacji dwójkowej. Skąd ten lęk? Jeśli jedno z Twoich rodziców jest słabe (np. ojciec pantoflarz albo matka w depresji) albo nie ma go w ogóle, to trudno Ci będzie doświadczyć takiej sytuacji, że masz dwie ważne osoby, z których każda myśli trochę inaczej. Trudno Ci będzie doświadczyć takiej sytuacji, że mimo iż na pewne tematy się kłócimy, to ogólnie się kochamy. Jeśli rodzice umieją tolerować różnice między sobą a nawet korzystać z nich, to w takim sprzyjającym środowisku może pojawić się jeszcze jedno, trzecie zdanie na jakiś temat: Twoje. Tak w największym uproszczeniu można opisać moment przejścia z relacji dwójkowej do trójkątnej. Jaka z tego korzyść? Przede wszystkim otrzymujesz inny sposób odczuwania własnej wartości: już nie przez robienie komuś dobrze, żeby go zadowolić, ale przez posiadanie własnego zdania i poczucie, że jest ono szanowane przez innych.

Stąd niedaleko już do związków męsko-damskich. Jeśli zastosujesz do takiego związku strategię dwójkową (zrobię ci dobrze a potem może ty mi), poniesiesz klęskę. Z dwóch powodów, silnie związanych ze sobą. Pierwszy: ofiarowywanie siebie innym jest wybitnie niepodniecające. Jeśli ktoś mi ofiaruje z miejsca wszystko co ma, to tak jakbym miał kochać się z własną matką. Mogę przyjść do takiej osoby wypłakać się po zawodzie miłosnym, ale nie po to, żeby ją zdobyć – taka sytuacja wypłakiwania jest zresztą często mylona przez obie strony z erotyzmem, co powoduje kolejne komplikacje. Drugi powód to wspomniany wyżej dojrzalszy, wewnętrzny sposób przeżywania własnej wartości. Mówiąc obrazowo, jeśli mam zdobyć górski szczyt, to nie chciałbym, żeby przyszedł on do mnie i rozłożył się na mojej wycieraczce, abym rano, jak już się wyśpię, raczył na niego nastąpić. On ma być tam w górze, upierdliwy, niedostępny i przez to piękny – on ma czegoś wymagać ode mnie, czegoś trudnego, czemu mógłbym po wielu zmaganiach sprostać. Wtedy i poczuję własną wartości i zwiążę się z tym szczytem na stałe.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook