Ostatnie okruchy

Ten prawo-lewy światowy konflikt wynika głównie z lenistwa umysłowego obu stron, którym się nie chce zastanowić, czym jest odmienność.

Wszystkie
na Twitterze

opendoor

 

Poszukujemy psychoterapeutów do współpracy z Otepem na zasadzie podnajęcia gabinetu. Doświadczonych, z własną działalnością gospodarczą, zdecydowanych na stałą współpracę.

Dodatkowe informacje: www.otep.pl/anons.html

Duża część listów które otrzymuję, listów z prośbą o radę, zawiera mniej więcej taką oto treść: ” Jestem 50-letnią kobietą, do tej pory zajmowałam się rodziną ale teraz dzieci się wyprowadziły a mąż znalazł sobie młodszą kobietę. Dla mnie to dramat. Runęło poczucie bezpieczeństwa, dom. Popycham każdy dzień, nic mnie nie cieszy. Nie mam przyjaciół, nikogo. Jak mam żyć?”. Od razu powiem, że to jedno z najtrudniejszych pytań, jakie dostaję i nie będzie na nie prostej odpowiedzi. Podobną trudność miałbym, gdyby np. cukiernik zadał mi pytanie: „Piekłem na zamówienie sernik ale wyszedł mi makowiec. Klient przyjdzie za pięć minut. Co mam zrobić?”.

Pierwsze pytanie, jakie nam przyjdzie do głowy w sprawie cukiernika jest takie: „Gdzie on miał głowę, piekąc ten sernik?”. Drugie: „Czy w ogóle powinien być cukiernikiem?”. Niestety, pytania, które należy zadać w przypadku opuszczonej kobiety, są podobne. Mówiąc twardo, dzisiejszy mój i twój stan jest konsekwencją naszych wcześniejszych decyzji. Im bardziej automatycznie i bezrefleksyjnie są one podejmowane, tym większa szansa, że któregoś dnia poczujemy że ktoś bez naszej wiedzy poukładał nam życie i to w taki sposób, który nam zupełnie nie odpowiada. Niestety, człowiek musi sobie radzić z bardzo dziwną sytuacją, w której najważniejsze życiowe decyzje podejmuje nie mając jeszcze pojęcia o życiu, a gdy ma już wystarczające o nim pojęcie i jest gotów do rozsądnych decyzji, to właśnie wtedy już czas umierać. Pierwsza więc część odpowiedzi na główne pytanie wygląda tak, że twój stan nie zaczął się z chwilą odejścia najważniejszych osób – on krok po kroku dojrzewał w wyniku o wiele wcześniejszych decyzji. Oczywistą reakcją na taką sytuację jest poczucie krzywdy albo winy – jednak poprzestanie na nich zabetonuje twój stan do końca życia a w gorszych przypadkach wpędzi cię w depresję. Poczucie krzywdy lub winy to stany kuszące, bo jasno i prosto rozdzielają wyroki za stan rzeczy: „Ja dobra, on zły, niech go piekło pochłonie” albo „On dobry, ja zła, zasłużyłam sobie”. Kropka, dalej myśleć nie trzeba. Z perspektywy psychoterapeuty do tego właśnie te stany służą: żeby nie myśleć a tylko rozdzielić winę i karę. A tylko myślenie o tym jaka jest twoja część odpowiedzialności za własną sytuację może dać ci szansę poprawienia swojego stanu. Jeśli uwierzysz, że miałaś ster w ręku wtedy i zaprowadziłaś statek w kiepskim dla siebie kierunku, to szybciej uwierzysz też w to, że masz ten ster w ręku także dziś i możesz płynąć do ciekawszych krajów.

lonelyOczywiście nie wszystkie konsekwencje swoich decyzji da się przewidzieć. Jeden z powodów wspomniałem wyżej – podejmujemy je, niewiele wiedząc o życiu. Drugi, równie istotny powód wynika z dziejących się wokół przemian światopoglądowych a głównie liberalizacji i laicyzacji życia. Nie chcę tu oceniać tego czy innego światopoglądu, tylko pokazać, że na ich styku powstaje zamieszanie, które może utrudniać nam ocenę własnych decyzji. Nawet w kwestii samego małżeństwa można raz usłyszeć, że jest to oznaka dorosłości i odpowiedzialności a innym razem, że jest to chęć uwiązania kogoś przy sobie na siłę albo wręcz zabijanie prawdziwych uczuć niepotrzebnym dokumentem. Co jest prawdą? Te różne podejścia mogą nam zamącić osąd ale mogą też umożliwić zastanowienie się, jakie są moje osobiste motywacje, do której grupy należą, w jakich proporcjach? W każdym razie pewne jest, że dziś małżeństwo nie jest tym samym, czym było 30 lat temu i trudno się dziwić, że nasza 50-latka będąc 20-latką miała poczucie pewności, że wchodzi w związek „póki śmierć nas nie rozłączy”. Gwałtowny wysyp opuszczonych 50-latek z całą pewnością po części jest konsekwencją światopoglądowych przemian.

Są jednak też przyczyny bardziej osobiste. Zastanawiamy się bowiem, dlaczego opuszczona 50-latka nie może się niczym cieszyć. Najprawdopodobniej dlatego (pomijając żałobę), że nauczyła się czerpać satysfakcję wyłącznie z dawania i oferowania siebie rodzinie i mężowi. I znów – możemy to rozważać jako altruistyczną, godną pochwały postawę, której nie docenił mąż albo możemy się zastanawiać, dlaczego ta kobieta nie zajmowała się zaspokajaniem także własnych potrzeb, niezwiązanych z członkami rodziny. Niezależnie od światopoglądu, to przecież właśnie ten fakt powoduje dzisiejszy depresyjny stan. Taka ofiarność może wynikać z patriarchalnego wzorca ale też może wynikać z niskiego poczucia wartości kobiety, która nie wierząc, że ktoś może jej pragnąć taką jaka jest, dokłada do tego własną ofiarność, zaniedbując sama siebie – skutek jest ten sam. To jednak trudno nazwać altruizmem – to raczej sposób na podnoszenie własnego, niskiego poczucia wartości: dopóki ktoś cokolwiek ode mnie bierze, to znaczy że jest we mnie coś wartościowego. Dlatego właśnie, gdy biorący odchodzą, kobieta wraca do punktu wyjścia i czuje się kompletnie bezwartościowa. Tylko pytanie: „Czy fakt, że ktoś ode mnie bierze, na pewno jest dowodem na to, że mam coś wartościowego do dania? A może po prostu bierze, bo mu tak wygodnie? A może tym dawaniem inwestuję w interes, który nigdy nie przyniesie owoców?”.

Uczenie się rozpoznawania i zaspokajania własnych potrzeb to dosyć długa droga, chociażby dlatego, że własne potrzeby w dużej części są sprzeczne z potrzebami innych. Czyli jednocześnie jest to nauka konfrontacji a czasem walki. Czerpanie satysfakcji z zaspokajania innych pozwala tego niebezpiecznego świata uniknąć. Jest to też droga bardzo samotna, bo to, że jestem specyficzny, odrębny od innych jest podstawą mojej tożsamości. Mam nadzieję, że teraz bardziej jasne jest, dlaczego odpowiedź na pytanie: „Co mam zrobić?” jest taka trudna – właściwie trzeba się nauczyć żyć od nowa, w wieku, w którym bardziej byśmy chcieli czerpać z tego, co do tej pory już zbudowaliśmy. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to niemożliwe. Jest jednak na tyle trudne, że wiele osób zdecyduje się jednak na te proste rozwiązania – pozostać przy obwinianiu siebie lub innych. Albo zatopić się w smutku po tym, co odeszło. Może więc pierwszym pytaniem, które otworzy furtkę do czegoś nowego będzie: „Czy na pewno to, co straciłam, było tak wartościowe, jak do tej pory uważałam?”.

Do czego się mogą przydać powyższe rozważania o sprzecznościach ludzkiej natury? Widzę dwa rodzaje wniosków: jedne odnoszące się do wpływu ducha czasów na cel i kształt psychoterapii i drugie, dotyczące sensowności polityczno-społecznych sporów i możliwości ich konstruktywnego rozwiązywania. Oczywiście przenoszenie wniosków z obserwacji wewnętrznego rozwoju człowieka na możliwości rozwoju społeczeństwa to ryzykowne zadanie ale zawsze warto spróbować – było nie było jest to jakaś propozycja metody myślenia na ten temat, w opozycji do myślenia „bo takie jest moje najgłębsze przeświadczenie”.

Jeśli chodzi o psychoterapię, to dzisiaj, mocniej niż kiedykolwiek należałoby zwrócić uwagę na możliwą nieświadomą ideologiczną indoktrynację pacjenta. Jeśli struktura osobowości jest jakkolwiek skorelowana z polityczną orientacją, to w gabinecie terapeuty, obok procesu terapeutycznego może iść równolegle zmaganie światopoglądowe (albo wzajemne utwierdzanie się w określonych przekonaniach). Zadanie, które tu stoi przed terapeutą, polega na uświadomieniu sobie, w jakim obszarze politycznego spektrum sytuują go jego poglądy i sposób działania,  szczególnie wtedy, gdy polityką zainteresowany nie jest. Następnie należałoby uświadomić sobie, w jakim stopniu punkt, do którego zmierza pacjent, jest jego (pacjenta) pomysłem a na ile pomysłem terapeuty i jaki jest w tym udział ideologicznego przekonania o tym, czym jest psychiczne zdrowie. Trzeba pamiętać, że właśnie tym argumentem (o psychicznej chorobie) posługują się często przedstawiciele zwaśnionych obozów, co znów oznacza, że w obowiązującej definicji psychicznego zdrowia jest spory udział polityki.

Druga sprawa to fakt, że wybór metody pracy terapeuty jest często mocno związany z jego osobowością. W przypadku „pacjenta konserwatywnego” lekkie przesunięcie terapeuty w kierunku liberalnym prawdopodobnie ułatwi mu pracę, podobnie będzie w pracy z „pacjentem liberalnym” w przypadku przesunięcia terapeuty w kierunku konserwatywnym. Niestety (a może stety) do gabinetu trafiają bardzo różne osoby i dlatego dzisiaj, gdy społeczeństwo jest mocno podzielone, terapeuta musi być gotowy na dużą elastyczność w doborze metod pracy. Odzwierciedlający terapeuta ze szkoły humanistycznej pomoże „pacjentowi konserwatywnemu”, (bo ten poprzez samo poczucie akceptacji zaakceptuje swe stłumione impulsy) ale „pacjentowi liberalnemu”, który potrzebuje pomocy w akceptacji społecznych reguł, może mocno zaszkodzić, potęgując poczucie chaosu. Podobnie terapeuta poznawczo-behawioralny pomoże w budowaniu struktury „pacjentowi liberalnemu” ale nacisk na rozumienie i planowanie w przypadku osoby, która sama wciąż myśli i planuje, żeby nie doświadczać impulsów, może pogorszyć sprawę. Jeśli społeczeństwo jest w miarę jednolite (czyli konserwatywne), do zawodu terapeuty mogą trafiać osoby z określoną, podobną osobowością, która będzie powodować, że „wystarczy być” obok pacjenta, żeby mu pomóc (pewnie dlatego większość terapeutów, których poznałem, jest raczej liberalna). Jeśli jednak społeczeństwo jest mocno spolaryzowane, jak dziś u nas, samo bycie nie wystarczy.

Druga grupa wniosków dotyczy społecznych sporów i możliwości ich diagnozowania powyższą metodą psychologiczną. Jeśli byłoby to możliwe, można by wtedy pokusić się o przybliżone prognozy, w jakim to wszystko zmierza kierunku: czy Europa rzeczywiście upada, czy właśnie wystrzela ku świetlanej przyszłości. U pacjenta zaczynamy od wywiadu, w przypadku społeczeństwa cały wywiad mamy zawarty w podręcznikach historii (aby nie komplikować za bardzo, pomińmy kwestię, kto je pisze). Historia uczy, że grupy społeczne powstają wokół idei, totemów, bogów. Bez nich po prostu kręcimy się tu i ówdzie obgryzając korzonki i poddając się innym, przypadkowym impulsom. Gdy gromadzimy się wokół idei czy bóstwa, część swojego widzimisię albo chcemisię musimy ograniczyć na rzecz grupy, która za to nas broni, nagradza i nadaje sens życiu. Im mocniej wierzymy w proponowaną ideę, tym więcej chcemy grupie poświęcić – ale co bardziej istotne (a często pomijane), im więcej poświęcamy grupie, tym mocniej wierzymy. Dosadnie wyraził to dawny myśliciel: „jeśli położysz patyk na kredensie i będziesz się do niego modlił przez miesiąc a potem jednego dnia tego nie zrobisz, będziesz miał poczucie popełnienia grzechu”. Grupy aby przeżyć muszą eliminować inne grupy. Im więcej zbrodni popełnimy w imię naszego bóstwa, tym mocniej musimy w to bóstwo wierzyć, aby nadać im sens – inaczej przywali nas ich ogrom. W tym sensie każda grupa, naród czy cywilizacja ufundowana jest częściowo na takiej wypartej zbrodni a częściowo na wszelakich dobrach, jakie członkowie grupy sobie wzajemnie oferują. Najbardziej jaskrawy przykład (bo z niedawnej, obserwowalnej przeszłości) to Amerykanie, którzy wytępili Indian a na pobojowisku zatknęli sztandar z hasłami wolności i swobód obywatelskich. Z jednej strony może to hipokryzja ale z drugiej strony może właśnie dlatego Stany Zjednoczone stały się kolebką nowoczesnego liberalizmu, bo dokonanej zbrodni nie dało się upchnąć w niepamięci.

W każdym razie, konserwatywny Zachód coraz częściej zaczął mieć do czynienia z ateistycznym liberałem, podważającym chrześcijańskie kamienie węgielne, pytającym: w co my właściwie wierzymy i dlaczego? Tutaj można przywołać teorię rozwoju moralnego jednostki Kohlberga: przeminęła dawno faza prekonwencjonalna, kiedy ludzie słuchali się autorytetów bo musieli, ustaliła swe panowanie faza konwencjonalna, gdzie ludzie słuchają autorytetów, bo w nie prawdziwie wierzą – zaczęła się jednak faza postkonwencjonalna, gdzie ludzie przestają brać rzeczy na wiarę, a zaczynają zadawać trudne pytania. Te pytania wg teorii Kohlberga mają na celu zweryfikowanie nadanych z góry autorytetów i określenie, jaki jest mój osobisty do nich stosunek. Pojedynczy człowiek takie fazy oczywiście przechodzi – nie ma wobec tej teorii specjalnych sprzeciwów, za wyjątkiem jej ostatnich faz. Zwolennicy mówią, że zwycięża w nich rozsądek i refleksyjne, dojrzałe myślenie, krytycy uważają, że zwycięża egoizm i „róbta co chceta”. Ta niezgoda wynika prawdopodobnie z tego, że właśnie w takim aktualnie punkcie dziejów się znajdujemy i historia jeszcze nie miała czasu tego „ateistycznego zwrotu” osądzić.

Diagnoza, która przed nami stoi, polegałaby więc na zdecydowaniu, czy Europa jest na tyle dojrzałym osobnikiem, że może zdecydować, co z obowiązujących autorytetów ma sens a co jest tylko niepotrzebnym zniewoleniem – czy raczej jest znękanym przez wymagających rodziców szesnastolatkiem, który pewnego dnia się zbuntował i teraz pławi się w zakazanych do tej pory przez rodziców przyjemnościach, z których największą jest obserwowanie ich bezsilnej wściekłości. Jeśli zachodzi pierwsza możliwość, to obie strony mają trudne zadanie: konserwatyści muszą uznać że „jajko mądrzejsze od kury” i usunąć się na bok sceny a liberałowie (a właściwie lewica) stanąć na własnych nogach i udowodnić że potrafią być „głową rodziny” (lepszą niż Stalin). Jeśli jednak zachodzi ta druga możliwość, że mamy do czynienia z krnąbrnym szesnastolatkiem, to zadanie dla obu stron jest równie trudne: bo właściwie po czyjej stronie leży odpowiedzialność za te nieprzyzwoite harce młodziana? Po jego, bo jest zbyt krnąbrny? Czy po stronie rodziców, bo byli przesadnie restrykcyjni?

 

Poprzedni wpis nie oznacza, że chciałbym upolityczniać psychologię, raczej odwrotnie: zastanawiam się, na ile światopoglądowy dialog może odzwierciedlać wewnętrzny dialog pojedynczego człowieka. A jeśli można godzić wewnętrzne sprzeczności w procesie terapeutycznym, to na ile wiedza o tym procesie daje podstawy do diagnozowania społeczeństwa i przewidywania jego dróg rozwoju lub regresu. Opinie na temat tego, co się dzieje dziś w Europie wahają się od ściany do ściany: jedni mówią że Europa to najwyższy stan rozwoju społeczeństwa, inni, że widać wyraźne symptomy jej zupełnego upadku. Kto ma rację? Albo inne pytanie: dlaczego tak różnie można widzieć rzeczywistość? Które z tych dwóch pytań jest bardziej zasadne?

Jak wspomniałem wcześniej, w moim odczuciu człowiek/obywatel Europy przeszedł na swej drodze transformację, która w gabinecie terapeutycznym odzwierciedla się w wewnętrznej relacji pacjenta między jego impulsami a społecznymi regułami. W społeczeństwie konserwatywnym czyli patriarchalnym impulsy seksualne podlegają silnej kontroli – skrajnie w islamie, gdzie kobieta musi chodzić w czymś w rodzaju worka, żeby obie płcie były w stanie panować nad swym podnieceniem. Pokazuje to, jak wielka jest siła impulsu. Pokazuje to też, jak słabo kontrola impulsu jest uwewnętrzniona w pojedynczej osobie (jako jej osobista umiejętność): kontrolą musi zająć się zewnętrzne prawo wyrażone między innymi w regułach zachowania czy ubierania się. Zbiór zasad kontroli impulsu jest bazą dla poczucia tożsamości całej społecznej grupy. Określa przedmioty wiary i wartości, codzienne nawyki i lokalny koloryt grup społecznych. Dekalog jest zbiorem głównie zakazów – pokazują one, gdzie impuls agresywny lub seksualny ma być powstrzymany. Oznacza to, że próba dokonania zmian w podejściu do kontroli impulsywności będzie traktowana jako zamach na tożsamość i sens istnienia grupy, na przykład chrześcijaństwa w ogóle. Dlatego tak spornym tematem jest chociażby wychowanie seksualne w szkołach.

Na poziomie jednostkowych relacji międzyludzkich silna kontrola impulsu odzwierciedla się więc w konserwatywnej spoistości grupy ale też, jak się rzekło, w konkretnych zaburzeniach czy patologiach, tworząc zadanie dla terapeuty. Gwałt, przemoc w rodzinie, kazirodztwo – to pierwsze z brzegu przykłady, które łączy fakt wyrwania się impulsu spod kontroli. Można pewnie do tego dodać ogólnie wojny czy przestępstwa z agresją w tle. Na co dzień możemy to obserwować choćby na drodze – w formie niestosowania się do ograniczeń prędkości, co kosztuje nas wiele żyć. W każdym razie, im bardziej impuls jest zduszony przez zewnętrzny nacisk a nie wewnętrzne poczucie sensu, tym bardziej destrukcyjnie się objawi, jeśli system kontroli zawiedzie.

Silna kontrola seksualności bez jednoczesnej wewnętrznej zgody na to ograniczenie przejawia się w gabinecie terapeutycznym np. jako obsesja, z jej kompulsywnymi myślami i zachowaniami. Mają one na celu zapełnienie wewnętrznego świata w całości aktywnością w praktycznym wymiarze bezsensowną, ale dzięki temu nie pozostawiającą żadnej szczeliny na przyjemność – bo wtedy impuls mógłby zawładnąć człowiekiem i pozbawić go kontroli totalnie. Jak jednak wynika z obserwacji, jest to pacjent coraz rzadszy, ponieważ społeczeństwo nie jest już tak kontrolujące w sprawach seksu jak kiedyś.

Pomysł społeczeństwcomeina liberalnego na kwestie impulsywności jest odmienny. Impuls ma prawo bytu, jest dozwolony a wręcz nawet pożądany. Dobrze widziana jest różnorodność impulsu seksualnego, bo to dowodzi jego wolności i szczerości. Ograniczenie jest łatwo kojarzone z autorytaryzmem i zaściankowością. Tożsamość takiego społeczeństwa jest więc ufundowana na zupełnie innej bazie. Zamachem na taką tożsamość jest próba kanalizowania impulsów, tworzenia hierarchii i moralności. Róbmy cokolwiek, dopóki nie dostaniemy sygnału, że komuś to szkodzi. Jasne, że mówimy tu o realnie zwiększonej wolności jednostki ale z drugiej strony taki światopogląd łatwo może zostać użyty do usprawiedliwienia swej niechęci do wysiłku ograniczenia się w czymkolwiek. Reguły współżycia są jednak niezbędne, co powoduje, że zaczynają być opierane na jednostkowych odczuciach w konkretnej sytuacji, co znów skutkuje zwiększoną ilością oburzonych i urażonych. Jeśli dziewczynka bardzo chce być chłopcem, to czemu nie. Jeśli tego nie dostanie, będzie urażona. Konsekwencją takiego światopoglądu jest też zmniejszenie różnic między narodami i ich wewnętrznej spoistości, co znów uruchamia wrogość w konserwatystach. Można powiedzieć, że liberalizm jest równie bezradny wobec impulsu co konserwatyzm, tylko próbuje to zignorować, wywyższając impuls do roli kreatora prawa. Jest to duże niebezpieczeństwo, bo impuls w swej zachłanności łatwo może stać się okrutny.

Skutki psychologiczne dla jednostek, jak już wspominałem, są takie, że trudno wiązać się z kimkolwiek na dłużej, bo prędzej czy później trzeba będzie wziąć pod uwagę jego odmienność i w jakimś stopniu dostosować się do niej – o ile nam na kimś zależy. Brak konserwatywnego treningu w akceptowaniu reguł powoduje jednak, że szybko je porzucamy jako nieprzyjemne, czytaj: wrogie. To z kolei pozbawia nas możliwości doświadczania, jak ważne są w związkach wzajemne poświęcenia, jak wielkie to ma znaczenie dla poczucia, że jesteśmy ważni i kochani. Stąd moje przekonanie, że samotność jest najgorszym wirusem XXI wieku. Powstaje też całkiem nowy obszar trudności i zaburzeń interpersonalnych, gdzie spotykają się osoby z przeciwnymi sobie światopoglądami. Ale to osobny temat (zawierający np. pytanie, co wyniknie ze związku konserwatystki z liberałem, albo też czy islam i Europa mogą współistnieć).

Powyższe rozważania, mam nadzieję, dają podstawy do próby odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak różnie można spostrzegać rzeczywistość? Obsesyjny pacjent, który zaczyna terapię, skoncentrowany jest na kontroli. To jest nasz „pacjent konserwatywny”. Mówiąc żargonem psychologicznym, identyfikuje się całkowicie z tą częścią siebie, która kontroluje impuls, natomiast sam impuls spostrzega jako coś zewnętrznego, wrogiego i przerażającego. Podczas dobrze poprowadzonej terapii pacjent zaczyna dopuszczać impulsy, coraz częściej traktując je jako część siebie, która ma prawo istnieć i dostarczać spontanicznych przyjemności. Coraz częściej mówi: „chciałbym dać sobie więcej luzu, ale czuję, że coś mnie powstrzymuje”. Takie zdanie oznacza, że pacjent identyfikuje się dla odmiany ze swoim impulsem. Zaczyna w tym przypominać „pacjenta liberalnego”, który od tego punktu zaczyna terapię. „Pacjent liberalny” z kolei jest dumny z siebie, jeśli uda mu się sensownie zapanować nad impulsem, czyli zidentyfikować się z wewnętrznym ośrodkiem kontroli („nie zrobiłem tego, mimo pokusy”). Co więc jest prawdą? Czy jestem swym impulsem, czy jego kontrolerem? Czy może jednym i drugim? Czy w takim razie chcę być biernym polem walki tych sprzecznych sił, czekając, która zwycięży? Tak chyba wygląda dziś duża część „światopoglądowego dyskursu”. Powyżej starałem się jednak wykazać, co się dzieje, gdy jedna z tych sił zwycięży w naszym wewnętrznym świecie. Terapeuta ma wtedy pełne ręce roboty. Czy zatem istnieje alternatywa? Jak mogłaby wyglądać? Jest się nad czym zastanawiać. I może nie być wiele czasu, bo przecież ktoś coraz mocniej puka do drzwi.

Wyszukiwanie
Słowa-klucze
Facebook